2011-03-29

Marokańska zupa z soczewicą i cynamonem


Kuchnia marokańska jest moim zdaniem jedną z najlepszych na świecie. Może dlatego, że oferuje bogactwo połączeń ostry-słodki, które tak bardzo lubię.
Dziś przygotowałam zupę soczewicowo-pomidorową, doprawioną ostrymi przyprawami, podawaną z karmelizowaną cebulą. Może się wydawać, że to zaskakujące połączenie, ale wszystko idealnie ze sobą współgra. 
Smaczne, pożywne danie na przedwiośnie.


Marokańska zupa z soczewicą i cynamonem
/zmodyfikowany przepis Diany Henry/
dla 2 osób


1 średniej wielkości cebula
3 łyżki oliwy z oliwek
1 ząbek czosnku
1 łyżeczka cynamonu
1/2 łyżeczki utłuczonego kminu indyjskiego (nie kminku)
1/2 łyżeczki mielonej kolendry
200 g pomidorow z puszki
100 g czerwonej soczewicy, opłukanej pod bieżącą wodą
ok. lira wywaru warzywnego, drobiowego lub wody
sól i pieprz do smaku

Karmelizowana cebula:
1 średniej wielkości cebula
2-3 łyżki oliwy z oliwek
1/2 łyżeczki cynamonu
1/2 czerwonej papryczki chilli, wypestkowanej i pokrojonej
1 łyżka brązowego cukru

Do podania:
listki świeżej kolendry
gęsty jogurt naturalny

W garnku rozgrzać oliwę z oliwek, dodać drobno pokrojoną cebulę, podsmażyć na małym ogniu 2-3 minuty, dodać posiekany czosnek i przyprawy. Smażyć ciągle mieszając 2 minuty. Dodać pomidory, soczewicę i wywar. Doprowadzić do wrzenia, następnie zmniejszyć ogień i gotować ok. 30 minut, aż soczewica będzie zupełnie miękka i zacznie się rozpadać. Doprawić solą i pieprzem.

W tym czasie przygotować cebulę: na patelni rozgrzać oliwę, dodać cebulę drobno pokrojoną i smażyć na dużym ogniu ok. 2 minut, aż cebula lekko się zbrązowi. Dodać cukier, papryczkę i cynamon, mieszać i po ok. minucie zdjąć z ognia.

Zupę wlać do miseczek, na wierzch wlać łyżkę jogurtu, dodać karmelizowaną cebulę i listki kolendry.

Smacznego!

2011-03-28

Gnudi


Gnudi to pyszne włoskie kluski. Te, które lubię najbardziej, są ze szpinaku, ricotty i parmezanu.
Są niezwykle miękkie, gotuje się je zaledwie chwilę. Należy uważać, by ich nie rozgotować.
W przeciwieństwie do naszych rodzimych kopytek, zawierają niewiele mąki. Przypominają nieco gnocchi, ale są bardziej kremowe, rozpływające się w ustach.
Najlepsze, jakie jadłam, podawali w Południowym Tyrolu, w restauracyjce Sanon, polane masłem szałwiowym. Niezapomniane i pyszne.



Gnudi (czyt. Nudi :-)

400 g liści szpinaku
200 g sera ricotta
50 g świeżo startego Parmezanu
1 jajko
ok. 80-100 g mąki pszennej
1/8 łyżeczki gałki muszkatołowej, świeżo startej
sól i pieprz do smaku
do podania: 40 g masła i ok. 15 listków świeżej szałwi

Szpinak umyć, włożyć do garnka, dodać 2 łyżki wody i gotować ok. 2-3 minut. Następnie odcisnąć z niego jak najwięcej wody i drobno posiekać.
Włożyć do miski, dodać ricottę, parmezan, jajko, gałkę muszkatołową i mąkę - mąkę należy dodawać stopniowo. Masa będzie dosyć miękka, ale w żadnym razie nie powinna być płynna. Doprawić solą i pieprzem. Wstawić na godzinę do lodówki.
W tym czasie w małym garnuszku rozpuścić ok. 40 g masła, dodać szałwię i odstawić.
Kiedy masa zostanie schłodzona, dłońmi zwilżonymi wodą, formować niewielkie, płaskie kluski (ok. 3 cm średnicy), obtoczyć je delikatnie w mące i wrzucać do gotującej się, osolonej wody. Kiedy wypłyną, gotować ok. 1/2 - 1 minuty, wyjąć łyżką cedzakową na talerz i podawać polane masłem szałwiowym i oprószone parmezanem.

Smacznego!

2011-03-26

Sfincione czyli pizza z Sycylii


Sfincione jest rodzajem grubego, puszystego placka, który dawniej rolnicy sycylijscy zabierali ze sobą do pracy.
Podobno początkowo był to kawałek ciasta zapieczonego w piecu z oliwą, solą, czasem serem. Niektórzy twierdzą, że nie powinien zawierać sosu pomidorowego, inni, że i owszem.
Jedni pieką go w prostokątnych blachach, inni w formie grubych placków.
Najczęściej spotykana wersja to taka, która zawiera duszoną cebulę, filety anchovies, oregano, ser Caciocavallo i chlebowe okruchy. Kiedyś, aby przedłużyć jego trwałość, do ciasta dodawano oliwę z oliwek.
Jeśli ktoś uważa, że nie lubi pizzy na grubym cieście, powinien spróbować tego dania. Na pewno zmieni zdanie.


Sfincione

500 g mąki pszennej
15 g świeżych drożdży
1 łyżeczka cukru
250 ml mleka
3 łyżki oliwy z oliwek
1 płaska łyżeczka soli

200 ml passaty pomidorowej (lub pomidorów z puszki)
garść bazylii, oregano (lub mix jednego i drugiego)
2 średniej wielkości cebule, obrane i pokrojone w piórka
5 łyżek oliwy z oliwek
3 łyżki czarnych oliwek, wypestkowanych i posiekanych
3 fileciki anchovies, drobno pokrojone (opcjonalnie, ale warto)
200 g sera Caciocavallo (to włoski ser z mleka owczego. Jeśli nie możemy go dostać, można użyć mozzarellę pokrojoną w plastry)
1 łyżeczka suszonego oregano
opcjonalnie: 1 płaska łyżka okruchów chlebowych


Passatę pomidorową zmiksować ze świeżymi ziołami. Odstawić.
Oliwę rozgrzać w głębokiej patelni, dodać posiekaną cebulę i dusić ją na malutkim ogniu 20 minut. Dodać sos pomidorowy, odstawić do ostudzenia.
Ciasto: z podanych składników zagnieść ciasto - powinno być gładkie i raczej miękkie. W razie potrzeby dodać kilka łyżek wody. Uformować z niego kulę, przełożyć do miski wysmarowanej oliwą i odstawić do wyrastania na ok. 40 minut.
Ciastem wylepić formę o wymiarach 25x35 cm lub uformować z niego dosyć grube placki.
Ponakłuwać widelcem, ułożyć na wierzchu anchovies, następnie ser pokrojony w plasterki, pomidory, oliwki. Wierzch posypać suszonym oregano i okruszkami chleba.
Jeśli pieczemy placki: kamień rozgrzewamy w piekarniku do 250 st C. Kładziemy na nim placki i pieczemy je ok. 8-10 minut.
Jeśli pieczemy w formie: piekarnik rozgrzewamy do 200 st C. Wstawiamy formę i pieczemy ok. 20-30 minut.

Smacznego!

2011-03-25

Muffinki bananowo-karmelowe




Te mufinki robię najczęściej wieczorem, a rano, kiedy wychodzę z domu, pakuję dwa do torebki i zjadam w drodze, popijając gorącą herbatą z kubka termicznego.
Ich przygotowanie jest łatwe i szybkie - zmodyfikowałam oryginalną recepturę i wszystko mieszam w jednej misce. Z podanego przepisu zwykle wychodzi mi 6 niewielkich mufinków. To raczej ciężkie, wilgotne bułeczki. Po moich ostatnich eksperymentach z przekładanymi i suchymi ciastami, dochodzę do wniosku, że jednak wybieram to, co bardziej wilgotne i ciężkie.
Miłego piątku!


Muffiny bananowo-karmelowe
ok. 6 sztuk
/Zmodyfikowana wersja tego przepisu/


1 średniej wielkości banan
1 jajko
20 g drobnego cukru
40 g masła, stopionego (zastąpiłam olejem ryżowym)
50 g kremu kajmakowego, sosu karmelowego lub masy krówkowej
100 g mąki pszennej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia


W misce rozgnieść banana, dodać do niego jajko, masło, krem kajmakowy i mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia. Wymieszać łyżką (nie miksować). Gdyby masa okazała się zbyt gęsta, można dodać 1-2 łyżek kefiru lub jogurtu naturalnego.
Piekarnik nagrzać do 180 st C.
Formę do muffinów wyłożyć papilotkami i przełożyć do nich masę.
Wstawić do piekarnika, piec ok. 20 minut (należy sprawdzić stopień upieczenia po ok. 18 minutach. Czas pieczenia może się przedłużyć do 25 minut. Wszystko zależy od wielkości muffinków).
Upieczone muffinki przełożyć na kuchenną kratkę i ostudzić.
Smacznego!





2011-03-23

Jabłkowa tarta z orzechową skorupką na cieście francuskim

Chciałabym wierzyć, że wiosna kieruje się swoim własnym kalendarzem, ale kiedy rano podniosłam kuchenne rolety, widziałam jak dwa ptaki noszą patyczki, próbując niedbale zbudować gniazdo. On nosił, ona czekała. Widać to ich pierwsze gniazdo - co podniosła skrzydła, gałązki spadały. Niecierpliwość, ta cecha młodości, to, jak widać, przywilej nie tylko ludzi.
Potem widziałam parę kotów - dwa razy do roku, ten sam kocur i ta sama kotka patrzą na siebie wilkiem, jakby się nienawidziły. Harcują pod moimi oknami, a potem przychodzą do nas małe kotki. Kolejne pokolenia identycznie wyglądających maluchów.
Biegałam w lesie - cienkie gałązki oblepione ciasno zamkniętymi pączkami, nędzne bazie, brązowe liście, spod których wyłaniają się pierwsze źdźbła trawy. Niebo świecące błękitem i wysyp staruszek z kijkami do nordic walking. Pani, która szuka okularów, które zostawiła wczoraj między 16 a 19 na pniu. Czy ktoś ich przypadkiem nie znalazł?
Idziemy przez las, wiosna co roku jest taka sama, sprawia, że wciąż czuję jakby był Dzień Wagarowicza, a ja w za dużym kapeluszu spaceruję po parku.
Znalazłam w ogrodzie pierwsze krokusy, wyjęłam z bagażnika wielką torbę ziemi i wyniosłam ją na to, co w zeszłym roku było trawnikiem.
Przedwiośnie to moja ukochana pora roku. Podobno najpiękniejsze jest czekanie.
Na święta. Na powrót przyjaciela. Na chwilę, w której będziemy rozpakowywać od niego czekoladki. Na nowe sukienki, które czekają w szafie. Na prawdziwą, zieloną wiosnę.
I najchętniej jem dziś tosty posmarowane masłem orzechowym i grubą warstwą domowego dżemu z jagód. Jak słuchanie wciąż tej samej piosenki. Do znudzenia.

Ale dziś proponuję też jabłkową tartę z orzechową skorupką. Tak naprawdę można zrobić ją również bez ciasta francuskiego - uzyskamy wówczas crumble - typową kruszonkę z owocami, która najbardziej smakuje, gdy jest jeszcze ciepła. Uprzedzam - tę tartę dosyć trudno się kroi, uzyskanie równych porcji jest niemal niemożliwe.


Tarta z jabłkami i orzechową skorupką

1 opakowanie ciasta francuskiego (ok. 300 g)
1 kg jabłek
garść rodzynek

100 g orzechów laskowych
120 g masła
90 g brązowego cukru
50 g mąki pszennej
1 łyżeczka przyprawy do piernika
1 łyżeczka cynamonu

Ciasto orzechowe: orzechy drobno posiekać. Z masła, cukru, mąki i przypraw zagnieść ciasto, dodać orzechy. Ciasto będzie lepiące, ale nie należy się tym przejmować. Można ewentualnie dodać dodatkowo ok. 1 łyżki mąki. Schłodzić w lodówce ok. 30 minut, następnie rozwałkować pomiędzy dwoma kawałkami folii spożywczej (dzięki temu będzie można bez trudu przełożyć je później na jabłka).
Ciastem francuskim wylepić okrągłą formę (tortownicę lub formę do Apple Pie o średnicy 26-18 cm). Ponakłuwać widelcem.
Piekarnik nagrzać do 180 st C. Wstawić ciasto, piec 15 minut. Wyjąć z piekarnika.
W czasie, kiedy ciasto się podpieka, przygotować jabłka:
obrać je, wydrążyć gniazda nasienne, pokroić w plasterki, wrzucić do garnka, dodać ok. 1/2 szklanki wody i poddusić , aż się rozpadną (zajmie to 10-15 minut). Posłodzić do smaku (opcjonalnie), dodać rodzynki.
Jabłka przełożyć na podpieczone ciasto, a na wierzch położyć rozwałkowane ciasto orzechowe.
wstawić do piekarnika. Piec ok. 45 minut. (po 30 minutach należy sprawdzić stopień upieczenia - gdyby ciasto za szybko się rumieniło, przykryć folią aluminiową i dopiekać pod nią).
Upieczone ciasto wyjąć z piekarnika i przed krojeniem ostudzić.
Smacznego!

2011-03-19

O perfekcyjnych frytkach



W Centrum Kulinarnych Uzależnień frytki mają swój specjalny pokój. Wielki i przestronny.
Frytki wakacyjne, usmażone na smalcu, prosto z talerza, niektóre lekko brązowe. Albo przypalone.
Frytki z baru przy kościele, zapakowane w kawałek papieru - miękkie i słone.
Frytki z McDonald's - zawsze takie same, jak z matrycy. Odnalezione po dwóch miesiącach pod siedzeniem samochodowym wciąż wyglądają pięknie i świeżo.
Frytki belgijskie - jak krojone pospiesznie i usmażone jakoś inaczej. Te same frytki nazywane są również French frites, a we Francji po prostu frites. Kto był pierwszy?
Gdy zobaczyłam je znowu, tym razem w Paryżu, kiedy kelner podawał je sąsiadce do stolika, nie mogłam sobie ich odmówić.
Wiedziałam, jak się takie robi, ale jakoś nigdy nie było czasu na okołofrytkowe ceregiele.
Ale pewnego dnia konwersowałam z kimś na ten temat  i dowiedziałam się o pindasaus, sosie, który podaje się w Holandii również do frytek.
Niemal wszystko można zrobić w domu. Pindasaus i idealne, belgijskie frytki. 

Po przepis poszłam do poszukiwacza przygód, który jadł już (prawie) wszystko - do Anthony'ego Bourdain'a, który w Nowym Jorku prowadzi francuskie bistro Les Halles. Widać od razu, że zna się na rzeczy i chyba lubi robić frytki.
Pierwszą partię spaliłam - mimo termometra. Z drugą poszło mi znacznie lepiej.
Jeśli pewnego dnia dojdziecie do wniosku, że nie macie nic innego do roboty, wypróbujcie ten przepis. Będziecie potrzebować duuużo oleju, ale możecie zaprosić duuużo znajomych. Niby tylko na frytki, ale jakie!


Anthony Bourdain idealnym frytkom poświęca kilka stron w swojej książce. Mówi o specjalnym gatunku ziemniaków (Idaho) i o tym, by smażyć je na oleju z orzechów ziemnych. Nie mam takich ziemniaków ani takiego oleju. Smażę na oleju ryżowym, który ma wysoką temperaturę wrzenia.
Kilka ważnych uwag: 
- obrane ziemniaki należy włożyć do wody na minimum 30 minut, by wypłukać z nich możliwie dużo krochmalu
- temperatura smażenia: na początku smażymy w niskiej temperaturze ok. 110-140 stopni. Chodzi o to, by frytki nie zbrązowiały, zachowały jasny kolor. To etap blanszowania. Dzięki niemu na frytkach utworzy się charakterystyczna skórka, a o to nam właśnie chodzi.
W drugim etapie temperatura tłuszczu musi wynosić dokładnie 190 st C - dzięki temu frytki zbrązowieją w 1-2 minuty. 
Zaczynamy?

Belgijskie frytki
Potrzebujemy:
duże ziemniaki, które należy pokroić w długie, dosyć grube słupki
dużo oleju (autor mówi tu o 2,5 litrze oleju na kilka ziemniaków. Ja zmniejszyłam znacznie tę ilość, ale ważne jest to, żeby ziemniaki były dokładnie w nim zanurzone)
duży garnek

Olej rozgrzewamy do temperatury 140 st C.
Wrzucamy frytki i smażymy je ok. 8 minut - powinny być jasne albo półprzezroczyste. Smażymy partiami. Frytki powinny mieć dużo miejsca, wtedy się nie będą sklejać.
Wyjmujemy je na blachę wyłożoną papierem do pieczenia i odstawiamy na minimum 15 minut.
Następnie olej rozgrzewamy dokładnie do temperatury 190 st C, ponownie partiami wrzucamy frytki i brązowimy je 1-2 minuty. Należy uważać, by ich na tym etapie nie spalić.
Miskę wykładamy ręcznikiem papierowym, przekładamy do niej frytki, odsączamy z nadmiaru tłuszczu, solimy i podajemy w miseczkach z ulubionymi dodatkami.

Ja zrobiłam pindasaus - to mieszanka masła orzechowego, słodkiego sosu sojowego i przypraw. Niespotykany, zaskakujący smak, który z frytkami smakuje badzo dobrze.
Przepis na ten sos zaczerpnęłam stąd.

Pinda Satésaus
Pindasaus

1 łyżka masła
1 ząbek czosnku
1/2 łyżeczki mielonej trawy cytrynowej
1/2 łyżeczki mielonych nasion kolendry
1/2 łyżeczki świeżo mielonych papryczek chilli
1/2 łyżeczki cukru
1/2 łyżeczki soku z cytryny
350 g masła orzechowego, kremowego
60-125 ml ketjap manis (słodki sos sojowy, dostępny np. w Marks&Spencer)
250 ml wody

W małym garnuszku, na małym ogniu podgrzać masło, następnie dodać posiekany czosnek, trawę cytrynową, kolendrę, chilli, cukier i sok cytrynowy. Wymieszać, aż masło się rozpuści. Dodać masło orzechowe, sos sojowy i dobrze wymieszać. Stopniowo dodawać wodę - w zależności od upodobań, sos może mieć dowolną konsystencję, nie powinien być jednak zbyt wodnisty, ani też za gęsty. Sos ma prawo się rozwarstwiać, ale nie ma to wpływu na jego smak, więc nie należy się tym przejmować.
Gotowy sos można podać w miseczce, a resztę przełożyć do czystego słoika z zakrętką.
Smacznego!

2011-03-16

O kairskich taksówkarzach i bułki z cynamonem


Przyznaję - martwię się.
Czytam o Japonii, o Libii, o Egipcie. Bardzo to wszystko przeżywam.
Zaczynam tego posta, odkładam na później. Ale ile można odkładać?
Dawno nie pisałam o czymś ciekawym do czytania, a w ręce wpadła mi nowa książka.
Taksówkarze bywają różni.
Narzekają. Oszukują. Milczą. Ale są jak lustro, w którym odbija się kraj, w którym pracują. Taksówkarz jest pewnie trochę jak fryzjer. Albo barman. Wie o nas razem wziętych więcej, niż przeciętny człowiek.
W Kairze pracuje ponad osiemdziesiąt tysięcy taksówkarzy. Młodych, w średnim wieku i bardzo, bardzo starych. Niektórzy w swych rozklekotanych pojazdach spędzają kilka dób bez przerwy na sen, bo mają swoje zobowiązania, swoje sprawy. Jedni są prostymi ludźmi, o gładkich poglądach, inni bywają bardziej skomplikowani. Taksówkowi filozofowie i poeci.
Autor książki jest Egipcjaninem i w taksówkach spędził mnóstwo czasu. Rozmawiał. Zagadywał. Słuchał. Pytał. A potem spisał tyle, ile mógł, bo jak sam przyznaje, "publikowanie całości to gwarantowany sposób na wylądowanie w areszcie z zarzutem zniesławienia: utrwalanie nazwisk pojawiających się w dowcipach i opowiastkach krążących po egipskich ulicach to niebezpieczna rzecz."*
W tej książce dużo jest faktów, ale też refleksji. Historii, z których można się śmiać. Poruszających i smutnych. Czyta się je jednym tchem. Bardzo polecam.

A żeby nie było tylko książkowo, będzie też trochę o bułkach. Z przepisu opublikowanego na jednym z najzabawniejszych blogów, Joy the Baker. Joy na zdjęciach pokazała, jak składać ciasto, by uzyskać bułeczki do odrywania.
I tu należy się ostrzeżenie: te bułki są nieprzyzwoicie słodkie. Warstwa cukru, cynamonu i masła pomiędzy poszczególnymi plastrami tworzy słodki, aromatyczny klej. Uzależniający, o ile ktoś lubi słodkie. Ja słodkiego potrzebowałam i choć planowałam zmnieszyć proponowaną ilość cukru - poszłam na całość.
O ograniczeniu cukru pomyślę jutro.
Miłego popołudnia!


Bardzo słodkie bułki cynamonowe

/na podst. przepisu z bloga Joy, the Baker/

Ciasto:
2 i 3/4 szklanki mąki pszennej plus 2 łyżki (używałam szklanki 250 ml)
1/4 szklanki cukru
2,5 łyżeczki drożdży suszonych instant
1/2 łyżeczki soli
50 g masła
1/3 szkl mleka
1/4 szklanki wody
2 duże jajka
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

Warstwa cynamonowa:
1 szklanka cukru (użyłam trzcinowego, przyp. L)
2 łyżeczki cynamonu
1/2 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej
50 g masła, stopionego i ostudzonego do temp. pokojowej

W dużej misce wymieszać 2 szklanki mąki, cukier, drożdże i sól. Odstawić.
Jajka ubić trzepaczką, odstawić.
W małym rondelku, roztopić masło, dodać mleko. Zdjąć z ognia, dodać wanilię i wodę. Lekko przestudzić.
Mleko wlać do suchych składników i wymieszać łyżką. Dodać jajka i dokładnie połączyć z masą.
Dodać resztę mąki. zagnieść ciasto - będzie lekko klejące.
Ciasto przełożyć do lekko naoliwionej miski i odstawic do wyrastania na ok. 30-60 minut. Wyraźnie zwiększy swoją objętość.
Po tym czasie lekko je nacisnąć, przełożyć na blat, w razie potrzeby podsypując 2 łyżkami mąki. Rozwałkować na prostokąt o długości keksówki, w której będziemy piec bułeczki (ja użyłam 30 cm, L)
i szerokości ok. 50 cm.
Posmarować masłem, posypać cukrem z cynamonem.
Pokroić ciasto na 6 płatów.
Delikatnie układać jeden płat na drugim, następnie pokroić je na 6-8 równych części (zachęcam do zobaczenia tego na zdjęciach Joy). I każdą z części ułożyć w keksówce układając je ciasno obok siebie.
Przykryć ściereczką i odstawic do wyrastania (Joy proponuje 30-45 min, u mnie rosły 1,5 h).
Piekarnik nagrzać do 170 st C.
Wstawić keksówkę, piec ok. 30-35 minut (piekłam 50 min, L).
Podawać lekko przestudzone, ze szklanką mleka.
Smacznego!


*Taxi. Opowieści z kursów po Kairze.
Chalid Al-Chamisi
wyd. Karakter 2011
cena: 39 zł

2011-03-13

Crêpes Normandes


Lubię małe paryskie bistra, w których sąsiad siedzi na wyciągnięcie ręki.
Miejsca, do których jest kolejka, cierpliwie czekająca na swoją porę.
Stare mury, podrapane stoliki, głodnych gości ukradkiem spoglądających na talerze innych.
I jeszcze duma narodowa - naleśnikarnie.
Na tablicy naleśniki dnia - najpierw na słodko, potem na słono.
Wybieram pierwszego - z kozim serem i pomidorkami, a później czekam na deser, który już znam, bo jadłam go wcześniej wielokrotnie: Crêpes Normandes.
Cieniutkie pszenne bibułki wypełnione prażonymi jabłkami, podlane solonym karmelem z dodatkiem Calvadosu.
Francuskie słodkie naleśniki są delikatne i niemal przezroczyste. I ogromne, podane na wielkich talerzach.
Dziś przedstawiam moją wersję tego deseru.


Crêpes Normandes
/6 bardzo dużych lub 10-12 małych naleśników/

120 g mąki pszennej
300 ml mleka
1 jajko
2-3 jabłka
120 g cukru
50 g masła
100 ml śmietanki kremówki 36%
szczypta soli, najlepiej Fleur de Sel
2 łyżki Calvadosu

Naleśniki:
Mleko i jajko wlać do miski i powoli miskując dodawać stopniowo mąkę.
Odstawić na 30-60 minut (jeśli bardzo nam się spieszy, nie musimy tego robić, ale warto).
W tym czasie przygotować jabłka: obrać je i pokroić na ósemki (jeśli jabłka są duże) lub ćwiartki (jeśli owoce są niewielkie).
W garnku lub na głębokiej patelni rozpuścić cukier do momentu, w którym zacznie powstawać złocisty karmel (uważać, żeby nie przypalić). Zdjąć z ognia, dodać masło, sól i powoli wlewać śmietanę, wciąż mieszając - należy uważać, żeby się nie poparzyć, śmietana będzie pryskać.
Dodać owoce i Calvados.
Dokładnie wymieszać.
Na patelni usmażyć naleśniki - uprzednio posmarować ją odrobiną masła. Ilość ciasta powinna być minimalna tak, by naleśnik był jak najcieńszy.
Smażyć 1-2 minuty z każdej strony.
Naleśniki zawijać w kopertę z owocowym nadzieniem w środku. (Ja zrobiłam malutkie naleśniki, więc złożyłam je po prostu na pół).
Podawać z karmelem i ewentualnie kulką lodów waniliowych.

Smacznego!

2011-03-11

Babka piaskowa


Nigdy wcześniej jej nie piekłam.
W moim domu nie było tradycji pieczenia tego ciasta, a ja zawsze sięgam po ciasta ciężkie i bardziej wilgotne. Ale ktoś mnie zapytał o nie, więc pomyślałam, czemu nie?
To ciasto nazywa się "piaskowe", więc nie zdziwcie się, że się kruszy, a jego konsystencja przypomina jedzenie piasku. Jak w dzieciństwie na plaży, kiedy było nam wolno.
To suche, zwyczajne ciasto, ale - o dziwo - dzieci za nim przepadają.
Ja też zjadłam kawałek z przyjemnością.
Miłego popołudnia!


Babka piaskowa
/zmodyfikowany przepis ze starego zeszytu/

230 g mąkii ziemniaczanej
170 g mąki pszennej
1 łyżeczka (7 g) proszku do pieczenia

150 g miękkiego masła
150 g cukru pudru
2 jajka
140 ml mleka
1 łyżeczka esencji waniliowej

Mąkę połączyć z proszkiem do pieczenia i przesiać przez sitko.
Masło utrzeć z cukrem pudrem na puszystą masę, następnie, wciąż ucierając, dodawać po jednym jajku.
Powoli wsypać mąkę, miksować, następnie wlać mleko i dodać wanilę.
Kiedy masa będzie gładka, wypełnić nią formę do babki z kominkiem (o średnicy 26 cm i wysokości minimum 7 cm).
Piekarnik nagrzać do 180 st C.
Wstawić ciasto i piec je 50-60 minut.

Jeśli chcemy, przed wstawieniem ciasta do piekarnika, możemy posypać je kruszonką:

Kruszonka

30 g masła
30 g cukru
40 g mąki

wszystkie składniki połączyć w miseczce, aż utworzą się okruchy.


2011-03-09

Paris Cookbook Fair 2011



- Ale numer, te targi książek kucharskich są właśnie wtedy, kiedy przyjeżdżasz, wiedziałaś o tym?
Nie wiedziałam. Jakoś tak się dzieje, że tego typu imprezy mnie omijają. Tym razem miałam okazję zobaczyć na żywo agentów, wydawców, drukarzy i przedstawicieli różnych kuchni, którzy częstowali serem, oliwą, czajem czy sushi (tylko dla wybrańców w pierwszym rzędzie pokazu kulinarnego ;)


Ale nie cienka strużka herbaty przyprawiła mnie o szybsze bicie serca. (ale o tym za chwilę).
Książki w różnych językach i o różnej tematyce. Stareńkie książki francuskie, które można wziąć do ręki i obejrzeć. Grube tomy w gotowych okładkach, z kilkoma zadrukowanymi stronami - to zapowiedź tego, co się niedługo ukaże.
Snułam się pomiędzy stoiskami, starając się nie zachwycać za bardzo - to był ostatni dzień mojego pobytu w Paryżu, a samo wspomnienie walizki spakowanej "na próbę", pozbawiło mnie nadziei na upchnięcie w niej czegokolwiek, zwłaszcza książki.
Im więcej oglądam, tym mniej chcę. Już samo przejrzenie kolejnej książki, w której jest to, co znam, sprawia, że mogę ją lekką ręką odłożyć na półkę.
Tym razem zatrzymałam się na dłużej przy stoisku z książkami wydawanymi przez Alaina Ducasse'a. Podejrzewam, że nie ma Francuza, który nie wiedziałby, kim jest ten pan. I ja też wiedziałam. Na półce mam jego książki wielkości encyklopedii (to nie przesada), w której pokazuje klasykę kuchni francuskiej - nie do podrobienia przez zwykłego śmiertelnika.
Alain Ducasse jest zawodowym kucharzem i restauratorem, ale również początkującym wydawcą. Na stojaku leżała ogromna księga "Mon Paris" - o miejscach, do których chadza i które poleca.
Dzień wcześniej zaliczyłam kolację w jednym z najlepszych paryskich bistro, więc oczy miałam szeroko otwarte, a książka mnie po prostu ujęła.
- Muszę ją mieć - powiedziałam do M.
- Ciekawe, gdzie ją upchniesz? - odpowiedziała. - Poczekaj do kwietnia, zamówisz sobie przez internet. Miałam ochotę tupać jak dziecko, ale wiem już, jak to jest, kiedy człowiek ulega kolejnym kilogramom książek, żeliwnych patelni i butelek i musi je później sam nieść w damskiej torebce udając, że to niezbędnik każdej podróżującej kobiety.
Z żalem, że nie mogę jej mieć, odłożyłam ją na półkę.
- Słuchaj, a czy to nie on? - spytała M.
- Voila! Oczywiście, że on, we własnej osobie.
Alain Ducasse, legenda francuskiej kuchni, na wyciągnięcie ręki.
Przyprawia o szybsze bicie serca, nie powiem.



Chiński wystawca podczas krótkiej drzemki :)


Pokaz robienia sushi. Gdyby był na czas, ten pan zapewne zająłby pierwsze miejsce:

2011-03-07

Chyba nie lubisz latać?


- Chyba nie lubisz latać? - zagaił mnie współpasażer w samolocie, po spożyciu dwóch kanapek, coli, czerwonego wina, dwóch szklanek wody i Bóg jeden raczy wiedzieć, o co jeszcze poprosił, kiedy próbowałam zasnąć oparta o fotel.
Samolot pękał w szwach, podręczne bagaże kazano nam oddać do luku bagażowego, a ja siedziałam pomiędzy kobietą czytającą książkę o podróżach, a żarłocznym facetem, który z dalekiej podróży właśnie wracał i usiłował mi o niej opowiedzieć.
Byłam zmęczona walką z walizkami - tym razem znosiłam 37 kg bagażu po wąskich i krętych schodach z czwartego piętra, zastanawiając się, ile naprawdę ważą moje walizki i czy nie będę musiała podczas rejestrowania się na lotnisku, upychać ciężkiego porcelanowego dzbanka w torbie na aparat fotograficzny.
To był zimny weekend pełen wrażeń.
I tym razem mogłam mieszkać u przyjaciółki w prawdziwym mieszkaniu, zamiast hotelu. Walczyć ze starymi, ciężkimi drzwiami frontowymi, których nie umiałam otworzyć i przeciskać się w wąskich drzwiach z nakazem ich zamykania.
Nie potrzeba pretekstu, żeby pojechać do Paryża. Zwłaszcza, jeśli bilet kosztuje taniej niż do Zakopanego. Ale pretekst się znalazł po drodze, zresztą nawet nie jeden.
I o tym napiszę już wkrótce.
Do przeczytania!

2011-03-04

Dżungla w środku miasta






Do Izumi Sushi trafiłam podczas kolejnego ataku zimy, kiedy śnieg zasypał nas dokładnie wtedy, gdy mieliśmy nadzieję na pierwsze symptomy wiosny.
Miejsce mnie oczarowało. Nie ma w Warszawie drugiej tak przestronnej i pięknej restauracji w oranżerii.
Mieści się ona na dwóch piętrach przeszklonego, nowoczesnego budynku, na środku rosną palmy i bluszcz. Idealne miejsce do serwowania azjatyckich dań.
Dzieci, oprócz tego, że mogą bawić się wśród roślin, mają swoje stanowisko z zabawkami i kredkami.
Zamówiliśmy pyszną tajską zupę Tom Yam i sushi, któremu nic nie brakowało.
Obsługa jest dyskretna, kompetentna i sprawna. Jeśli czegoś nam potrzeba, naciskamy na guzik przy stoliku i pojawia się kelner.
Jeśli podróżujemy samochodem, wjeżdżamy na parking za szlabanem. Przy regulowaniu rachunku otrzymamy żeton, który umożliwi nam wyjechanie z parkingu.

Więcej informacji na: Stronie www
ul. Biały Kamień 4
Warszawa

2011-03-02

Beziki z kremem krówkowym


Motto z kalendarza: Nie wyhodujesz ogrodu przez samo przeglądanie katalogu nasion.
I dodałabym jeszcze: nie ugotujesz kolacji przez samo wertowanie książek kucharskich.
Ale zimą zaglądanie do katalogów roślin jest jak poznawanie albumów o sztuce przed wyjazdem do galerii. Jak prace Klimta - płaskie na papierze, w rzeczywistości oszałamiające i niezapomniane (polecam, jeśli kiedyś zechcecie odwiedzić Wiedeń).
Stragany zapełniają się holenderskimi tulipanami. Przynoszę je do domu, świeci słońce. Oglądam katalogi roślin, sieję pierwszą w tym roku rzeżuchę.
Jest pięknie.
Znowu wyjeżdżam na parę dni. Piekę chleby, przepakowuję walizki.


A na drogę zostawiam Wam małe, cynamonowe beziki z masą krówkową.
Z bezami jest tak: na początku bywa trudno. Zdarza się, że jeśli jajka nie są pierwszej świeżości, piana ubija się niedostatecznie i podczas pieczenia bezy opadają albo są gumowate. Warto o tym pamiętać.
Są różne szkoły robienia bezy i różne rady dotyczące zarówno momentu dodawania cukru do białek, jak i samego pieczenia.
Ja nauczyłam się je piec od przyjaciółki, która wypróbowała wszystkie metody i dziś robi je po swojemu. Takie bezy są chrupiące z zewnątrz i ciągnące w środku. Czasami, jak dziś, sklejam po dwa kremem krówkowym (dulce de leche, Confiture de lait).
Kupuję gotowy firmy Bonne Maman. Może to być również masa krówkowa, krem cytrynowy, stopiona tabliczka czekolady lub cokolwiek, co lubicie.
Przy odrobinie wprawy, robi się je dosyć łatwo.
Szprycę cukierniczą kupicie w każdym większym supermarkecie.




Beziki z kremem krówkowym

3 białka
150 g drobnego cukru
1/2 łyżeczki cynamonu
Krem krówkowy - kilka łyżek

Białka ubić mikserem na wysokich obrotach przez ok. 3 minuty, następnie powoli wsypywać cukier z cynamonem i ubijać tak długo, aż piana będzie bardzo sztywna i lśniąca.
Piekarnik nagrzać do 170 st C.
Pianę przełożyć do rękawa cukierniczego i wyciskać nieduże beziki bezpośrednio na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.
Wstawić do piekarnika, piec 5 minut, zmniejszyc temp. do 140 st C, piec kolejne 10 minut, zmniejszyć do 120 st C i piec jeszcze 5 minut. Upieczone beziki powinny być kruche, w żadnym razie miękkie. W razie potrzeby można zostawić je w wyłączonym, ciepłym piekarniku, by wyschły.
Kiedy wystygną, sklejać po dwa beziki, smarując ich spody kremem krówkowym.

Smacznego!