2011-06-29

Placuszki "serniczki" i kilka wydarzeń z życia White Plate


Lubicie randki w ciemno?
Kiedy byłam nastolatką, a o internecie jeszcze nikomu się nie śniło, bo byliśmy na etapie komputera Atari, prowadziłam korespondencję z rówieśnikami poznanymi dzięki magazynom dla młodzieży. Jakie emocjonujące było czekanie na listonosza i rozrywanie kopert, w których ktoś wysyłał nam swoje zdjęcie albo widokówkę swojego miasta. Świat wydawał się ogromny, a miasto na drugim końcu Polski odlegle o miliony lat świetlnych. Korespondowało się ze świadomością, że i tak się pewnie nigdy nie spotkamy.
Od kiedy bloguję, od czasu do czasu zdarza mi się spotykać kogoś, kogo poznałam dzięki internetowi. Ale jakie było moje zaskoczenie, kiedy pewnego dnia dostałam list od Chiki z bloga She who eats, która napisała, że jest czytelniczką (sic!) White Plate i postanowiła przyjechać do Polski.
To właśnie wtedy poprosiłam Was na Facebooku o rekomendację ulubionych polskich dań i krakowskich miejsc. Dostałam ich tyle, że sama zapragnęłam wybrać się znowu do Krakowa, ale zanim to nastąpi, spotkałam się z Chiką.
Zjadłyśmy razem obiad i okazało się, że mamy milion wspólnych tematów. Chika przyjechała z Tokio i opowiedziała mi o Japonii - moim jeszcze nie zrealizowanym marzeniu.
To było jak prezent urodzinowy. Spotkać kogoś z naprawdę odległego kraju, kogo można zapytać o wszystko, bo podobnie mu w duszy gra. I przy okazji przekonać się, że Ona wiedziała o mnie więcej niż mogłam przypuszczać, bo zawsze myślałam, że tłumacz Google może niewiele.
To były emocjonujące chwile.

Wczoraj zaś byłam na degustacji win z Południowego Tyrolu, którą prowadził fantastyczny Tomasz Prange Barczyński, który o winach wie (więcej niż) wszystko. Oprócz win serwowano południowotyrolskie jedzenie (na zdjęciu przystawka).
O mojej ślepej miłości do tego regionu pisałam już zimą (tutaj), a w komputerze mam kolejne materiały, które czekają na publikację.




To była inauguracja Dni Wina Południowego Tyrolu, które będą się odbywać przez dwa najbliższe tygodnie. A jeśli ktoś nie pije wina, może spróbować lokalnych specjałów - a, wierzcie mi, naprawdę jest z czego wybierać, bo kuchnia południowotyrolska obfituje w doskonałe sery, speck, czy... jabłka - co czwarte jabłko w Europie pochodzi właśnie z tego regionu.
Więcej informacji na temat Dni Win Południowego Tyrolu znajduje się na Facebooku tutaj. Naprawdę warto zainteresować się tym regionem nie tylko zimą - każdy wie, że można tam pojechać na narty, nie każdy wie, ile atrakcji można mieć tam poza sezonem zimowym.

Panierowane krążki bakłażanów, roladki z grillowanych warzyw, mus z kalafiora z krewetkami,

*     *     *     *     *

A dziś zapraszam na łatwe w przygotowaniu placuszki twarogowe - serniczki.
Delikatne i miękkie, które można podać ze śmietaną, musem jagodowym albo syropem klonowym.




Placuszki "serniczki"
250 g sera twarogowego mielonego (może być z wiaderka)
1 jajko
1,5 łyżka (30 g cukru)
1/2 łyżeczki sody
1 łyżeczka skórki cytrynowej
50 g mąki
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
Wszystkie składniki krótko zmiksować na gładką masę.
Na patelni rozgrzać 2-3 łyżki oleju roślinego, łyżką nakładać porcje masy i smażyć na małym ogniu (jeśli ogień będzie zbyt duży, placuszki spalą się z zewnątrz, a w środku będą surowe). Ja na swojej płycie smażę je na 3 (w skali 0-9).
Po ok. 3-4 minutach przełożyć je na drugą stronę i usmażyć na złoty kolor.

Smacznego!


2011-06-24

Muffinki z malinami i krówkami


Praca nad książką pochłania mnie bez reszty.
I chyba tylko ja potrafię kupić bilety na wymarzony koncert, cieszyć się nimi przez dwa miesiące, by pewnego dnia stwierdzić, że to, na co czekam, było wczoraj i prędko się nie powtórzy. Ech.
W mijającym tygodniu upiekłam chyba z pięć serników, kilka krajanek, tort i rzeczy, które pojawiły się na blogu. Budzę się z zeszytem z notatkami i zasypiam nad nim jak dziecko.
Moja kuchnia przypomina pobojowisko. Kończę jedno ciasto, zaczynam następne.
Wymyślanie przepisów, choć nie zawsze wszystko wychodzi od razu tak, jak bym chciała, jest jednak czymś, co sprawia mi ogromną radość.

Pozwólcie więc, że dziś zaproszę Was tylko na małe muffinki z malinami i krówkami, które pod wpływem ciepła tworzą słodką, lekko ciągnącą skorupkę. Warto poczekać, by dobrze ostygły, zanim wyjmiemy je z foremek, bo są raczej miękkie i delikatne.
A przy okazji zapraszam do nowego numeru magazynu Kikimora, w którym ukazał się wywiad ze mną.
Miłego weekendu Wam życzę!


Muffinki z malinami i krówkami
/6 dużych lub 8 mniejszych sztuk/

1 jajko
60 g cukru trzcinowego
40 g bardzo drobnych płatków owsianych lub mąki owsianej
110 g mąki pszennej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
120 g jogurtu naturalnego lub kefiru
50 g stopionego masła
100 g miękkich krówek, bardzo drobno posiekanych
110 g malin plus kilka malin do dekoracji

Jajko wymieszać w misce z cukrem, jogurtem i masłem. Następnie dodać mąkę, płatki i proszek. Wymieszać. Dodać połowę krówek, połączyć z masą. Wsypać maliny i delikatnie wymieszać.
Formę do muffinków wyłożyć papilotkami. Piekarnik nagrzać do 180 st C.
Masą wypełniać foremki maksymalnie do 1/2 ich wysokości (ciasto jest dosyć rzadkie i jeśli wlejemy dużo więcej, podczas pieczenia wyleje się z blaszki). Na wierzch wsypać resztę krowek i wstawić do piekarnika na 30-35 minut. Muffinki powiny być złocisto-brązowe.
Wyjąć z blaszki dopiero, kiedy przestygną.
Podawać ze świeżymi malinami i lodami waniliowymi.
Smacznego :)

2011-06-22

Francuskie gofry



Francuska cukiernia Ladurée, o której dużo pisałam tutaj, słynie przede wszystkim ze wspaniałych makaroników. 
Ja jednak zapamiętałam ją również jako miejsce, gdzie można zjeść pysznego croissanta albo brioszkę posypaną grubym cukrem.
Lista smakołyków, jakie tam sprzedają, jest długa.
Przepis na dzisiejsze gofry pochodzi z ich książki. W przeciwieństwie do innych, czasochłonnych i trudnych, ten jest łatwy.
Robiłam już gofry belgijskie i gofry kruche. A jeśli chcecie spróbować najlepszych w Warszawie, polecam starą budkę na warszawskiem Grochowie, która od ponad pięćdziesięciu lat sprzedaje rurki z kremem, ale również gofry (tutaj).
Zazwyczaj gofry, jakie jemy w Polsce są albo drożdżowe albo kruche. Te mieszczą się w innej kategorii - są miękkie i pomarańczowe. Ciasto, z którego się je robi nie zawiera drożdży ani proszku do pieczenia. Warto spróbować :)


W oryginale, przepis poleca tylko cukier puder do oprószenia gofrow, ja swoje podałam z karmelowym jogurtem i malinami. 

Francuskie gofry
Gaufres Maison
/Źródło: Ladurée/
ilość: ok. 6-8 sztuk

75 g mąki do ciast (użyłam typ 450)
125 ml + 75 ml mleka
20 g cukru
szczypta soli
30 g masła
3 jajka
50 ml kwaśnej śmietany (użyłam 18%)
1 łyżka wody z kwiatow pomarańczy (opcjonalnie, ale warto)

Mąkę przesiać przez sitko i odstawić.
W garnuszku zagotować: 125 ml mleka, cukier, sól i masło. Zdjąć z ognia, wsypać mąkę i energicznie wymieszać (należy uważać, żeby nie zrobiły się grudki z mąki). Wstawić z powrotem na gaz, mieszając gotować minutę, by odparować nadmiar płynu - powstanie nam gęsta, lśniąca masa, ktora powinna odchodzić od ścianek naczynia.
Zdjąć z ognia, odstawić do wystudzenia.
Dodając po jednym jajku, dokładnie wmieszać je do masy. Następnie dodać resztę mleka, śmietanę i wodę pomarańczową. Wymieszać i odstawić na godzinę.
Rozgrzać gofrownicę. Delikatnie posmarować olejem roślinnym (ja tego nie robiłam, bo ciasto jest tłuste, przyp. L). Wlewać porcje masy i piec ok. 3-4 minut, aż będą złociste (moja gofrownica piecze gofra ok. 7-8 minut, przyp. L - ten czas warto dostosować do urządzenia, jakim dysponujecie).
Podawać na ciepło, z ulubionymi dodatkami i cukrem pudrem.

Smacznego!

2011-06-20

Pierogi z dynią


Dynię makaronową kupiłam kiedyś namówiona przez sprzedawcę dziwnych sałat i ziół. I od tamtej pory, za każdym razem, kiedy widzę ją w sklepie, kupuję przynajmniej mały kawałek.
Ma piękny kolor, a po upieczeniu jej miąższ można podzielić na pasma przypominające makaron - stąd wzięła się jej nazwa.

Ostatnio najchętniej jem lekkie obiady, pierożki z dynią były miłą odmianą. Połączenie dyni i migdałowych ciasteczek amaretti jest dosyć popularne w kuchni włoskiej.  Ja, idąc tym tropem, przygotowałam farsz i zrobiłam duże pierogi, które podałam z masłem. Słodko-słony smak i szczypta świeżo mielonego pieprzu. Polecam :)


Pierogi z dynią

Ciasto: 
jak na ciasto do ruskich pierogów

Farsz:
ok. 600 g dyni makaronowej
2 łyżki oliwy z oliwek
2 żółtka
2 ciasteczka amaretti, pokruszone
ok. 3-4 łyżek tartej bułki (jej ilość zależy od tego, jak bardzo wilgotna jest dynia)
sól i pieprz do smaku
1/8 łyżeczki gałki muszkatołowej

Farsz:
Piekarnik nagrzać do 180 st C.
Dynię ułożyć na blasze, skropić oliwą z oliwek i piec 30 minut. Po tym czasie powinna być miękka.
Oddzielić miąższ od skóry, ugnieść widelcem i połączyć z pozostałymi składnikami.
Odstawić.

Ciasto:
Z mąki usypać kopczyk i stopniowo wlewając wodę, zagnieść ciasto. Rozwałkować je cienko, szklanką wykrawać kółka, do środka wkładać ok. 2-3 łyżeczek nadzienia, dobrze zlepić brzegi.
Ugotować w dużej ilości osolonej wody - kiedy pierogi wypłyną na powierzchnię, gotujemy je maksymalnie 1-2 minuty (czas zależy od tego, jak grube jest ciasto). 
Podawać z masłem, można posypać świeżym koperkiem.

Smacznego!

2011-06-17

Food&Friends, nr 3/2011


Czy Polska jest trendy?
Kiedy przeglądam najnowszy numer magazynu Food and Friends, nie mam najmniejszej wątpliwości.
Serce bije mi mocniej, kiedy dostaję maila, w którym ktoś pisze o tym, że postanawia odwiedzić nasz kraj i poznać go od strony kulinarnej. Co polecasz? Gdzie mam pójść? Czego spróbować? Uwielbiam takie maile i takie pytania. Kiedy z dumą możemy pokazać nasze lokalne produkty, nowe miejsca na kulinarnej mapie Polski. Bo prawda jest taka, że mamy ich wiele.
Food & Friends poświęca sporo miejsca kuchni międzynarodowej, głównie skandynawskiej. Pisze o znanych szefach kuchni (w tym numerze m.in. o Hestonie Blumenthalu), ale to, co ciekawi mnie najbardziej, to artykuły o polskich restauracjach i ludziach, którzy za nimi stoją.
Dowiedziałam się właśnie o cukierniku Tomaszu Dekerze, który w Sopocie robi prawdziwe słodkie cudeńka. Jeszcze tam nie dotarłam, ale po przeczytaniu tego artykułu wiem, że to tylko kwestia czasu.
Chciałabym pojechać do Kania Lodge, gdzie właściciel pracuje nad tym, by kiedyś z lokalnych winogron produkować wino. 
Przyznam, że po pierwszych dwóch numerach zadawałam sobie pytanie, czy wystarczy dobrych polskich restauracji, by je wszystkie opisać? I okazuje się, że tak, bo wciąż powstają kolejne miejsca z pomysłem.

Czego mi brakuje w Food & Friends?
Profil magazynu jest dość ekskluzywny, prezentowane dania to kuchnia nowoczesna, w dużej mierze restauracyjna, często ze składników niedostępnych przeciętnemu konsumentowi (comber z jelenia, szynka z dzika, udko z bażanta, sum, przegrzebki, mięso strusia) i przyznam szczerze, że ja czytam go głównie ze względu na opis miejsc, a nie przepisy. Rozumiem jednak, że takie jest założenie. Gdybym ja była jego redaktorem naczelnym, pokusiłabym się o wprowadzenie większej ilości przepisów na dania bardziej przystępne. Bo prawda jest taka, że kiedy idę do restauracji na coś ekstra, niekoniecznie będę porywać się w domu na odtwarzanie polędwicy Kobe z borowikami, ziemniaczanym fondant i sosem miso. Przeczytam o restauracji, odwiedzę ją, skosztuję dań, a kiedy wrócę do domu, będę chciała ugotować coś, co nie wymaga takich składników.

Chętnie zajrzałabym do kuchni w skandynawskim domu, poczytała o nowych książkach kulinarnych, a także znalazła więcej informacji praktycznych: gdzie się zatrzymać, kiedy najlepiej jechać, ile to kosztuje. Byłoby świetnie, gdyby w magazynie znalazło się więcej miejsca na artykuły o mniej zobowiązujących lokalach - bistrach, piekarniach, kawiarniach. Bo kiedy wybieram się w podróż, to one są dla mnie punktem zaczepienia (w końcu dużą kolację można zjeść tylko raz dziennie, a śniadanie czy lunch nawet kilka razy;) Chciałabym poczytać nie tylko o restauracjach, ale też o kuchni domowej, tej polskiej i międzynarodowej, ale ciekawej i nowoczesnej.
Chciałabym zobaczyć biesiady w polskim domu, poznać sekrety lokalnej, polskiej i międzynarodowej  kuchni i przepisy przekazywane z dziada pradziada. Poznać ciekawe produkty, dowiedzieć się, jak powstają i gdzie mogę je kupić. Marzy mi się reportaż z małej fabryki czekolady albo cukierni z tradycjami. Chciałabym zobaczyć, jak robi się np. La Captive Poire William. Tematów jest mnóstwo, mam nadzieję, że kiedyś znajdzie się w czasopiśmie miejsce na takie zagadnienia.

Tymczasem jest nieźle, wierzę, że będzie jeszcze lepiej i zamierzam nadal czasopismo kupować.
Food and Friends jest polską edycją skandynawskiego magazynu kulinarno-lifestylowego „Mat and Vänner” („Jedzenie i Przyjaciele”).
Jest tytułem całkiem młodym, to dopiero piąty numer (pierwszy ukazał się w październiku 2010). Ale trzymam za niego kciuki i życzę, by miał wciąż nowe pomysły i fantastycznych współpracowników, bo dla ambitnego pisma z całą pewnością warto pracować. Dla mnie na dziś to najlepszy magazyn o gotowaniu po polsku.

Jutro, ok. 10:30 będę gościem Patryka Kuniszewicza w Programie IV Polskiego Radia. Będziemy rozmawiać o gotowaniu i blogowaniu. Wszystkich chętnych do słuchania, serdecznie zapraszam :)
  

2011-06-14

Pad thai



Są takie potrawy, które nigdy się nie nudzą.
100 domowych ruskich pierogów to dla mnie pestka - będę jeść je od rana do wieczora, aż nie zostanie nic. Albo baba ghanoush. I jeszcze kilka innych dań.
Kiedy jechałam do Tajlandii, wszyscy mówili: koniecznie spróbuj Pad Thai.
Spróbowałam. I nie mogłam przestać próbować ciągle od nowa.
Najlepsze było w hotelu. Zamawiałam porcję do pokoju. Była tak ogromna, że wydawało mi się, że jak ją zjem, to nie będę głodna przez następny tydzień.
Ale przychodził nowy dzień, a ja jadłam ją znowu.
Później pytałam szefów kuchni, jak robią swoje wersje tego dania. Każdy robił trochę inaczej. Niektórzy używali bulionu drobiowego. Taki pad thai był ciężki i można było po im spać sto lat.
Jadłam wersje wegetariańskie z tofu - lekkie i pożywne. Widziałam wersje z mięsem wieprzowym, aż w końcu doszłam do wniosku, że to trochę jak z naszym bigosem - każdy robi go po swojemu. Zajęło mi trochę czasu, zanim wypracowałam sobie swoją własną, ulubioną wersję.
Pad Thai to błyskawiczne danie z woka. Makaron ryżowy, krewetki, omlet, tofu, chilli i charakterystyczny dla kuchni tajskiej sos słodko-słono-kwaśny. Komuś, kto nigdy tego nie robił, może się wydać skomplikowane, ale zapewniam - tak nie jest. A jeśli spróbujecie go zrobić samemu, znajdując odpowiedni dla siebie balans smaków, to jestem pewna, że ten w restauracji już nie będzie smakował równie dobrze.
Często do pad thai dodaje się takie składniki jak: suszone krewetki czy pastę z tamaryndowca, ale i bez nich smakuje on równie dobrze. Dla mnie najważniejszy jest sos i dodatek sosu rybnego - nie każdy go lubi, ja jednak nie wyobrażam sobie tej potrawy bez niego. Pastę z tamaryndowca można zastąpić sokiem z limonki albo ostatecznie z cytryny. Oryginał i tak można zjeść wyłącznie w Tajlandii, więc czemu by nie poeksperymentować?


Pad thai
/2 małe porcje lub 1 duża/

ok. 200 g makaronu ryżowego (szerokie wstążki)
3 łyżki oleju roślinnego (polecam olej ekologiczny, np. słonecznikowy)
2 ząbki czosnku, zmiażdżone
ok. 100 g tofu, pokrojonego w cienkie plasterki
10 dużych krewetek, np. tiger prawns, najlepiej surowych, obranych
2 jajka, roztrzepane widelcem
1 malutka, suszona papryczka chilli (może być też świeża, ale ostrożnie!)
2 łyżki posiekanego, cienkiego szczypiorku
ok. 100 g kiełków fasoli
2 łyżki listków kolendry, posiekanych
1 łyżeczka orzechów ziemnych, lekko uprażonych na suchej patelni
1 łyżeczka cukru trzcinowego
2 łyżki sosu sojowego (b. lubię Tamari)
1 łyżka tajskiego sosu rybnego
1 łyżeczka pasty z tamaryndowca wymieszana z 30 ml wody (jeśli nie mamy, można zastąpić sokiem z limonki)

Makaron zalać gorącą wodą i odcedzić po 2-3 minutach.
W woku rozgrzać łyżkę oleju, podsmażyć czosnek (ok. 20 sekund), dodać krewetki, smażyć ok. 2 minut, aż staną się różowe. Zdjąć krewetki z czosnkiem z patelni (ja przekładam wszystko do średniej wielkości miseczki).
Wlać do woka następną łyżkę oleju, wlać roztrzepane jajka, rozprowadzić je na patelni i usmażyć jak najcieńszy omlet (zajmie to jakieś 2-3 minuty). Porwać omlet na kawałki, zdjąć z patelni do miseczki.
Teraz wlać trzecią łyżkę oleju, dodać plasterki tofu i chilli. Podsmażyć minutę z obu stron. Dodać makaron, dokładnie wymieszać.
Doprawić cukrem, sosem rybnym, sosem sojowym, szczypiorkiem, sokiem z cytryny. Dodać połowę kiełków i orzeszki. Wymieszać, smażyć 3-4 minuty.
Dodać krewetki i omlet. Wymieszać.
Przełożyć na talerze, podawać posypane kolendrą i resztą kiełków z fasoli. (Niestety moja dzisiejsza wersja jest bez kiełków, bo nie udało mi się ich dostać, L.)

Smacznego!





Wszystkim, którzy chcieliby spróbować domowych dań kuchni tajskiej, polecam mój post, który poświęciłam składnikom niezbędnym do gotowania takich potraw. Ze wszystkich znanych mi kuchni, w porównaniu do nakładu pracy, jaki poświęca się na przygotowanie tych zwykle szybkich i prostych posiłków, kuchnia tajska oferuje najbardziej spektakularne efekty. Sosy i przyprawy wystarczają na długo i później wystarczy dokupić kilka świeżych warzyw czy kawałek ryby, by skomponować coś smacznego.



2011-06-12

Chrupiące ciasteczka z czekoladą




To błyskawiczne, chrupiąco-ciągnące ciasteczka z czekoladą, które idealnie przechowują się przez kilka dni w szklanym słoju.
Lubię zabrać kilka ze sobą na wieczorny spacer, poczęstować nimi niespodziewanego gościa. Jeśli się nam znudzą, można wykorzystać je do zrobienia spodu do sernika. Albo do szarlotki. Czasem robię z nich okruszki i posypuję pokrojone w plasterki truskawki ze śmietaną.
Jedne z najlepszych pełnoziarnistych ciasteczek, które są tak łatwe, że z przyjemnością robią je dzieci. Polecam :)


Chrupiące ciasteczka z czekoladą
/na podst. "Good to the grain", lekko zmodyfikowany przepis/
/ok. 30 sztuk/

Suche składniki:
3 kubki (użyłam takiego o pojemności 150 ml) mąki pszennej razowej (użyłam typ 1850)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody

Mokre składniki:
200 g zimnego masła, pokrojonego w kostkę
1 i 3/4 kubka ciemnego brązowego cukru
2 jajka
2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
2 tabliczki gorzkiej czekolady (użyłam 150 g 70% i 50 g mlecznej truskawkowej), połamanej na kawałki

Suche składniki połączyć w misce.
W drugiej misce zmiksować masło z cukrem, wbijać po jednym jajku, następnie dodać wanilię i ciągle miksując, wsypać suche składniki.
Na końcu wmieszać połamaną czekoladę.
3 duże blachy wyłożyć papierem do pieczenia.
Używając łyżeczki (ja korzystam ze średniej łyżki do lodów), robić z masy kulki, układać je na blasze, lekko rozpłaszczyć dłonią, zostawiając między nimi ok. 4 cm odstępy.
Piekarnik nagrzać do 190 st C.
Wstawić ciasteczka, piec ok. 15 minut.
Upieczone, ale gorące ciasteczka, są miękkie. Kiedy ostygną, stwardnieją i staną się chrupiące.
Smacznego!


2011-06-10

Gaumardżos! Kochany, zabierz mnie do Gruzji.


"Był więc kwiecień 2006 roku, piękna pogoda w Tbilisi, słońce chylące się nad miastem ku zachodowi, my na tarasie Kopali, przed nami czachobili, szkmeruli, adżarskie chaczapuri, ostri, jesiotr w sosie z granatów, wino tsinandali i woda nabeglawi. A trzy stoliki dalej siedziała piękna trzydziestoparoletnia Gruzinka.
Nie zauważyłbym jej, bo siedziała za mną, ale w którymś momencie dostrzeglem, że Radkowi wzrok ucieka, że odpuszcza naszą przeuroczą wymianę wiców, których ze względu na wrażliwszych czytelników przytaczać nie będę, że krótko mówiąc, odpłynął.
Obejrzałem się i zrozumiałem powód Radkowego rozkojarzenia.
Szlachetne, surowe rysy, pociągła twarz, prawdziwa gruzińska księżniczka. Siedziała z koleżanką.
- Radziu, wyluzuj na miłość boską - odezwał się Endru - przecież nie będziesz jej tu wyrywał.
Błąd, a nawet wielbłąd, jak powiedziałby Jan Tomaszewski. Po chwili Radek wciągnął powietrze, kiwnął głową i ruszył w stronę księżniczki"*. 
Chcecie wiedzieć, co było dalej?

Ostatnio żyję książką Ani Dziewit i Marcina Mellera, Gaumardżos*.
Zaczęło się od audiobooka, który kupiłam, żeby nie tracić czasu na czekanie i posłuchać go w samochodzie. Kupiłam płytę sobie, ale po pierwszych kilku fragmentach, kiedy moja siedmioletnia córka domagała się więcej, wiedziałam, że to książka nie tylko dla dorosłych.
Tak już mam, że najbardziej lubię czytać rzeczy, po których chciałoby się natychmiast spakować walizkę i ruszyć w podróż. Albo przynajmniej zacząć ją planować.
Są ludzie, którzy opowiadają tak barwnie, że ma się chęć poprosić: zabierz mnie następnym razem ze sobą.
Ania i Marcin zachęciliby do podróży gdziekolwiek. Każdy, kto ich poznał, przyzna mi rację. To taki rodzaj podróżnika, który nie boi się zapytać o drogę. Któremu nie straszne wejść tam, gdzie wchodzą tylko miejscowi. Który potrafi pytać, ale przede wszystkim słuchać. A kiedy umiemy słuchać, dowiadujemy się więcej niż powiedzą nam przewodniki i artykuły w kolorowych gazetach o podróżach, w których wszystko jest zawsze idealne.
Zazwyczaj w innym kraju bywamy turystami. Oglądamy świat przez szybkę, przez jakieś oczekiwania, wyobrażenia. Filtrujemy miejsca przez przewodniki. Nielicznym udaje się więcej.
Pobyć przez chwilę Gruzinem. Zjeść suprę, upić się czaczą, leczyć kaca wodą Borjomi. Spotkać piękność, która wygląda jak gruzińska księżniczka. Ale to książka nie tylko o księżniczkach i jedzeniu. Również o wojnie, ZSRR, niebezpieczeństwach. O historii. O różnicach i podobieństwach. Tym, co łączy Polaka i Gruzina i o tym, co nas dzieli.
Bo myliłby się ten, kto myśli, że Gruzja w tej książce to kraj idealny, ale mimo to (a może właśnie dlatego), po lekturze ma się ochotę zobaczyć na własne oczy ten kraj i tych ludzi.
Audiobook mi nie wystarczył. Poszłam po wersję papierową. Na empikowej półce został ostatni egzemplarz. Czekał na mnie. Zaczęłam czytać i oglądać zdjęcia, dużo zdjęć (polecam od razu zajrzeć na stronę 183).
Autorzy umieli zatracić się w Gruzji, pokochać ją - taką wspaniałą, ale też niedoskonałą. W końcu to, co idealne, szybko się nudzi.
Ja też chcę teraz jechać do Gruzji. Mam nadzieję, że niebawem.


Tymczasem zaczęłam od wizyty w małej gruzińskiej knajpce Tbilisi**, na ulicy Puławskiej w Warszawie.
To stamtąd jadłam pierwszy raz chaczapuri - drożdżowe placki z serowym nadzieniem polane masłem. Od pierwszego razu minęło trochę czasu i wspaniale było je sobie znowu przypomnieć. Lokal prowadzą Gruzinki. Oprócz chaczapuri, jadłam lekko pikantną zupę z czerwonej fasoli z pastą z orzechów włoskich. Polecam również niespotykane gdzie indziej oranżady. Ach ten różowo-fioletowy kolor! Nie do podrobienia. Jedzenie jest smaczne i domowe, można zabrać również na wynos. Polecam gorąco!




* Gaumardżos! Opowieści z Gruzji.
Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller
wyd. Swiat Książki 2011
cena: 24,90 - 36,90 PLN
www


** Restauracja Tbilisi
www
ul. Puławska 24, Warszawa
czynne: pn-pt 12-20, sb 12-18

2011-06-09

Czekoladowy pudding z morelami


Czekoladowy pudding na ciepło i pieczone morele to dwa z moich ukochanych smaków.
Chciałam połączyć je w jednym deserze i podać z sorbetem cytrynowym.
Z góry uprzedzam - to nie jest eleganckie ciasto, które można położyć na paterze i kroić na równe porcje. I choć w przepisie podaję, w jaki sposób przełożyć je na talerz, to sama najchętniej stawiam gorący deser na stole, by każdy mógł nałożyć sobie swoją porcję.
Połączenie ciepłego czekoladowego ciasta, miękkich moreli i sorbetu cytrynowego to jest to, o co mi dzisiaj chodziło. A kiedy ostygnie, smakuje trochę jak brownie, ale kwaśny smak owoców dodaje im tego "czegoś".
Polecam gorąco!



Czekoladowy pudding z morelami

Na brownie:
150 g mąki
100 g masła pokrojonego w małe kawałeczki

100 g gorzkiej czekolady, startej na tarce
25 g brązowego cukru
2 żółtka

500 g moreli, wypestkowanych i przekrojonych na ćwiartki
40 g masła
100 g cukru

Ciasto: zagnieść wszystkie składniki na gładkie ciasto i włożyć do lodówki na pół godziny. Ja używam do tego celu malaksera.
W tym czasie przygotować morele: na dużej patelni (ja używam patelni o średnicy 26 cm ze stali nierdzewnej ze stalową rączką), rozgrzać masło z cukrem. Kiedy zacznie się karmelizować, dodać morele. Zdjąć z ognia. 

Ciasto wyjąć z lodówki i rozwałkować na krążek o średnicy większej niż średnica patelni.
Ciasto ułożyć na morelach, podwinąc brzegi do środka. 

Wstawić do piekarnika nagrzanego do temp. 200 st C. Piec 20 minut, następnie zmniejszyć temp. do 160 stopni i piec kolejne 20 min. Po upieczeniu wyjąć z piekarnika, nożem odsunąć brzeg ciasta od patelni, na wierzch patelni położyć duży talerz i jednym ruchem przewrócić deser na talerz. Może się okazać, że do patelni przywarła część moreli, wówczas odrywamy je delikatnie nożem i układamy na cieście. Jeśli ciasto jest gorące, to owoce ładnie się "wkleją" z powrotem. I tyle!
Można też nie przewracać deseru na talerz, a porcje ciepłego puddingu wkładać od razu do miseczek.
Podawać z kulką lodów waniliowych lub sorbetem cytrynowym.


Smacznego!


P.S. W moim warzywniaku morele po 12 zł za kilogram. Na polskie wciąż czekam cierpliwie.

Po ile morele?


cdn.
Do miłego :)

2011-06-06

Kuchen czyli placek drożdżowy z truskawkami i rabarbarem


Ten przepis towarzyszy mi od kilku lat i zawsze korzystam z niego w sezonie. Rabarbar zamieniam na jagody, maliny albo jabłka. Czasem piekę ciasto w większej blaszce i powstaje wówczas cienki placek.
Kiedy nie mam czasu, wszystkie składniki wyrabiam w maszynie do chleba.


Placek drożdżowy z truskawkami, rabarbarem i kruszonką
/na podst. przepisu Nigelli Lawson/

Zaczyn:
20 g świeżych drożdży (lub 1 łyżeczka suchych instant)
1/2 szklanki* letniego mleka
1/2 szklanki mąki
1/4 łyżeczki cukru

Ciasto:
1/2 szklanki letniego mleka
1/2 szklanki cukru
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
szczypta soli
50 g rozpuszczonego masła
2 jajka
2 3/4 szklanki mąki
1 jajko plus 1 łyżka śmietany
600-700 g rabarbaru - obranego i pokrojonego na cienkie plasterki (0,5 cm grubości) plus 75 g drobnego cukru i 1/4 łyżeczki przyprawy do piernika
3/4 szklanki truskawek

Kruszonka:
50 g mąki
30 g cukru
30 g roztopionego masła
1/4 łyżeczki cynamonu

Wlać mleko do dużej miski, dodać drożdże i zostawić na kilka minut. Dodać mąkę i cukier - wymieszać. Przykryć i zostawić aż masa podwoi swoją objętość.
Dodać pozostałe składniki i dobrze wyrobić, aż powstanie miękkie i elastyczne ciasto. Przykryć i zostawić do wyrośnięcia na około godzinę, aż podwoi swoją objętość.
Kruszonka: mąkę wymieszać z cukrem, wanilią i cynamonem oraz roztopionym masłem. Blachę 30x20cm posmarować masłem, przełożyć na nią wyrośnięte ciasto i równomiernie je rozciągnąć. Posmarować jajkiem wymieszanym ze śmietaną. Rabarbar wymieszać z cukrem i przyprawą do piernika. Ułożyć rabarbar i truskawki na cieście, posypać kruszonką. Przykryć ściereczką i zostawić do wyrośnięcia na ok. 30-40 minut.
Piekarnik nagrzać do 180 st C.
Wstawić ciasto i piec ok. 30-40 minut, aż będzie rumiane.
Przed pokrojeniem ostudzić.

Smacznego!

*szklanka o pojemności 250 ml

2011-06-05

Cannelloni ze szpinakiem, pieczarkami i sosem pomidorowym


Wracam do domu czterema autobusami.
Kierowca słucha Rubika, współpasażerowie pochyleni nad laptopami i telefonami komórkowymi. Gazet i książek brak, jaka szkoda.
Wiosna nastraja mnie do domowych porządków. Pakuję kartony książek, magazynów wnętrzarskich, dziecięcych kolorowanek. Wynoszę płyty, których słuchałam wieki temu. Zastanawiam się, co zrobić z workiem kabli od nie wiadomo czego. Już dawno pozbyłam się myśli, że się do czegoś przydadzą.
W garażu znajduję cebulki jesiennych kwiatów, zapomnianą torebkę maciejki.
Porządkowanie swojego otoczenia pomaga uporządkować myśli. Wyrzucić to, co zbędne.
Dwa lata temu pisałam o idei tygodnia bez zakupów. Ten temat wraca do mnie regularnie. Bo choć nie mogę się oprzeć świeżym truskawkom i szparagom, to makaronom, które wołają: "Kup, takiego jeszcze nie masz", zdecydowanie oprzeć się powinnam.
W taki upał najchętniej nie jadłabym nic, ale czasem warto. Nadziewane cannelloni można przygotować wcześniej i wstawić do lodówki. Upiec wtedy, kiedy jesteśmy głodni.
Niektórzy producenci mówią o tym, żeby makaron przed nadziewaniem lekko podgotować, inni nie. Niepodgotowany piecze się dłużej, a jeśli niedokładnie polejemy go sosem, może być w niektórych miejscach chrupiący i twardy zamiast miękkiego. Zdarza się, trudno.


Cannelloni ze szpinakiem, pieczarkami i sosem pomidorowym

Sos pomidorowy:
puszka pomidorów (ok. 400 g)
ząbek czosnku, pokrojony w plasterki
1 łyżka oliwy
sól i pieprz do smaku
1/2 łyżeczki oregano

Farsz:
250 g pieczarek, pokrojonych w plasterki
400 g młodych liści szpinaku
2 łyżki masła
ząbek czosnku, pokrojony w plasterki
szczypta gałki muszkatołowej
200 g sera ricotta lub białego sera

ok. 300 g (ok. 12 rurek) makaronu cannelloni przygotowanego zgodnie z instrukcją na opakowaniu
ok. 200-300 g mozzarelli, startej na tarce


Sos:

Na patelni podgrzać oliwę, dodać czosnek, po ok. 30 sekundach wlać pomidory. Zagotować, zmniejszyć ogień i gotować ok. 10 minut, aż nieco zgęstnieje. Dodać oregano oraz sól i pieprz do smaku. Odstawić.

Farsz:

Na suchej patelni podsmażyć pieczarki - smażymy tak długo, aż wyparuje z nich woda (ok. 10-12 minut). Dodać masło, kiedy się roztopi, szpinak i czosnek. Doprawić gałką muszkatołową. Po ok. 3-4 minutach, zdjąć z ognia. Odcisnąć na sicie nadmiar wody, przełożyć z powrotem na patelnię, dodać ricottę/ser. Dokładnie wymieszać.

Żaroodporną formę posmarować masłem. na dno wlać połowę sosu.
Rurki makaronu napełniać farszem. Ułożyć je w formie, polać resztą sosu, posypać serem.
Na tym etapie całość możemy wstawić do lodówki na kilka godzin i wyjąć tuż przed upieczeniem.

Piekarnik nagrzać do 200 st C.
Wstawić makaron, piec ok. 20-30 minut. Wyjmujemy, kiedy makaron będzie miękki.

Smacznego!

2011-06-01

Podlasie i tatarska wieś - Kruszyniany


Jechaliśmy przez małe wioski w okolicach Bielska Podlaskiego, na noc zatrzymując się w Białymstoku.
Było zielono, zielenią najintensywniejszą z możliwych. Wiosna to idealny czas, by odwiedzić tamte rejony. Łąki, na których kwitną miliony dmuchawców, pola rzepaku i młodego zboża.
Nigdy nie widziałam takiej ilości bocianich gniazd - nie wystarczy powiedzieć, że jest ich dużo. Jest ich o wiele więcej niż mogłoby się wydawać mieszczuchowi podglądającemu młode bociany w internecie.


Trześcianka, Soce i Puchły to Kraina Otwartych Okiennic - starych chat pięknie odmalowanych, architektury, która pamięta dawne osadnictwo rosyjskie. Charakterystycznych dla tego regionu kościółków, cerkwi, kapliczek przydrożnych i krzyży. Zbaczaliśmy z drogi, wjeżdżaliśmy do wioski i mogłam nasycić się pięknem przyrody w najczystszej postaci.
Wieczorem na ławeczkach przed domami siedzieli ludzie. Zaglądałam na podwórka - wydawało się, że w każdym gospodarstwie bramy pilnuje zadowolony z siebie, zwinięty w kłębek kocur. Rude, łaciate, pręgowane, długowłose, prawdziwa kocia rewia.


Odwiedziliśmy Kruszyniany - tatarską wieś położoną tuż przy granicy. Wcześniej wiedziałam, że mieszka tu mistrzyni świata w wypiekaniu babki ziemniaczanej, pani Dżenneta Bogdanowicz, która jest rodowitą Tatarką i oprócz tego, że piecze babki i prowadzi restaurację, organizuje wycieczki po okolicy, a jest tu co oglądać.
Na zdjęciu poniżej stary meczet w Kruszynianach:

Meczet w Kruszynianach
Z braku czasu na wycieczkę, odwiedziliśmy jej restaurację, w której spróbowałam babki - bez wątpienia jest to danie dla wyjątkowych mięsożerców, którym niestraszne tłuste i pieprzne smaki. Miałam w pamięci babkę, którą piekło się w mojej rodzinie - lżejszą, mniej tłustą, taką, którą można pokroić w plastry i odsmażyć na patelni. A moją, zmienioną jej wersję prezentowałam kiedyś tutaj.
Szczególnie przypadł mi do gustu wypiek o nazwie tatarczyk - to drożdżowe pierogi wypełnione kaszą gryczaną, marchewką i czosnkiem.
Na deser listkowiec - ciasto drożdżowe przekładane serem, posypane grubym cukrem.
Jeśli poprosimy o herbatę, dostaniemy mocną, wcześniej zaparzoną czarną herbatę z miętą i kawałkiem cytryny.
Jednym słowem - jest pieprznie, tłusto i czosnkowo. Porcje ogromne, a większość dań z mięsem.
Jeśli wybieramy się tam w weekend, warto wcześniej zarezerwować stolik, bo choć wydaje się, że Kruszyniany to koniec świata, to ilość autokarów i turystów jest zaskakująco duża.
Menu w Tatarskiej Jurcie
Tatarska babka ziemniaczana



I to by było mniej więcej tyle.
Byłam w Białymstoku, ale na tyle krótko, że nie udało mi się odwiedzić wielu miejsc, co z całą pewnością nadrobię następnym razem, już niedługo.
Planującym letnie weekendy, gorąco polecam tamte rejony. 


Tatarska Jurta
Kruszyniany 58
16-120 Krynki