2011-02-28

Katalonia




Katalońska zima jest trochę jak polska wczesna wiosna.
Kilkanaście stopni ciepła, ostre i rześkie powietrze, młoda trawa. Zachłyśnięci nagłą różnicą temperatur, długie spacery okupiliśmy katarem, ale kto by się tym przejmował.
Tym razem miałam doskonałych przewodników, dzięki którym próbowałam lokalnych specjałów. Dotarłam do lokalików, w których menu było wyłącznie po katalońsku, ale nie musiałam wybierać w ciemno.



Od rodowitego Katalończyka uczyłam się jeść lagustynki - zaczynając od głowy (brrr!). Piłam dziesiątki filiżanek cafe cortado, trochę domowego wina, a przede wszystkim jadłam owoce morza. Chyba nigdy nie widziałam ich tyle, co tu.




Tradycyjnie odwiedziłam jeden z większych sklepów, żeby zobaczyć, co mają na półkach.
Lubię patrzeć, jakie sprzedają rodzaje mąki (żytniej brak), jakich przypraw sprzedają najwięcej (czerwonej papryki pimiento i mieszanki do paelli), po ile są duże krewetki (po 6,89 Euro za kilogram).
Jakie foremki mogłabym upchnąć do bagażu podręcznego (miniaturową formę do flanu).
Nie byłabym sobą, gdybym moim gospodarzom czegoś nie upiekła (słodkie bułeczki, chlebek bananowy i drożdżówka z kruszonką).
Odwiedziłam bazar staroci, na którym bezskutecznie poszukiwałam blaszanych, starych puszek po słodkiej czerwonej papryce Pimiento, które zobaczyłam gdzieś w restauracji i zapragnęłam mieć jedną z Jezusem ;) Nie udało się, może uda się następnym razem.
Kuchnia katalońska pełna owoców morza jest, mimo wszystko, dosyć ciężka. Używa się tu dużo oliwy, większość dań jest smażona lub grillowana.
Pierwszego dnia spróbowałam fideuà (nazywanego również fideuada)- to rodzaj dania przypominającego paellę, tyle tylko, że zamiast ryżu, używa się do niego cienkiego, krótkiego makaronu vermicelli. Ciężkie to i intensywne w smaku, ale kiedy wróciłam po całym dniu do domu, marzyłam o tym, by następnego dnia zjeść fideuà znowu. Podaje się je z Allioli - czosnkowym majonezem, zrobionym na bazie oliwy. Tradycyjnie do zrobienia go nie używa się, jak u nas, jajek.
I podobnie jak w przypadku paelli, żeby zamówić fideuà, musimy mieć kogoś, kto zje drugą porcję, bowiem restauracje przygotowują je od ręki na dużych, głębokich patelniach, dla minimum dwóch osób.

I - tak, próbowałam szynek.
Po latach niejedzenia wędlin, niemal zapomniałam, jaki mają smak. Te, pokrojone w cieniutkie plastry przypominające bibułę, nie mają nic wspólnego z naszymi rodzimymi szynkami. Są ciągnące, słone, intensywne i bardzo charakterystyczne. Kiedy się ich raz spróbuje, trudno zapomnieć, jaki mają smak.
Kiedy jestem w Hiszpanii, zawsze zadaję sobie pytanie - dlaczego ich chleb jest tak paskudny? Bagietka, która po jednym dniu przypomina kamień, małe, pszenne bułeczki, których skład przyprawia o zawrót głowy, bo ilość E jest w nim większa niż w czymkolwiek innym.
Sklepy z pieczywem albo z wypiekami omijam tu szerokim łukiem - niczego bym nie zjadła, bo jeśli już czegoś spróbuję, jest niedobre. Lokalne ciastka przypominają mi to, co u nas widuję w hipermarketach.
Więc ich tam nie jem.
W tym miejscu przerwę moje hiszpańskie wspomnienia, jednocześnie dziękując Wam bardzo za wszystkie rekomendacje. Następnym razem z całą pewnością postaram się z nich skorzystać.
Wrócę jeszcze do Katalonii i do miejsc, które udało mi się zobaczyć tym razem.

Pozdrawiam bardzo ciepło!

2011-02-26

Łosoś w sosie pomidorowo-śmietanowym


Autorka przepisu, Madhur Jaffrey, po raz pierwszy jadła podobny sos pod koniec lat czterdziestych, niedługo po tym, jak Indie zostały podzielone i rodziny uchodźców zaczęły opuszczać rejony, które miały wkrótce stać się Pakistanem. Jedna z takich rodzin założyła niewielką restauracyjkę w centrum Delhi, nazywając ją Moti Mahal, która serwowała proste dania z pieca tandoori, a wśród nich pojawiło się jedno danie z kurczakiem w sosie pomidorowym. Mijały lata, a Madhur tworzyła własne modyfikacje tego sosu, początkowo zastępując kurczaka krewetkami.
Dziś najczęściej podaje go z rybą i zielonymi warzywami oraz pilafem ryżowym.
I choć od pierwszej wizyty w restauracji minęło ponad sześćdziesiąt lat, autorka wciąż pamięta, skąd pochodzi ten sos i podaje jego źródło.
Lubię przepisy z historią, wiarygodne i prawdziwe. Ostatnio to danie z indyjskiej restauracyjki pojawiło się w naszym domu. Jest dosyć łagodne - wszystko zależy od ilości pieprzu, który dodamy do marynaty. Ja dawkowałam go oszczędnie ze względu na dzieci.



Łosoś w sosie pomidorowo-śmietanowym
/na podst. przepisu Madhur Jaffrey/

ok. 500-600 g łososia bez skóry, pokrojonego w kostkę
1/4 łyżeczki soli
1/4 łyżeczki świeżo mielonego czarnego pieprzu
1/8 łyżeczki kurkumy
szczypta pieprzu cayenne

Sos:
300 ml passaty pomidorowej (przetartych pomidorów, dostępnych w większości delikatesów) lub pomidorów z puszki, siekanych
300 ml śmietany 18%
1 łyżeczka soli morskiej
1 łyżeczka cukru pudru
1 łyżeczka garam masali
1 łyżeczka mielonego kminu
1 łyżka świeżego soku z cytryny
1/8 łyżeczki pieprzu cayenne
2 łyżki świeżo siekanej natki kolendry

dodatkowo:
1 łyżka oliwy
1/2 łyżeczki nasion kminu

Sól, mielony czarny pieprz, cayenne i kurkumę wsypać do średniej wielkości torebki foliowej. Włożyć do niej łososia, zamknąć torebkę i dokładnie obtoczyć rybę w przyprawach. Schłodzić w lodówce przez minimum godzinę.
W tym czasie przygotować sos: wszystkie składniki połączyć w misce i odstawić.
Kiedy ryba będzie zamarynowana w przyprawach, na patelni rozgrzać olej, wsypać nasiona kminu. Kiedy zaczną podskakiwać na patelni, wlac sos, poddusić ok. 10 minut na średnim ogniu. Dodać rybę i gotować ją 3-4 minuty.
Podawać z ryżem basmati. (Ja gotuję ryż z dodatkiem kwiatów muszkatołowca, szafranem i cynamonem).

Smacznego!

2011-02-23

Masala dosa


Ze wszystkich indyjskich dań, Masala dosa jest moim ulubionym.
Chrupiące zwoje cienkiego ciasta i ostre ziemniaki z liśćmi curry i nasionami musztardowca.
Mam pecha do tego dania w indyjskich restauracjach w Polsce - o ile powstanie jakaś, która je serwuje, niedługo później się okazuje, że kucharz wyjechał i masala dosy nie ma.
Byłam kiedyś w malutkiej, hipisowskiej wiosce na południu Indii i tam podawano ją na skarpie nad brzegiem morza. Najlepsza, jaką kiedykolwiek jadłam.
O ile nadzienie można zrobić łatwo, o tyle cienki placek - dosa, przyprawia mnie o ból głowy. Wypróbowałam już wiele przepisów, ale to ciągle nie to. Niby dobre, ale jednak...
Oryginalne placki są ogromne - mają pewnie ponad 30 cm średnicy. Te, które usmażyłam dziś, są niewielkie, jak naleśniki. Taka namiastka prawdziwej masali dosy.
Prawdziwe dosy robi się z namoczonego wcześniej ryżu i soczewicy, które mieli się i odstawia do fermentacji. Bez jajek, mleka, oleju. To jednak wyższa szkoła jazdy, przynajmniej dla mnie.


Masala dosa po polsku

Naleśniki:
100 g mąki ryżowej z pełnego przemiału
80 g mąki pszennej
300 g mleka (lub pół na pół z wodą)
2 jajka
1/2 łyżeczki soli
1 łyżka oleju roślinnego

Nadzienie:
500 g ziemniaków, pokrojonych w kostkę
1 duża cebula, pokrojona w piórka
3 łyżki oleju roślinnego
1 łyżeczka nasion musztardowca
2 papryczki chilli, suszone i pokruszone
15 suszonych listków curry
2 łyżeczki mielonych nasion kolendry
1/2 łyżeczki kurkumy

Najpierw smażymy naleśniki:
wszystkie składniki dokładnie zmiksować.
Na dużej patelni rozgrzać olej lub oliwę i wlewać niewielką ilość masy - naleśnik powinien być jak najcieńszy. Smażyć po 1-2 minuty każdą ze stron.
Przełożyć na talerz, przykryć aluminiową folią, by nie ostygły.
Nadzienie:
Ziemniaki zalać wodą, dodać sól. Zagotować, zmniejszyć ogień i gotować 20 minut.
Zdjąć z ognia, odcedzić.
Na patelni rozgrzać olej, wsypać nasiona musztardowca, liście curry i chilli. Kiedy nasiona zaczną podskakiwać na patelni (stanie się tak po ok. 30 sekundach), zmniejszyć ogień, dodać cebulę i poddusić ją do miękkości (ok. 15 min) na małym ogniu. Wlać ok. 1/2 szklanki wody, lekko odparować (3 minuty).
Dodać kurkumę i mieloną kolendrę, posolić do smaku. Potrzymać jeszcze chwilę na ogniu (2-3 minuty).
Smacznego!

P.S. Do niedzieli mam bardzo ograniczony dostęp do internetu, co uniemożliwia mi odpowiadanie na Wasze pytania w mailach i komentarzach. Proszę o cierpliwość, odpowiem na nie po powrocie :-) Pozdrawiam serdecznie!

2011-02-21

A jak tam zima?













Zima? Świetnie się trzyma.
W lesie unosimy twarze do nieba, prószy śnieg. Gałęzie jak namalowane piórkiem. Psy, które powinny spacerować na smyczy, pędzą przed siebie przez pola.
Niektóre stoją na trzech łapach czekając, aż właściciele wpuszczą je do samochodów.
Ferie.
Moje ferie to jazda na łyżwach po zamarzniętej rzece. Wiecznie biała górka, z której zjeżdżaliśmy na sankach. Ciepłe pączki obsypane grubą warstwą pudru, która zastygała na mrozie. Psy na łańcuchach, którym nie chciało się wychodzić z ocieplonej sianem budy.
W lesie na próżno szukam śladów wiosny.
Wracamy do ciepłych łóżek, gorącej herbaty, rozgrzewającego curry z łososiem.
Przed nami tydzień wolnego. Leniwego snucia się po lasach i polach. Jedzenia zbyt dużych ilości naleśników z nutellą i picia gorącej czekolady z topiącymi się w niej marshmallows.
Dobrego tygodnia!

 

2011-02-19

Blog Roku i niespodzianka


Nieco spóźnione, ale serdeczne podziękowania za gratulacje po przyznaniu mi Wyróżnienia Specjalnego w konkursie Blog Roku 2010. Wyróżnienia tym bardziej dla mnie cennego, ponieważ otrzymanego poza konkursem, w którym nie brałam udziału.
Byłam wzruszona czytając uzasadnienie przyznania mi tej nagrody.
Sama uroczystość, z wiadomych względów stresująca, była dopięta na ostatni guzik. Niespodzianką był koncert Smolika, którego uwielbiam i było fantastycznie móc zobaczyć go na żywo.
Film z Gali znajdziecie tutaj.
Dopiero dziś nieco ochłonęłam i mogę podzielić się z Wami moją radością.
Mogę też uchylić już rąbka tajemnicy, iż przygotowuję swoją pierwszą książkę kucharską. Pracuję nad nią z ludźmi, których cenię, więc wierzę, że końcowy efekt będzie taki, jak sobie wymarzyłam.
Planujemy jej wydanie na koniec roku, przed świętami Bożego Narodzenia.
O kolejnych etapach będę Was informować na łamach bloga.

Miłej soboty :)

Zdjęcia: Onet

Zdjęcia: Onet

2011-02-16

Penne all' arrabbiata


A czy ty kupiłeś już swoje serce walentynkowe?
Może chociaż lizaka, poduszkę, lampkę z plastikowych włosów otaczających przepiękne, pluszowe serce? 
Kubek, kartkę, perfumy?
Dziś po Walentynkach w supermarkecie zastaję wózki z wyprzedażą - wszystko to, czego nie zdążyliście kupić swoim ukochanym, dziś jest za pół ceny. Do tego bukiety kwiatów, niechciane cebulki hiacyntów i czego jeszcze dusza zapragnie.
Są kwiaty, nie ma bazylii. Mówi się: trudno.
Na bazarze pozamykane budy, a w tych, które są otwarte, zmarznięci sprzedawcy oferują tak mało towaru, jakby mieli ochotę wszystko wyprzedać i udać się do ciepłych krajów.
Myślę o warzywach sezonowych i to, co widzę, mnie zasmuca.
Zupa z cebuli, placki ziemniaczane, surówka z selera, gotowana marchewka.
Jeszcze żadna zima nie była dla mnie tak długa.
Kupuję jabłka na szarlotkę i wracam do domu. Z pustymi siatkami.


Włosi są mistrzami łatwych dań. Pochwała prostoty na każdym kroku. Jak penne all' arrabbiata. Klasyk.
Ostra papryczka chilli, czosnek, pomidory i dużo natki. 20 minut i gotowe.
Po ostatnich szaleństwach w delikatesach z makaronem, moje szuflady pękają w szwach. Pora coś z tym zrobić.


Penne all' arrabbiata
Rurki z ostrym sosem pomidorowym
/dla 2 osób/

3 łyżki oliwy z oliwek
2 ząbki czosnku, drobno posiekane
1/2 papryczki chilli - przekrojona na pół, wypestkowana i drobno pokrojona
puszka pomidorów w sosie własnym (ok. 400 g)
sól do smaku
garść natki pietruszki, posiekanej drobno
makaron penne* - tyle, ile lubicie

Oliwę rozgrzać na patelni, dodać czosnek i chilli. Podsmażyć 1-2 minuty. Dodać pomidory, ok. 1/2 łyżeczki soli i dusić na małym ogniu ok. 20 minut - sos powinien wyraźnie zgęstnieć.
W tym czasie ugotować makaron zgodnie z instrukcją na opakowaniu - zajmie to ok. 12 minut.
Ugotowany makaron połączyć z sosem, dodać natkę pietruszki i od razu podawać.

Smacznego!

*użyłam makaronu z naturalnym atramentem z kałamarnicy (penne rigate nero seppia)

2011-02-15

Kilka pocztówek z Wiednia


To był spontaniczny i krótki wyjazd.  
Pierwszego dnia lał deszcz, parasolka, jak zwykle, leżała na dnie walizki, a ja mokłam chodząc znanymi ścieżkami.
Pojechałam z pustą walizką, planując kupienie ubrań, ale oczywiście zamiast w sklepach z odzieżą, spędzałam czas w tych z przyprawami i herbatą.
W Wiedniu królują teraz pączki. Oprószone pudrem, wyeksponowane na wystawach i w kawiarnianych witrynach. 
Odwiedziłam Babette's, gdzie zawsze kupuję więcej niż powinnam. Tym razem jednak myślą przewodnią była moja ostatnia fascynacja kuchnią indyjską. W Babette's lubię też pieprz i sól. Mają ich niezliczone ilości, zawsze znajdę coś nowego.
W sklepie z herbatą na Wollzeile zakochałam się w mieszance Genmaicha&Matcha.
Na Vorlaufstraße odkryłam mały sklep sprzedający japońskie czarki, miseczki, talerzyki. Dobrze, że go zamykali, bo pewnie spędziłabym tam długie godziny pytając to czy to. Dobrze, że go zamykali, bo rozważałam kupienie okrągłego wazonu, który z całą pewnością nie zmieściłby się do walizki.


W sklepie Juliusa Meinla, w którym jest absolutnie wszystko, wybierałam czekolady. Połączenie gorzkiej z rozmarynem i tymiankiem okazało się niezłym pomysłem.
Kupiłam pastę z wanilii, która mimo tego, że jest droga i tak kosztuje połowę tego, co w Polsce.
Wiedeń zawsze ładuje moje akumulatory, gdybym mogła, odwiedzałabym go co tydzień.




Tymczasem wracam do pracy, polecając Wam mój nowy eksperymentalny chleb z siemienem lnianym, na który przepis podaję dziś w Pracowni Wypieków.
Miłego dnia!

2011-02-13

Śniadanie i podwieczorek: Placuszki pomarańczowe


W autobusie na lotnisku obserwuję współpasażerów. Przysłuchuję się rozmowom telefonicznym, w których umawiają się na kolację w mieście albo reagują żywiołowo na wiadomość, że na Przylotach czekają na nich znajomi z Warszawy, którzy zapraszają do siebie na herbatę.
Kiedy wracam do domu do pustej lodówki, nim rozpakuję walizkę, w której poupychałam nowe przyprawy, kolejne serwetki i szklanki, zdążę nastawić ciasto na chleb, sprawdzić wiadomości obiecując sobie, że jak najszybciej na nie odpowiem, a potem smażę górę naleśników albo placuszki.
Te, które zrobiłam ostatnio, są lekkie i puszyste, z wodą pomarańczową i z dodatkiem świeżego soku.
Błyskawiczne. W sam raz by zaspokoić pierwszy głód.


Placuszki pomarańczowe
10-12 sztuk

2 jajka
150 g maślanki
100 g mąki pszennej
1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia
1 płaska łyżka cukru pudru
sok wyciśnięty z 1/2 pomarańczy
1 łyżka wody z kwiatu pomarańczy

Oddzielić białka od żółtek. Z białek ubić pianę, odstawić.
Żółtka połączyć z maślanką, sokiem pomarańczowym i wodą. Zmiksować. Dodać mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia, delikatnie wmieszać do ciasta (nie miksować). Następnie powoli dodać pianę z białek, rozprowadzając ją w cieście delikatnie (dzięki temu placki będą miały puszystą strukturę).
Na patelni rozgrzać odrobinę oleju roślinnego. Nabierać 2-3 łyżki stołowe ciasta i smażyć na złoto z każdej strony (ok. 1-2 minuty na stronę).
Podawać ciepłe, z ulubionymi dodatkami.
Smacznego!

2011-02-10

Ciasto czekoladowo-pomarańczowe


Walentynki wkradły się do naszego życia niczym Boże Narodzenie na początku listopada.
Ilość różowych balonów, poduszek i serc poraża. Jak gdyby miłość kwitła tylko tego dnia i należałoby przygotować się do niego wyjątkowo.
Różowo.
Ja wybieram czekoladę. Czekoladowy fondant z ciepłą masą w środku. Ciasta, których inni mogą zjeść tylko kawałek.


Dziś skorzystałam z przepisu Nigelli, ale zmodyfikowałam go nieco, zastępując kakao gorzką czekoladą i zmieniając ilość pomarańczy. To szybkie ciasto ucierane, lekko wilgotne, a kiedy się piecze pachnie Delicjami. Zupełnie tak, jakbyście mieszkali tuż obok fabryki Wedla dawno temu.

Ciasto czekoladowo-pomarańczowe
źródło: lekko zmodyfikowany przepis Nigelli Lawson


150 g masła
2 łyżki golden syrup (użyłam syropu z agawy, ale może byc też np. miód lub melasa)
175 g ciemnego cukru muscovado
150 g mąki pszennej
1 łyżeczka proszku do pieczenia (w oryginale: 1/2 łyżeczki sody)
100 g ciemnej czekolady, roztopionej
2 jajka
sok i skórka z jednej pomarańczy (proponuję użyć ekologicznej pomarańczy, którą wcześniej trzeba sparzyć)

Masło utrzeć z syropem i cukrem do białości.
Miksując dodać sok i skórkę z pomarańczy oraz po jednym jajku.
Powoli wlewać gorzką czekoladę.
Na końcu dodać mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia. Dokładnie połączyć wszystkie składniki.
Keksówkę o długości 20 cm posmarować masłem lub wyłożyć papierem do pieczenia.
Przełożyć ciasto.
Wstawić do piekarnika nagrzanego do 170 st C i piec 45-60 minut. (Przepis zaleca 45, moje ciasto potrzebowało 60).
Lekko przestudzić w formie.
Autorka tego nie proponuje, ale ja posmarowałam lekko ciepłe ciasto czekoladą roztopioną z odrobiną mleka.

Smacznego!

2011-02-07

Cytrynowa drożdżówka z makiem i kruszonką



Cytrynowa drożdżówka z makiem i kruszonką

350 g mąki pszennej
50 g cukru
50 g kremu cytrynowego (lemon curd) lub dżemu cytrynowego
1/2 łyżeczki soli
150 ml mleka
60 g masła
1 jajko
2 łyżeczki świeżo startej skórki cytrynowej
2 łyżeczki maku
15 g świeżych drożdży

Kruszonka: 25 g mąki pszennej, 25 g cukru, łyżeczka skórki pomarańczowej, ok. 20 g masła - wszystkie składniki wymieszać w miseczce do utworzenia okruchów. W razie potrzeby dodać odrobinę więcej mąki lub masła.

Drożdże zasypać łyżeczką cukru, wlać 2 łyżki mleka. Odstawić na 15 minut.
Do miski wsypać mąkę, cukier, sól, wymieszać. Następnie wlać rozczyn, dodać pozostałe składniki i wyrobić gładkie, ale luźne ciasto.
Przełożyć do miski posmarowanej olejem, przykryć, zostawić do wyrastania na ok. godzinę.
Formę keksową o długości 26 - 30 cm, posmarować masłem, posypać tartą bułką. Przełożyć do niej ciasto, posypać kruszonką, przykryć ściereczką i odstawic do ponownego wyrastania (ciasto powinno wypełnić całą formę). zajmie to 30-40 minut.
Piekarnik nagrzać do 180 st C. Wstawić drożdżówkę, piec 30-40 minut - czas pieczenia zależy od wielkości formy.
Ostudzić na kuchennej kratce.
Smacznego!

2011-02-06

Zimowa zupa z soczewicą i makaronem


Ze składników, które na pewno masz w kuchennej szafce. Dla mnie idealna na weekend, kiedy zjadłabym coś szybkiego i sycącego.

Zupa z soczewicą i makaronem
Modyfikowany na podst. przepisu Jamiego Olivera
ok. 4 porcji


1 cebula, posiekana
2 ząbki czosnku, drobno pokrojone
oliwa z oliwek
400 g pomidorów z puszki
1 łyżeczka płatków chilli
300 g drobnego makaronu np. ditalini lub innego
do podania: tarty parmezan (użyłam Mozarelli)

400 g soczewicy (użyłam 200 g)
1 mała cebula, przekrojona
łodyga selera naciowego
1 listek laurowy

Soczewicę ugotować w lekko osolonej wodzie w garnku z cebulą, selerem, listkiem laurowym - zajmie to ok. 25-30 minut.
Cebulę i czosnek podsmażyć na kilku łyżkach oliwy na średnim ogniu, aż zmiękną. Dodać pomidory, chilli i gotować ok. 10 minut.
Dodać ugotowaną soczewicę plus ok. litra wody i gotować kolejne 10 minut.
W międzyczasie ugotować makaron zgodnie z instrukcją na opakowaniu.
Odcedzić dodać do zupy, gotować 2-3 minuty.
Podawać posypane serem i polane odrobiną oliwy z oliwek.
Smacznego!

Polecam również bagietki korzenne, na które przepis umieściłam w Pracowni Wypieków.


2011-02-04

Książka o winie i crepes Suzette



Szata bardzo lśniąca, lekko złocista.
Czyste, intensywne zapachy są eleganckie i wyraźnie rozpoznawalne. Na paletę aromatyczną tego wina składa się głóg, masło, przypieczony chleb i morela, z lekkim dotknięciem cytrusów.
Bardzo głęboka ciemna barwa z ceglastym poblaskiem. Nos intensywny, z aromatem czarnych owoców, jak suszona śliwka, i wyraźnym akcentem drewna, w którym wino dojrzewało. Po napowietrzeniu elegancko prezentują się nuty drzewa sandałowego, tytoniu i przypieczenia."*

Kiedyś wzięłam udział w degustacji wina prowadzonej przez człowieka pochodzącego z miejsca, w którym produkowano trunki, o których opowiadał. Był typem gawędziarza kochającego to, co robi i to, o czym mówi. To wtedy zrozumiałam, że wino czerpie aromat skał, jeśli rośnie na takim podłożu. Że nowoczesne podejście mówiące o tym, że pijmy do jedzenia to, co chcemy, a nie to, co podają nam w wypracowanych kanonach, to nie jest moje podejście. Pokazał nam, jak degustować, czego szukać, jak opisywać i jak pytać samego siebie o to, co czuję, kiedy próbuję je po raz pierwszy.
To było jak iskra i sprawiło, że zaczęłam interesować się apelacjami, szczepami, warunkami klimatycznymi regionów moich ulubionych gatunków. Ale nie jestem typem pilnego studenta wypisującego roczniki, żonglującego nazwami. Jestem osobą, na którą działa opis. Porównanie smaków, opowiadanie o zapachach. To jest podobne do tego, a to do tamtego.
Mam w domu wiele książek o winie, ale ostatnio znalazłam coś, co szczególnie przypadło mi do gustu. Podwójnie, bo znalazłam je w taniej książce.
Chciałabym, żeby każdy z nas przeczytał taką lekturę choć raz, bo jestem przekonana, że po niej kolejny łyk wina będzie smakował inaczej. Może będziemy je pić bardziej świadomie?

Zazwyczaj gotujemy kolację i otwieramy butelkę wina. Rzadko jest odwrotnie. Wino nie jest głównym bohaterem wieczoru, zazwyczaj jest nim kolacja. Autorzy "Harmonii smaków" proponują odmienne podejście i na kolejnych stronach wyjaśniają, dlaczego. Oczywiście podają rownież konkretne roczniki i nazwy, ale ja szczególną uwagę zwróciłam na opis win z poszczególnych regionów polecanych do konkretnych rodzajów dań: ryb, ciast czy... kanapek. Można bowiem kupić butelkę doskonałego wina z doliny Rodanu i podać do niej kanapki z chleba na zakwasie z sardynkami i cytryną.
Upiec tarte tatin i otworzyć szampana.
Co to znaczy, że wino jest dębowe? Dlaczego do czekolady nie podaje się win różowych? Co to są łydki wina i wiele innych ciekawostek podanych w przystępnej i przejrzystej formie, a do tego sporo przepisów i porad.
Poszukajcie na stoiskach z tanią książką, naprawdę warto!



Dziś proponuję cieniutkie jak bibułka naleśniki z likierem pomarańczowym. Ich wersji są dziesiątki. Ja skorzystałam z przepisu zamieszczonego w tej książce, który zakłada wykorzystanie soku z mandarynek.
Do naleśników kieliszek likieru Cointreau lub wina Muscat de Mireval 1998.
Miłego weekendu!


Crepes Suzette

3 mandarynki
250 g mąki
3 jajka
2 szklanki mleka
2 łyżki likieru curacao lub innego (użyłam Cointreau)
1 łyżka oleju arachidowego
80 g masła
50 g cukru
szczypta soli (1/4 łyżeczki)

Mandarynki starannie umyś, osuszyć i zetrzeć z nich skórkę, a następnie wycisnąć sok.
Z mąki, jajek, mleka i soli przygotować ciasto na naleśniki. Dodać sok z 1 mandarynki, 1 łyżkę likieru i olej.
Odstawić na 1 godz (nie odstawiałam, L)
Usmażyć naleśniki.
W misce ugnieść masło z resztą soku, skórką, resztą likieru i cukrem.
Posmarować każdy naleśnik masłem i złożyć na cztery. Podgrzać naleśniki na patelni i zaraz podawać.
Smacznego!

*Harmonia smaków
Wina i potrawy
C. Darbonne, P. Vincent
Wyd. Twój Styl 2008
Cena: 20 zł

2011-02-02

Jaka ładna kapusta!


Czy to już przednówek czy jeszcze nie? Czy przednówek w naszych czasach istnieje?
Dawno temu pierwsza mizeria była zwiastunem nadchodzącej wiosny. Około wielkanocy przydomowe szklarnie wypełniały się rzodkiewkami i młodą sałatą.
Do widzenia, stare ziemniaki! Witajcie, nowalijki.
Kupujemy torbę gier planszowych i wieczorami umilamy sobie czas grą w Superfarmera. Rzucając kośćmi zastanawiamy się, czy na pewno dobrze zrozumieliśmy regulamin gry, bo tyle to trwa.
Nasz czas i tamten to jakby zupełnie dwa różne czasy, wybijane przez inne zegary. 
Umilam sobie wieczory czytając książkę o dżemach, wynosząc do piwnicy kolejne puste słoiki, które wykorzystam za kilka miesięcy. Chciałabym, żeby już było lato.


W warzywniaku oglądam młodą marchewkę z nie wiadomo skąd, która swój czas dawno ma za sobą. Kupuję kilogram młodych ziemniaków, by mieć namiastkę lata. I trzy miniaturowe kapustki, o których niedługo zapomnę, chowając je w czeluściach lodówki. 
Do przygotowania tego dania zainspirowały mnie nasze poczciwe łazanki, ale koniec końców, to danie nie bardzo je przypomina. Kapustę skarmelizowałam z cebulą podobnie jak w przepisie na ten makaron.



Makaron z karmelizowaną kapustą
dla 2 osób

1 kapusta o wadze 200 g (używam mini-kapusty, ale może być to również kawałek zwykłej kapusty), drobno poszatkowana
200 g cebuli, drobno poszatkowanej
4-5 łyżek oliwy z oliwek
1 łyżeczka cukru
1 łyżka octu balsamicznego
sól i pieprz do smaku
pokruszony biały twaróg (polecam ekologiczny)
różowy pieprz do posypania dania

makaron wstążki (tagliatelle, pappardelle, itp) ok. 200-250 g suchego, należy go ugotować al dente, zgodnie z instrukcją na opakowaniu


Na głębokiej patelni lub w garnku  przykrywką rozgrzać oliwę z oliwek. Dodać cebulę, podsmażyć ok. 5 minut, by lekko zmiękła. Dodać kapustę, smażyć kolejne 5 minut, często mieszając.
Posolić (ok. 1/2 łyżeczki soli), wlać 1/2 szklanki wody, przykryć patelnię i dusić pod przykryciem ok. 20 minut (czas duszenia zależy od tego, jak miękka jest kapusta i może się przedłużyć do 30-40 minut). Co jakiś czas należy podnieść przykrywkę i zamieszać kapustę, w miarę potrzeby dolewając jeszcze wody.
Kiedy kapusta będzie miękka, a woda wyparuje, dodać cukier i smażyć ok. 3 minut, by kapusta się lekko skarmelizowała. Dodać ocet, sól i pieprz do smaku. Dokładnie wymieszać, poddusić jeszcze 2 minuty i połączyć z ugotowanym makaronem.
Podawać posypane różowym pieprzem i pokruszonym białym serem.
Smacznego!

2011-02-01

Kilka słów o patelniach


Otrzymuję pytania w sprawie ulubionych garnków, patelni, urządzeń AGD. Postanowiłam więc, w miarę możliwości, podzielić się z Wami spostrzeżeniami na temat produktów, których używam i które pojawiają się na polskim rynku.
Kiedyś byłam kuchennym gadżetomaniakiem. Dziś stawiam przede wszystkim na solidne, stabilne produkty. Wolę wydać więcej na coś, co będzie mi dłużej służyło niż kupić coś na chwilę, co szybko się zniszczy i co będę musiała wyrzucić.

Dziś zacznę od patelni. Dla mnie to jedne z najważniejszych rzeczy w kuchni. Nie przepadam za patelniami ze stali szlachetnej, ani za tymi z teflonową powłoką. Dobra patelnia musi być stabilna, nie przewracać się na płycie kuchennej i równomiernie rozprowadzać ciepło.
Już wiem, że każda patelnia ma swoją żywotność i za wyjątkiem tych z żeliwa, trudno oczekiwać, że będą nam służyły po wsze czasy.
Ale do rzeczy.
Są dwa rodzaje patelni, które mogłyby zastąpić mi wszystkie inne.

Pierwsze to patelnie żeliwne.
Moją ulubioną jest zwłaszcza mała patelnia, której używam do naleśników, która jest marki Kuhn Ricon. Kupiłam ją kiedyś w nieistniejącym już sklepie w Blue City, w Warszawie.
Nie wiem, czy produkty tej firmy są dostępne w jakimś innym sklepie, ale jeśli tak, polecam je.
Wadą takiej patelni jest to, że trzeba ją myć ręcznie, nie nadaje się do mycia w zmywarce. Po każdym umyciu trzeba wytrzeć ją do sucha ściereczką.
Oprócz tego ma same zalety - ma odpowiedni ciężar, dobrze przewodzi ciepło, dzięki czemu wszystko się na niej równomiernie smaży. Ja upodobałam ją sobie do przygotowywania naleśników.
Lubię też żeliwne patelnie grillowe. Korzystam tu z marki Le Creuset. Patelnia dobrze się nagrzewa, idealnie przewodzi ciepło. Należy jednak wziąć pod uwagę fakt, iż jest dosyć ciężka. Grilluję na niej ryby i warzywa.
Do naczyń żeliwnych podchodzę jak do inwestycji: są drogie, ale przy umiejętnym ich użytkowaniu, starczą nam na zawsze. Wystarczy wspomnieć francuską markę Le Creuset, która na swoje produkty daje 99 lat gwarancji. Dobre patelnie żeliwne oferuje również Staub (na razie niedostępny w Polsce).

Patelnie ceramiczne
Przyznam, że od kiedy kupiłam swoją pierwszą patelnię z powłoką ceramiczną, pozbyłam się większości powlekanych patelni. Nie będę się rozwodzić na temat jej ekologicznych zalet. Powiem jedno, z praktycznego punktu widzenia, na tych patelniach dobrze się smaży. Są dosyć stabilne, równomiernie przewodzą ciepło, a w przypadku jasnych patelni (moje ulubione to te w kolorze kremowym i białym), praktycznie nie ma szans na przypalenie czegokolwiek, ponieważ dokładnie widać stopień zrumienienia potrawy. Wymagają minimalnej ilości tłuszczu i nic do nich nie przywiera.
Producenci tych patelni zapewniają, iż można je myć w zmywarce. Ja jednak swoje patelnie myję ręcznie.
Lubię zwłaszcza patelnie firmy Moneta, odróżnia je od innych jasna powłoka, dzięki której dokładnie widać stopień usmażenia potrawy. Nie są tanie, ale warto w nie zainwestować.

Patelnie, które moim zdaniem są najpraktyczniejsze to te o średnicy 19 i 24 cm. Mniejsza wystarczy do przygotowania naleśników czy jajecznicy, na większej zrobimy obiad, dużą tortillę de patatas lub nasi goreng. Jeśli chcemy piec w domu tarte tatin, musimy pomyśleć o stalowej lub żeliwnej patelni ze stalową lub żeliwną rączką. Taka patelnia powinna mieć 26-30 cm średnicy.

Miłego dnia!