2011-05-30

Lekkie, wiosenne curry



Kiedy dobrze mi się z kimś rozmawia, zaczynam sto jeden wątków, skaczę po tematach, nim skończę jeden, wracam do poprzedniego. A dziś mam w głowie milion tematów, od których boli głowa.
Chciałam mówić o szparagach, ale co w nich ciekawego? Wiadomo, że najlepiej smakują najprościej, lekko zblanszowane, chrupiące, polane masłem albo sosem holenderskim. Ale codziennie?

Ostatnio kupiłam książkę Rose Petal Jam, napisaną przez Polkę mieszkającą od dwudziestu lat w Australii. Wróciła na chwilę do Polski z angielskim mężem, by odnaleźć smaki swojego dzieciństwa.  
Przeglądałam tę piękną książkę i byłam dumna z tego, w jaki sposób przedstawiono w niej polskie smaki, naszą przyrodę, rodzinne tradycje, zapomniane wydarzenia. Dla kogoś, kto jest stąd, nie będzie wielkim odkryciem opis kolonii czy twórczości Ireny Santor. Ale dla kogoś stamtąd, być może tak. Ta książka pokazuje, jak można marzyć. Jak się tęskni. Jest cudowna.
Co tydzień chodzę na bazar. Zimą niecierpliwie czekam na ten czas, kiedy będę mogła wziąć kosze i pójść wybierać ładniejsze z ładnych.
Wieczorem jadę brudnymi ulicami Warszawy, patrzę jak w okolicy Placu Konstytucji ktoś ustawił wagę i sprzedaje owoce. Nasz rodzimy, miejski folklor.
Mija tydzień od mojej wizyty na Podlasiu, za którym zdążyłam się stęsknić na tyle, by planować tam wakacje. Najlepiej od jutra i na jak najdłużej.
Już dawno zdałam sobie sprawę z tego, że nie muszę wyjeżdżać daleko i na długo, by docenić to, co mam na wyciągnięcie ręki.
Brudny Plac Konstytucji ze starą wagą, bazar u progu lata i łąkę dmuchawców w środku miasta, które ktoś zapomniał skosić.
A wracając do szparagów. Połączyłam je z młodą włoszczyzną i zrobiłam lekkie, wiosenne curry. Warzywa są krótko blanszowane, dzięki temu zachowują chrupkość, smak i kolor. Do tego kremowy sos i indyjskie przyprawy. Potrawa nie prezentuje się zbyt okazale, ale ja mogłabym jeść takie curry codziennie.



Lekkie wiosenne curry

2 łyżki oleju roślinnego

5 goździków
5 łupinek zielonego kardamonu
1 łyżeczka nasion kminu indyjskiego
5 suszonych liści curry (opcjonalnie)
1/2 średniej wielkości cebuli

3 ząbki czosnku
kawałek świeżego imbiru długości 3 cm, starty na tarce

1 łyżeczka mielonej kolendry
1/3 łyżeczki mielonej kurkumy

pół pęczka zielonych szparagów, obranych, pokrojonych na 3 cm kawałki
młoda włoszczyzna, tylko korzenie bez liści (marchewka, pietruszka, seler - wyczyszczone szczoteczką lub, jeśli są starsze, obrane)
1/2 kalafiora, obrany, pokrojony na różyczki
2 duże, młode ziemniaki, umyte, obrane i pokrojone w kostkę

200 ml śmietany 18%

Na głębokiej patelni rozgrzać olej.
Dodać kmin, goździki i kardamon. Smażyć, ciągle mieszając, 15-20 sekund. Dodać cebulę, smażyć ok. 2 minut, aż się zeszkli. Dodać imbir, na końcu czosnek. Po 3 minutach dodać kolendrę i kurkumę oraz śmietanę. Mieszając, gotować ok. 5 minut. Dodać 200 ml wody (lub nieco więcej, jeśli sos będzie za gęsty).

W drugim garnku zagotować wodę z łyżeczką soli. Zblanszować warzywa: włożyć je do wody zaczynając od ziemniaków, szparagów, kalafiora i włoszczyzny. W zależności od wielkości, warzywa będą zblanszowane po ok. 2-6 minutach. Wyjąć je z wody przy pomocy łyżki cedzakowej i dodać do sosu. Dokładnie połączyć.
Podawać z ryżem basmati (ja gotuję go z dodatkiem kardamonu, laski cynamonu i goździków).

Smacznego!


Szparagi


c.d.n.
Miłego tygodnia!

2011-05-27

Cynamonowe koperty z ananasem


Zanim skończę i opublikuję drugą część relacji z mojej podlaskiej wycieczki, chciałabym podzielić się z Wami szybkim przepisem na koperty z ciasta francuskiego z ananasem.
Jednym z tych przepisów, kiedy na nic nie ma czasu.
Nie wiedzieć czemu, nagle zatęskniłam za smakiem ananasa z puszki. Kiedyś wymarzony towar deficytowy, dziś zalega na sklepowych półkach. Mam wrażenie, że nikt tego nie kupuje. I ja też nie. Tymczasem przyszło mi do głowy przynajmniej dziesięć przepisów na ananasa.



Zazwyczaj kiedy spędzam u kogoś weekend, robię w jego kuchni ciasta. Każdy prosi o drożdżowe albo o szarlotkę. Robię więc i jedno i drugie. Na dokładkę coś z gotowego ciasta francuskiego. Przede wszystkim po to, by pokazać tym, którzy nigdy nie piekli, jak łatwo można zacząć. Kiedy patrzę wstecz i przypominam sobie kuchnie, gdzie piekłam z kimś po raz pierwszy, widzę nigdy nie używane nowe piekarniki z papierową instrukcją w środku. Albo stareńkie kuchnie gazowe, których nie używali, bo się bali. Ja mogę piec wszędzie. I Ty też :-)



Cynamonowe koperty z ananasem

1 opakowanie ciasta francuskiego
puszka plastrów ananasa w zalewie
gruby cukier
cynamon
do posmarowania: białko

Piekarnik nagrzewamy do 190 st C.
Ciasto rozwijamy i kroimy na kwadraty.
Ananasa odsączamy z zalewy, plastry przekrajamy na pół. Na każdym kwadracie układamy 2 połówki ananasa i dokładnie zlepiamy brzegi. Wierzch każdego ciastka smarujemy białkiem, posypujemy cukrem i cynamonem.
Wstawiamy do piekarnika na 15-20 minut.
Smacznego!


2011-05-23

Podlasie


W podróż na Podlasie wybierałam się od dawna.
Miałam wiele powodów, by tam jechać i kilka wymówek, by tego nie robić.
Czasem planujemy coś zbyt długo i nic z tego nie wychodzi, więc tym razem weszłam do domu, spakowałam walizkę, odwiozłam dziecko do babci i wyruszyłam w błyskawiczną podróż sentymentalną. Miałam tylko 24 godziny, głowę pełną wspomnień i stary przewodnik po Kresach.
Jechałam bez oczekiwań, kierowała mną ciekawość. Wiedziałam, że świat się zmienia, a to, co widzimy oczami dziecka, wygląda inaczej, kiedy dorastamy.



Kiedy dotarłam na miejsce, słońce chyliło się ku zachodowi.
Zielone pola, żółte połacie kwitnącego rzepaku, drewniane wiejskie chaty i ludzie siedzący na ławeczkach przed domami. Wystarczyło zapytać o drogę, by do jednej staruszki dołączyły kolejne, które chciały rozmawiać.
Niech pani zapyta tamtego, co siedzi na ławce.
Tamten najpierw pokręcił przecząco głową, a potem trzy razy wyjaśniał, jak dotrzeć do miejscowości, o którą pytałam. Na końcu uznał, że wiem za mało, poprosił więc o długopis i kartkę, rozrysował na niej drogę, wyjaśnił jeszcze raz i mogłam jechać dalej.
Szukałam miejscowości z chatami ozdobionymi malowanymi okiennicami, a kiedy je zobaczyłam, miałam ochotę zamieszkać w jednej z nich, bo wydawało się, że czas się tu zatrzymał.
Wystarczyło zamienić słowo z kilkoma napotkanymi osobami, by przypomnieć sobie, co znaczy wschodnia gościnność. Kiedy chcą z tobą rozmawiać, pytają, zapraszają do domu albo chociaż na podwórko. Kiedy nie chcą pozwolić, byś jechał dalej, bo są ciekawi, co cię sprowadza i skąd pochodzisz. Mija piętnaście minut, a wydaje ci się, że za chwilę się okaże, że wiąże was jakieś pokrewieństwo.


Co się zmieniło?
Zazwyczaj wszyscy, którzy wracają w miejsca, które pamiętają z dzieciństwa,  mówią o tym, czego już nie ma. Patrz, tu było kino, a tam budka z lodami. Ja zobaczyłam pięknie odnowione miasteczka, nowe drogi, kwietniki pełne kwiatów, których nikt nie zamierza niszczyć i setki ludzi na rowerach. Stoliki nad jeziorem, młodych mężczyzn, którzy szli na ryby i uprzejmych, gościnnych ludzi, dokładnie takich, jakich spotykałam kiedyś.
Widziałam wioski, w których skromne idzie w parze z piękne i zadbane.
W kolejnym poście powiem dokładnie, gdzie byłam i pokażę, co jadłam.
Do szybkiego przeczytania!

2011-05-22

Pozdrowienia


Pozdrowienia z podróży sentymentalnej, o której więcej napiszę jutro.
Dobrej nocy!

2011-05-18

Domowa Pizza bianca i waryjacje na jej temat




Najlepsza, prawdziwa pizza bianca jest w Rzymie, upieczona w piecu opalanym drewnem. Z lokalnej mąki i ciasta o wysokiej zawartości wody. Ale jestem daleko od Rzymu i prawdziwego pieca.
Wczoraj Patrycja zapytała mnie na FB o pizza bianca. Akurat byłam głodna, miałam przed sobą wizytę w warzywniaku, więc nic nie stało na przeszkodzie, żeby ją upiec.
Wersji na domową białą pizzę jest wiele. Niektóre z nich mówią o dodatku semoliny do ciasta. W jeszcze innych zwykłą mąkę pszenną miesza się z mąką wysokoglutenową. 
Prawdziwa pizza bianca powstaje z ciasta o dużej hydracji, tzn. ma wysoką zawartość wody - często jest jej prawie tyle samo, co mąki.
Jim Lahey w swojej książce podaje metodę, jak zrobić takie ciasto, wymaga to jednak więcej czasu (ok. 3 godzin), inne receptury mówią o 12 godzinach, więc tym, którzy ich nie mają, podaję inny przepis.
A co na wierzch? Sól gruboziarnista, oliwa z oliwek i rozmaryn. Albo tymianek. W tej, którą pokazywała Patrycja była rukola i Parmezan. Zrobiłam więc i taką.
I jeszcze inną, z pomidorkami koktajlowymi i świeżym tymiankiem.
I odrobiną tartej mozzarelli.
Najbardziej smakuje mi taka bez dodatków. I ta z rukolą.
Lubię pizzę bardzo spieczoną, ale oczywiście można ją krócej piec. Jeśli korzystamy z kamienia, można rozgrzać piekarnik do 280 st C i gotową pizzę wyjąć po ok. 10 minutach. Albo i szybciej, wszystko zależy od tego, jak szybko piecze nasz piekarnik. Piekę małe pizze o średnicy ok. 12-15 cm, by każdy miał swoją.
Smacznego!



Pizza bianca domowa

500 g mąki na pizzę (lub mąki chlebowej np. typ 750)
1 łyżeczka soli
2 łyżeczki cukru
20 g świeżych drożdży (lub 1 łyżeczka suszonych drożdży instant)
ok. 200-300 ml wody*
40 ml oliwy z oliwek

na wierzch: oliwa z oliwek, sól gruboziarnista, świeży rozmaryn lub tymianek
rukola, Parmezan, pomidorki koktajlowe, etc.

Z podanych składników, najlepiej przy pomocy miksera zagnieść ciasto. Powinno być gładkie i lśniące. Nie powinno kleić się do rąk, ale nie może być zbyt twarde.
Uformować z niego kulę, posmarować delikatnie oliwą z oliwek, przełożyć do miski, przykryć folią spożywczą i odstawić do wyrastania na godzinę.
W tym czasie w piekarniku rozgrzanym do 280 st C rozgrzać kamień do pieczenia pizzy.
Wyrośnięte ciasto podzielić na porcje (z podanej ilości robię 4-6 sztuk), rozwałkować je na grubość ok. 1 cm, posmarować oliwą z oliwek, posypać solą i ziołami (jeśli używamy pomidorów, układamy je na surowym cieście). Odstawić na ok. 30 minut, by pizze lekko podrosły.
Ułożyć je na gorącym kamieniu i piec do zrumienienia ok. 10 minut - należy sprawdzić stopień upieczenia po ok. 5-6 minutach.
Jeśli używamy rukoli, układamy ją na upieczonym cieście, posypując płatkami Parmezanu i skrapiając niewielką ilością oliwy z oliwek.


*wodę wlewamy do ciasta stopniowo. W zależności od rodzaju mąki, będziemy jej potrzebować więcej lub mniej.

2011-05-17

Naleśniki Gwyneth Paltrow



...a właściwie pancakes, które podaje się z syropem klonowym. Można je usmażyć jako małe placuszki, ja jednak zrobiłam z ciasta niewielkie naleśniki, które podałam z dżemem truskawkowym i śmietaną cynamonową.
Można wykorzystać dowolną mąkę, ja użyłam mąki orkiszowej. To, co je odróżnia od innych naleśników, to dodanie do surowego ciasta sezamu, migdałów, pestek dyni i siemienia lnianego. Autorka proponuje również owoce goji. Jeśli będziemy smażyć je w formie naleśników, a nie placuszków, można pominąć proszek do pieczenia.
Przepis pochodzi z książki Gwyneth Paltrow.




Naleśniki Gwyneth Paltrow

1 i 1/4 szklanki mleka sojowego
1 szklanka dowolnej mąki
1/4 szklanki oleju roślinnego (plus 2 łyżki do smażenia)
1 jajko
3 łyżki jogurtu naturalnego
3 łyżki mieszanki nasion (migdały, pestki dyni, słonecznik, sezam)

Wszystkie składniki krótko zmiksować - na końcu wmieszać nasiona.
Na patelni rozgrzać niewielką ilość oleju, łyżką wlewać ciasto i smażyć placuszki. Po ok. 1-2 min. przewrócić je na drugą stronę.
Podawać z syropem klonowym.

Smacznego!

2011-05-15

Szarlotka z rabarbarem





Rabarbar trudno potraktować tak, jak jabłka, ponieważ ma w sobie dużo wody i niełatwo zrobić z niego gęste nadzienie. Połączyłam go więc z jabłkami, a całość zagęściłam niewielką ilością mąki. By uniknąć zakalca, upiekłam ciasto w dużej formie, dzięki czemu powstała cienka, rozpływająca się w ustach krajanka z kruszonką.

Szarlotka z rabarbarem

Ciasto:
cukier waniliowy lub łyżeczka esencji waniliowej
125 g cukru pudru
250 g mąki
125 g masła o temp. pokojowej
1 jajko

Nadzienie:
0,6 kg jabłek
0,4 kg rabarbaru
200 g cukru (lub do smaku)
1 płaska łyżka mąki

Kruszonka:

40 g masła
40 g cukru
50 g mąki

forma o boku 20x30 cm

Kruszonka:
wszystkie składniki połączyć w miseczce, aż utworzą się okruchy.

Ciasto:
Wszystkie składniki szybko zagnieść do czasu, aż utworzy się gładka kula. Długi proces wyrabiania sprawi, że ciasto będzie twarde, więc należy starać się robić to jak najszybciej.
Kulę zawinąć w folię i włożyć na godzinę do lodówki.

Nadzienie:
Rabarbar i jabłka obrać, pokroić w kostkę i zagotować do czasu, aż się rozpadną. Rabarbar ma sporo wody, więc trzeba gotować masę jeszcze ok. 15 minut, by lekko zgęstniała. Zdjąć z ognia, dodać cukier. Ponownie gotować przez 5 minut, mieszając. Dodać mąkę - dokładnie ją rozprowadzić w nadzieniu. Ostudzić.

Z lodówki wyjąć ciasto, wylepić nim spód blaszki wielkości 20x30 cm.
Piekarnik nagrzać do 180 st C. Ponakłuwać spód, wstawić do piekarnika i piec 15 minut.
Na podpieczonym spodzie rozprowadzić nadzienie, posypać kruszonką i wstawić ponownie do piekarnika na 20-30 minut (pieczemy tak długo, aż kruszonka będzie rumiana).
Po upieczeniu ostudzić i dopiero wtedy kroić na kwadraty.
Smacznego!


2011-05-13

Risotto, I like you!


W czekaniu na kogoś zawsze towarzyszy mi niecierpliwość.
Od zawsze.
Wyglądam przez okno, sprawdzam, czy domofon znowu się nie zepsuł. A kiedy zapraszam kogoś do domu, mam przygotowane coś do jedzenia. Niektóre potrawy można tak zaplanować, by skończyć je robić o dokładnie określonej porze. Dla gościa, który się nie spóźnia.
Risotto. Drugie po zagniataniu chleba gotowanie medytacyjne. Kilka perfekcyjnej jakości składników, przestrzeganie paru reguł i mamy risotto idealne.
Lubię proste potrawy, ale robione tak, jak trzeba. W tym wypadku tak, jak przykazał włoski szef kuchni. I jak go nauczyła mama.
Po pierwsze ryż: Arborio albo Carnaroli. Który lepszy? Zdania są podzielone, ja lubię oba rodzaje. Taki ryż po ugotowaniu zachowuje swój kształt, ziarenka są lekko twarde, ale idealnie wchłaniają sos.
Po drugie: dobry bulion. Jeśli możemy poświęcić trochę czasu, warto go ugotować ze świeżych warzyw. Jeśli nie, można skorzystać z ekologicznych kostek bulionowych bez glutaminianu sodu.
Po trzecie: cierpliwość. Bulion wlewamy do ryżu stopniowo, zanim dodamy kolejną porcję, czekamy, aż ryż wchłonie poprzednią.
I to by było na tyle.



Kiedy mam, dodaję do risotta wino - białe lub czerwone, w zależności od wersji tego dania. Lubię risotto grzybowe, z owocami morza albo z atramentem z kałamarnicy. Uwielbiam takie ze szparagami. Często jednak robię najprostszą wersję, z masłem i Parmezanem. Podobnie jak puree ziemniaczane, to moje comfort food.

Risotto, przepis podstawowy
2-3 porcje
/na podst. przepisu Maxine Clark/

250 g ryżu do risotto - Arborio lub Carnaroli
ok. litra gorącego bulionu warzywnego lub drobiowego
60 g masła
1 średniej wielkości cebula, obrana i drobno posiekana
60 ml białego wina wytrawnego (opcjonalnie)
sól i pieprz do smaku
Parmezan, ok. 60 g (opcjonalnie)

Bulion wlać do garnuszka i podgrzewać, by cały czas był gorący.
W dużym rondlu roztopić połowę masła, dodać cebulę i zeszklić ją - zajmie to ok. 10 minut.
Powinna być przezroczysta, nie może być brązowa.
Dodać ryż i dokładnie wymieszać z masłem. Ten etap nosi nazwę tostatura. Powinien trwać kilka minut.
Jeśli używamy wina, wlewamy je teraz. Zwiększamy ogień, mieszając, czekamy aż alkohol odparuje.
Następnie dodawać gorący bulion wlewając ok. 1 łyżkę wazową bulionu na raz. Mieszać do czasu, aż ryż wchłonie płyn, wówczas wlać kolejną porcję wywaru. Risotto cały czas mieszamy, by nie przywarło do dna garnka. Ryż nie może być suchy, gotowe risotto ma kremową (ale nie rozgotowaną!) konsystencję. W razie potrzeby należy dodać więcej płynu. Całość gotujemy ok. 15-20 minut.
Doprawić solą i pieprzem, dodać resztę masła i Parmezan, jeśli go używamy. Przykryć i odczekać kilka minut przed podaniem.
Smacznego!

*     *     *

Mój ostatni tydzień był jak prawdziwy roller coaster. Nim się obejrzałam, przyszedł upragniony weekend, a z nim perspektywa czytania, czytania, czytania. Mam też nadzieję, że uda mi się nadrobić wszystkie blogowe zaległości i że blogger nie będzie już odmawiał posłuszeństwa.
Do szybkiego zobaczenia!


2011-05-10

O ukrytych restauracjach



Kilka dni temu dostałam dość nietypową książkę kucharską*, od której trudno było mi się oderwać. Rzecz jest o restauracji założonej przez pewną Angielkę w salonie jej domu, w której przyjęcia odbywają się w sobotnie wieczory.
Na świecie (a wiem, że w Polsce też już się powoli pojawiają), pomysł "ukrytych restauracji", zwanych też Supper Clubs (Klubami Kolacyjnymi) jest dosyć młody. Tym, którzy nie słyszeli, wyjaśnię, iż chodzi o kolacje w prywatnych domach. Aby wziąć w nich udział, należy mailem zadeklarować chęć uczestnictwa i, w przypadku pozytywnego rozpatrzenia prośby, wpłacić zaliczkę, stawić się pod wskazanym najczęściej w ostatniej chwili, adresem, podać hasło, by w końcu rozkoszować się przygotowaną przez gospodarza kolacją. Najbardziej znane kluby kolacyjne rezerwują miejsca wiele miesięcy naprzód i często trudno się do nich dostać.
Kerstin Rodgers, znana internetowej społeczności jako Ms Marmite Lover, zaczęła od prowadzenia bloga, później wpadła na pomysł przyjmowania gości. W książce, oprócz wielu autorskich przepisów, dzieli się z czytelnikami radami, w jaki sposób można założyć taki klub. Mówi o rozterkach, kłopotach, rozwiązaniach, pytaniach. Od czego zacząć? Co podać? Jak rozwiązać kwestię zapłaty za posiłek?
Jak przygotować dania, co zrobić najpierw, dlaczego raczej nie podawać makaronu jeśli zapraszamy więcej niż osiem osób? Wspomina o Anty-Walentynkowym przyjęciu dla singli, których podejmowała francuskimi naleśnikami i przyjęciach w innych klubach, w których brała udział. Bo każdy taki klub rządzi się swoimi własnymi prawami. Niektóre są otwarte na przypadkowych gości, inne wymagają rekomendacji.
Dla mnie ta książka jest też ciekawym kompendium wiedzy na temat podejmowania gości. Jak uniknąć przedimprezowej gorączki i dobrze się bawić. Na końcu lista (wcale nie mała) klubów kolacyjnych w różnych krajach, w tym również dwa z Polski (Leniwe Raz i Uczta Babette).
Jestem ciekawa Waszych opinii na temat klubów kolacyjnych. Mielibyście ochotę wpaść na taką kolację?
Czy perspektywa siedzenia przy jednym stole z zupełnie obcymi osobami jest kusząca? Ile powinnien kosztować taki posiłek i czego byście się spodziewali?
A może ktoś z Was myślał o tym, by założyć Klub Kolacyjny?

*Supper Club: Recipes and notes from the underground restaurant
Kerstin Rodgers
Harper Collins 2011

2011-05-09

Drożdżowe bułeczki-maki



Na pomysł na te bułeczki natknęłam się przeglądając najnowszy numer Martha Stewart Living.
Pyszne!

Drożdżowe bułeczki-maki
9 dużych bułek
/przepis nieznacznie uprościłam, zrezygnowałam też z polewania bułek lukrem/

1 szklanka mleka (używam szklanki i poj. 250 ml)
120 g masła
1/3 szkl cukru
2 i 1/4 łyżeczki suszonych drożdży instant
3,5 - 4 szklanek mąki pszennej (ok. 600 g)
2 duże jajka
1 żółtko wymieszane z łyżką śmietany kremówki, do posmarowania bułeczek

Nadzienie:
230 g sera kremowego (użyłam sernikowego, z wiaderka)
1/4 szklanki cukru
1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
1 duże żółtko
1 łyżka plus 2 łyżeczki maku
1/3 szklanki gęstej konfitury z wiśni

Ciasto:

Mleko (ciepłe), masło (stopione), cukier wymieszać w garnuszku.
Połączyć z drożdżami i 2 szklankami mąki i szczyptą soli. Nie mieszać, odstawić na 5 minut.
Używając miksera z hakiem wymieszać ciasto na średnich obrotach, następnie, wciąż mieszając, dodawac po jednym jajku.  Zmniejszyć obroty do minimum i wsypywać stopniowo resztę mąki - ciasto nie powinno być zbyt klejące.
Wyjąć cisato z miski na oprószony mąką blat i uformować kulę. Przełożyć ją do miski, przykryć ściereczką i odstawić do wyrastania na godzinę.

Nadzienie:
wszystkie składniki wymieszać w miseczce, odstawić.

Wyrośnięte ciasto przełożyć na oprószony mąką blat i rozwałkować na kwadrat o boku 40 cm. Odciąć nierowne brzegi tak, by powstał równy kwadrat o boku ok. 37,5 cm. Jeśli ciasto jest zbyt miękkie, można je schłodzić przez 10 minut w lodówce.
Ostrym nożem podzielić ciasto na kwadraty o boku 12,5 cm. Na każdym zrobić ukośne nacięcia (jak na zdjęciu). Na środku ułożyć łyżkę sera, łyżeczkę konfitur i zwinąć bułeczki - jak na zdjęciu. Końce rogów powinny być dobrze sklejone, ponieważ ciasto podczas pieczenia może się rozklejać.
Każdą bułkę posmarować glazurą z jajka. Odstawić do wyrastania na 20-30 miut.
Piekarnik nagrzać do 180 st C.
Wstawić bułki, piec ok. 16-18 minut. Będą złotobrązowe.
Po upieczeniu ostudzić na kuchennej kratce.

Smacznego!



2011-05-05

Muffinki baklava


Pierwszy raz piekłam je sześć lat temu. Wtedy nie było tygodnia, w których nie pojawiłyby się w mojej kuchni.  Dziś wyciągnęłam nieco przykurzony przepis Nigelli i zrobiłam je znowu.
Bardzo słodkie, klejące, pyszne.




Muffinki a'la baklava
/z książki How to be a domestic goddess Nigelli Lawson/

Nadzienie:

1/2 szklanki posiekanych orzechów włoskich
1/3 szklanki cukru
1 1/2 łyżeczki cynamonu
3 łyżki roztopionego masla

Muffiny:

1 szklanka i 7 łyżek mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1/4 szklanki cukru
1 duże jajko
3 łyżki rozpuszczonego masła
1 szklanka + 2 łyżki maślanki (można też użyć 3/4 szklanki naturalnego jogurtu i 1/3 szklanki mleka)

Na wierzch:
miód, około 1/2 szklanki


Rozgrzać piekarnik do 200 st.C.
12-dołkową formę do muffinków wyłożyć papierowymi papilotkami.
Wszystkie skladniki nadzienia wymieszać w małej miseczce.

Wymieszać razem suche składniki - mąkę, proszek, sodę i cukier. I osobno połączyć wszystkie mokre składniki - maślankę, jajko i rozpuszczone masło. Nie trzeba miksować, wystarczy wymieszać trzepaczką. Wlać do suchych składników i delikatnie połączyć.

Wypełniać wgłębienia muffinowe do 1/3 wysokości, teraz dodać niecałą łyżkę nadzienia i przykryć warstwą ciasta do 2/3 wysokości foremki. Reszą nadzienia posypać wierzch muffinów i piec około 15 minut, powinny być ładnie zrumienione. Wyjąć, lekko polać miodem (zazwyczaj pomijam ten etap, bo muffiny są i tak bardzo słodkie).
Smacznego!


2011-05-03

Super Natural every day i sezamowy makaron z tofu


Kilka dni temu wystałam na poczcie paczkę, w której była najnowsza książka Heidi Swanson Super Natural Every Day*. Otworzyłam ją pierwszego dnia, przymknęłam dopiero po kilku wypróbowanych przepisach. 
Kiedy odwiedzam sklepy z żywnością ekologiczną i widzę personel, który sprawdza daty na opakowaniach quinoa czy amarantusa, które odkłada do sklepowego kosza ponieważ są przeterminowane to wiem, że potrzeba nam kogoś, kto pokazałby nam jak wykorzystać w kuchni mało u nas znane produkty.
Heidi robi to na swoim blogu 101 cookbooks i w książkach.
Nie wiem, jak Wam, ale mi wszystkie polskie publikacje z jedzeniem wegetariańskim, nie najlepiej się kojarzą. Zastępowanie mąki pszennej razową czy żytnią nie zawsze się sprawdza. Da się, ale nie zawsze. Nie lubię zdrowych, ekologicznych ciasteczek ze sklepu, orkiszowych ciast czy gliniastych chlebów. Może to i zdrowe, ale mi nie smakuje.
Heidi Swanson pokazuje, w jaki sposób wykorzystać pełnoziarniste produkty, kasze, azjatyckie sosy czy pasty, a także warzywa w taki sposób, by wszystko smakowało niebiańsko.
W swojej kuchni używa takich produktów jak ocet z brązowego ryżu, tofu, czarny sezam, melasa z granatów, więc dla kogoś, kto nigdy nie gotował używając podobnych składników, pierwsze zetknięcie z książką może być zniechęcające. Wystarczy jednak wizyta w dobrze zaopatrzonym sklepie ze zdrową żywnością, by móc ugotować niemal każdą potrawę i cieszyć się nowymi smakami.
To nie jest książka, która spodoba się wszystkim, ale na pewno tym, którzy szukają kulinarnego urozmaicenia i pełnowartościowych, ciekawych dań. 



Dziś przygotowałam gryczany makaron soba, podany z sezamowym sosem z prażonych pestek słonecznika i orzeszków pinii oraz podsmażonego tofu.
W oryginalnym przepisie autorka wykorzystuje czarny sezam, który zastąpiłam sezamem z wasabi.
Wygląda na dość skomplikowane danie, ale wcale takie nie jest. Bogactwo smaków sprawia, że ma się ochotę sięgnąć po kolejną dokładkę.


Makaron "Black Sesame Otsu"
na podst. Super Natural Every Day


1 łyżeczka orzeszków piniowych
1 łyżeczka pestek słonecznika
60 g czarnego sezamu

1,5 łyżki cukru trzcinowego
1,5 łyżki sosu sojowego (zwykłego, Tamari lub Shoyu)
1,5 łyżki mirinu (do kupienia z żywnością azjatycką)
1 łyżka oleju sezamowego
2 łyżki octu z brązowego ryżu (do kupienia np. w delikatesach Marks&Spencer lub sklepach eko)
1/8 łyżeczki pieprzu cayenne

340 g makaronu soba (to gryczany makaron do nabycia w sklepach z żywnością orientalną, hipermarketach lub sklepach eko)
340 g twardego tofu

oliwa z oliwek
1 pęczek cebuli szalotki lub 1/2 pęczka dymki (ja użyłam szczypiorku), drobno posiekanych

Orzeszki i słonecznik delikatnie uprażyć na suchej patelni. Wsypać sezam i prażyć dopóki sezam nie zacznie pachnieć (trzeba uważać, żeby go nie spalić). Zdjąć z ognia, utłuc w moździerzu, następnie połączyć z cukrem, sosem sojowym, mirinem, olejem sezamowym, octem i pieprzem. Odstawić.

Makaron ugotować zgodnie z instrukcją na opakowaniu (ok. 8 minut) w dużej ilości osolonej wody. Kiedy się ugotuje, odlać z niego 80 ml płynu. Makaron odcedzić.
Z pasty sezamowej odjąć jedną łyżkę, resztę połączyć z wodą z makaronu.

Tofu pokroić na kawałki wielkości zapałki, obtoczyć w oliwie z oliwek i lekko posolić. Usmażyć na patelni na złotobrązowy kolor.

Makaron połączyć z sosem, połową szczypiorku, na końcu dodać tofu. Podawać w głębokich talerzach z odrobiną pasty sezamowej, posypane resztą szczypiorku.

Smacznego!

*Super Natural Every Day
Heidi Swanson,
Ten Speed Press, kwiecień 2011
Cena: 23$ 

2011-05-01

Ciasto migdałowo-orzechowe z rabarbarem

Nie było mnie kilka dni w domu. Po powrocie zastałam w ogródku dziesiątki tulipanów i narcyzów, kwitnące dzikie jabłonki, mały dywan przywrotnika, pierwsze listki pigwy na młodym drzewku*.
Przyniosłam krzesła i stół, dzieci sąsiadów rozłożyły na nim gips i lepiły figurki. Szukaliśmy wielkanocnych jajek, które zostawił dla nich spóźnialski zając.
W lodówce znalazłam kilka łodyg rabarbaru, który kupiłam tuż przed wyjazdem. A rabarbar mogę jeść na akord. Nigdy nie mam go dość.


Właściwie to nie jestem pewna, jak nazwać dzisiejszy wypiek. Może być tartą albo ciastem. Przypomina też trochę crumble. Jest bez jajek, robi się go 15 minut. Można upiec go w standardowej tortownicy albo w formie na apple pie (tak, jak na zdjęciu).
Można pokusić się o krojenie go na porcje, co jest dosyć trudne, więc najchętniej nabieram jeszcze ciepłe porcje łyżką i podaję z gęstą śmietaną albo lodami waniliowymi.
Wierzch jest chrupiąco-ciągnący (jak w migdałowych babeczkach Bliklego wieki temu), pod nim cierpki rabarbar i suszona żurawina.



Ciasto migdałowo-orzechowe z rabarbarem
/zmodyfikowany przepis Donny Hay/

250 g rabarbaru, obranego i pokrojonego na 1/2 cm kawałki
50 g suszonej żurawiny
50 g cukru

100 ml dobrego oleju roślinnego (używam ekologicznego oleju słonecznikowego) lub stopionego masła
150 g mąki pszennej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
75 g cukru pudru
30 g mielonych migdałów
30 g mielonych orzechów laskowych
60 ml mleka

Piekarnik nagrzać do 180 st C.
W miseczce połączyć rabarbar, żurawinę, cukier. Odstawić.
W drugiej misce wymieszać łyżką olej, mąkę, proszek, cukier puder, migdały, orzechy i mleko. Powstanie dosyć gęsta, lśniąca masa.
Okrągłą formę o średnicy 22 cm wylepić 1/2 ilości ciasta. Ułożyć na nim rabarbar, przykryć resztą ciasta - ciasto należy układać małymi porcjami, nie musi równo przykrywać warstwy rabarbaru.
Wstawić do piekarnika i piec 45-50 minut. Wierzch powinien być wyraźnie zrumieniony. Przed wyjęciem z piekarnika można w brzeg ciasta wbić drewniany patyczek - jeśli po wyjęciu jest suchy, to znaczy, że ciasto jest gotowe.
Oprószyć cukrem pudrem.
Smacznego!

*     *     *     *     *


* przy okazji chciałabym serdecznie podziękować wszystkim, którzy do mnie piszą z propozycją podzielenia się drzewkiem pigwowym - gdybym tylko miała choć trochę więcej miejsca, z wielką radością powitałabym kolejne egzemplarze. Niestety mój ogródek to typowo miejska, malutka przestrzeń. Niemniej takie propozycje zawsze mnie wzruszają. Dziękuję :)