2011-08-31

Szybki konkurs? I Miłosna dieta.


Ostatnio bardzo dużo jeżdżę w poszukiwaniu miejsc z klimatem.
Romantycznych, zaskakujących, pięknych jesienią.
Mam do rozdania 6 płyt ze świetnym filmem "Miłosna Dieta", który polecałam Wam kiedyś tutaj.
Zadanie jest proste: wystarczy napisać o idealnym miejscu na jesień. Na dni takie jak dziś. Żeby można wsiąść w samochód i przenieść się na chwilę do innego świata. Spędzić tam dzień, godzinę, chwilę. Podzielcie się swoimi ulubionymi, napiszcie dlaczego właśnie tam warto się wybrać.
Z Waszych komentarzy wybiorę sześć, a ich autorom wyślę filmy.
Komentarze można wpisywać tu albo na Facebooku (nie w mailach).
Koniec zabawy - w niedzielę o północy. We wtorek napiszę, co wybrałam.
Pięknego dnia Wam życzę!
Liska



2011-08-28

Jesień i oponki


Wsiadam do samochodu i jadę przed siebie szukając w pamięci miejsc, które były mi bliskie.
Odwiedzam przedszkole. Jest pierwsza w nocy. Liście na mokrym chodniku rzucają cienie, a świat pachnie dokładnie tak jak wtedy, gdy miałam pięć lat.
Spaceruję po małych uliczkach, zaglądam przez okna starych domów, wypatruję żyrandoli, które wiszą w nich od dwudziestu lat.
Przygnała mnie tu nostalgia czy ciekawość?


Kiedy nadejdzie świt będę spacerować po lesie, w którym stoi moja szkoła.
Tak pachniał początek roku szkolnego.
Otwieram pudełko z kanapkami i termos z gorącą herbatą. Noc zamieniła się w świt, a świt niepostrzeżenie przeszedł w popołudnie. Nieodebrane połączenia przypominają mi o tym, że nie jest łatwo znikać na tyle godzin.
Co jakiś czas odnajduję na półkach zakurzone książki, które czytałam dawno temu. Wybieram fragmenty, które z takim zapałem zakreślałam wtedy ołówkiem. Czasem chcę się nimi dzielić. Poczytać komuś. A czasem nie mówić nic i poszukać ciszy, która nie rani i nie dzieli.
Jesień przyszła w tym roku tak szybko, nie zdążyłam nacieszyć się latem. Zwiedzam mazowieckie wsie, gubię się na nowych drogach, nie przestaję się dziwić temu, jak wszystko się zmienia.
Pod Warszawą znajduję opuszczone sady - raj dla ślimaków. Trawa po kolana, resztki słomy i małe owoce nietknięte chemią. Smakują jak te, które pamiętam z dzieciństwa.
Z papierowej torby wyjadam ostatnie oponki, które zrobiła moja Mama. Niedawno ktoś prosił mnie w mailu o przepis na nie, więc proszę - jest przepis.


Najlepsze są jeszcze ciepłe, oprószone cukrem pudrem, popijane ciepłą herbatą. Z podanej ilości składników otrzymamy dużą tacę oponek.

Oponki

200 g białego sera w kostce
1 jajko
cukier waniliowy
1 łyżeczka sody
mąka - w zależności od rodzaju sera, ok. 1,5 szklanki, dosypujemy stopniowo

Z podanych składników zagnieść ciasto. Nie może kleić się do rąk, powinno przypominać ciasto na kopytka.
Wałkować na stolnicy podsypanej mąką, by nie kleiło się do wałka na grubość ok. 3 mm. Wykrawać szklanką koła, a środek małym kieliszkiem.
Wrzucać na gorący olej, smażyć na złocistobrązowo, patyczkiem przewrócić na drugą stronę.
Przełożyć na tacę wyłożoną papierową serwetką i kiedy przestygną, posypać cukrem pudrem.

Smacznego!


Drodzy Czytelnicy!


Blog został przekierowany na własną domenę. Niestety mamy problemy z wyszukiwarką (tą na górze) i jeszcze trochę potrwa, zanim zacznie ona funkcjonować tak, jak należy. Jedyne, co mogę w chwili obecnej zrobić to czekać, bo wszystko jest w "rękach" bloggera.
Na razie działa (choć wiem, że nie idealnie) wyszukiwarka po prawej stronie.
Przepraszam za niedogodności i bardzo, bardzo Was proszę o wyrozumiałość i cierpliwość.


L.


2011-08-23

Morelowa tarte tatin z rozmarynem i Żelazowa Wola



Park w Żelazowej Woli jest piękny. Warto odwiedzić go choć raz, by pospacerować wśród dźwięków muzyki i zadbanej roślinności. Przez lata unikałam tego miejsca jak ognia, ale niesłusznie, bo jego klimat jest wyjątkowy. Wszędzie koty. Sporo turystów, ale wciąż można znaleźć puste zakątki albo usiąść na trawie.
Dla chętnych długa kolejka po lody lub ciasto - niestety ciasta to tarty na grubych spodach, dekorowane czymś, co przypomina grubą warstwę bitej śmietany. W takim miejscu oczekiwałabym czegoś lepszego, zwłaszcza że kawiarnie są przytulne i wygodne.
Ja i tak zwykle zabieram ze sobą coś do jedzenia.


Różne warianty tarte tatin to bez wątpienia moje ulubione ciasta. Piekłam już chyba wszelkie możliwe kombinacje, na spodach kruchych, półkruchych, francuskich, czekoladowych albo kawowych. Próbowałam różnych owoców, dodawałam rozmaite zioła i przyprawy. Trudno coś tu zepsuć.
Kiedy nie mam czasu, a tak było w tym wypadku, sięgam po gotowe ciasto francuskie. Polecam połączenie moreli z rozmarynem albo tymiankiem. To zawsze dobrana para.


Morelowa tarte tatin z rozmarynem

1 opakowanie ciasta francuskiego (ok. 300 g)
1 kg moreli, wypestkowanych 
150 g cukru
100 g masła
1 gałązka rozmarynu, oderwać igiełki i drobno pokroić

Na stalowej patelni (którą będzie można wstawić do piekarnika) roztopić masło, dodać cukier i mieszając zrobić złotobrązowy karmel (uważać, żeby nie spalić).
Dodać morele, dodać rozmaryn, dusić w karmelu 10 minut.
Piekarnik nagrzać do 200 st C.
Ciasto francuskie rozwinąć, ułożyć na morelach i energicznie podwinąć brzegi ciasta pod owoce.
Wstawić do piekarnika i piec ok. 25-30 minut.
Kiedy ciasto będzie wyraźnie rumiane, wyjąć z piekarnika, ostudzić 10 minut. Na patelni ułożyć duży talerz i jednym ruchem przewrócić ciasto na talerz.
Podawać w temperaturze pokojowej.
Smacznego!




2011-08-20

Szczecin kulinarnie


Gdyby kiedyś ktoś zapytał mnie, z czym mi się kojarzy Szczecin, odpowiedziałabym - z paprykarzem! Słyszałam dziesiątki (strasznych) historii na jego temat, ale chyba już zawsze fajne wakacje będą mi się kojarzyć z furą kanapek z paprykarzem jedzonych w ogródku.
To się miało zmienić ostatnio, podczas mojej wizyty w Szczecinie.
Zaczęliśmy od klimatów indyjskich w restauracji Bombay.



Jej właścicielka, Anita Agnihotri, w wieku 17 lat została Miss Indii. Niedługo potem zakochała się w Polaku i przyjechała z nim do Polski. Ich drogi wprawdzie się rozeszły, ale pani Anita 17 lat temu założyła restaurację. Miałam okazję być (i dużo jeść) w Indiach i wiem, jak smakuje dobre indyjskie jedzenie. Smakuje dobrze tam, gdzie podaje je gospodarz, który czuwa nad jego jakością.
W Bombayu jest trzech kucharzy z Indii.
Zaczęliśmy od ciepłych chlebków naan nadziewanych serem i czosnkiem. Jedliśmy panierowany ser paneer, moi współbiesiadnicy raczyli się kurczakiem i jagnięciną, ja jadłam pulao z groszkiem.
Piliśmy masala chai, lassi z mango. Na koniec deser, czyli moje ulubione gulab jamun - małe kulki zatopione z nieziemsko słodkim syropie (tylko dla twardzieli, moi towarzysze nie dali sobie z nimi rady ;).


Jedzenie było wyśmienite, ale to, co urzekło nas wszystkich najbardziej, to właścicielka, która od ponad trzydziestu lat mieszka w Polsce i twierdzi, że czuje się... Szczecinianką, przy okazji świetnie władającą językiem polskim. Jej ujmująca osobowość i opowiadane przez nią historie sprawiły, że miałam ochotę pójść do Bombayu następnego dnia na śniadanie (albo chociaż herbatę).

Czekał na nas jednak kolejny punkt programu, restauracja rybna Chief i jej słynna zupa segedyńska, którą ponad trzydzieści lat temu wymyśliła pracująca w restauracji pani technolog. Restauracja ta należala kiedyś do słynnej Centrali Rybnej, dzięki czemu miała dostęp do świeżych ryb. Później centrala upadła, restauracja przeszła w prywatne ręce, ale słynna zupa jest w niej podawana do dziś.
To gęsta, zawiesista zupa z różnych gatunków ryb, przede wszystkim dorszowatych, doprawiona papryką i pomidorami, podawana w kociołku. Zupa była świetna, dania główne (próbowałam suma i sandacza) mniej, ale tym, co kazało mi do restauracji wrócić następnego dnia, były śledzie. W restauracji podaje się je na trzy sposoby - w śmietanie z jabłkami, w sosie majonezowym z jabłkiem i w oleju. Oczywiście udało mi się dowiedzieć, jak robi się te, które przypadły mi do gustu najbardziej i być może będzie kiedyś okazja, żeby je tu zaprezentować.
Innym niezapomnianym smakiem była przystawka z węgorza wędzonego na miejscu. Delikatne mięso podane z sosem chrzanowym, było wyborne.
To właśnie w Chiefie poznałam jeszcze jeden smak, który zapadł mi w pamięci na dłużej. To lokalna wódka Starka.
Na koniec coś bardzo słynnego, bardzo starego, będącego jednym z obowiązkowych punktów programu w Szczecinie - bar Pasztecik. Czas się w nim zatrzymał, jest jak w komunie. Plastikowe kwiatki na stole, kasa przy wejściu, kucharka pracująca tam od dziesięcioleci. Nie jestem fanem tłustych, smażonych dań drożdżowych, ale pasztecika (z serem i pieczarkami) po prostu musiałam spróbować. Podobnie jak niemniej słynnego barszczu.
Smakowało średnio, ale atmosfera bezcenna.



Wydeptane schody do "Pasztecika"


 Za radą Anny na FB, udałam się do Public Cafe i zjadłam tam rewelacyjne ciasto marchewkowe i sernik z musem owocowym. Było wygodnie, przytulnie i sympatycznie.




Adresy:

2011-08-17

Szczecin nie leży nad morzem


Szczecin odwiedzałam dotąd przypadkiem. Przejazdem, na chwilę.
Ostatni raz byłam tu dobre kilka lat temu.

Kiedy wybieram się gdzieś, gdzie wcześniej nie byłam, pierwsze, co robię, to szukam informacji w sieci, przede wszystkim na swoich ulubionych blogach. W ten sposób trafiłam do wielu fantastycznych miejsc, których nigdy bym nie odwiedziła, gdybym zdała się jedyne na suche opisy w przewodnikach.

Jeszcze kilka lat temu zastanawiałam się, dlaczego polskie miasta nie wezmą przykładu z tych zagranicznych, które zapraszają blogerów, by pokazać im to, co ich zdaniem jest warte odwiedzenia. Informacje z pierwszej ręki są bowiem czymś bezcennym. Można o wszystko zapytać, wszystkiego się dowiedzieć, wejść tam, gdzie zwykle nie docieramy idąc główną ulicą. 
I proszę bardzo, w imię zasady, chcesz i masz - zostałam zaproszona przez Urząd Miasta Szczecina na trzy dni pełne atrakcji, które sprawiły, że żal mi było wyjeżdżać.
Zacznę od tego, że zwykle urząd kojarzy mi się z czymś nieprzystępnym. Tymczasem spotkałam tu młodych ludzi z Urzędu Miasta, którzy na Szczecin patrzą inaczej niż sugerują stereotypy i podchodzą do niego jak do długofalowego projektu, który można realizować z pasją.
Dumni z tego, co tworzą, potrafiący ciekawie o tym opowiadać.

Dziś trochę zdjęć z wydarzeń "dla ducha". W następnej części opowiem między innymi o tym, gdzie i co jadłam (i jak mi smakowało).
Znałam wcześniej plan atrakcji, wiedziałam, że zabieranie ze sobą dużego aparatu i pływanie z nim kajakiem, delikatnie mówiąc, mija się z celem. Postanowiłam fotografować wszystko za gorąco, telefonem. Mam nadzieję, że mi wybaczycie :)

Pierwszego dnia żeglowaliśmy z przewodnikiem katamaranem po międzyodrzu. Zobaczyć miasto od strony wody - bezcenne:




Drugiego pływaliśmy kajakami (prawie 4 h!) po "Szczecińskiej Wenecji":



Gdybym mogła przenieść coś ze Szczecina do Warszawy, bez wątpienia byłoby to wpisane do Księgi Rekordów Guinnessa, najstarsze działające na świecie kino Pionier, które powstało w 1909 roku. Film był całkiem współczesny, ale atmosfera nie do powtórzenia.

Szczęśliwym trafem moja wizyta miała miejsce podczas Międzynarodowego Festiwalu Pyromagic & Music Wave, gdzie odkryłam, że podziwianie fajerwerków może być tak wciągającym zajęciem, że nieważne, że akurat jest ulewa i leje się nam na głowę. Zawsze można ratować się później gorącą herbatą z plastikowego kubka i słonymi paluszkami.
Festiwal zgromadził tłumy. Wśród stoisk z jedzeniem, na schodach, pod sceną z muzyką elektroniczną (wystąpił m.in. duet Catz'n'Dogs). Było pięknie. 
W kolejnym poście dalsza część relacji.
Miłego wieczoru!




Dziękuję za zaproszenie Urzędowi Miasta Szczecin i firmie CITYBell :)

2011-08-15

Szczecin, I miss you


Ostatnie trzy dni spędziłam w Szczecinie, zaproszona tam przez Urząd Miasta.
Były rewelacyjne śledzie, kajaki, słońce, Starka, ale przede wszystkim fantastyczni ludzie i świetna zabawa.
Jak tylko się ogarnę, opowiem Wam o dniach wypełnionych od rana do późnej nocy i o wrażeniach.
Było pięknie :)


2011-08-12

Chrupiące ziemniaki z rozmarynem i solą morską



Pomysł na nie zaczerpnęłam od Jamiego Olivera, bo trudno tu mówić o przepisie. Połączenie chrupiących ziemniaków z solą morską, czosnkiem i rozmarynem wydaje się czymś ponadczasowym i klasycznym.
W tego typu daniach proporcje są zawsze sprawą drugorzędną - robimy tyle, ile nam potrzeba i doprawiamy wedle własnego uznania.
Korzystam z aluminiowych form do pieczenia, które bez problemu można rozgrzewać na płycie kuchennej, dzięki czemu ilość brudnych naczyń jest ograniczona do minimum. To lubię. Podobnie jak dania pt. coś z niczego.
Polecam na zapracowane dni, jako dodatek do ryby lub mięsa albo same. Takie też dobrze smakują.


Chrupiące ziemniaki z rozmarynem i solą morską


Ziemniaki - obrane i pokrojone w kostkę o boku 2,5 cm
Kilka ząbków czosnku (w zależności od ilości ziemniaków - Jamie proponuje 5 ząbków na 600 g ziemniaków, ja daję mniej)
sól morska i świeżo zmielony czarny pieprz
igiełki oberwane z 1 dużej gałązki rozmarynu
oliwa z oliwek - kilka łyżek

Ziemniaki włożyć do garnka, zalać wodą, posolić i zagotować.
Natychmiast zdjąć z ognia, odcedzić na durszlaku i zostawić na kilka minut.
Do blachy do pieczenia wlać oliwę z oliwek, dodać rozgniecione ząbki czosnku (w łupinach), rozmaryn utłuczony w moździerzu i delikatnie podgrzać przez ok. minutę. Dodać ziemniaki, przewracając je łopatką, podsmażyć ok. 2-3 minuty. Posolić, popieprzyć.
Piekarnik nagrzać do 220 st C.
Wstawić blachę do piekarnika i piec 20-25 minut. W trakcie pieczenia kilka razy przemieszać ziemniaki łopatką. Ziemniaki powinny być rumiane i chrupiące.
Smacznego!

2011-08-11

Moja Warszawa: Charlotte


Moja Warszawa. Moja Charlotte.
Kiedy przyszłam tu po raz pierwszy, przypomniałam sobie o De Bakkerswinkel w Amsterdamie, o którym pisałam kiedyś tutaj.
Charlotte jest piekarnią, w której można zjeść śniadanie: kanapkę z łososiem na ciepłym chlebie na zakwasie, chrupiącego croissanta albo domową granolę (uwielbiam!). Kanapki na ciepło i zimno, tarty, śniadanie francuskie, różne kawy. Szkoda tylko, że nie ma czekolady do picia ani kakao - w karcie wprawdzie można ją znaleźć, ale pani powiedziała, że od długiego czasu jej nie podają. Szkoda, bo to dobra alternatywa dla innych napojów zwłaszcza wtedy, kiedy przychodzi się do Charlotte z dzieckiem.
Lubię miejsca, w których można się z kimś umówić, żeby pogadać, ale zawsze brakowało mi takich, gdzie mogę przyjść sama, żeby popracować, poczytać, zjeść i pomyśleć. W Charlotte jest to możliwe - jeśli chcemy, przychodzimy z laptopem i korzystamy z bezpłatnego bezprzewodowego internetu.
Albo czytamy gazetę przy dużym stole, przy którym się okazuje, że jesteśmy bardziej otwarci i bezpośredni niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.
To bezpretensjonalne, proste wnętrze, w którym kiedyś był sklep spożywczy, dziś wyposażone jest w wygodne stoliki i kanapy oraz piekarnię za ladą, gdzie widać, jak uwijają się piekarze.
Pieczywo jest pyszne - do croissantów i bagietek mogę się przyczepić, ale nie chcę, bo wierzę, że się niedługo poprawi. Reszta, której próbowałam, zwłaszcza chleb na zakwasie i pain au chocolat, jak dla mnie, najlepsze w Warszawie.
Trzymam mocno kciuki za Charlotte. Żeby było jeszcze lepiej.
Wiem, że krążą różne opinie na temat tego miejsca - między innymi skargi na złą obsługę. Przyznam, że wpadam tam dość regularnie i nigdy nie miałam powodów do narzekań. A najbardziej bawią mnie opinie, że Charlotte to miejsce "lansu". Jeszcze się taki nie urodził, który by wszystkim dogodził. Mi pasuje, więc tymczasem z czystym sumieniem polecam.



Bistro Charlotte
Plac Zbawiciela 1
Warszawa
www

2011-08-09

Błyskawiczne muffinki a'la brownie z kremem i malinami



Nie pamiętam drugiego takiego lata. Wychodzę w domu w cienkiej sukience, ale na środku Placu Zbawiciela jest mi tak zimno, że otulam się cienkim swetrem córki, który zawieruszył się gdzieś w torebce bez dna. Jemy na mieście śniadanie w "Mamo, ta kawiarnia wygląda jak za granicą".
W drodze powrotnej od ulicznego sprzedawcy kupuję koszyczek malin.
Dziś pracuję nad idealnym ciastem marchewkowym. Do książki. Wczoraj piekłam makowce, dziś zrobiłam muffiny. A to wciąż nie koniec.
Miłego tygodnia Wam życzę!




Z założenia wszystkie muffiny są bezproblemowe i szybkie. Te można zrobić wykorzystując jedno urządzenie - malakser. Jeśli go nie macie i nie możecie zmielić orzechów, proponuję kupić mielone orzechy laskowe - wówczas nie trzeba ich też prażyć.
Zależało mi na czymś niezbyt słodkim. Można przekroić je na dwie części i przełożyć kremem i owocami albo z niego zrezygnować i posypać jedynie cukrem pudrem. Albo i nie.


Błyskawiczne muffinki a'la brownie z kremem i malinami

150 g orzechów laskowych
180 g cukru

140 g masła
100 g gorzkiej czekolady

1 łyżeczka proszku do pieczenia
100 g mąki pszennej
3 jajka

Krem:
ok. 200 g serka mascarpone
1 łyżka cukru pudru
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii lub cukru z prawdziwą wanilią

Do dekoracji: maliny, ok. 36 szt

Orzechy laskowe uprażyć w piekarniku nagrzanym do 200 st C przez ok. 12 minut. Zdjąć z nich skórkę i zmielić w malakserze razem z cukrem.
Masło rozpuścić z czekoladą w miseczce ustawionej nad garnkiem z gotującą się wodą, następnie dodać do orzechów, krótko zmiksować.
Proszek połączyć z mąką, dodać do masy, zmiksować przez minutę, następnie dodać jajka, zmiksować 2 minuty.

Piekarnik nagrzać do 200 st C.
Foremkę do muffinków wypełnić papierowymi papilotkami, do każdej włożyć ok. 1,5-2 łyżek masy.
Wstawić do piekarnika i piec 15-20 minut.

Krem:
Mascarpone zmiksować z łyżką cukru i wanilią, wypełnić nim babeczki, udekorować malinami.
Oprószyć wiórkami czekolady.

Smacznego!


2011-08-04

Moja Warszawa


Nieczęsto mam okazję wdrapać się na ostatnie piętro warszawskiej przedwojennej kamienicy. Domofony, bramy, nieufni mieszkańcy.
A kiedy mi się to udaje, czuję się jak dziecko w sklepie z cukierkami. 
Chłód klatki schodowej, winda z ostrzeżeniem o śmierci, podwórka-studnie i historia. Obcowanie z nią mnie po ludzku uszczęśliwia. 
Lubię patrzeć na stare posadzki, które mogłyby snuć niejedną opowieść. 
Gdyby tylko mogły mówić.
Dziś kilka zdjęć z kamienicy w Alejach Ujazdowskich.





2011-08-01

Zupa kurkowa ze śmietaną


Zupa kurkowa ze śmietaną i koperkiem jest dla mnie kwintesencją lata i polskiego smaku. Zawsze kojarzy mi się z wakacjami, spacerami po lesie i szukaniem grzybów. Gotowana w wielkim garnku w letniej kuchni, z koprem prosto z ogrodu i zapachem młodych liści selera.
Jest niezwykle łatwa w przygotowaniu, można ją również zmiksować na zupę-krem.
Ciekawe jakie zupy jecie o tej porze roku najchętniej?
Miłego tygodnia Wam życzę.


Zupa kurkowa ze śmietaną i koperkiem

300 g kurek
1 średniej wielkości biała cebula, umyta i poszatkowana
2 łyżki oliwy z oliwek

2 marchewki
1/2 selera (bulwa i liście)
1 pietruszka (korzeń i natka)
2 ziemniaki, obrane i pokrojone w kostkę
ok. 1,5 litra wywaru jarzynowego (lub wody z 2 ekologicznymi kostkami rosołowymi bez glutaminianu sodu)
sól i pieprz do smaku
2 łyżki posiekanego koperku
3 łyżki śmietany 18%

Na patelni rozgrzać oliwę, dodać cebulę i dusić ją ok. 10 minut na małym ogniu, aż stanie się przezroczysta.
Dodać kurki, smażyć 2-3 minuty. Odstawić.
Marchew, seler, pietruszkę pokroić w kostkę, zalać wywarem i gotować 15 minut. Dodać ziemniaki, gotować ok. 10-15 minut, aż ziemniaki zmiękną. Dodać kurki z cebulą, gotować 5 minut.
Śmietanę wlać do filiżanki, dodać trochę ciepłej zupy, dokładnie wymieszać i wlać do garnka. Dodać posiekany koperek. Po 1-2 minutach zdjąć garnek z ognia.

Smacznego!