2011-07-29

Granola miodowa


Moje życie to ostatnio prawdziwy roller coaster. Dni upływają niepostrzeżenie i choć budzę się około piątej rano, wciąż zastanawiam się, jak znaleźć więcej czasu na pracę, na przyjemności, na życie.
Ale im więcej tego jest, tym lepiej dla mnie.
Na nocnej szafce zgromadziłam stos książek do przeczytania, ale kiedy kładę się do łóżka, sił wystarcza zaledwie na kilka stron.
Odwiedziłam księgarnię dziecięcą, znalazłam wiele nowych i ciekawych lektur, którymi na pewno niebawem się z Wami podzielę.
Latem Warszawa jest moja bardziej niż kiedykolwiek i nie lubię stąd wtedy wyjeżdżać. Wydeptuję ścieżki do ulubionych miejsc i już dawno przestał mi przeszkadzać deszcz i jesienna aura.
Napisał do mnie autor książki, o której pisałam. Lubię wiedzieć, że świat jest mniejszy niż kiedyś myślałam.
Moja kuchnia jest teraz prosta i ograniczona do minimum. Jeszcze nigdy nie miałam tak pustej lodówki, choć szafki wciąż pękają od nadmiaru makaronu i kaszy (popracuję nad tym, na pewno).
Najwięcej radości sprawia mi gotowanie bez przepisów, nawet chleb piekę ostatnio "na oko".
I staram się jeść śniadania.


Domowa granola ma niewiele wspólnego z tą, którą można dostać w sklepie.
Szyta na miarę naszych potrzeb, dostosowana do ulubionych smaków. Nie wyobrażam sobie lepszego śniadania latem.
Dwa lata temu pokazywałam już przepis, jak ją zrobić, jednak od tamtego czasu trochę go udoskonaliłam i dziś wracam z nim do Was wierząc, że uda mi się namówić Was na wypróbowanie go.
Zazwyczaj robię większą ilość i trzymam w szklanym słoju. Rano dodaję odrobinę jogurtu albo mleka i sezonowe owoce.



Granola to nic innego jak pieczone, chrupiące muesli. Jeśli lubicie rodzynki, żurawiny, suszone owoce, można dodać je po upieczeniu. Latem podaję do niej naturalny jogurt, zimą wybieram ciepłe mleko. Czasem z domowej granoli piekę domowe batoniki.

Granola miodowa

400 g płatków owsianych drobnych
150 g płatków owsianych górskich
100 g migdałów blanszowanych
50 g migdałów ze skórką
50 g sezamu
50 g pestek słonecznika
200 g miodu
150 g dobrego oleju roślinnego (używam kujawskiego tłoczonego na zimno lub słonecznikowego eko)
1 łyżeczka cynamonu
100 ml wody
1 łyżeczka esencji waniliowej lub pasty waniliowej (albo cukru z prawdziwą wanilią)

W garnuszku połączyć miód, olej, wodę i cynamon. Podgrzać aż wszystko się roztopi, dodać wanilię. W misce wymieszać suche składniki i dokładnie połączyć je z miodem.
Piekarnik nagrzać do 160 st C. Dużą blachę wyłożyć papierem do pieczenia. Wsypać płatki równą warstwą i wstawić do nagrzanego piekarnika na godzinę - co 15-20 minut należy przemieszać wszystko drewnianą łyżką, by równomiernie się rumieniło.
Zmniejszyć temperaturę do 140 st C i dopiekać jeszcze 45 minut (również mieszając co jakiś czas).
Po upieczeniu dokładnie wystudzić i następnie przełożyć do szklanego słoja.

Smacznego!

P.S. Znów mam zaległości w odpowiadaniu na Wasze maile. Proszę o jeszcze chwilę cierpliwości wszystkich, którzy czekają na odpowiedź.
Miłego weekendu!
Liska

2011-07-25

Ciasto czekoladowe Sophie Dahl


Kiedy po raz pierwszy upiekłam chlebek bananowy Sophie Dahl, nie zdawałam sobie sprawy z tego, że stanie się najbardziej popularnym ciastem wśród moich znajomych, którzy nie tylko chcą go jeść, ale również go pieką. Ja sama robiłam go już dziesiątki razy, w domach swoich przyjaciół, a w swoim uczyłam kilka osób, jak się go robi. Bo robi się go banalnie.
I za każdym razem, kiedy robię coś z przepisów Sophie, intuicja mi podpowiada, że ona gotuje podobnie do mnie - chce szybkich i smacznych dań, przy których nie trzeba się specjalnie trudzić. Te przepisy są tak uproszczone, że naprawdę nie da się już łatwiej.
Mam nadzieję, że dzisiejsze ciasto z jej repertuaru polubicie przynajmniej w połowie tak, jak chlebek bananowy. Jest proste, szybkie, dobrze się przechowuje i pasuje idealnie do letnich owoców, takich jak maliny czy jagody, którymi można je dekorować ale też podawać w formie musu. Kawałek ciasta czekoladowego i kulka lodów piernikowych albo waniliowych to również nie jest zła idea. Przynajmniej dla mnie - ja kocham wszystko, co czekoladowe.
Miłego tygodnia!


Ciasto jest wilgotne, przypomina trochę brownie i nie zawiera mąki. Można je przechowywać w lodówce.

Ciasto czekoladowe Sophie Dahl

6 jajek - osobno białka i żółtka
300 g czekolady (Sophie radzi pół na pół mleczną i gorzką, ja używam gorzkiej)
225 g cukru pudru
180 ml gotującej się wody
225 g (lekko) solonego masła
1 łyżeczka kawy rozpuszczalnej
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

Do dekoracji: ulubione owoce

Tortownicę o średnicy 23 cm wysmarować masłem, wyłożyć papierem do pieczenia.
Piekarnik nagrzać do 180 st C.
Czekoladę zmiksować z cukrem przy użyciu malaksera (można też czekoladę zetrzeć na tarce i wówczas połączyć ją z cukrem). Wlać gorącą wodę, dodać masło pokrojone na małe kawałeczki, kawę, wanilię i żółtka. Zmiksować.
Białka ubić na sztywną pianę, dodać do masy czekoladowej, zmiksować przez 10 sekund.
Wlać do przygptowanej formy. Piec 45-55 minut.
Po upieczeniu ciasto opadnie - nie należy się tym przejmować, tak ma być.
Ostudzić w formie, przed podaniem oprószyć startą na tarce czekoladą, udekorować owocami.

Smacznego!



2011-07-22

Ratatouille, francuski bigos i pomidorowa miłość


Na dni, kiedy ma się ochotę podejść do lodówki, wyjąć z niej garnek, podgrzać jego zawartość i zjeść, bez zbędnych ceregieli. Dania, które można podgrzewać, które rzadko się nudzą. I w zasadzie same się robią.
Niedawno ktoś zapytał o moją wersję ratatouille. Jakoś nigdy nie było okazji, żeby się nią tu podzielić.
Na bazarku* mam miejsce, w którym sprzedają wyłącznie pomidory. Swoje własne, hodowane w ziemi. Kiedy je widzę, po prostu nie mogę się opanować. Nie wiem, skąd ta nagła pomidorowa miłość. Przyszła znienacka. Raz w tygodniu idę z wielkim koszem i kupuję ich tyle, ile się zmieści. I to, co odkryłam przypadkiem - najbardziej smakują mi te niepozorne, niezbyt piękne, sprzedawane "na zupę".
One nie mają nic wspólnego ani z pomidorem z hipermarketu, ani z tym z warzywniaka. Niestety i na szczęście. 4 zł za kilo.
A wracając do ratatouille, to dla mnie ona jest takim trochę francuskim bigosem - wszystko wrzucamy do garnka, przykrywamy i samo się robi. Kiedyś próbowałam prześledzić przepisy i znaleźć ten jeden, prawdziwy. Ale jest ich bez liku. W niektórych warzywa zalewa się wodą i gotuje dwie godziny. Ja robię trochę inaczej, właściwie już sama nie pamiętam, kto mnie tego nauczył. Zdarza mi się też piec tarty z ratatouille - wystarczy do tego spód z kruchego albo francuskiego ciasta i odrobina ulubionego sera.
Czasem dodaję trochę octu balsamicznego, a zimą używam pomidorów w puszce. Dziś wersja letnia. Na cały weekend. Proporcje są orientacyjne - tu nie ma znaczenia ilość tego czy tamtego. Robimy z tego, co mamy.
Wersja letnia, ze świeżych pomidorów, zawiera więcej wody. Jeśli wolimy bardziej gęstą konsystencję, można wszytsko gotować dłużej lub użyć pomidorów z puszki.


Ratatouille

2-3 papryki (czerwona, żółta, zielona - dowolnie)
2 cukinie (żółta i zielona)
1 średniej wielkości bakłażan
2 cebule (najchętniej korzystam z cebuli cukrowej)
2 ząbki czosnku, obrane
3-4  łyżki oliwy z oliwek
1-2 łyżeczki ziół prowansalskich
0,5-1 kg świeżych pomidorów, obranych ze skórki

W dużym garnku podgrzać oliwę z oliwek. Dodać cebulę, zeszklić, dodać czosnek drobno pokrojony i warzywa pokrojone w kostkę lub cienkie plasterki.
Pomidory obrać ze skóry, wydrążyć gniazda nasienne, dodać do garnka. Wsypać zioła, łyżeczkę soli. Przykryć garnek i dusić na małym ogniu godzinę.

Smacznego!

*Plac Szembeka, Warszawa

2011-07-19

Hity lata: makaron i świeże pomidory

Od kiedy przestałam marzyć o lalkach, flamastrach, nowych tornistrach, księżycowych kamieniach i pierścionku Arabelli (choć nie ukrywam, czasem myślę, że by się przydał), jednym z najlepszych prezentów urodzinowych jest dla mnie obietnica: Przyjdę i ugotuję Ci coś dobrego.
Uwielbiam gości, uwielbiam dla nich gotować, piec, nakrywać stół, szukać muzyki, układać kwiaty w wazonie i czekać, aż przyjdą.
I bez względu na to, jak bardzo się staram trzymać ich wtedy z dala od kuchni, gdzie bałagan przekracza wszelkie możliwe normy, zawsze przychodzi moment, kiedy wszyscy i tak w niej stoją, a ja otwieram kolejne szuflady, żeby pokazać różnicę między różową a czarną solą albo przekonywać ich, jak łatwe jest pieczenie chleba.
Ostatnio jakoś tak się szczęśliwie składało, że przed urodzinami zawsze padało to magiczne zdanie: Przyjdę i ...
Zazwyczaj jem mało, ale zdarza mi się ostro poszaleć. Podczas mojej ostatniej wizyty w Paryżu, w restauracyjce Les Bombis, moja przyjaciółka przecierała oczy z wrażenia, kiedy po skończonej obfitej kolacji, zamówiłam sobie jeszcze frytki. I podobnie przetarła je w tym roku, kiedy zjadłam jakieś cztery dokładki makaronu, który dla mnie ugotowała na urodziny. Mówię Wam - jest po prostu boski. Od tamtej pory chodził za mną tak długo, aż zaczęłam sama obierać tony pomidorów. A tak się szczęśliwie składa, że jest na nie akurat sezon. Polecam szczególnie moją ulubioną odmianę Bycze Serca.


To, co w tym przepisie wspaniałe to fakt, że wszystko można przygotować wcześniej, a w ostatniej chwili ugotować makaron i połączyć go z sosem. Zwykle przygotowuję dwa kilogramy pomidorów i trzymam je w lodówce do trzech dni.

Makaron z sosem ze świeżych pomidorów, bazylii i sera
Źródło przepisu: Illucucina by Margotka


• kilogram dojrzałych na słońcu aromatycznych pomidorów (bawole serca lub malinowe) (może być nawet więcej jeśli się jest maniakiem pomidorowym)
• ząbek czosnku
• duży pęczek bazylii (dałam cytrynową i odrobinę tradycyjnej)
• ser: mozarella di Bufala (3 szt.) lub świeże peccorino lub dobra feta lub bunc (25) dkg
• 100 ml oliwy z oliwek (musibyć dobra i aromatyczna)
• sól gruba morska (1/4 łyżeczki - lub mniej jeśli jest słony ser)
• 500 g makaronu penne rigate (ja użyłam nr. 14 de Checco)

- pomidory obrałam ze skórki i pokroiłam w grubą kostkę
- do dużego słoika wlałam 1/4 oliwy, wrzuciłam 3/4 pęczku bazyllii, wyciśnięty czosnek sól i pomidory.
- słoik zamknęłam i włożyłam do lodówki na kilka godzin
- makaron ugotowałam tuż przed podaniem, koniecznie al dente!
- po odcedzeniu, wymieszałam go w garnku z serem i resztka oliwy, na końcu dodałam pomidory i szybko przełożyłam do miski, posypałam bazylią...
Ten makaron po podaniu będzie ciepławy, a nawet chłodny, ale należy go jeść natychmiast po wymieszaniu, żeby miał idealną temperaturę (fresca!)

Idealne na gorące wieczory z dobrym czerwonym winem.

Smacznego!

2011-07-16

Błyskawiczne muffiny z porzeczkami


To przepis dla tych wszystkich, którzy twierdzą, że nie potrafią piec. Oczywiście, że potraficie! Każdy to umie, nawet dziecko.
Na dni, kiedy naprawdę, ale to naprawdę nic się nie chce. Może tylko za wyjątkiem tego, żeby spać i marzyć o niebieskich migdałach.


Błyskawiczne muffiny z porzeczkami
12 szt
/na post. przepisu Nigela Slatera/

125 g masła
125 g mąki (pszennej, orkiszowej, itp)
3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
125 g cukru pudru
2 jajka
2-4 łyżki mleka
125 g porzeczek (czarne, czerwone lub mix)

Formę do muffinków (12-dołkową) wyłożyć papierowymi papilotkami. Piekarnik nagrzać do 200 st C.
Masło, mąkę, proszek do pieczenia, cukier i jajka zmiksować na gładką masę (blenderem, malakserem, itp). Następnie dodać 2-4 łyżki mleka - masa powinna nie być zbyt twarda.
Dodać odszypułkowane porzeczki i wymieszać łyżką.
Masą napełnić papilotki. Wierzch posypać delikatnie cukrem (opcjonalnie). Wstawić do piekarnika i piec 20-25 minut.
Smacznego!

2011-07-14

Drożdżowe z jagodami i czarną porzeczką



Tak naprawdę dziś mogłabym piec tylko jagodzianki. Albo drożdżówki z malinami. Z kruszonką albo lukrem.
Wczoraj znalazłam na targu pierwsze papierówki na szarlotkę. Najlepsza pora roku.
Choć kiedy biegam w lesie wydaje się, że jutro jest początek roku szkolnego i pora spakować tornister.
Wracam do mojej na wpół rozpakowanej walizki, rozpoczętych projektów i zadań, które dopiero kiełkują. Parzę wielki kubek zielonej herbaty, układam dziecko do snu, wynoszę z domu książki, których nigdy więcej nie przeczytam.
Mój miejski ogródek po prostu kipi - na jabłonce, którą niedawno sadziłam, rosną jabłka. Mam też zielone jeżyny i ostatnie poziomki. Kiedy ktoś mówi to przecież za mało, odpowiadam: wiem, ale lubię patrzeć, jak rosną.
Jak miło jest znowu być w domu. Dzień dobry :)

Drożdżowe z jagodami i czarną porzeczką

450 g mąki pszennej
2 jajka
30 g masła
250 ml mleka
180 g cukru
1 łyżeczka esencji waniliowej
1/2 łyżeczki soli
120 g ugotowanych, przeciśniętych przez praskę ziemniaków
10 g świeżych drożdży (lub 1 ł. drożdży suszonych instant)

300 g jagód, łyżka czarnej porzeczki - odszypułkowanej

Drożdże rozrobić z 1 łyżeczką cukru, zalać kilkoma łyżkami ciepłego mleka, dodać łyżkę mąki i odstawić na 15 minut. Następnie dodać pozostałe składniki i mikserem wyrobić luźne ciasto.
Przykryć folią i zostawić do wyrastania na ok. 1-1,5 h. Ciasto powinno podwoić objętość.
Następnie przełożyć je do wysmarowanej masłem i/lub wyłożonej papierem do pieczenia tortownicy o średnicy 28-30 cm*.
Wsypać na wierzch owoce i delikatnie wgnieść je w ciasto.
Odstawić na 20 minut, w tym czasie rozgrzać piekarnik do 180 st C.
Wstawić ciasto do piekarnika i piec ok. 45 minut - należy drewnianym patyczkiem sprawdzić stopień upieczenia - patyczek wbity w ciasto, po wyjęciu z niego powinien być suchy.
Jeśli ciasto zbyt szybko się rumieni, przykryć wierzch folią aluminiową.
Wyjąć z piekarnika, ostudzić w formie.

Smacznego!

*Ciasto na zdjęciu upieczone jest w mniejszej formie



2011-07-09

S'agaro (telefon i ja)












S'agaro to urocze miasteczko na Costa Brava. Pierwszy raz odwiedziłam je zimą: pusta plaża, zamknięte hotele i dużo czasu na robienie zdjęć z wybrzeża, które z powodzeniem mogłoby stać się planem filmowym. Po sezonie.
Dziś odwiedziłam je tylko po to, by pospacerować z dala od tłumu wylegującego się na plaży. Z góry wygląda równie pięknie co zimą.
Do miłego!

2011-07-07

Barcelona, telefon i ja









Plus upał, dziki tłum, dobre gazpacho i targ, na którym sprzedają chyba wszystko.
Tak, można tęsknić za deszczem. I kawą w Charlotte (o której jeszcze Wam nie pisałam, ale może kiedyś).
Do przeczytania!

2011-07-04

Wok - kilka słów i porad


Do opisania woków przymierzałam się już od pewnego czasu. Bardzo lubię dania kuchni azjatyckiej - te szybkie i proste potrawy, których smak jest odwrotnie proporcjonalny do nakładu pracy włożonej w ich przygotowanie. W woku można smażyć na niewielkiej ilości tłuszczu albo w głębokim oleju, a także korzystając z koszyczka bambusowego gotować na parze.

Wok służy mi nie tylko do przyrządzania azjatyckich dań. W sezonie smażę w nim konfitury, zimą pączki albo faworki.

Przez lata korzystałam ze zwykłego, pokrytego nieprzywierającą warstwą woka i przyszedł czas na znalezienie czegoś nowego. Nie lubię urządzeń na chwilę, potrzebuję czegoś na długo, co spełni swoje zadanie i ułatwi mi pracę.
We wszystkich książkach o kuchni azjatyckiej poleca się smażenie w woku węglowym. Ponieważ taki wok kosztuje stosunkowo niedużo i można łatwo go kupić przez internet, postanowiłam go wypróbować, a swoimi uwagami dzielę się w tym poście.
Odradza się natomiast woki żeliwne, ponieważ są ciężkie (i przy okazji bardzo drogie, niektóre z nich, np marki Le Creuset kosztują ponad 800 zł).

Prawdziwy wok i prawdziwe smażenie to ogień. Ja dysponuję jedynie płytą indukcyjną, co utrudnia mi zadanie. Dotychczas znalezienie woka, który nadaje się na ten rodzaj płyty, było niemal niemożliwe.

Posiadacze kuchenek gazowych mają łatwiej - właściwie niemal każdy rodzaj woka jest dla nich odpowiedni. Gdybym miała możliwość wyboru, gotowałabym na gazie, ale jej nie mam, podobnie jak wielu moich znajomych, którzy zmuszeni są do gotowania na płycie elektrycznej. W związku z tym rady kieruję przede wszystkim do posiadaczy takich płyt, gdyż z gazem nie mam dużego doświadczenia.

Postanowiłam przyjrzeć się bliżej różnym rodzajom woków i podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami oraz radami, których warto przestrzegać, by wok służył jak najdłużej.

Testowałam 3 woki:

- wok ze stali węglowej, polecany do płyt indukcyjnych
pokryty teflonem wok z Duki, którego używam od wielu lat
- wok ceramiczny GreenPan, polecany do płyt indukcyjnych

Dostępne na rynku woki różnią się kształtem, rozmiarem i materiałem, z którego są wykonane.
Te tradycyjne mają okrągłe dno, które uniemożliwia postawienie na płycie elektrycznej (są sprzedawane specjalne podstawki, które ułatwiają zadanie, jednak nigdy z nich nie korzystałam).
Najlepiej skorzystać z takich o płaskim dnie, bo dzięki temu naczynie stabilnie stoi na płycie, a ciepło jest rozprowadzane równomiernie.

1. Wok ze stali węglowej
Wszystkie rady, jakie słyszałam, polecały smażenie w zwykłym woku ze stali węglowej. Należy pamiętać, że tego typu naczynia są pokryte warstwą lakieru, która zapobiega rdzewieniu podczas transportu i przed użyciem należy ją usunąć.
Niektórzy producenci zalecają wypalenie takiego urządzenia, inni - i ja skorzystałam z tej rady - radzą wsypać ok. 2 łyżek sody oczyszczonej, wypełnić naczynie wodą, zagotować wodę i gotować ok. 20-30 minut. Po tym czasie warstwa lakieru odklei się od patelni, a to, co zostanie, należy zeskrobać.
W miarę potrzeby, czynność trzeba powtórzyć.
Kiedy wok zostanie pozbawiony lakieru i wyszorowany, trzeba go przygotować do używania:
Ustawia się go na małym ogniu i wciera w jego powierzchnię olej roślinny. Powstała w ten sposób powłoka zapobiega później przypalaniu potraw. Najlepiej wcierać olej zwiniętym papierowym ręcznikiem i robić to tak długo, aż na ręczniku nie będzie żadnego koloru.
Przygotowany w ten sposób wok nadaje się do smażenia. Wok pokryty olejem, po każdym smażeniu należy myć w ciepłej wodzie i nie szorować go ostrymi zmywakami.
Po każdym myciu nacieramy go olejem używając papierowego ręcznika i przechowujemy w suchym i przewiewnym miejscu (w przeciwnym razie warstwa oleju może zjełczeć).

Moje doświadczenia z wokiem węglowym
Pozbycie się warstwy lakieru nie należy do łatwych zadań. Bo choć większa część lakieru rzeczywiście odchodzi od patelni po pewnym czasie, to pozbycie się jego resztek jest trudne.
Kiedy już udało mi się pozbyć warstwy lakieru i próbowałam na niewielkiej mocy płyty zabezpieczyć naczynie olejem, wok przypalał się zarówno od środka jak i na zewnątrz. Przyznam, że już w połowie walki miałam dość.

2. Wok z powłoką Teflonową
Tego urządzenia używam od wielu lat. Nie byłam nim specjalnie zachwycona - mimo używania drewnianych i silinonowych łopatek, powierzchnia teflonu dosyć szybko się porysowała, przez co podczas smażenia warzywa do niego przywierały.
Nie miałam jednak innego, więc smażyłam w nim i gotowałam na parze.
Ten rodzaj woka nie wymaga specjalnej pielęgnacji, bo choć wprawdzie jak w przypadku wszystkich naczyń tego typu, nie należy go szorować ostrymi zmywakami, to już myć w zmywarce jak najbardziej można.
Jest dosyć lekki, a mimo to całkiem stabilnie stoi na płycie.

3. Wok z powłoką ceramiczną
Zaznaczę na wstępie - mam słabość do patelni ceramicznych. Pisałam dużo o nich w poście poświęconym patelniom (tutaj). Mam patelnie firmy Moneta i GreenPan - to jedyne patelnie ceramiczne, jakie spotkałam, które mają linie przeznaczone do używania na płytach indukcyjnych. I przyznam, że od kiedy je mam, pozbyłam się wszystkich innych patelni z nieprzywierającą powłoką. Uważam, że mimo tego, iż są droższe niż inne patelnie, warto w nie zainwestować, bo komfort z ich używania jest bezdyskusyjny. Właściwie trudno mieć do nich jakieś zastrzeżenia.
Wok ceramiczny jest stabilny, cięższy niż ten stalowy czy teflonowy.
Smażenie w każdym woku zakłada rozgrzanie go do bardzo wysokiej temperatury i zapewnienie, że to, co w nim smażymy, nie przywrze do dna.
Wok ceramiczny rozgrzewa się równomiernie, trzyma temperaturę. Testowałam go zarówno do krótkiego, szybkiego smażenia, jak też powolnego, na małym ogniu (zapiekanka ziemniaczana, 40 minut). Niewątpliwą zaletą tej powłoki jest jej nieprzywieralność. Mimo długiego czasu, zapiekanka wymagała jedynie krótkiego mieszania i smażyła się równomiernie. Krótko smażone warzywa były chrupkie.
Gotowałam w nim też dżem (3 kg owoców) i wrażenia miałam również dobre.


Reasumując: jestem zdania, że dania kuchni narodowych smakują najlepiej w krajach, w których je wymyślono. Urządzenia, w których się je przygotowuje, na miejscu idealnie spełniające swoje zadanie, używane w europejskich kuchniach, mogą nie być już równie użyteczne. Takie jest moje zdanie o przeznaczonym do płyty indukcyjnej woku ze stali węglowej. Pomijam jego wcześniejsze przygotowanie do smażenia - to jestem w stanie przeżyć. Podobnie jak dbanie o niego i trzymanie w przewiewnym miejscu. Denerwuje mnie jednak fakt, że wok się przypala i po pierwszym razie wygląda tak, jak bym używała go co najmniej od 15 lat.
Wok z powłoką teflonową spełni swoje zadanie wszędzie tam, gdzie nie będziemy go używać zbyt często, ale nie należy od niego wymagać spektakularnych efektów.
Jeśli zamierzamy korzystać z woka często, polecam wok ceramiczny. To zdecydowanie mój faworyt, również dlatego, że woka używam nie tylko do krótkiego smażenia na dużym ogniu. W pewnym sensie to patelnia wielofunkcyjna.
Idealnie się go również myje, ponieważ się nie przypala i nic do niego nie przywiera. Biorąc pod uwagę wygląd moich pozostałych ceramicznych patelni, z których korzystam niemal bez przerwy wiem, że ten wok będzie mi służył długo.
Polecam używanie silikonowych lub drewnianych łopatek ponieważ nie rysują powierzchni patelni.
Temat woka pojawiał się dosyć często w mailach, więc mam nadzieję, że moje porady okażą się przydatne.

*     *     *     *

Przez kilka dni będę miała bardzo ograniczony dostęp do internetu.
Bardzo proszę o wyrozumiałość w sprawie odpowiedzi na maile i komentarze.
Dobrego tygodnia Wam życzę!
L.

2011-07-02

Dzień dobry!



Życzę Wam pięknego weekendu, a tym z Was, którzy są w Warszawie, polecam łódki w parku w Wilanowie. Kaczki, para łabędzi z małymi, wędkarze i lilie wodne. Nie zapomnijcie o czymś na piknik.
A ja przygotowuję dla Was długi post na temat woka, który ostatnio stał się moją ulubioną patelnią. Więcej na jego temat już wkrótce.

Do przeczytania!