Czas pomiędzy jesienią a zimą to dla mnie szczególna okazja do romantycznych kolacji.
Jest zawsze tyle możliwości, tyle pomysłów.
Pamiętam grzane wino w wąwozie niedaleko Kazimierza, którym popijaliśmy kanapki, które ktoś zrobił specjalnie dla mnie.
Talerz ciepłego risotta, który czekał na stole po powrocie z długiej podróży.
I mam wrażenie, że nieważne jest co jemy, ważne jak i z kim.
Więc trochę na przekór tej pogodzie, która sprawia, że mam ochotę zapaść w sen zimowy i obudzić się dopiero na wiosnę, mam dla Was propozycję zabawy:
Jaki jest Wasz pomysł na romantyczną kolację?
To może być coś, o czym marzycie albo co już przeżyliście. Coś, co zapada w pamięci, wzrusza. Lubię czytać takie historie, wiem, że inni także.
I wiem, że nagrody są warte wysiłku, bo za każdym razem, kiedy o nich mowa, słyszę: też bym taki chciała! A więc jest okazja.
Poprosiłam Dziewczyny z Cookie o trzy fartuchy dla autorów najciekawszych pomysłów. Fartuchy są w wersji dla niej i dla niego, a wybór poszczególnych modeli jest duży - wiem, co mówię, mierzyłam wszystkie i każdy mogłabym mieć:)
A więc, zapraszam do zabawy.
Na wpisy czekamy do niedzieli, 30.10. 2011. Wpisy należy zostawić pod dzisiejszym postem lub pod postem dotyczącym konkursu na Facebooku. (Proszę o nie przysyłanie ich mailem ani nie wpisywanie pod innymi postami).
Nagrody wyśle Cookie na adresy w Polsce.
Dobrej zabawy i powodzenia!


140 komentarzy:
Fajny pomysł na konkurs i fartuchy ... hmm profeska - Jestem mocno zaskoczony - pozytywnie ... pozdrawiam p.s. film doszedł - świetny - dziękuję :-)
Rozne byly okazje - wyjscia do fajnych knajp, kolacje na klifie na wyspie Skye jedzone wprost z koszyka, ogrzewanie rak o metalowe kubeczki z herbata, jedzenie na dywaniku przed kominkiem, kiedy nie dowieziono nam oleju grzewczego zeszlej zimy, a nasz mikro domek z kamienia przykryla czapa sniegu. Kazdy taki posilek we dwoje wspominam z cieplem w sercu. Ale chyba najbardziej wzruszaly z wielka dbaloscia o szczegol przygotowane kanapki, czekajace pod kloszem, gdy wracalam po nocach do domu. Polske zostawilam dla lubego i pierwsze miesiace, jako swiezo upieczona emigrantka pracowalam w angielskim pubie, na kuchni. W zasadzie mijalismy sie, on wracal z pracy, ja musialam wychodzic. Ja wracalam, on juz niejednokrotnie spal. Ale widok kanapek ustrojonych natka pietruszki, galazka koperku, oliwka przekrojona na pol czasem doprowadzal mnie do autentycznych lez wzruszenia. Moze to nie jest typowa kolacja romantyczna, ale znak tego, ze ktos o Tobie myslal i zadbal o Twoje potrzeby. :) Dla mnie to znaczy wiecej niz setki wyjsc do gwiazdkowych restauracji.
Moja romantyczna kolacja...na pewno nie zapomnę jej do końca życia:) Półtora roku temu, w lutym, mój jeszcze wtedy chłopak postanowił zrobić mi niespodziankę. W rozmowie telefonicznej powiedział mi, żebym przygotowała się na małą wycieczkę, ponieważ jutro ma zamiar gdzieś mnie porwać. Pomyślałam, że pewnie będzie to nasz kolejny wypad do jakiegoś uroczego miasta (lubiliśmy w ten sposób spędzać weekendy). Na drugi dzień zapakował nas do pociągu jadącego do Warszawy, następnie do autobusu na lotnisko. Tam dopiero okazało się, że lecimy do Rzymu! Wieczorem wręczył mi pierścionek i zabrał na romantyczną kolację do włoskiej knajpki. Zamówiliśmy butelkę szampana (co nas zrujnowało finansowo, ale raz się żyje!) i cieszyliśmy się sobą i świeżym narzeczeństwem:) Nie muszę chyba dodawać, że byłam najszczęśliwszą osobą na świecie, a dzisiaj jestem szczęśliwą mężatką:)
Beata
Mam jedno wspomnienie, które jest dla mnie wyjątkowo romantyczne.
Pamiętam, gdy z mężem kupiliśmy nasze pierwsze własnościowe mieszkanie. Wszystkie oszczędności zainwestowaliśmy w to, co sobie wymarzyliśmy. Był wieczór, gdy poznosiliśmy wszystkie meble i sprzęty i po raz pierwszy mieliśmy tam spać. To była niedziela, wyglądaliśmy tragicznie, spoceni i brudni i nie mieliśmy ochoty nigdzie wychodzić na kolację, więc naszym jedynym ratunkiem był sklep całodobowy po drugiej stronie ulicy. Grześ poszedł zrobić zakupy i nawet sam zobowiązał się przygotować coś do zjedzenia. Siedzieliśmy na brudnej jeszcze podłodze, a na kocu Grześ rozstawił czerwone wino w topornych ceramicznych kubasach, makaron fussilii zapieczony z parówkami, cebulą i żółtym serem. Wiem, że nawet się nie zastanawiał co, z czym i jak. Po prostu chciał żebyśmy nie byli głodni. Potem podpieczone na patelni kawałki bagietki potarł czosnkiem, położył plasterki salami i posypał różnymi przyprawami. Ten jeden raz pozwoliłam, żeby to on był gotującą stroną naszego związku i do dziś z uśmiechem wspominam tamten wieczór.
Zachód słońca nad brzegiem morza. Na kocu obok nas koszyk piknikowy. Nie ma w nim nic wyszukanego bo pakowaliśmy się w pośpiechu zaskoczeni i radośni, że dobra duszyczka zgodziła się zostać z dziećmi. Zajadamy bułki cynamonowe popijając pysznym winem z plastykowych (dziecięcych) kubków. A na deser czekają na nas lizaki:)
Wiatr lekko rozwiewał mi włosy, a oczy P. wpatrzone były w martwy punkt gdzieś na mojej twarzy. Był zimny październikowy wieczór, dokładnie 26. dzień miesiąca. Lubiliśmy tę datę, w końcu to w ten dzień, cztery lata temu się poznaliśmy.
- Smakuje Ci kolacja?
Spojrzałam na ugdulone kawałki makaronu wymieszane z kilogramem bazylii i paroma pomidorami. Gdzieniegdzie dało się nawet zauważyć cząstki kiełbasy i oliwek.
Ale sam fakt, że zrobił to własnoręcznie sprawiał, że nie potrafiłam odczuwać niezadowolenia z tej jakby to nazwać..potrawy?
- Jest wspaniała. Sam ją zrobiłeś. I te świece wkoło... Zaskakujesz mnie z dnia na dzień.
-No to zdrowie - podniósł plastikowy kieliszek wypełniony czerwonym winem i gdy ja powtórzyłam za nim wstrząsnęły mną dźwięki trąb i bębnów. Wielka czerwona plama rozkwitła na moim białym płaszczu.
Nowym.
Z jesiennej kolekcji.
- A niech to! - wrzasnęłam i spojrzałam na gigantyczne zniszczenia spowodowane trunkiem. - mój płaszcz...
Dźwięki libretta jakiejś opery buffa od razu rozrzedziły atmosferę.
- Tak jest nawet ładniej - zaczął się śmiać. - Nie wiedziałem, że tak żywo reagujesz na Mozarta...
- Nie często zdarza mi się słuchać Amadeusza na dachu Teatru pod gołym niebem! Jestem rozgrzeszona z mojej reakcji!
- Jako koneser sztuki masz prawo do emocjonalnych tików w związku z muzyką. Spójrz, świeczka się dopala... Poczekamy do końca aktu i się zbieramy.
Chciałam spojrzeć mu w oczy i w końcu powiedzieć magiczne dwa słowa, jednak ktoś bardzo skutecznie oślepił mnie latarką. A za akompaniament dobrał sobie wściekłe szczekanie psów.
- Co tam robicie? Proszę natychmiast zejść. To teren Teatru Wielkiego, jeśli nie zejdziecie dobrowolnie będziemy musieli interweniować!!
Pies nie dawał za wygraną i chciał przekrzyczeć funkcjonariusza.
- Przepraszamy, zaraz zejdziemy! - zaczęłam się drzeć, byle by tylko nie mieć problemów. - My tu tylko.. - no i co? Nie miałam pojęcia co powiedzieć. Że mamy romantyczną kolację przy dźwiękach opery i z widokiem na gwiazdy?
- ...świętujemy naszą rocznicę. Już nas nie ma proszę pana! - P. jak zwykle wyjął myśli z mojej głowy i urzeczywistnił je werbalnie.
- Zakochańce, złaźcie stamtąd zanim ktoś jeszcze was przyuważy! A pani coś ma na brzuchu, jest pani ranna?
Przemilczałam tę uwagę i dalej starałam się zapomnieć o dojrzewającym winie na moim ubraniu.
Zaczęliśmy zbierać nasze rzeczy, gasić świece i dopijać zmarznięte wino. I nie wiedziałam co było piękniejsze, urocze quasi-spaghetti zrobione przez niego, wino, świece, gwiazdy, Mozart, czy ujadający nadal pies na dole. Ale było idealnie. W swojej niedoskonałości, najwspanialszy wieczór mojego życia. Chociaż...Nie było jego dwóch słówek. Ale i tak było pięknie.
Złaziliśmy z bagażem na plecach bardzo ostrożnie, on szedł pierwszy. Nagle się zatrzymał i zaczął krzyczeć:
- Dobry Boże! - wrzasnął - No nie mogę!
- Co jest? Co się stało? Wszystko w porządku? - przeraziłam się nie na żarty. Byłam pewna, że skręcił nogę, albo coś w tym rodzaju.
- Niesamowite!
- No co jest?! - zaczęłam drżeć ze strachu.
- Kocham cię no.
Pies dalej szczekał, jakby czuł, że coś się święci.
Moja romantyczna kolacja? Hmm, sylwester, śnieg po kolana, mróz taki, że zamarza nos z całą jego zawartością :) płonące pochodnie w ręku, góry i my. Do drewnianego domku w lesie musieliśmy przejść spory kawałek nocą, brodząc po kolana w świeżym puchu. Ale niespodzianka, która zastała mnie w środku była najmilszą na świecie. Przy blasku świec, skaczącym ogniu w kominku, jedyna i wyjątkowa - nasza zaręczynowa kolacja. Na stole czerwone wino i moje ulubione hiszpańskie przysmaki - chorizo, chrupiące pieczywo, paella i pyszne gazpacho. Gdybym mogła cofnąć czas chciałabym jeszcze raz poczuć się tak fantastycznie jak w tamtej chwili, kiedy to na chwilę zatrzymał się czas tylko dla nas. Byliśmy tylko my.
Jesteśmy żeglarzami i od kilku lat dbamy o naszą łódź na jednej ze szczecińskich przystani. Cały sezon korzystamy z wiatrów nie kłopocząc się szczególnie jedzeniem, bo wiemy, że kiedy nadejdzie TEN dzień to właśnie kolacja zagra główną rolę.
Wcześnie rano wybieramy się na przystań pospiesznie pakując wszystko do toreb. Jeszcze termos z gorącą herbatą i już jedziemy. Cały dzień zajmuje nam demontowanie relingów, składanie masztu, wykręcanie ściągaczy, skręcanie lin, wynoszenie map i kamizelek spod pokładu. Potem moment, kiedy dźwig na kei podnosi bezwładnie huśtającą się łódź i stawia ją na saniach. Wygląda tak bezbronnie, kiedy nie unosi się na wodzie. Po całym dniu pracy wdrapujemy się po drabinie na łódź, z toreb wyciągamy wywołane zdjęcia ze wszystkich rejsów, ostatni raz w sezonie odpalamy kuchenkę gazową i szykujemy wspaniałą kolację. Tak naprawdę nie ma znaczenia co wyląduje na talerzu. Najważniejsza jest chwila, gdy z uśmiechem na twarzy wspominamy dobre i kiepskie wiatry na morzu. Kiedy przypominamy sobie cudowne knajpki w Szwecji i Dani, które udało nam się odwiedzić podczas tegorocznych rejsów. Kiedy w głowie trochę już szumi od wina, a żołądek wypełnia cudowna jagnięcina. Błogostan obejmuje nasze wspomnienia i mocno owinięci śpiworami zasypiamy na łódce, która się nie buja na wodzie...
To taka jedyna kolacja w roku, która stała się już naszą tradycją. Bo jak wiadomo... ostatnimi tradycjonalistami w tym świecie są żeglarze.
Najciekawszą, romantyczną kolację mam chyba dopiero przed sobą.
W listopadzie jedziemy na weekend do Stuttgartu, oglądać muzeum motoryzacyjne Mercedesa.
Planuję zapakować w koszyk własnoręcznie upieczone ciasteczka z cynamonem, produkty do przygotowania romantycznej kolacji zabrać także ze sobą. Zabiorę rukolę, gruszki, świeże figi, trochę pestek dyni, ser feta i świeże zioła. Zrobię z tego dekadencką sałatkę ,a wszystko doprawimy półsłodkim białym winem. Będziemy chodzić za rękę po mieście, chłonąć widoki wszystkiego wokół, cieszyć się byciem we dwoje daleko, daleko od codziennych spraw i planować to, co jeszcze niezaplanowane: wspólną kuchnię, sypialnię i wszelkie wydatki. Chciałabym, aby w naszym mieszkaniu KAŻDA kolacja była tą jedyną i wyjątkową. Ubiorę się w sukienkę i szpilki, bo zazwyczaj chodzę w trampkach i jeansach. Chcę pokazać mojemu ukochanemu moją kobiecą stronę: troskliwą, zakochaną, ale też pewną tego czego chce i dążącą do celu. To będzie nasz weekend, z romantyczną kolacja, porankiem i spacerami.
Kiedy pomyślę o romantycznej kolacji, przed oczami staje mi obraz oglądany jakby przez zaparowane szkiełko, lekko niewyraźny, dwoje ludzi w kuchni, on i ona, 'tańczą' wśród oparów wzbijających się znad kuchenki. W tle słychać Edith Piaf... Idealnie ze sobą współgrają, ona szykuje sztućce, zapala świece, on nakłada dania na talerze i podaje do stołu. Odsuwa jej krzesło, nalewa wina... Ona próbuje pierwszego dania i wie, że jej mężczyzna włożył w jego przygotowanie całe swoje serce, że jest to jego 'Kocham Cię', które czasami tak trudno mu wypowiedzieć wprost. Oboje zdają sobie sprawę, że tego wieczoru deserem nie będzie przygotowany wcześniej crème brûlée...
„Ciiii...” Tomek kładzie palec na ustach. Nie wiem co się dzieje, jest po 23. Jak co wieczór padłam, jak co wieczór nie przeczytałam nawet 5 stron książki. Bo to kolejny wieczór po całym dniu zajmowania się kilkumiesięczną Gatką.
„Co się stało?” pytam zaspana. Tomek bierze mnie za rękę i sprowadza na dół po schodach. Ostrożnie stawiam bose stopy na krawędzi stopni. W półmroku panującym w pokoju staram się nie nadepnąć na piszczącego słonika, ani też nie kichnąć – chłodne płytki zawsze tak na mnie działają.
Na stoliku przy kominku czeka wino, dwa kieliszki i jeszcze lekko ciepły, chrupiący chleb, który upiekłam wieczorem na jutrzejsze śniadanie. Siadamy na kanapie i półszeptem gadamy, maczając chleb w oliwie czosnkowej, popijając winem. Gadamy jak zawsze, jak kiedyś, z tą różnicą, że teraz tłumimy śmiech, a niezadowolony z zakłócenia nocnej ciszy Rudy pomrukuje na swoim posłaniu.
To jest moja wizja romantycznej kolacji. Nie mamy możliwości iść do restauracji, zresztą tyle takich kolacji za nami. Myślę, że teraz najbardziej potrzebujemy siebie, tej wolnej, cichej chwili dla nas, niekoniecznie z krewetkami, figami i afrodyzjakami. Marzę żeby kiedyś Tomek tak mnie obudził. Piekę chleb co drugi dzień, w kominku palimy codziennie, a ja co wieczór o 23 dawno już śpię. Żeby tylko na to wpadł...
Jesteśmy dosyć dużą rodziną, 2+3. Uwielbiam moje dzieci, ale też uwielbiam jak one idą spać....Mąż je kąpie, przytula, czyta i kładzie spać. Ja w tym czasie mam czas, żeby coś przygotować tylko dla nas. Moja romantyczna kolacja? Świece, błysk w oku mojego Kochanego, serwetki, wino, i tylko my dwoje....i pyszne jedzenie (np makaron soba z krewetkami, grilowaną papryką i sezamem.....pycha, uwielbiamy go).
Brzydki dzień. Pełen łez, bólu, samotności. Zimny wiatr i mżawka. I głos w słuchawce: "Przyjeżdżaj. Nic więcej nie musisz, po prostu przyjedź i bądź. Niewiele mam w lodówce, ale damy radę".
Właściwie nie kolacja, ale całe popołudnie w ciepłych, mocnych objęciach. Popijam aromatyczną kawę, gęstą od lodów śmietankowych, ogrzewam się pod miękkim kocem, na języku rozpuszcza się czekolada.
Później miękkość ziemniaczanych profiterolek z chrupką skórką, aksamitny grzybowy sos - bez świeczek, bez wina, bez muzyki.
Tylko trzymasz moją dłoń, a między nami dobra, ciepła, zmysłowa cisza...
Nasza najpiękniejsza kolacja była zupełnie niespodziewana i nieplanowana. Bez wymyślnych potraw, wina, ani nawet świec.
Wracaliśmy z podróży po Norwegii, za nami było kilka godzin jazdy samochodem, przed nami jeszcze kilkanaście. Zatrzymaliśmy się na kolację w miejscu, które polecił nam jego tato. Zatoczka przy drodze jakich tysiące, pół godziny drogi w dół zbocza niepozornym zagajnikiem i nagle... Widok zapierał dech w piersiach. Ze skał po dwóch stronach wypływały wodospady, łącząc się w dole z wielkim hukiem i płynąc spienionym strumieniem. W ostatnich promieniach słońca kropelki wody tworzyły przed nami tęczę, a my siedliśmy na skale, smażąc na jednorazowym grillu kiełbaski i bułki. Zjedliśmy hot-dogi z ostrą musztardą i prażoną cebulką, popijając colą i łapiąc odlatujące papierowe talerze i kubki.
Najprościej jak się da i chyba najpiękniej, w scenerii jak z bajki. A po wyruszeniu w dalszą drogę na poboczu zobaczyliśmy parę łosi :)
Moja najbardziej romantyczna kolacja miała niewiele wspólnego z tym co zjedliśmy...Miałam paskudny dzień i wyjątkowo paskudny okres w życiu za sprawą koszmarnej pracy, w której się męczyłam i która doprowadzała mnie co i rusz do płaczu, zostały nam dwa tygodnie do ślubu, ja nie miałam czasu na dopięcie ostatnich szczegółów, bo siedziałam w pracy do nocy dzień w dzień, tego dnia dowiedziałam się, że nie dostanę urlopu po ślubie, na początku prosiłam o dwa tygodnie, potem o tydzień, potem o dwa dni...ale nie, na ślub przyjeżdżali moi rodzice, których nie widziałam od roku i wcześniej też prawie roku, przyszłam do domu z silnym postanowieniem, że się zwolnię, ale też w nie małej rozpaczy, bo wytrzymałam jakoś pół roku, a wcześniej przez pół roku nie mogłam znaleźć pracy. Przyszłam, popłakałam, moje kochanie kazało mi iść pod prysznic i trochę się uspokoić. W międzyczasie wyniósł na dach mały stolik, dwa krzesła i świeczki, otworzył butelkę wina i odgrzał resztki tajskiego żarcia, które zamówiliśmy poprzedniego dnia. Na samym wstępie postanowiliśmy, że rzucam robotę i będę szukać nowej i że załatwię to w poniedziałek, a jutro (był piątek) obydwoje idziemy na wagary i było już tylko miło:) na pewno nie zapomnę tej nocy.
Romantyczna kolacja… To spokój i poczucie, że „nie muszę nic”. Tylko być. Tu i teraz. To sierpniowy późny wieczór w Wiśle… tylko zarysy gór widziane z cichego ogródka, dwa krzesła i dwa śpiwory pod którymi grzejemy nogi. Zapach wilgotnej trawy. I kubek gorącej herbaty w rękach. To całe mnóstwo gwiazd, które w górach świecą czasem tak intensywnie, jak te widziane z otwartego morza. Spadające gwiazdy i pytanie: „Pomyślałabyś, że tak będzie? Że będziemy sobie tu tak siedzieć po tylu latach? I gwiazdy na głowy będą nam spadać?” To cisza, która mówi więcej niż słowa. To przepyszny regionalny chleb, którego grubą skórkę wącha się jeszcze przed jego przekrojeniem. Zapach, którego nie zapomnę. I zrobione wspólnie kanapki z równie pyszną, prawdziwą szynką i oscypkiem. Splecione dłonie. To przyniesiony koc, którym mnie otulasz. Bo doprawdy do szczęścia tak niewiele trzeba… A romantycznie może być wszędzie. Wszystko w naszych rękach, sercach i głowach!
Pozdrawiam,
Karolina Łukasiewicz
Mało romantyczna kobieta ze mnie, nie dla mnie eleganckie kolacje przy świecach, nieswojo czuję się w wykwintnych restauracjach, preferując raczej włoskie trattorie pełne miejscowych. A najbardziej romantyczne kolacje? Dla mnie najważniejsze, że były to wspólne chwile z ukochanym .I jakoś tak się złożyło, że wszystkie 3 wspomnienia związane są z wakacjami. Jakoś nie mogę się zdecydować na jedno tylko. 1)Kamping na Bornholmie. Nasz namiot rozbity dosłownie 10 metrów od morza. Kamienisty brzeg, co bardziej płaskie kamienie służą nam za krzesła i stoły. Wiatr niesie zapach świeżych ryb z pobliskiej wędzarni. A na naszych metalowych talerzach wędzona makrela, jeszcze ciepła bo prosto z pieca. Jedzona sztućcami z tego śmiesznego składanego zestawu. Piwo z miejscowego browaru pite wprost z butelki. Cisza i spokój. My razem. Pełnia szczęścia.
2)Taras hostelu w Mahon na Minorce. Już po zmierzchu. Siedzimy na cudacznych plastikowych fotelikach, usiłując zjeść owinięte w aluminiową folię ciepłe bocadillos tak, by nie wypadło nam nic ze środka. Do popicia mamy oryginalną Sangrię. Widok na dachy domów, kościołów. W dole trwa prawdziwa hiszpańska fiesta, a my tu na górze delektujemy się chwilą, która mogłaby trwać bez końca.
3) Piazzale Michelangelo, Florencja, tuż obok naszego kampingu. Tydzień po ślubie siedzimy wraz z innymi turystami na schodach, mając u stóp przepiękną Florencję. W dole wije się Arno, widać wyraźnie Ponte Vecchio, kopułę katedry, a nad całym miastem zachodzi sierpniowe słońce. W rękach trzymamy butelkę włoskiego wina oraz kupione w markecie paluszki grissini. I cóż z tego, że siedzimy w tłumie, liczymy sie tylko my. Słońce powoli zanurza się w rzece zabarwiając kopuły kościołów na czerwono. A może tak rzucić wszystko i przeprowadzić się tutaj?
Tak naprawdę każda chwila może być romantyczna i piękna - o ile tylko mamy przy sobie kogoś, z kim możemy ją dzielić. A po latach powiedzieć sobie "a pamiętasz?"...
A co powiesz na taką wizję... Ja i On. Lekko rozproszone światło ze świec o delikatnym zapachu waniliowym, który świetnie komponuje się z różanym płynem do kąpieli. Duża wanna pełna gorącej wody i bąbelków piany delikatnie unoszących się na powierzchni wody. Na boku wiaderko z chłodzącym się właśnie szampanem (albo raczej winem musującym, co by nie spustoszyć naszych kieszeni). Bąbelki szampana powoli uderzają nam do głowy, a różane bąbelki z płynu do kąpieli otulają nasze ciała delikatnym zapachem. Dłonie łączą się mimowolnie, a z twarzy nie schodzi uśmiech. Rozmowie o wszystkim i o niczym towarzyszy talerz pysznych antipasti, które można jeść rękoma, kompletnie się nie krępując - cienko pokrojonego chorizo piccante, oliwek nadziewanych papryką i czosnkiem, kilku rodzajów sera, lekko grillowanych bagietek z masełkiem czosnkowym, małych paczuszek ze szparagów i mozzarelli owijanych w szynkę parmeńską oraz winogron. Antipasti wydają się idealne - są nieduże, urocze, ale niezwykle smaczne. Można z powodzeniem nakarmić nimi tą drugą osobę. Po kojącej ciało i rozbudzającej zmysły kąpieli przychodzi czas na deser. Już w szlafrokach, roztapiamy dobrej jakości gorzką czekoladę do fondue i przygotowujemy owoce - ananasa, truskawki, jabłka i resztę winogron z talerza z antipasti. Powoli zajadamy się czekoladowymi pysznościami, z zaciekawieniem patrząc ja płynna czekolada powoli zastyga na owocach. Oczywiście muszę pobrudzić sobie całą twarz czekoladą, ale On uważa, że to urocze. Wieczór jest niezwykle udany. Sprzyjający konwersacji, ale pełen cichych momentów, podczas których z zainteresowaniem można przyglądać się partnerowi. Spokojny, delikatny, ale przy tym bardzo zmysłowy. Pachnący różami i smakujący pełnymi aromatów antipasti oraz słodką czekoladową rozpustą, nieco złagodzoną gorzkawym szampanem.
Moja najbardziej romantyczna kolacja miała miejsce parę lat temu kiedy razem z moim mężem byliśmy jeszcze na studiach w Poznaniu. Z powodu różnych utrudnień jakie spotykają studentów – głównie brak pieniędzyJ mój „wtedy” chłopak postanowił zorganizować wyjątkowa kolację bez większego nakładu finansowego. Jego kolega mieszkał wtedy w kamienicy na Wildzie co było głównym natchnieniem do zorganizowania oryginalnej kolacji. Zostałam oszukana, że idziemy do kolegi na imprezę, wchodziłam do kamienicy zupełnie spokojna i nic nieświadoma co mnie czeka. Minęliśmy piętro na którym mieszkał nasz kolego i zdziwiona próbowałam się dowiedzieć gdzie idziemy – usłyszałam – niespodzianka! Idąc za moim chłopakiem dotarłam do schodów wychodzących na dach. Były zamieszczone dość wysoko dlatego czekała tam na mnie mała drabinaJ Po paru próbach udało mi się na nie wdrapać i wejść na dach. Był wtedy czerwiec, ciepły wieczór, zero wiatru, pełno gwiazd na niebie – klimat nie z tej ziemi. Po wejściu na dach zobaczyłam rozłożoną białą narzutę na której była uszykowana cała zastawa – talerze, talerzyki , miseczki, kieliszki do wina, szklanki, sztuce – i to prawidłowo rozłożone J - wszystko białe i dopasowane, połowa rzeczy była zupełnie niepotrzebna ale pięknie to wyglądałoJ Później dowiedziałam się że zastawa była pożyczona od mamy koleżanki która mieszkała 50 km od Poznania. Na środku stały kwiaty , po bokach były położone poduchy na których usiedliśmy, wszędzie było pełno świeczek … SZOK. Nie wiem czy to atmosfera czy rzeczywiście tak było – ale jadłam wtedy najlepsza pizze na świecie - własnoręcznie wykonaną przez mojego chłopaka. Kolacja niestety nie zakończyła się jak w filmach…… po około 40 min przybyła na nasza kolację Straż Miejska J Przemili sąsiedzi z innej kamienicy zauważyli, że coś się dzieje na dachu i zadzwonili po odpowiednie służby porządkowe. Na całe szczęście Panowie byli w dobrych humorach i wykazali się wyrozumiałością, puścili nas bez mandatu ale z dachu musieliśmy zejść .
To była najpiękniejsza niespodzianka jaka mnie kiedykolwiek spotkała.
Romantyzmu w tej historii tyle, co komizmu. Pojechaliśmy z moim przyszłym mężem na wycieczkę do Pragi. W tejże doszło do zaręczyn, atmosfera była bardzo romantyczna. Znacznie mniej romantyczny był hotel, w którym byliśmy zakwaterowani. Ohydny budynek, w którym nocowali chyba tylko kierowcy tirów (bez urazy). Pokoje z dosłownie odrapanymi ścianami, z naciekami (lepiej było nie dociekać z czego powstały) w rozmaitych kształtach, łazienka – no cóż- umyć się można – tylko gdzie potem iść, żeby umyć się, po korzystaniu z tej łazienki? Hotel oczywiście oddalony od centrum o lata świetlne.. Ale człowiek był młody i szaleńczo zakochany! Wieczorem, po wizycie w Tesco (tutaj zachwyt- wszystko na półkach ułożone jak w Polsce!) kolacja- bagietka, czeski ser i wino… Siedzimy tak sobie, ja patrzę w okno i zachwycona mówię do Marcina- ,,Jest jak w Paryżu!”. Podobno wtedy mój (wtedy) narzeczony pomyślał, że jestem świetnym materiałem na żonę – narzekać nie będę...
Romantyczna kolacja...ehhh jak bym chciała mieć taką prawdziwą najprawdziwszą z moim mężem.. bez dzieci,rodziców,myślenia o pracy i kasie...
Wiem jakby miala wygladac..pięknie udekorowana sala,przytłumione światła,rozwieszone białe lampki..na stole biały obrus,płatki róż i pachnące świece.. no i oczywiście jedzenie...które chciałabym sama przygotować by potem karmic nim mojego mężczyznę.. krewetkowa zupa.. mini tartinki z przeróżnymi dodatkami-kwaior,łosoś,sery,szynki..do tego dobra pieczeń z winnym sosem i borowikami na maśle... rolada z kaczki..pieczony kurczak nadziewany owocami... sałatki z rukoli,bazyli i imbiru posypane sezamem.. a na deser najdelikatniejszy mus czekoladowy z truskawkami, leciutki sernik na zimno z bitą śmietaną i bardzo mocno czekoladowe ciasto...
Jedzenie tego z drugą osobą,patrzenie w oczy,delikatna muzyka w tle i zero słów. Bo po co komu słowa...
A ja zaproszenie na "romantyczną" kolację dostałam właśnie od mojego męża z okazji rocznicy ślubu. Zaprosił mnie na noc w...ambonce;-) Taaak,jest taka nowopostawiona ambonka,nieopodal lasu, gdzie mieszkamy. W przyszły tydzień tam ruszamy - wino, sery różne, pieczone kawałki szynki na zimno, sporo kocy i aparat fotograficzny oraz lornetka. Będzie piękne podglądanie jesiennego życia zwierząt o wschodzie słońca...
Hm...Mimo tego że to odległe wspomnienie, na tamten czas ktoś mi bardzo bliski zaprosił mnie do siebie - wspomnienie bardzo mi bliskie mimo wszystko-a tam pokój do którego weszłam promieniał blaskiem miliona świec i odbijał czerwień miliona serc wyciętych z papieru, które na podłodze tworzyły jedno wielkie serce.
Na stole stało wino, spaghetti a na deser ciasto marchewkowe przygotowane przez babcię bliskiej mi wtedy osoby.
Pamiętam, że byłam w szoku przez cały wieczór. Wiedziałam, że to wszystko dla mnie, czułam się kochana i oczywiście mega szcześliwa:)
Niewiele miałam okazji do przezywania romantycznych kolacji ale jedna szczególnie utknęła mi w pamięci choć była dość prozaiczna.
Podróż poślubna rowerami po Bieszczadach czyli 20 kg sakwy pełne rzeczy, rowery, i my zmoknięci i zziębnięci gdyż padało wtedy nieustająco a jechać trzeba było wciąż do przodu i do przodu, pod gorę i z górki... kilku kilometrowy zjazd cały czas w dół tak, że rąk nie było można rozprostować, tylko 5 st.C ciepła na początku sierpnia (kto by się spodziewał?), wreszcie Wetlina a tuż przed nią Bacówka, jedyna jaką spotkaliśmy wtedy w Bieszczadach i sery... ehhh wybraliśmy kilka, krowich, owczych i mieszanych licząc się niestety z budżetem. Wreszcie znaleźliśmy kwaterę, szybko kupiliśmy pomidory, chleb i wino na rozgrzewkę w obleganym przez młodzież dawnym GSie.
Pod kołdrami, w wielce zgrzebnych warunkach wyjętych niemalże z socjalizmu, jedliśmy kawałki sera, którego smak pamiętam po dziś dzień, zagryzając chlebem z masłem i pomidorem z solą oraz pieprzem. Wtuleni w siebie pijąc średniej jakości wino delektowaliśmy się ciepłem własnym i kołdry a sen sam zasnuwał nam oczy... były to jedne z najlepszych chwil naszego związku.
Jak dla mnie to wspomnienia tych najprostszych chwil razem są najpiękniejsze :) Pamiętam jak kilka lat temu byliśmy z moim M. na działce w środku sosnowego lasu - dookoła dzicz i ciemności, a my w małym drewnianym domku. Tego wieczoru nie mieliśmy żadnej specjalnej okazji do świętowania. Ja pichciłam kolację w spartańskich warunkach (mała kuchenka elektryczna, jeden garnek, jedna patelnia) a M. gdzieś zniknął. Dopiero gdy wyszłam na zewnątrz okazało się, że przygotował dla nas stolik na dworze - ozdobiony świecami i prowizorycznym obrusem. Siedzieliśmy na rozpadających się drewnianych stołkach, jedliśmy makaron z sosem i popijaliśmy winem w kubku, ale zapach lasu, cisza przerywana brzęczeniem świerszczy i chyba urok chwili sprawiły, że nie zapomnę tego wieczoru chyba nigdy :)
Dla mnie jak romantyczna kolacja to tylko we dwoje i oczywiście tylko w domu/mieszkaniu. Koniecznie przy zgaszonym elektrycznym świetle, przy rozpalonym kominku i blasku świec, aby było nastrojowo. Stół nakryty pachnącym czystością obrusem, talerze, szklanki, sztućce, kieliszki ładnie komponujace się kształtem i kolorystyką. We flakonie piękny bukiet z żywych kwiatów. Do tego koniecznie serwetki. To tyle jeśli chodzi o nakrycie stołu. Perfekcyjna romantyczna kolacja powinna być przyrządzana wspólnie, a zaczyna się już kiedy para myśli nad menu i razem dokonuje wyboru dań. Wspolne zakupy będą dobrym wstępem. Potem on i ona razem kroją, gotują, pichcą i wspólnie wdychają apetyczne zapachy świetnie się przy tym bawiąc i mile spędzając razem czas. Posiłek powinien być wyśmienity smakiem, kuszący zapachem i wyglądem. Danie pieszczące zmysł smaku, powonienia i wzroku to danie doskonałe, a takie jest potrzebne na taką kolację. Do tego lampka wina i wszystko gotowe. Smacznego :)
Moja najpiękniejsza romantyczna kolacja ma zapach i smak dojrzałych moreli smażonych w karmelu i ... katastrofy kulinarnej. To miał być idealny wieczór: ja i on w tym pierwszym cudownym, delikatnym etapie, kiedy jeszcze nie wiemy, jeszcze drżymy przed tym co jest Wielką Tajemnica przed nami. Kiedy każde przypadkowe dotknięcie powoduje dreszcz rozkoszy i zmieszanie. Kiedy ręce nie chcą nas słuchać i bez przerwy coś potrącają.
Wszystko było przygotowane perfekcyjnie: równo stojące talerze z pilnującymi ich sztućcami, wysmukłe kieliszki do schłodzonego białego wina, które On przyniósł, obrus haftowany przez babcię - ten na specjalne okazje. Idealne główne danie.
Nadszedł czas na deser: smażone w karmelu morele zapieczone pod warstwą czekoladowego ciasta, podane na ciepło z dodatkiem lodów śmietankowych. Wyciągam ciasto z piekarnika, mieszkanie napełnia zniewalający zapach moreli, czekolady, i... Nie wiem jak, ale niedopieczone ciasto nagle znalazło się na blacie kuchennym, podłodze, moich rękach i sukience. Stałam z pustymi łyżkami w ręku i łzami w oczach. Perfekcyjny entourage znikną jak bańka mydlana! Wtedy usłyszałam śmiech, nieskrępowanym, szczery i bardzo zaraźliwy śmiech.
Kolację dokończyliśmy wyjadając morele z brei niedopieczonego ciasta, mieszając je z lodami prosto z plastikowego pudełka, brudząc i śmiejąc się. Gdzieś zniknęła niepewność, skrępowanie i to był początek...
Isabel Allende, w „Afrodycie”, twierdzi, że nie ma uniwersalnych afrodyzjaków, ale istnieją smaki i zapachy, które zawsze będą w nas powodowały szybsze bicie serca. Kiedy przechodzę przez targ i czuję zapach leżących na słońcu dojrzałych moreli, szybko kupuje kilogram i z promiennym uśmiechem na twarzy wracam do domu...
ps. To ciasto jeszcze nigdy mi nie wyszło, ale czy to jest najważniejsze?
Od kiedy w naszym życiu pojawiła się córeczka mamy trochę mniej czasu tylko dla siebie. W trójkę też jest “dla siebie”, ale inaczej niż wcześniej. Tym bardziej cieszą mnie romantyczne kolacje, które Mąż zaczął aranżować w sobotnie wieczory. Po całym tygodniu pracy przyjemnie jest zwolnić tempo i odpocząć ciesząc się myślą, że następnego dnia budzik nie wybudzi nas ze snu. Ostatnio Mąż zaskoczył mnie fondue. Po ponad roku od naszego ślubu zestaw do topienia sera, który dostaliśmy w prezencie, doczekał się w końcu premiery: grzanki i marynowane brokuły zanurzane w ciągnącym się serze smakowały doskonale; wino dodatkowo podkreśliło smak potrawy. Innym razem Mąż przygotował hummus (nawet pastę tahini zrobił sam!) i mus pasztetowy z mango i czerwonego wina podczas gdy ja wzięłam córeczkę na długi popołudniowy spacer. Tuż przed moim powrotem podpiekł w piekarniku bagietkę. Córeczka chyba zdała sobie sprawę, że to wyjątkowa sytuacja, bo grzecznie leżała w wózku, kiedy rodzice jedli i na chwilę znowu poczuli się jak dopiero-co-zakochani :-)
Nie mamy czasu na romantyczne wyjścia “na miasto”, zresztą mieszkamy pod miastem, więc mamy wszędzie daleko, ale wieczory spędzone w domu z Ukochanym też potrafią być romantyczne. Zamiast szpilek - wygodne kapcie, zamiast eleganckiej sukienki - nieco rozciągnięta bluzka, której poły łatwo rozchylić, żeby nakarmić córeczkę, zamiast wyszukanej fryzury - praktyczna kitka, ale w oczach Męża i tak czuję się najseksowniejszą kobietą na świecie. Jeśli kiedyś to przeczytasz, Kochanie - grazie d’esistere.
Romantyczna kolacja... Można pomarzyć i zaproponować kolację swoich marzeń lub opisać coś co przeżyliśmy. Mimo wszystko łączy się to z wieloma emocjami. Tymi najlepszymi jakich możemy doświadczyć - miłość, ciepło, bliskość drugiej ukochanej osoby oraz oczekiwanie na jej reakcje lub cieszenie się niespodzianką.
W moich marzeniach romantyczna kolacja wygląda następująco.... Gdy wchodzę do mieszkania na podłodze postawione są małe świeczki, które prowadzą mnie do pokoju. Idę powoli, ciekawa tego co zobaczę. Gdy wchodzę do pokoju widzę dużo pachnących świec a na środku podłogi poukładane dużo koców/narzut/wszystkiego co umili siedzenie na podłodze i poduszek. Widzę siedzącego ukochanego z dłonią wyciągniętą w moją stronę, zapraszającą mnie na romantyczny kolacjo-piknik. W powietrzu czuję aromat nie tylko słodkich świec ale także przypraw... Pachnie pięknie. Gdy już wygodnie siedzę pan X podaje mi kieliszek z białym lekko schłodzonym winem i mówi żebym się rozluźniła i odprężyła. Sącząc wino i rozkoszując się chwilą, świecami, wsłuchuję się w deszcz za oknem, który jeszcze 10 minut temu moczył mi włosy, teraz jedynie był uspokajającymi kroplami bijącymi o szybę. Przede mną pojawia się talerz małych pierożków z ciasta francuskiego, których złota skórka pięknie błyszczy w blasku świec. Gryzę podany mi pierożek i w ustach czuję smak świeżych kurek i cebuli smażonej na maśle... Całość rozpływa się w ustach i nie jest ciężka ani tłusta. Jest pyszna! Po pierwszym daniu i pierwszym kieliszku wina czas na krótki odpoczynek. Opieram się o ukochanego, wsłuchuję się w delikatnie sączącą się z głośników moją ukochaną muzykę klasyczną - walce Straussa pobudzają moją wyobraźnie i moje mięśnie rozluźniają się już zupełnie. Nasycam ciało spokojem i miłością. Pan X karmi mnie pysznymi słodkimi owocami, które idealnie łączą się z aromatem białego wina. Soczyste liczi, mięsiste żywo-pomarańczowe kaki, białe winogrona i słodki melon - to wszystko pozwala mi się rozkoszować smakami o jakich dawno zapomniałam. Na deser pojawiają się trufle o intensywnym czekoladowym smaku. Na początku czuję na języku gorzki smak prawdziwego kakao by po chwili poczuć miękkie wnętrze, intensywny smak czekolady, jednocześnie bardzo słodki i mleczny. W środku natrafiam na orzech laskowy, wcześniej zanurzony w karmelu... Całą sobą nasycam się smakami i cieszę się, że Pan X potrafi sam wyczarować te cuda. Czuję jak wino rozgrzewa mnie od środka, jak zaczyna powoli szumieć mi w głowie. Butelka już się skończyła, ale sądzę, że to nie koniec tego wieczoru. W końcu na podłodze jest bardzo wygodnie i miękko...
Nasze kolacje są proste - brakuje czasu na wyszukane kolacje, mąż całe dnie pracuje, ja się doktoryzuję, mamy dwójkę szkrabiczków (:)). Mamy też wspomnienia - nasze podróże do Włoch były tak wspaniałe, że teraz, w zaciszu własnego domu,wieczorem, na dywanie, w CISZY, zajadamy się bruschettą, spaghetti...aby dopełnić włoskiego szczęścia, mąż mi obiecał, że po obronie dostanę prawdziwy wielki ekspres do kawy :) wtedy włoskie będą nie tylko kolacje, ale i śniadania z pysznym latte :)
Jeszcze nie robiłam dla niego kolacji. Zrobiłabym coś lekkiego, na ciepło, dobry ryż, kawałek pieczonej ryby, w mieszkaniu unosiłby się zapach imbiru, a ja krzątałabym się pomiędzy kuchnią a stołem. Jeszcze nie zabrał mnie na kolację. A pewnie byłoby to piękne miejsce, gdzie słychać spokojną muzykę, uśmiechnięci kelnerzy podają ciepłe porcje, a my trzymamy się za ręce i śmiejemy w głos, z pana, któremu zostały "wąsy" po czerwonym barszczu. Jeszcze nie wiem co, i czy w ogóle, mu powiedzieć. Jeszcze nie wie, że się w nim zakochałam.
Widzę ich. Ona, on. Zapach ich perfum i śródziemnomorskiej kuchni. On patrzy na nią zachwycony, ona wie ile dla niego znaczy. Każda kobieta chce się tak czuć tonąc w jego oczach. Widać, widać jak wiele dla siebie znaczą. Szum morza, koc piknikowy. A teraz przyglądając się dokładniej już wiem, że to przetrwa. Ona, w błogosławionym stanie uśmiecha się pokazując jak pięknie wygląda z kurzymi łapkami. On ma świadomość że nie potrzebuje nic więcej do pełni szczęścia. Wieczór jest idealny...
Wiesz jak by tak pomyśleć głębiej to ja przez 20kilka lat chyba nigdy nie miałam takiej romantycznej kolacji.Znaczy były i zazwyczaj są kolacje ale nie takie we dwoje, bo zawsze z nami dzieci są co nam nie przeszkadza ale romantycznie we dwoje się nie da:)Nie mniej już kilka razy widziałam te fartuchy u ciebie i zawsze jakoś tak przyjemnie działają na moją wyobraźnię i kiedy tak na nie patrzę to zawsze widzę ten sam obrazek:Dom nad brzegiem morza ,otwarte okna a w nich białe lniane zasłony które delikatnie falują od wiatru .Biały obrus na stole i piękna zastawa delikatna ,biała ,piękne kieliszki odbijające światełko świec.I choć ciepło( bo to koniecznie musi być latem)napalone jest w kominku Dom ubrany w kwiaty i świece,dużo świec..Mój kochany już czeka w białej lekko rozpiętej koszuli (uwielbiam)Włącza muzykę która wypełnia delikatnie wnętrze.Napełnia kieliszki szampanem ... I teraz wchodzę Ja wnoszę truskawki na przystawkę do szampana i donoszę delikatne jedzenie które nie zagłuszy nam tej romantycznej kolacji...Jestem ubrana w piękny fartuch,który wyglądem przypomina piękną sukienkę i oczywiście jestem naga ale w szpilkach Bo mężczyźni lubią szpilki Bo romantyczna kolacja nie powinna zakończyć się tylko romantycznym jedzeniem .I widzę ten błysk w oku mojego męża który właśnie czyta to co tu piszę i mówi że jak nie wygram to kupi mi taki fartuch hihihi:) Tak bym widziała moją romantyczną kolację.Mam nadzieję ,iż nikogo nie zgorszyłam:)
Romantyczną kolację mogłabym zjeść wszędzie. Przy zachodzie słońca na plaży, na dachu wieżowca z widokiem na całe miasto, w nowym, zupełnie nieurządzonym mieszkaniu, w eleganckiej restauracji, na łódce w czasie rejsu, po całym dniu spędzonym na stoku, moknąc w namiocie, na szczycie góry. Z okazji urodzin, rocznicy, oświadczyn, choroby, kupionej książki, narodzin dziecka, spadających liści czy księżyca w nowiu. Nieistotne. Ważne, żeby ta kolacja była jedzona z Nim, najważniejszym i najwspanialszym mężczyzną mojego życia.
Samo jedzenie też nie jest istotne, chociaż uwielbiam siedzieć w kuchni, uwielbiam jeść, rozkoszować się smakami i przywiązuję dużą wagę do jedzenia. Mogłoby to być sushi, świeży chleb z domowym smalcem, spaghetti z klopsikami, sałatka Cezara, schabowy, ślimaki, tort orzechowy, pizza, pierogi ruskie, dziczyzna w sosie jagodowym, rosół, chrupiąca bruschetta, hiszpańska tortilla, grillowany pstrąg. Popijany drogim winem, sokiem porzeczkowym, piwem, colą czy czymkolwiek innym. Ważny jest sposób w jaki przygotowałabym tę kolację. Muzyka, do której moja kuchnia tańczyłaby razem ze mną. Narzędzia i sztućce biegające w moich dłoniach. Książka kucharska, która z mojego uśmiechu wiedziałaby jaki przepis znaleźć. Trochę jak w starych bajkach Disney'a, gdzie cały świat sprzyja bohaterce w procesie tworzenia, śpiewając o miłości!
Doprawiłabym nutą pożądania, szczyptą czułych słów, łyżeczka śmiechu, a na deser...cóż, deser mógłby zostać na śniadanie ;)
Było zimno a ulice były całkowicie zakorkowane, szliśmy więc do domu na piechotę, podtrzymując się za ręce żeby przypadkiem porywisty wiatr nas nie zdmuchnął. Pierwsza po przekroczeniu progu była gorąca herbata z cytryną, imbirem, sokiem malinowym i słodzona miodem! Niby tego szczęścia w kubeczku aż za dużo, ale to był magiczny, zdrowotny eliksir. Potem usmażyliśmy grube zbożowe naleśniki, które przełożyliśmy szpinakiem, serem rockford, suszonymi pomidorami i czarnymi oliwkami. Zielone, białe, czerwone i czarne na brązowym talerzu – danie, które zachwycało i smakiem i wyglądem. Naleśniki same w sobie są trochę romantyczne, a ser dodał im zdecydowanego charakteru.
Na deser karmiliśmy się kandyzowanymi truskawkami, kiwi, papają i ananasami popijając musujące słodkie wino przy akompaniamencie cichego jazzu…
Można powielać wyśnione chwile z romantycznego filmu, można marzyć o księciu z bajki... Pewnie, ja też bym chciała... Ale nie o tym chciałabym, tu i teraz napisać. Gdy przypominam sobie te chwile szczerze się uśmiecham. Mój wtedy jeszcze nie mąż jest obcokrajowcem, dane mi było lat temu 15 mieszkać na Wyspie. Tęsknota za "Naszym", polskim jedzeniem była niesamowita, celebrowalo się dobre, polskie jedzenie. Chcąc zrobić mi niespodziankę-mój mąż postanowił zrobić mi kolację, polską kolację:) Miały to być gołąbki-nie wiem skąd mial przepis:), ale to co zaserwował to ryż zawinięty w kapustę:) Śmiechu było co nie miara, ważne, że się starał, że chciał, że spróbował. Bo ważne jest z kim tę romantyczną kolację się jada :)
Zdolności do pisanie niestety nie posiadam. Posiadam za to marzenia. Marzenia dokarmiane snami.
A jak na marzenia przystało, królują w nich dwa zmysły. Zapach i smak. Obok nich stoi wzrok...
Najsilniejsze dla mnie doznania, to od dawna takie związane z podróżą po smakach. Sceneria bardzo trywialna, ale taki właśnie jest romantyzm. Świece, biały obrus, muzyka, świeże kwiaty, zapach cynamonu. Najlepiej to wszystko połączyć ze śniegiem za oknem. To jest baza marzenia. Scenografia.
Aktorami będą dania. Na początek sakiewki z ciasta filo ze świeżymi figami, kozim serem i świeżym tymiankiem. Aromatyczne, lekkie i wzmagające apetyt na... początek rozmowy i danie główne. Do tego wino. Po dwóch lampkach czas na łososia. Zapach masła, pietruszki i cytryny. Rozpływa się w ustach. Do tego jeszcze więcej wina... Na deser ciasto czekoladowe. Środek wypływa z ram ciasta. Do tego gorące, kwaśne maliny i świeża, pachnąca mięta. Najpierw jedzą oczy... Potem wkracza widelec. Kolejna butelka wina. Długie rozmowy. O wszystkim i o niczym. Kolejna płyta z naszą muzyką. Dokładka ciasta.
Teraz już tylko modlę się, żeby za szybko się nie obudzić....
Nie z zaskoczenia lecz długo wyczekiwana. Romantyczna kolacja - spotkanie z kochankiem. Ma być dziś a od tygodnia na nią czekam. Myślę o tym czując ścisk w brzuchu i ciepło na twarzy. Analizuję w głowie każdy drobiazg od momentu wyjścia z domu. Chcę aby było idealnie! Godzinę przed wyjściem ręce zaczynają mi się pocić i chodzę od okna do okna choć przecież on nie przyjdzie - umówiliśmy się na mieście. Umówiliśmy się w restauracji żeby ze sobą pobyć, posiedzieć, spokojnie porozmawiać.... Więc chodzę od okna do okna i zaczyna mi być ciut niewygodnie w granatowych szpilkach. Jeszcze godzina, więc je zdejmuję. Zastanawiam się teraz czy mam jeść dużo, czy mało? Co zamówić? Co pić? Czy wieczór skończy się w restauracji czy gdzie indziej? Czy będzie coś jeszcze? Może spacer po mieście nocą? Może hotel? Może przyjedziemy do mnie lub pójdziemy do niego?
Gdy wychodzę z domu żołądek jest ściśnięty a usta suche. Wciągam brzuch, prostuję się i poprawiam płaszcz...poprawiam go setki razy z każdym krokiem...Serce bije jakby głośniej i jakby wszędzie a ja nie jestem nawet w połowie drogi! Jego twarz wciąż stoi mi przed oczami. Jego dłonie są piękne. I znów mnie rozśmieszył!
Zbliżając się do restauracji już sama nie wiem czy to podniecenie czy zdenerwowanie ale coś rządzi moim ciałem tak bardzo, że niemal zaczynam się dusić! Na wdechu wchodzę do środka. Niby od niechcenia skanuję całą salę...jest. Siedzi przy stoliku i czeka na mnie. Był tu od jakiegoś czasu choć wcale się nie spóźniłam. Był tu bo czekał na mnie. Był wcześniej, bo nie mógł się doczekać. Spogląda na mnie i uśmiecha się. Choć serce mi już stanęło to też się uśmiecham i siadam. Zamawiam kieliszek wina i wodę. On przysuwa się do mnie i razem wybieramy coś do zjedzenia. Dyskutujemy o kolorach i smakach potraw. Śmiejemy się z nazw i próbujemy wymówić te, których nie znamy. Wszystko jest jak flirt i sączy się z tego romantyczny nastrój - nasze spojrzenia pełne pożądania, nasze dłonie głodne dotyku...
Ciąg dalszy to tylko kolejna fantazja ale jeśli miałabym przeżyć kiedyś romantyczną kolację - tak jak wiele kobiet ją przeżywa, to chciałabym aby tak wyglądała. Aby serce mocno biło a wspólne jedzenie było zabawne i pełne uroku. I aby taka kolacja kończyła się i przeplatała pocałunkami :)
Muszę w takim razie pomyśleć :)
A przy okazji zapraszam na mojego nowego bloga, tez kulinarnego :)
www.mojapracowniasmaku.blogspot.com. Pozdrawiam ciepło!
Zawsze byłam chłopczycą, choć z czasem nieco złagodniałam. Przy odpowiednim mężczyźnie zapragnęłam być kobietą. Najromantyczniejszą kolację przeżyłam w swoje 23. urodziny.
Kiedy przyjechałam do Niego w swoje urodziny nie zdążyłam nawet wezwać windy, kiedy ochroniarz wręczył mi list. Po przeczytaniu dowiedziałam się, że to będzie dzień Księżniczki. Oprócz listu znalazłam też mapę Łazienek Królewskich, narysowaną przez Niego. Na mapie zaznaczone były miejsca, w których znajdę skarby. Czym prędzej więc udałam się do Łazienek i odnalazłam swoje prezenty: kolorowy wiatraczek, bukiet kwiatów oraz różowy balonik z helem. W ostatnim miejscu stał On z muffinką, w którą powbijane były świeczki. Kiedy wracaliśmy ogrodnicy, gratulowali mu, że się udało. Gdy dotarliśmy do mieszkania dowiedziałam się, że to nie koniec niespodzianek. Przygotował mi kąpiel ze świeczkami i niesamowicie pachnącym kokosami płynem do kąpieli. Kiedy już zanurzyłam się w bąbelkach przyniósł mi drinka i powiedział, żeby się relaksowała ile chcę, a kiedy skończę, żebym ułożyła włosy i się pomalowała. Spytałam czy gdzieś idziemy i zaczęłam panikować, że nie mam co ubrać. Powiedział tylko, żebym się nie martwiła. Kiedy byłam już gotowa, zaprowadził mnie do pokoju i powiedział, żebym otworzyła szafę. Kiedy to zrobiłam zalałam się łzami i nie byłam w stanie wydusić słowa. W szafie wisiała sukienka, która bardzo mi się podobała, ale nie chciałam jej kupić, bo przecież nie mam gdzie w niej iść. Były też odpowiednie buty, pończochy, sweterek i torebka. Ubrałam się celebrując zakładanie pończoch tak jak to pokazują na filmach. A potem pojechaliśmy na kolację do mojej ulubionej meksykańskiej restauracji. Po powrocie oglądaliśmy romantyczną komedię i popijaliśmy różowe wino musujące. Czułam się 100% kobietą.
Mój pomysł na romantyczną kolację jest prościutki: dwie szklanki miłości połączyć ze szklanką czułości. Dodać dwie uśmiechnięte buzie, dosypać po łyżce entuzjazmu i radości, dolać pół filiżanki pożądania i przyprawić szczyptą troski. Całość wymieszać i ozdobić kwiatami. Podawać gorące z kolacją przy świecach lub innym, ulubionym dodatkiem :)
Kupiliśmy stary dom z duszą, z dużym ogrodem, pełnym starych drzew: ogromnych orzechów i urokliwych jabłoni, gdzie trawa jest gruba i miękka, zmieszana z mchem. Po wyczerpującym remoncie, bliscy załamania finansowego, w końcu wprowadziliśmy się do naszego domu. Poznając jego światło, dźwięki, zapachy, powoli zakochujemy się w tym miejscu. Na naszą romantyczną kolację poczekamy do lata, gdy pewnej ciepłej nocy, rozpalimy lampiony ze świecami i porozwieszamy je po całym ogrodzie. Na drzewach zwiesimy obok siebie dwa hamaki, a po środku postawimy mały stolik, a na nim tapas i czerwone wino. Będzie cicho, miękko, pysznie i przyjemnie. Odpoczniemy, a potem pójdziemy do domu.
Wiele było kolacji wartych zapamiętania, różne miejsca, kwiaty, niespodzianki, ale... Niedawno dowiedzieliśmy się, że będziemy mieli dziecko :) Osłabiona, zmęczona całodzienną migreną już, już wstawałam, żeby dowlec się do kuchni. "Nie wstawaj" - powiedział Mąż i zniknął za drzwiami. Po chwili wrócił z pajdą chleba z szynką, zatrważającą ilością kiszonych ogórków i tabletką kawsu foliowego. Trudno o więcej miłości na takim małym talerzyku :)
Kolacja , to zbyt szumnie powiedziane... ale do końca życia będę pamiętać "naszego" pierwszego kebaba...
w lipcowy ciepły wieczór.. w świetle latarni, siedząc na kamienistym krawężniku, w bocznej uliczce odchodzącej od krakowskiego rynku.. to było nasze pierwsze spotkanie, poznalismy się przez internet i moj niemąż przyjechał do mnie do Krakowa.. potem umawialiśmy się w ciągu dnia na kebaba na plantach..ale ten pierwszy był taki..nie da się tego powtórzyć.. mineło 8 lat,niemąż wywiózł mnie do warszawy, mamy cudną córeczkę..a kebaba i ten wieczór pamiętam jakby był wczoraj:)
Nasza pierwsza kolacja była niesamowita, z racji tego iż nie lubię święta walentynek, mój ukochany wziął sobie za zadanie przekonać mnie do niego. Dzień przed otrzymałam pięknie zapakowany list, miała otworzyć o konkretnej godzinie następnego dnia, w liście była wskazówka gdzie mam się udać dalej, kiedy już znalazłam się na wyznaczonym przestanku, obcy przechodzień wręczył mi kolejny list z zagadkom, udałam się na stację a tam pan wręczył mi list z cytatem z filmu Terminal, zagadka brzmiała " Co Napoleon podarował Jozefin gdy podbił Bawarie" chodziło oczywiście o fontannę, udałam się więc na miejsce tam czekała mnie ostania zagadka. Wchodząc do domu zobaczyłam korytarz usypany płatkami róż, było pełno zapalonych świec. Na kolację było spagatti niby zwyczajnie jednak mimo iż minęło 8 lat od tej kolacji to dzięki całej tej otoczce nadal pamiętam jego smak i jest to najwspanialszy smak jaki może się w życiu przytrafić , smak miłości.
Nasza pierwsza kolacja była niesamowita, z racji tego iż nie lubię święta walentynek, mój ukochany wziął sobie za zadanie przekonać mnie do niego. Dzień przed otrzymałam pięknie zapakowany list, miała otworzyć o konkretnej godzinie następnego dnia, w liście była wskazówka gdzie mam się udać dalej, kiedy już znalazłam się na wyznaczonym przestanku, obcy przechodzień wręczył mi kolejny list z zagadkom, udałam się na stację a tam pan wręczył mi list z cytatem z filmu Terminal, zagadka brzmiała " Co Napoleon podarował Jozefin gdy podbił Bawarie" chodziło oczywiście o fontannę, udałam się więc na miejsce tam czekała mnie ostania zagadka. Wchodząc do domu zobaczyłam korytarz usypany płatkami róż, było pełno zapalonych świec. Na kolację było spagatti niby zwyczajnie jednak mimo iż minęło 8 lat od tej kolacji to dzięki całej tej otoczce nadal pamiętam jego smak i jest to najwspanialszy smak jaki może się w życiu przytrafić , smak miłości.
Byłam w dziewiątym miesiącu kiedy postanowiliśmy z mężem urodzić naszą córkę we Włoszech. Spakowaliśmy się i kilka godzin później wylądowaliśmy na lotnisku w Pizie. Ponieważ czułam się doskonale postanowiliśmy odwiedzić naszych włoskich przyjaciół mieszkających pod Florencją. Wsiedliśmy do wypożyczonego samochodu i ruszyliśmy w drogę. Jechałam przy otwartym oknie, a zapachy Toskanii wirowały mi w nosie, całą sobą czułam że jestem częścią tego miejsca. W pewnym momencie poczułam ogromny skurcz, przeszywający mnie na wylot. Złapałam za kierownicę i samochód gwałtownie zjechał z drogi prosto w pole. Skurcze nasilały się, a zasięgu w telefonie nie było. Nie wiem jakby to wszystko się skończyło, gdyby nie przypadkowy samochód który się zatrzymał. Wysiadł z niego starszy Pan, który zaproponował nam pomoc i zawiózł nas do najbliższego klasztoru. Tam w towarzystwie męża i sióstr zakonnych urodziłam moją córkę. Moje dziecko przyszło na świat w klasztornej celi z widokiem na wzgórza Toskanii. Wśród zapachu polnych kwiatów, ziół i oliwkowych drzew. Zanim przyjechała karetka, siostry przyszykowały nam solidną kolację. Był pyszny chleb, świeże pomidory posypane ziołami, ser, woda i wino picia. Ku mojemu zaskoczeniu bardzo zachęcano mnie do wypicia wina i zagryzienia go chlebem. Dało mi to ogromne odprężenie. Byłam głodna jak nigdy, a wszystko było pyszne. Nastrój chwili był nie do opisania. Wszędzie panowała cisza, chłód klasztoru dawał mi ukojenie po porodzie. Patrzyliśmy z mężem raz na siebie , na dziecko i na widok który roztaczał się z pokoju. Trzymałam przy piersi moje dziecko, a zapach ogrodu wdzierał się do nas przez otwarte okno. Kolacje jedliśmy przepełnieni szczęściem. Od dwóch lat zamiast tortu, w dzień urodzin naszej Córki podajemy chleb, pomidory i wino na pamiątkę „tamtej” kolacji.
Pozdrawiam,
Alexandra
ach ! z tego wszystkiego zapomnialam sie zalogowac ....no to jeszcze raz :)
Marzy mi sie uczta - uczta Babette .Bo jest szaro ponuro mgliscie ascetycznie dokladnie tak samo jak w XIX wiecznej Danii. I chce sie tylko spac no a czasem to po prostu zyc sie nie chce ...no bo jak tak bez slonca ?!No i ten Fartuch ach jak zobaczylam ten prosty surowy fartuch beatrice to moim oczom ukazal sie taki obrazek , ze wlasnie Babette w tym fartuchu wlasnie , ta niesamowita Francuska przygotowuje przepyszna baaardzo wykwintna kolacje dla mnie i meza i jest nam tak dobrze ...:)dokladnie tak dobrze jak wszystkim gosciom z uczty Babette i jest nam wlasnie az nieprzyzwoicie smacznie i mimo szarzyzny za oknem nabieramy niesamowitego apetytu na zycie.
Dla mnie najpiękniejszą kolacją była ta zrobiona przez mojego chłopaka. Kiedy byłam u niego w domu, a mieszka we Włoszech i byłam tam na swieta Bożego Narodzenia. Strasznie tęskno mi było do domu. Chciałam wrocic do rodziny, to były moje pierwsze takie swięta. Czułam się zle i na prawde miałam kryzys. Bo byłam z nim, osobą która kocham najbardziej na świecie, a jednak czułam się samotna, nie wiedziałam że można tak tęsknić za rodziną. Pewnego popołudnia miałam dość, było to dzień przed wigilią. Wyszłam z domu pojechałam do jakiegoś centrum handlowego pod pretekstem ostatnich zakupów. Chciałam po prostu popatrzeć na szcześliwe rodziny na wspólnych zakupach. Myślałam ze to mnie jakoś uspokoi, zaspokoi na chwile tą pustke. Jednak przeliczyłam się bo było mi jeszcze gorzej. Wracając wstąpiłam jeszcze na kawe i wrocłam do domu. Kiedy weszłam on czekał na mnie przy stole. W drzwiach uderzyła mnie woń barszczu czerwonego. Nie wiem jakim cudem zdobył buraki bo w jego regionie nie jadają ich i nigdy nie widziałam w sklepie. Ubrał dla mnie stół świątecznymi ozdobami. Powiedział że zrobimy wigilie dzień wcześniej, a jutro będzie następna. Zamiast smutnej będa miała 2 wesołe wigilie. Usiedliśmy do stołu, czułam sie tak szczesliwa ze zaczełam płakać. Na stole stał tylko barszcz (nie do konca taki jak barszcz smakuje, ale dla mnie wtedy był najlepszy na świecie) z uszkami (którymi były tortelini) Zrobił dla mnie coś na prawde w tym momencie bardzo mi potrzebnego. Było pięknie, zapalił świece, zrobił nastrój. A już ta właściwa wigilia była radosna, z rodzicami na skype. Śmialiśmy się wszyscy z naszej podwójnej wigilii. Kocham go za to ;)
Lisko, moje ukochane wspomnienie dotyczące romantycznych kolacji wiąże się z posiłkiem, którego tak naprawdę nie było...Uwielbiam gotować od zawsze i ten motyw ciągłego pichcenia i pichcenia przewija się w moim domu codziennie:) Po jednej (z kilku:))naszych kłótni, mój chłopak postanowił mnie udobruchać i kulinarnie przeprosić. Niespodzianka polegała na tym, że miał przygotować dla mnie ucztę- plan był ambitny- wszystkie potrawy (całe 2) miały pochodzić z mojej ukochanej książki kucharskiej Julii Child. Jakże się śmiałam, kiedy weszłam do kuchni i zobaczyłam mojego rosłego, a nawet wielkiego chłopaka rugbystę w moim kwiecistym fartuszku, trzymającego swoimi wielkimi "łapami" malutki przyrząd do opalania creme brulee kompletnie paląc cukier na wierzchu płynnej papki. Z Beef Bourginon też niewiele dało się uratować. Wyszły nam za to świetnie, wspólnie podrzucane Crepes jedzone w pośpiechu jeszcze w kuchni, bez talerzy- najzwyklejsze naleśniki, a dla nas dwojga najbardziej wyrafinowane danie na świecie:)
Było sobotnie, wrześniowe popołudnie kiedy zadzwoniła do mnie koleżanka z płaczem, że dzisiaj są jej 30 urodziny a ona właśnie rozstała się ze swoim przyjacielem a ten dzień miała spędzić razem z nim w małej nadmorskiej miejscowości... pocieszałam ją jak mogłam i po godzinie łez i rozmów rozłączyłyśmy się. Nie dawało mi to jednak spokoju i za chwilę zadzwoniłam ponownie by powiedzieć pakuj się za dwie godziny jestem u Ciebie(dzieliło nas 120 km a nad morze ode mnie jest 500). O 19 byłam w Warszawie, M z zapłakanymi oczami wskoczyła do mojego autka i gnałam przed siebie w kierunku Bałtyku by tylko zdążyć... o 23.45 po koszmarnej podróży, korkach z powodu wypadku podjechałam na plażę, wyciągnęłam plecak a w nim wszystko to co M najbardziej lubi: czerwone chilijskie wino, dwie lampki, bagietkę, sery, gruszki, oliwki i świece:) Rozłożyłam koc a na nim całą ucztę i siedziałysmy tak do 4 nad ranem rozmawiając o życiu, przyjaźni, miłości i przyszłości... Był ty jeden z najcudowniejszych wieczorów a w zasadzie jedna z najwspanialszych kolacji jaką kiedykolwiek jadłam a spokojny uśmiech mojej koleżanki nad ranem bezcenne:))) Od tamtej pory wiem, że radości sprawiane innym smakują wybornie a romantycznie może być również z przyjaciółmi:)))
Mamy osiemnaście lat i mnóstwo problemów egzystencjalnych. Spotykamy się po miesiącu przerwy, w środku tego najupalniejszego wiosno-lata, kiedy z miasta chce się tylko uciekać. Niepewni siebie znowu. Zaprowadzona wsiadam na ostatni wieczorny statek płynący gdzieś pod miasto. Nagle jesteśmy na jakimś dzikim brzegu, palimy ognisko i podpiekamy na nim chleb do tych zabójczo pachnących pomidorów. Jesteśmy dorośli i legalnie palimy goździkowe papierosy pijąc wino prosto z butelki, a nasze usmolone dłonie są najpiękniejsze na świecie. Cisza znowu jest najlepszym porozumieniem. Trwa do wschodu słońca i dogasającego żaru.
Tamto spotkanie stało się ostatnim i tylko tego dnia w roku przychodzę na cmentarz. Nie zdążyliśmy rozwinąć historii. Jest ktoś inny i już nie płaczę. Ale tamta 'kolacja' pozostaje najpiękniejsza.
Ooo, moja kolacja, która na wieki wieków utkwiła mi w pamięci, miała miejsce na pierwszej majówce spędzonej z moim narzeczonym. Na majowy weekend wybraliśmy się na działkę jego nieżyjących już pradziadków. Od ich śmierci niewiele się tam zmieniło - stara drewniana chata, szopa, drewniana studnia, stary sad. W chałupie nie było nawet lodówki, więc całe jedzenie z gatunku niepsujących przywieźliśmy ze sobą: kabanosy, jajka ugotowane na twardo, słoiczki, chińskie zupki. Na miejsce dojechaliśmy późno i wykończeni, bo okazało się, że z Bochni do tej malutkiej wsi nic w święto nie jeździ, a na dodatek pięknie lało cały dzień. Z naszych wspaniałych składników upichciliśmy na starej kaflowej kuchni ekskluzywną dwudaniową obiado-kolację "PRAWIE jak u mamy" ;) Był to żurek (z kartonu) z wędzonką (w tej roli kabanos) i jajkiem (to prawdziwe :) ), a na drugie danie rewelacyjne leczo w postaci warzyw ze słoika ze schabem (w tej roli parówka) :D Klimatu dopełniły stare lampy naftowe i stare ledwie zipiące radio grające Polski Top Wszechczasów w Trójce. Były w moim życiu też te prawdziwie romantyczne kolacje, ale to tę wspominamy najczęściej i ze śmiechem, szczególnie, gdy narzeczony pyta, co na obiad, a ja odpowiadam, że schab :D
Na pewno wymarzona kolacja moja i jego odbywałaby się na końcu świata, ale na obecne realia może odbyć się we własnych czterech ścianach z jednym zastrzeżeniem bylibyśmy tylko MY, a otaczający nas świat: praca, znajomi, rodzina i miejsce zamieszkania na kilka chwil byłyby bez znaczenia. Nasza wielka uroczystość odbywałaby się w naszym domu bez żadnej okazji. Świętowalibyśmy tylko fakt, że po prostu jesteśmy i istniejemy jako jedność w tej rozbieżnej rzeczywistości. Jedzenie przygotowane byłoby z pasją i bez większego wysiłku. Po domu rozchodziłby się zapach domowego jedzenia. Zapach pieczenie przenikałby się z zapachem pomarańczy, cynamonu i czekolady. Dodatkowym akcentem tworzącym tło byłby zapach mieszanych kwiatów, wybieranych instynktownie z własnym upodobaniem i umiłowaniem, tulipany, frezje i eustomy luźno ułożone w białym szklanym wazonie. Mamy być tylko My, ale oprawa tworząca całą magie byłaby miłym dodatkiem i zwieńczeniem naszego uczucia. Muzyka mogłaby tylko zagłuszyć piękną melodię jaką jest cisza domu, dźwięk jesiennego deszczu oraz odgłosy strzelającego drewna palącego się powoli w kominku. Czas płynąłby bardzo powoli, trwalibyśmy jak zamknięci w bańce mydlanej. Rozmawialibyśmy swobodnie o naszych marzeniach, planach i oczekiwaniach, wsłuchując się w siebie i chłonęlibyśmy każdą minutę tego wieczoru. Powietrze byłoby gęste od uczuć, zapachów i całej atmosfery jaką stworzyliśmy MY.
Romantyczna kolacja to nie tylko wspaniałe potrawy, piękny wystrój stołu, ale przede wszystkim cudowna atmosfera i bliskość dwóch osób. Mimo, że dobrych kolacji było wiele, w mojej pamięci szczególnie pozostała jedna, wyjątkowa. Warunki niezbyt sprzyjające, pokój w akademiku uniwersyteckim, biurko zamiast stołu, lampka zamiast świec, szklanki w roli kieliszków, lepiąca się, ogólnodostępna kuchnia w korytarzu. Jedzenie, mimo swej prostoty, było wspaniałe, bo przyrządzone wspólnymi siłami i przyprawione szczęściem, odrobiną nieśmiałości i dużą porcją humoru. Zapewniam, że w takiej chwili nawet pozornie zwykły makaron z pesto i wino raczej z dolnej półki, smakują jak potrawy od największych mistrzów sztuki kulinarnej !
Trochę magia i trochę w to nie wierzę.Trudno jest wierzyć w coś tak pięknego.Ja miałam 14 lat on 16. W głowie mi się nie mieściło , że zechciał sie umówić.Ale to tylko pierwszy problem.'To może spotkamy sie w mieście, co wymyślę' W umówionym dniu, o umówionej godzinie stawiłam sie w umówionym miejscu.Chwilę póżniej piliśmy już kawę w małej warszawskiej kafejce.Spytał czy lubie sztukę.Z niedowierzaniem w oczach pokiwałam głową i już szliśmy w stronę jednej z najlepszych galerii.Po drodze wstąpiliśmy do knajpki z chińczyną. Doszliśmy do drzwi galerii , które okazały się zamknięte. Wyciągnął do mnie ręke po czym wspiął się na rusztowanie. Razem wdrapaliśmy się na samą górę budynku.To co zobaczyłam z góry było niewątpliwie piekne ale nie interesowało mnie.Wyciągneliśmy noodle z tofu dla mnie, z kurczakiem jego. Siedzieliśmy tak na dachu budynku w centrum Warszawy pod nami ludzie próbowali dogonić swoje sprawy krzyczeli, smiali sie a my siedzieliśmy godziny ponad tym wszystkim i rozmawialiśmy. Zwykłe noodle ,które tyle razy jem w przerwach miedzy zajęciami ten jeden jedyny raz miały smak , zupełnie inny smak. Smak pierwszej miłości.
Moje wspomnienie romantycznej kolacji to przeprowadzka do naszego mieszkanka, ogień trzaskający w kominku i makaron z podsmażonym baleronem i pokruszonym twarogiem wyjadany z mężem wprost z patelni :)
Madalene
Moje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa.Siedziałam z ciepłej babcinej kuchni, kiedy dziadek wracał do domu.Podchodził do babci od tyłu i obejmował ją.Zazwyczaj się denerwowała ,że to przeszkadza , że za stary jest na wygłupy, ale w jej oczach było widać taką małą, malutką iskierkę.Siedziałam na krześle i machałam nogami , które jeszcze nie dosięgały ziemi , a dziadek podwijał rękawy ,siadał na przeciwko i obierał ziemniaki.Babcia zagniatała ciasto. Resztę robili już razem, krzątając się po małej kuchni w której ledwo mieścił się okrągły brzuszek dziadka.Szybko całe pomieszczenie wypełniały zapachy, które do końca życia bede uważać za najwspanialnsze. Tak, pirogi ruskie. Zwyczajne, można by powiedzieć monotonne ,danie miało tak niesamowity smak,i mimo że zaczęłam podróżować kulinarnie po świecie nigdzie nie znalazłam tak wyjątkowego smaku. Pierogów musiało być dużo żeby i dziadek i babcia i wszyscy wnuczkowie sie najedli. Pamiętam że parę lat później , w jakiejś restauracji zamówiłam sobie pierogi ruskie. Gdy ich spróbowałam wyplułam je na talerz ze łzami w oczach ; mamo, to nie są pierogi ruskie!W tym momencie zrozumiałam że muszę nauczyć się robić takie jak dziadkowie. Dziadek teraz jest już po drugiej stronie,czuwa nade mną i jest moim światłem, babcia została tu sama ale cierpliwie uczy mnie, 15-latke dopiero uczącą sie jak kochać, jak zrobić pierogi. Idzie mi coraz lepiej ,ale wciąż daleko do ideału. Wierzę, że kiedyś gdy spotkam meszczyzne swojego życia przepis stanie się idealny. Bo wszystko czego potrzeba to odrobina miłości.
Czy romantyzm wolno zawężać nam do ja i on? Czy możemy pojmować go szerzej i łączyć raczej ze specyficzną atmosferą wywołaną konkretnymi, nie zawsze wesołymi wydarzeniami? I czy sama kolacja to tylko dania, czy może zaczarowana atmosfera wieczoru wywołana przeżyciami całego dnia i ciemnością za oknem? Prawie rok temu, kiedy atmosfera sylwestrowej zabawy unosiła sie w powietrzu nie było mi do śmiechu. Właśnie dzień wcześniej pożegnałam na zawsze jedną z najbliższych mi osób. I sylwestrowy dzień tak naprawdę przespałam, nie mając ochoty na nic, nawet na kiwnięcie palcem w bucie, zresztą nawet butów wtedy nie miałam na sobie. Jednak głód wypędził mnie późnym popołudniem z łóżka do kuchni i pomyślałam, że pożegnana przeze mnie osoba nigdy nie pozwoliłaby mi na takie żalenie się nad całą sytuacją. W związku z tym zdecydowałam, że chociaż kolacja niech w tym dniu się odbędzie. Dania proste i niewyszukane - szynka za szparagami, prosta sałatka, sery, masło i chlebek do tego kieliszek wina. Niewyszykana prostota, ale klimat tego wieczoru był ważniejszy. Z głośnika sączył się nudnawy jazz, a my wspominaliśmy, wspominaliśmy i wspominaliśmy... śmiech przeplatał się ze łzami, cisza z potokiem słów. Tylko tak można było przetrwać ból po stracie najbliższego człowieka, ale i stworzyć magiczny i przypuszczam, że nie do powtórzenia już wieczór. Taki romantyczny w tym mroczniejszym wydaniu...
W zabieganym świecie romantyczne kolacje niestety zdarzają się dość rzadko.Ciągle brakuje nam czasu na gesty czułości i chwile spędzone razem z bliską osobą.To co dla mnie jest w tym momencie niezapomniane i romantyczne to piątkowe wieczory,dzieci ułożone do łóżka,panujący błogi spokój w domu przed jutrzejszym wolnym dniem.To wieczór,w którym zapominam o troskach ,siadam z mężem przy butelce wina,zapalamy kilka świeczek i przygotowujemy razem coś na kolację.Często jest to bardzo proste danie:trochę sałaty w pysznym sosie winegre,kilka rodzajów sera na talerzu,świeża figa,która mój mąż bardzo lubi,plasterek szynki parmeńskiej i do tego pyszne grzanki czosnkowe.Banalny posiłek,ale spędzony z kochaną osobą pod cieplutkim kocykiem i przy muzyce Stinga"If on a winter's night....". Nic nie jest wtedy straszne,ani zbliżająca się zima ani hulający wiatr za oknem,ani troski dnia codziennego.
Poniewaz ja jestem na etapie marzenia o jakiejs romantycznej kolacji, wiec wyobrazasz sobie z jakim stresem czytam powyzsze wpisy...najwyrazniej jak sama jej nie przygotuje to nie mam szans aby to przezyc....Pomarzmy wiec....Stol zastawiony dla dwojga , sporo swiec, kwiaty , najlepszy serwis stolowy. Przygotowane potrawy proste, ulubione, przystawka, glowne danie, deser w planach wspolne ogladanie DVD, masaz pleckow i cieply kocyk.
Aby zadowolic moje gusta musialaby byc kaszanka, kopytka z sosem, swojski chleb, jakakolwiek salatka z dodatkiem cytryny i cokolwiek na slodko z kremem waniliowym i truskawkami.
Aby maz byl w siodmym niebie musi byc miesko, najlepiej baranek z rozna pachnacy czosnkiem, albo kebab, domowa Grecka pita ze szpinakiem i baklawas ociekajacy slodkim syropem....
Nie obchodziloby mnie co by wjechalo na talerze, atmosfera i uczucie, ze wlasnie odbywa sie cos romantycznego bylaby wystarczajaca.
P.S. Bardzo podobal mi sie wpis Greenhotapple....Zaraz do niej zajrze.
To nie będzie kolejna kolacja przed telewizorem, kolejna kolacja w pizzerii, czy sztywnej, pompatycznej restauracji.
Moja wymarzona kolacja odbędzie się w samym środku bukowego parku, tuż nad jeziorem.
Czas-koniec lata, może... ciepły sierpniowy wieczór, lekko po 21. Krzesła przywdziane w biel i stół nakryty białym, opadającym miękko na trawę obrusem, stałby pod najokazalszym z buków. Drzewo ubrane w kolorowe, papierowe lampiony-roztaczałoby wokół łagodne, pastelowe światło. Cykanie świerszczy,pohukiwania sów i inne odgłosy leśnego zwierzyńca wraz z muzyką Cola Portera czy Elli Fitzgerald płynącą z ukrytego w gąszczu traw gramofonu- tworzyłyby niezapomniane foniczne połączenie. Na stole ułożona byłaby zastawa z zielonej porcelany i wazon świeżej lawendy. Przystawką byłby pieczarki po francusku, smażone na maśle, ze szczypiorkiem, rozmarynem i białym winem. Za danie główne posłużyłyby owoce morza w bulionie warzywnym, a zwieńczeniem posiłku byłby mus czekoladowy. W lampkach- delikatne białe, półwytrawne wino lub półsłodkie różowe.
Kolacja byłaby moim pomysłem. Dałabym mężczyźnie mapę, a on musiałby dotrzeć na umówione miejsce o punktualnej porze. Czekałabym na niego w zwiewnej zielonej sukni. Po kolacji siedzielibyśmy do późna na pomoście i patrzylibyśmy w jezioro do zaśnięcia.... . Właśnie tak to sobie wyobrażam.;)
Moja romantyczna kolacja nie jest zbytnio podobna do tych klasycznych romantycznych kolacji o których można przeczytać w książkach lub które można zobaczyć w filmach.
Taka moja kolacja- chociaż ze względu na skład menu niektórym ciężko było by ją nazwać kolacją:) miała miejsce kilka lat temu. Potajemne spotkanie z pewnym chłopakiem, w ukryciu przed całym światem, tak aby nikt nas nie zobaczył. Spotkaliśmy się wieczorem na boisku za nasza starą szkoła i leżeliśmy na trawie. W skład naszego menu wchodziły zielone żelki żabki haribo, które jak małe beztroskie dzieci dla zabawy wpychaliśmy sobie nawzajem do buzi. To była moja najsłodsza- w przenośni i dosłownie kolacja:) I tak zaczął się nasz związek (6 latek już).Chyba nie dla mnie są takie kolacje przy świecach czy przy kominku, w drogich restauracjach. Takie duże dziecko ze mnie, dlatego jeśli miałabym wybrać się na jeszcze jedną romantyczną kolację z moim chłopaczkiem to mogłaby się ona odbyć w takim klimatycznym, trochę staromodnym sklepie ze słodyczami. Cały sklep zastawiony wielkimi, fikuśnymi szklanymi słojami, w których znajdowały by się różne landrynki, cuksy, czekoladki, draże, moje ukochane żelki i oczywiście wielkie kolorowe lizaki. A cały sklep oraz wszelkie słodkości byłyby tylko dla nas :)
Od kiedy pamiętam w głowie układałam scenariusze najpiękniejszych randek. Pokój pełen płatków róż, spacer nocą po Starym Mieście, romantyczna kolacja w restauracji przy winie i jazzowej muzyce... Marzenia, które od zawsze pragnęłam by się urzeczywistniły. Jednak miałam wrażenie, że zbyt wiele wymagam, bo przecież który facet wpadnie na taki pomysł?!
Kiedy pewnego piątkowego wieczoru siedziałam w pokoju zaczytana w kolejne romansidło ze sterty książek przy łóżku dostałam od Niego telefon. Poprosił tylko bym włożyła coś na siebie bo chce mnie zabrać na spacer i porozmawiać ze mną. Poddenerwowana, lecz ciekawa wyszłam z domu, ubrana zupełnie normalnie w spodnie i koszulę. On stał przy bramie ubrany podobnie, jednak nie był to codzienny strój, wydawał się być starannie dobrany, choć to dostrzegłam dopiero później, gdyż rosnące podekscytowanie na początku na to nie pozwoliło. Wziął mnie za rękę i po prostu zabrał na spacer. Poszliśmy do pobliskiego parku, z racji tego, że zwykle się tam spotykaliśmy, by móc uciec od innych i spokojnie porozmawiać. Szliśmy jak zawsze stałą trasą, gdy nagle zobaczyłam jak na małej polanie jest jakby jaśniej, zdziwiło mnie to tym bardziej, że On skierował nasze kroki w tamtą stronę. Jak wielkim zaskoczeniem, wręcz szokiem był dla mnie widok który zastałam! Piękny pled, wokół którego jaśniało mnóstwo świeczek, czerwone wino, owoce i... naleśniki z serem. ;) Kochany wytłumaczył mi, że miało być danie wykwintniejsze w postaci spaghetti, jednak jego antykulinarne zdolności pokrzyżowały plany i chyba będę musiała pomóc mu w kwestiach gotowania. Usiedliśmy w blasku świec, wokół pięknej przyrody i kiedy On zaczął grać na gitarze i śpiewać moją ulubioną balladę, zrozumiałam, że wszystkie te wymyślane cudowne i romantyczne randki były banałem, w porównaniu z tym, co dane mi było przeżyć. Nikt nigdy nie sprawił mi tak ogromnej radości i przyjemności. Starania Ukochanego zostały nagrodzone, a teraz wspólnie podejmujemy trud zaszczepienia w nim choć szczypty zdolności kulinarnych ;)
Jeszcze jako biedni studenci wybralismy sie z N na wycieczke po Europie. Pociagi, hostele i dwa miesiace tulaczki z plecakami. Jedzenie nabyte w sklepach spozywczych. O restauracjach nie bylo mowy. Nie bylo za co. Pewnego wieczoru chodzac glodni po dworcu, minelismy dworcowy sklepik. Chodz, kupie Ci cos dobrego - zaproponowal N. Pierwsze wpadly nam w oko swieze, chrupiace buleczki. Potem to cos dobrego - niemiecki kefir. Siedzac na dworcowej posadzce, objadalismy sie bulkami z niczym popijajac kefirem. Wygladalismy pewnie na bezdomnych, ale ja czulam sie szczesliwa jak nigdy. Znalismy sie wtedy niespelna rok, ale wiedzialam juz wtedy, ze cos z tego bedzie. Dzis, 13 lat i trojke dzieci pozniej, wspominam ten posilek z usmiecham na twarzy i czekam ... az dzieciaki beda na tyle duze, zeby i je spakowac i jechac na tulaczke. Oby i one pokochaly podroze i bulki z kefirem.
To była zima. Nie, to było lato, a może jesień... Sama już nie wiem. Ale pachniało wiosną... Tak, to musiała być wiosna, bo czułam się jakbym budziła się do życia. Świeciło słońce. Nie, nie, deszcz padał... Och, sama już nie wiem. Nie liczyło się nic, poza jego bliskością. Ale pamiętam smak jabłek "papierówek", które zebraliśmy w sadzie, i pyszną szarlotke, ktorą upiekł On, i wino które w połączeniu z szarlotką miało smak miłości. To była kolacja... A na deser dał mi karteczkę, na której napisał "a kiedy będziesz moją żoną, umiłowaną, wytęsknioną..."
Emka
Nie pamiętam jakiejś jednej szczególnej okazji, czy może raczej - pamiętam ich wiele i wszystkie są równie ważne. Jestem z moim narzeczonym prawie 7 lat. Od samego początku jedzenie było ważnym elementem naszego wspólnej codzienności, poczynając od ulubionych śniadań z jajkiem sadzonym na maśle, boczku i cebuli, przez wspólne obiady, nawet jeżeli czasem była to zupa torebki, to ważne, że zjedzona razem. I wreszcie kolacje. Sebastian rzadko kupuje kwiaty i nie jest mistrzem rozmów o uczuciach, ale zagniata ciasto na pizzę, kiedy ja robię sos i smaży mięso, kiedy ja kroję warzywa. Ściera marchew na ciasto i idzie do sklepu kiedy mi czegoś zabraknie. I to jest romantyzm, który cenię tak samo.
Grudzień, mnóstwo śniegu dookoła. Wyglądam przez okno, sceneria jak z bajki. Drzewa otulone kołderką białego puchu, w tle zarys gór, a na podwórku czarny kociak bawiący się płatki śniegu. Zaraz będę musiała go zawołać do domu. Znajomi wyjechali i poprosili mnie o popilnowanie Rysika (kotka). Zgodziłam się ani chwili się nie zastanawiając. Stwierdziłam, że może to być bardzo przyjemny weekend, tym bardziej, że umówiłam się z przyjaciółką, która miała mi dotrzymać towarzystwa. Jest sobota, godzina 11.00 rano, krzątam się po kuchni by zrobić coś pysznego do jedzenia na dzisiejszy wieczór. Mam też kilka filmów, więc nie będziemy się nudziły. Rysik plącze mi się pod nogami. Godzina 17.00 wszystko gotowe. Rozpalę jeszcze w kominku…uwielbiam ciepłe płomyczki ognia. Nalewam sobie kieliszek wina, siadam na kanapie przed kominkiem, biorę do łapki książkę i zaczynam czytać. Do przybycia Panny A. mam jeszcze 2 godzinki. Nagle dzwonek. Przyjechała. Nawet śpiący futrzak ocknął się i podreptał razem ze mną ku drzwiom. Jakież było moje zdziwienie gdy zamiast Panny A. w drzwiach stał Pan M. Cały w śniegu, bo zapomniałam dodać, że mocno padało, z czerwonym winem w ręku. Wydusiłam tylko „Co Ty tutaj robisz?”. Kotu wcale nie przeszkadzało to, że w drzwiach stał zupełnie ktoś inny niż się spodziewałam. M. wziął kota na ręce, pocałował mnie w policzek i wszedł. M. był chłopakiem, który mieszkał naprzeciwko mnie. Codziennie rano mijaliśmy się w drodze do pracy, czasami wspólne zakupy. Albo po prostu rozmowa i spacer. Ot tak zwykły ( dla mnie niezwykły sąsiad). Był chłopakiem z moich snów, inteligentny, zabawny, czuły… ale nigdy mu tego nie powiedziałam, nie chciałam zepsuć tego co było między nami, chociaż dla mnie było to za mało, ale te śliczne dziewczyny oglądające się za nim na ulicy. Powiedziałam sobie, że nie mam szans, więc lepiej niech zostanie tak jak jest. Stałam na środku salonu, zastanawiając się co on właściwie tutaj robi, i skąd wiedział gdzie jestem, skoro sama mu nic o tym nie mówiłam. M. rozebrał się, uśmiechnął się, i zapytał czy nie będę się gniewać. Jak mogłam się na niego gniewać, ale co do jasnej cholery stało się z Panną A.? Jak się później wszystko okazało to właśnie Panna A. wszystko od początku zaplanowała. Poinformowała M. najpierw o moim uczuciu wobec niego, później gdzie będę, i żeby nie zmarnował szansy wepchnęła go w pierwszy pociąg do Zakopanego i oto jest. Stałam jak wryta, nie wiedziałam co zrobić. Czyli on wszystko wiedział, ale skoro wie i przyjechał to…..tak ! Przeprosiłam M., powiedziałam, że Pannę A. uduszę własnymi rękoma… kazałam mu się rozgościc, a sama wyszłam na chwilę do łazienki. Usiadłam na wannie i…tak, właśnie spełnia się moje największe marzenie, czyli on. ! Wyszłam, wokół było pozapalanych pełno świec, Pan M. Siedział na rozłożonym kocu przed kominkiem, trzymając w rękach kieliszki z winem. Usiadłam obok niego. Podał mi wino. Obok stały truskawki i gorąca czekolada, wziął jedną, skierował delikatnie ku moim ustom. Ugryzłam. Siedzieliśmy i patrzyliśmy na siebie uśmiechając się. „ Ślicznie wyglądasz” – wyszeptał… oblałam się rumieńcem…”Tylko wiesz, ja za bardzo nie przepadam z truskawkami…ale za to czekoladę uwielbiam” powiedziałam. „To nic, przed Nami mnóstwo czasu, by się nauczyć siebie nawzajem” powiedział M. i pocałował mnie.
Moja bajka właśnie trwa.
Po męczącym tygodniu pracy, wreszcie nadszedł ten moment - przekręcam klucz w zamku i już jestem w domu, który jest ciepły, w porównaniu z chłodniejszymi już wieczorami nadchodzącej jesieni. Zapalam światło. Cisza...spokój. - Cześć! - wołam. Cisza. -Jesteś? - jest. Przychodzi. Daje mi całusa na przywitanie. Mówi, że ma dla mnie niespodziankę. Lubię niespodzianki! Bierze ode mnie torbę z zakupami i mówi, żebym umyła ręce i zaraz przyszła na balkon. Idę do łazienki,myję ręce i twarz oraz przeczesuje włosy.. Przechodzę przez duży pokój i robię krok naprzód - już jestem na naszym zwykłym balkonie, na poddaszu. Lecz dziś to nie jest "zwykły balkon" lecz piękne romantyczne miejsce. Na ścianach, wysokich kwiatach wiszą śliczne, żółte lampeczki. W powietrzu unosi się zapach cynamonu i vanilii - moje ulubione. W tle grają nasze ulubione piosenki (sentymentalnie). Na środku stoi piękny, drewniany okrągły stoliczek z dwoma krzesełkami. A nad nami wielki namiot, a raczej "dach z materiału" ( ;) ). W oddali widać mieniące się światełka miasta - jak iskierki wciąż drgają. Idę ścieżką wysłaną różami do stolika. Odsuwa mi krzesło. Wcale nie jest mi zimno - pełno świec i sama atmosfera...tak ciepła i przytulna!
Siedzimy przy stoliku, przy winie. Zrobił swoją tradycyjną lasagne. Ah! Jakie to jest pyszne! Niby proste, ale posiada mnóstwo tajemniczych składników, które wprost pieszczą podniebienie. Na deser tarta cytrynowa. Mmm...ten lekko kwaskowato-słodki smak i zapach są jak nutki melodii unoszące się nad nami! Rozmawiamy, śmiejemy się. Kochamy. Ah, nie można zapomnieć o pięknym prezencie - duży kolarz z naszymi zdjęciami. Będzie wisiał w naszej sypialni.
-Zobacz! Gwiazdka spadła! Pomyśl życzenie, szybko! - mówi. Ale ja nic nie myślę, nic więcej nie pragnę. Bo ten wieczór, jest jednym z najpiękniejszych wieczorów w moim życiu. Bo ta osoba to wszystko, czego potrzebuję. I choć minęło już kilka lat od naszej "pierwszej kolacji" to wciąż się czuję, jakby to było coś nowego, wspaniałego i wiecznego.
5 lat temu jechałam ze stolicy na weekend na Mazury, do swego rodzinnego domu. W domu nie było nikogo, oprócz mojego chłopaka, który przyjechał tam kilka dni wcześniej, by w samotności poeksplorować okoliczne lasy.
Będąc w drodze dostałam smsa (mam go do dziś): "Gdzie masz korkociąg?! Do wina się próbuję dostać, żeby więcej wypić, zanim przyjedziesz. Tylko bez żartów proszę!"
Wina się nie spodziewałam, ponieważ mój chłopak nigdy nie był romantykiem, miałam go raczej za słodkiego i nieokrzesanego "dzikusa", czasem tęskniąc odrobinę za romansowymi klimatami :) Tymczasem tamten wieczór był dla mnie ciągiem przemiłych niespodzianek: W. odebrał mnie z przystanku odświętnie jak na siebie ubrany, w czerwoną (!) koszulę i obdarował polnym kwiatem. W domu czekał na mnie stół przybrany obrusem, świece i... odgrzane parówki, chleb, pokrojone w plastry pomidory i czerwone wino. To była najcudowniejsza kolacja na świecie, a o deserze nawet nie wspomnę ;)
Patrzę na niego, przykładam do ust szklankę z gorącą herbatą, ciemną, gęstą, słodką. W ten jesienny wieczór powinna mnie rozgrzać, ale to jego spojrzenie z drugiego końca stołu sprawia, że robi mi się gorąco. On się uśmiecha znad talerza pachnącego indyjskimi przyprawami. Może to pikantna somosa sprawia, że czuję to ciepło... jednak gdzieś w środku wiem, że to nie prawda. Kiedy On podaje mi talerz z kurczakiem w kokosie, pomimo, że nie je drobiu to zrobił to danie specjalnie dla mnie i sam też będzie je jadł, tak więc kiedy podaje mi talerz wierzch jego dłoni delikatnie muska wierzch mojej i czuję, że jemu też jest ciepło. Słowo "Smacznego" wypowiedziane przez niego jest jak zaproszenie do pocałunku. Liczę więc każde zjedzone ziarenko ryżu - im jest ich mniej tym jestem bliżej do momentu kiedy nasze usta podziękują sobie za wspólny posiłek... ale jeszcze nie teraz. Najpierw musimy osłodzić szalejące w nas emocje. Nakładam mu ciemne jak noc i czekoladowe do granic przyzwoitości ciasto z wiśniami. Ciężkie i słodkie jak grzech. A kiedy na talerzach są już tylko okruszki, kiedy on podchodzi do mnie i przykłada swoje czoło do mojego czoła i mówi "Dziękuję", a potem "Kocham Was" cały mój świat uśmiecha się do niego. I wtedy słyszę dochodzący z pokoju obok płacz dziecka. Obydwoje uśmiechamy się do siebie. "Pozmywam" mówi On, a ja podchodzę do łóżeczka, wyciągam śpiącego tam królewicza i kładziemy się razem do łóżka. "To dzięki takim wieczorom jak dzisiaj przyszedłeś na świat" szepczę mu do ucha...
Jesteśmy w drewnianym domku, usytuowanym na zielonej polanie, w środku lasu, z dala od ludzi, z dala od zgiełku, na jednym z beskidzkich szczytów. Słychać tylko śpiew ptaków i szelest liści potrącanych przez wiatr...to nie sen! Ta bajkowa chatka naprawdę istnieje, a zbudował ją mój Dziadek jeszcze przed moim urodzeniem. Uroczy pejzaż to tylko tło idealnej kolacji-gwóźdź programu to fakt, że posiłek przygotowuję na kuchence gazowej, a naczynia płuczę w wodzie prosto ze studni. Nie jest to orzech łatwy do zgryzienia, a jednak-da się. Najbardziej praktyczne jest tu danie jednogarnkowe, a więc nasze ulubione-pasta! Niebanalna, bo z sosem serowym, z dodatkiem kurek samodzielnie zebranych dzień wcześniej po deszczowym spacerze. I może jeszcze pietruszka, wyhodowana przez Babcię pod oknem od strony lasu? Wybór jest naprawdę duży... A romantyczna kolacja może być zjedzona w blasku świec (bo jakby inaczej-elektryczności brak), albo w blasku ogniska, którego przyjemne ciepło ogrzewa potem jeszcze długo podczas oglądania gwieździstego nieba.
Kajtek ma 2,5 miesiąca. Od 2 miesięcy walczymy ze skaza białkową: on brzuchem, matka smakiem. lekarka powiedziała, że jak będzie śluz w kupie to nie zaszczepi na rotawirusa, wiec matka przeszła na dietę bezmleczną, wcześniej już była bezcukrowa, ze względu na drugie dziecko w domu…
Jeśli dodać do tego, ze rodzice to matka-fascynatka, a ojciec hedonista, to życie z dietami eliminującymi białko i cukier wymaga nie lada determinacji.
Menu składające się z pieczonego schabu, indyka, schabu, indyka i …schabu indyka pozwala z czasem dostrzec różnice między poszczególnymi świniami i ptactwem i rozróżnić nawet subtelne cechy osobnicze.
Nie, nie, nie podam teraz przepisu na romantyczna kolacje z indykiem w roli głównej. Nie napisze też że mąż zaskoczył mnie wykwintną wersją schabu pieczonego bez przypraw.
Po prostu postanowiliśmy zaszaleć, pójść do knajpy (nazwy nie podam, żeby nie było krypciochy) i zjeść posiłek z 3 dań + margarita (alkohol zakazany, truskawki uczulają). A dania? z czosnkiem, śmietaną, masłem, chilli, deser z owocami, ciasto z kremem na maśle i śmietana na sztywno…
I wszystko jedno co to było, bo każdy składnik w każdej potrawie zagrał osobnym dźwiękiem, a całość brzmiała jak aria operowa (tandetny patos wyszedł, ale po wiekach postu bywa że prawda trąci kiczem…).
Tylko tak na prawdę to nie była ta właściwa kolacja. Tą właściwą to zjadł Kajtek. 10-tygodniowy niemowlak, syn matki karmiącej ortodoksyjnie tylko cycem. Przez kolejne 2 dni zjadał zamrożony, odciągnięty wcześniej pokarm opisany wdzięcznie: kolacja mamusi.
1 kolacja = 10 butelek po 150 ml ;).
Warto było.
Mój mężczyzna nie je kolacji, więc żaden z wieczorów nie nadaje sie do przytoczenia w kontekście romantyzmu, ale brak romantycznych kolacji nie jest problemem. Rozczula mnie za to śniadaniami- najlepszą na świecie jajecznicą, czy misternie ułożonymi wędlinami na talerzyku. No i ten cmok w ramię, kiedy wspólnie jemy.
To było parę lat temu. Nasza historia dopiero się zaczynała, ale wystarczyło jedno spojrzenie, żeby wiedzieć, że w końcu znalazłam odpowiedź na pytanie, które trapiło mnie od wielu lat – „jak będzie wyglądał mój mąż?!” Właśnie tak!
Byliśmy młodzi, w gorącej wodzie kąpani i tak bardzo pragnęliśmy siebie. Chcieliśmy zasypiać i budzić się każdego dnia obok siebie. Pamiętam do dziś to uczucie rozdzierające serce i duszę, kiedy żegnaliśmy się, wracając do naszych rodzinnych domów.
Nie potrafiliśmy żyć tak dłużej, dlatego szybko podjęliśmy decyzję o wspólnym życiu. Na szczęście na horyzoncie pojawiło się rozwiązanie i udało nam się załatwić mieszkanie. Był jednak pewien szkopuł w tym wszystkim…mieszkanie dopiero się budowało.
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło…Kiedy chcieliśmy poprawić sobie humor, jeździliśmy wokół budowy i patrzyliśmy jak rośnie nasze gniazdko. Wtedy na naszych twarzach pojawiał się uśmiech, ale ten specjalny, który mówił „Kocham Cię”.
Po paru miesiącach nadszedł dzień odbioru kluczy. To był piątek. Nie mieliśmy nic, żadnych mebli, nie było elektryczności…ale w końcu byliśmy RAZEM. Szybko zorganizowaliśmy światło w formie świec porozstawianych na parapetach, pojechaliśmy do sklepu po szampana i zamówiliśmy jedzenie.
Kulminacją tęsknoty, pragnień i remedium na rozłąkę była kolacja na rozłożonym na podłodze w kuchni kocyku i wspólne świętowanie zakończenia okresu, który jak nam się wydawało, trwał całą wieczność.
Ten weekend spędziliśmy w samotności, bez światła, na małym materacyku, na którym ledwo się razem mieściliśmy.
Kocham Cię Łukasz
Kasia
W pierwszej chwili, po przeczytaniu tematu konkursu, pomyślałam, że nie uczestniczyłam nigdy w romantycznej kolacji i nie mam pomysłu na taką. A w ogóle to skojarzenia z tym tematem mam banalne: świece, biały obrus, muzyka, kwiaty...
Kilka dni później, czytając w łóżku przed snem, przypomniałam sobie o kimś, kto dawno temu był dla mnie najważniejszy na świecie. O mężczyźnie, przy którym przestałam być dziewczynką, który uczył mnie gotować i ośmielał do kulinarnych eksperymentów. Z zapałem przygotowywał dla nas posiłki. Mieszając, krojąc, siekając, oblizywał palce i nie przestawał do mnie mówić, o tym co robi, co z czym można podać, o nas. A ja siedziałam na twardym kuchennym blacie, żeby być bliżej niego i z zachwytem chłonęłam każde jego słowo i gest. Szczególnie wyraźnie pamiętam letnie popołudnie, prawie wieczór, kiedy przez okno wpadało ciepłe światło zachodzącego słońca, obrysowując jego opalone, pięknie zbudowane, prawie nagie ciało, jego mocne dłonie, sprawnie posługujące się kuchennymi narzędziami, roześmiane zielono-brązowe oczy i moje poczucie szczęścia, że ten cudowny spektakl odbywa się dla jednoosobowej widowni, tylko dla mnie... Pamiętam te ulotne wrażenia, ale nie pamiętam, co wtedy przyrządzał. Zresztą, to nie było istotne. Z nim nawet zwykła jajecznica na śniadanie, jedzona nieśpiesznie z jednego talerza, w pomiętej pościeli, była wyjątkowym posiłkiem.
Może dlatego dziś nie silę się na wspaniałe dekoracje, bo czuję, że najważniejsza jest magia między ludźmi. Jeśli jej nie ma, nie pomoże lniany obrus ani pachnące świece czy kwiaty... Jeśli jest – wówczas nie trzeba ani specjalnej okazji, ani wyszukanych potraw na srebrnej zastawie, wszystko jest tak jak powinno być, na swoim miejscu, wręcz idealnie...
Chciałabym kiedyś dla kogoś potrafić stworzyć taką romantyczną kolację, śniadanie, obiad... Fartuchy z kolekcji Cookie wydają się stworzone dla uświetnienia takich chwil. Zakochałam się w nich od pierwszego wejrzenia Właściwie słowo „fartuch” wydaje mi się tu zbyt przaśne, to są przepiękne, wysmakowane kreacje, które po prostu chce się mieć, najchętniej wszystkie. Lukrecja – do przyrządzania słodkich, fikuśnych przekąsek, Julietta – proste, szlachetne potrawy, Carla – eleganckie dania, Waleria – pajda jeszcze ciepłego chleba z białym serem w mglisty wiejski poranek... Te „kuchenne suknie” nie potrzebują już wiele, same mogą być wspaniałą dekoracją każdego posiłku.
To był sierpień.Dużo pracy, mało czasu dla siebie.Restauracje, ulice i plaże pełne turystów, zgiełku i szumu.Chcieliśmy choć na chwilę uciec od wszystkich i wszystkiego.O tej porze roku spokojnie jest tylko na morzu.Mój narzeczony zabrał sprzęt do połowu totanów ( kuzyn kalmara), ja jak zwykle kanapki i wodę i o zachodzie słońca wypłyneliśmy naszą łupinką.Do dziś pamiętam minę mojego narzeczonego, gdy po udanych łowach z mojego małego plecaka zamiast kanapek i wody wyciągnełam biały obrus, świece, wino, lampki do wina, włoską sałatkę ryżową, świeży chleb i ciasto czekoladowe.Siedzieliśmy przy świecach i lampce wina, nad nami księżyc i gwiazdy, wokół tylko cichy szum fal, a w oddali migotały światła naszego miasteczka.
To miała być zupełnie zwyczajna, niemalże letnia, bo czerwcowa sobota. W planach miałam, a właściwie nie, nie miałam żadnych planów. To był jeden z tych dni, gdzie zbojkotowałam jakąkolwiek naukę, zero książek (chyba że niezobowiązujące,niewymuszone, nienaukowe) Jednym słowem chwila oddechu...Miało być tak, a wyszło inaczej, wcale nie źle ale inaczej, bo czego się nie robi Dla...
No właśnie, Dla...zrobiłam staranną listę zakupów tak by o niczym nie zapomnieć co zdarza się niestety często. Spędziłam stanowczo za dużo czasu na spacerowaniu po targu i sklepach w poszukiwaniu odpowiednich składników, bo przecież jak już coś zaplanuję to tak musi być. Po powrocie rozpoczął się istny sajgon (czas, czas!) Wszystko musiało być Dla... idealnie. Na początek pieczone pierożki z fetą i szpinakiem. W dalszej kolejności, tak zwanym międzyczasie kandyzowała się skórka pomarańczy i topiła gorzka czekoladai. Uznałam, że Dla...nie mogło się obyć bez tartaletek, niezależnie od nadzienia (zdecydowałam się na mini serniczki)
Zanim się spostrzegłam, czas było wszystko dopiąć na ostatni guzik. Kocyk, świeczki, wino, pierożki,pomarańcze w czekoladzie, serniczki (menu starannie dobrane, którego kryterium doboru opierało się na ograniczeniu ilości zastawy, zbędnej, bo przecież nie ma nic lepszego jak jeść palcami a jakże!)
Byłabym zapomniała, dopełnieniem całości był dach, dach 12-piętrowego wieżowca, z widokiem...ach jakim widokiem: leciały, lądowały, startowały!!
Widok był imponujący, kolacja nienaganna, okazja...okazja była wagi najwyższej. Wszystko się udało, Dla...to był niezapomniany wieczór, a i mnie cieszy myśl że maczałam w ty palce. Czas więc ujawnić co tak naprawdę się wydarzyło.
Bo Dla...brata można zrobić dużo, można mu pomóc przygotować romantyczną, zaręczynową kolację na dachu wieżowca z widokiem na startujące i lądujące samoloty. Dla brata i jego już dziś żony. Teraz tylko czekać aż podobne przysmak zje z nami, dziś dwutygodniowy szkrab... ;]
Pozdrawiam Kluska.
Wieczór parę lat temu szaro,deszczowo.Klatka schodowa w płatkach róż i świecach...starannie przygotowane listy z instrukcjami co robić i gdzie iść....iść za świecami po płatkach róż na strych,z korytarzem zrobionym z białego materiału zza których biło światło świec.Doprowadzał on do białego pomieszczenia z materiału wszędzie świece i płatki róż.Wielki stary drewniany stół a na nim wszelkiego rodzaju owoce egzotyczne i pięknie podana kolacja...kurczak w pomarańczach,wyśmienite wino i muzyka dopasowana do każdej tamtej chwili.Kiedy to z sufitu zaczęły padać płatki róż.To był wieczór,który przesądził o tym, czy będzie mi dane poznać Mojego Wspaniałego Bartka.Ta kolacja to była jego opowieść o tym jak zorganizował swoje zaręczyny,kiedy tego słuchałam miałam łzy w oczach ze wzruszenia,złość że ludzie nie potrafią docenić czyichś starań o miłość,ciut zazdrości,że to nie ja byłam tą,która czytała listy i szła po płatkach róż.Jednak największa była Moja radość z tego, że to Ja jestem szczęściarą, która teraz Je z Nim najwspanialsze kolacje w życiu,w domu,knajpie, na dziko na plaży w Chorwacji,na kajakach i wszędzie tam gdzie jesteśmy razem.
Trudno byłoby wskazać jedną szczególną romantyczną kolację. Prawie każda jest taka, pod warunkiem, że spotka się tę osobę, z którą chce się spędzać każdy dzień i każdy wieczór, i nie potrzeba do tego wcale świec ani muzyki. Jednak niektóre bardziej niż inne zapadły mi w pamięć. Pierwsza, na samym początku wspólnego mieszkania, kiedy mój mąż był bardzo zmęczony, więc sama poszłam do przyjaciółki świętować jej urodziny. Wróciłam o 2 nad ranem, myśląc, że zastanę go śpiącego, a on tymczasem czekał na mnie z porcją oszołamiającą ostrego "anda curry" (lub curry z jajek), tak ostrego, że trudno było je jeść, a jednocześnie jak tu nie jeść skoro czekało na mnie o drugiej w nocy. Nietypowa kolacja w sylwestra, którego nie mogliśmy spędzić w jednym miejscu, ale jednak spędziliśmy go razem za pośrednictwem skype'a, każde z butelką szampana i talerzem pasty... tak daleko, a jednak tak blisko. Pizza, którą wieczorem po ślubie zamówiliśmy do eleganckiego hotelu, żeby przypomnieć sobie nasze pierwsze oszczędno-pizzowe wspólne wakacje, i ta zupełnie inna, podana z prosecco w duszną, upalną mediolańską noc. Zimne kolacje na Mazurach, wykwintne kolacje w restauracjach, kolacje-zapiekanki z budki kiedy padamy z nóg, i domowe kolacje, tak dobre, że nie można przestać jeść, mimo że potem nie można spać, niekończąca się lista romantycznych kolacji z osobą, bez której żadna z nich nie miałaby sensu.
Zamykam oczy i próbuję przypomnieć sobie taką kolację.
Widzę najpierw słoneczy wakacyjny poranek, przypominam sobie turkusowy kontener wypełniony małżami i dumnych "nurków", którzy wyłowili je z morza w środku nocy specjalnie dla nas - dla K. i dla mnie. Później widzę Ich dwóch z małymi nożykami podczas wielogodzinnego czyszczenia owych zdobyczy. Zapach morza, białego wina, pietruszki. Smak miłości, niezapomniany!
Zima i góry. Wysokie, groźne, ale tak pociągające swoim majestatem, że nawet lęk nie może powstrzymać mnie przed następnym krokiem. Czymże jednak jest mój lęk? Chwilą przelotną, mglistym wspomnieniem. I wiecie co? Moja wymarzona kolacja niech będzie w takiej scenerii, gdzie adrenalina walczy ze strachem. Krok za krokiem idziemy ku szczytowi. On niesie plecak – w środku termos z gorącą kawą – słodką, z mlekiem, taką, jaką oboje lubimy. I kanapki, które razem robiliśmy rano w schronisku przy rozważaniu ostatnich szczegółów naszej wyprawy. I jabłka – czerwone, soczyste. I czekoladę – ku pokrzepieniu naszych mięśni. A on nie wie, że ja w swoim plecaku mam ciasto- czekoladowe, jego ulubione. Na deser.
Na szczycie jest to, na co czekaliśmy: satysfakcja i duma z naszego osiągnięcia. Robimy sobie zdjęcia – dowód naszej obecności w tym miejscu. A potem.. tak.. następuje TEN moment, gdy siedzimy blisko siebie, wyciągamy nasze wiktuały, pijemy czarny pokrzepiający napój z jednego małego kubeczka. Kanapki, czekolada.. ‘Naprawdę zrobiłaś dla mnie to ciasto? W nocy?! Ania..’ I spojrzenie.. Nic, absolutnie nic nie może równać się z taką chwilą – euforia osiągniętego wspólnie celu i radość bliskości siebie. My na dachu świata – a wokół ni żywej duszy. Tylko piękno dzikiej nieujarzmionej przyrody. I ta nasza kolacja..
A przed nami droga w dół..
Dziwne,że człowiek po tylu latach jeszcze pamięta...Dworzec PKP Kraków, szklana budka na środku peronu (nie pamiętam numeru). Wystarczył tylko sprzet do fondue firmy Zepter...Bez przepisu, za to z młodzieńczą miłością.
Romantyczna kolacja to temat trudny. Zazwyczaj kojarzy się ze świeczkami, różami, serduszkami, a wszystko takie oklepane. Mogę oczywiście napisać, że najbardziej romantyczną kolacją był tort biszkoptowy jedzony palcami na strychu w Starym Młynie, który już nota bene nie istnieje. Szkoda, to było cudowne miejsce, gdzie leżało się z drinkiem wśród poduch przy niskich stolikach patrząc na ukośne ściany poddasza....
Mogłabym, ale nie napiszę, bo nie lubię takich zaaranżowanych momentów. Nagle coś, co powinno być znajome, bliskie staje się sztuczne i obce. Obce, bo lubię, kiedy moja druga połowa woła z kuchni "co chcesz na kolację?". a potem pozwala wybrać który talerz z jedzeniem wolę, mimo, że oba są identyczne. Obce, bo brakowałoby mi jego pedantycznego smarowania bułek masłem, moich docinków, że to za długo trwa i jego niewzruszenia docinkami. W końcu i tak oboje zaczynamy się śmiać. Z Nim nawet odgrzewane naleśniki o pierwszej w nocy jedzone na szybko, na stojąco są romantyczną kolacją. Bo z Nim.
Nie zapomnę tej romantycznej chwili, gdy zmęczona i glodna wrócilam do domu z wycieczki do Paryza. Paryż od zawsze był moim marzeniem. W koncu podjęłam decyzję - jadę! Zlikwidowalam ksiazeczkę oszczednosciowa i wbrew wszystkim w rodzinie wykupilam wycieczkę. Tak marzylam, by znaleźc się na Montmartre, popijac gorzko-slodkie espresso w malenkim bistro i wraz z innymi tworzyc ta szczególna atmosferę. Gdy to sie stalo, bylam calkiem spełniona i wreszcie szczęsliwa. Nie oczekiwałam juz nic wiecej. Ale wrażeń bylo jeszcze, co nie miara. Zapachy i smaki Europy rozbudzały moje zmysły. Objadałam się chrupiacymi bagietkami, cuchnacymi serami, ktore jeszcze cieple rozpływały się na moim podniebieniu. Wszystko było wysublimowane, luksusowe, paryskie ... Aż wreszcie przyszedł czas powrotu. Mój zachwyt okazał się jeszcze wiekszy. Tak bardzo zapragnęłam poczuc smak polskich dań. Na myśl o zmiemniaku ciekla mi slinka. I co na mnie czekało, gdy w srodku nocy pojawilam się w domu zmęczona i glodna? Kluchy z miesem tak zwane szaruchy i do tego smazone buraczki, przygotowane przez mojego męża. Ich smak pamietam do dzis i iskrzace sie oczy mojego męża, gdy steskniony mnie witał. Pomimo późnej pory opychalismy sie kluchami wpatrujac sie w siebie i smiejąc i tak nam zeszło do rana ...
- Gdybyś miał jeden dzień w kórym mógłbyś zrobić wszystko, cokolwiek zapragniesz, z osobą którą lubisz, bez żadnych ograniczeń, bez konsekwencji. Wszystko zostałoby tylko w Twojej głowie.. Z kim, gdzie i co?
- Spacerowałbym po pierścieniach Saturna, uderzając butami o odłamki skalne. No co? Powiedziałaś cokolwiek…
- Moglibyśmy zbierać sopelki lodu do butelki naszego szampana?
- Szampan z lodem?! Moja mama miała rację. Klasy nie można kupić;)
Dostał kuksańca w prawy bok, a ona całusa w czubek głowy. Na kocu bochenek chleba zakupiony w piekarni za rogiem kusił ich swoją mocą.
- Czy wiesz, że oni tak razem ten chleb pieką od 40 lat? Nieustannie, dzień w dzień, w tym samym miejscu, o tej samej porze. I to nie jakiś zwykły chleb. Wspaniały chleb. Jak muzyka, która ma smak. „Skąd możesz wiedzieć jak świetny jest chleb bez smakowania? Nie o zapach tu chodzi, nie o to jak kształtny i piękny jest bochenek, ale o dźwięk jaki wydaje jego skórka. Słuchaj – odłamał kawałek chleba. – symfonia skórki. Tylko wielkie chleby brzmią w ten sposób” – powiedział naśladując głos Colette z Ratatouille.
Wybuchnęła śmiechem uznania i niezdarnie rozerwała plastry wędzonego łososia, delikatnie kładąc na odłamanym kawałku chleba.
- Czy łososie urządzają sobie romantyczne kolacje pod gołym niebem?
- Oczywiście, że tak. Pani łososiowa przygotowuje sałatkę ze skorupiaków planktonowych, podczas gdy jej mąż w swojej łuskowej zbroi rusza do ataku, karać tych, którzy wędzą członków jego rodziny – w tym samym momencie coś średniej wielkości, nieciężkiego uderzyło w jej głowę.
- Myślę, że on tu jest. Uzbrojony. Nie tylko w uzębioną paszczę, ale również w…. truskawki!
To były najsłodsze truskawki świata. Nigdy później nie jadła równie słodkich. Serwowane na deser, zatopionej w bitej śmietanie, podane na jego dłoni.
- Jeszcze nie. Desservir podajemy na zakończenie posiłku głównego. Nakryto do stołu.
Na starym kocu, w którego kratę wbijały się usychające z tęsknoty za latem liście, postawił wojskową menażkę pełną jej ulubionej zupy, jedynej jaką lubiła. Wywar z kurczaka parował radośnie a kawałki warzyw ganiały się w naczyniu. On je sam wyhodował, na własnej działce, specjalnie dla niej.
Zajadali się włoską flagą (listki bazylii, kawałki mozzarelli i plastry pomidora), jedząc sobie z rąk, pijąc szampana prosto z butelki ogrzewali się ciepłem własnych ciał, spojrzeń i słów, które raz wypowiedziane na zawsze pozostały w jej pamięci. Gdzieś w oddali wiewiórki tańczyły walca…
Po kolacji wręczył jej kwiat karczocha zwyczajnego. „Dla jedynej i niepowtarzalnej” – szepnął, całując w szyję.
PS. Korek od szampana zatrzymała na pamiątkę. Od 6 lat spoczywa na dnie kuferka pełnego jej wspomnień.
Nie policzę ile już romantycznych kolacji za nami – tych robionych z jakiejś okazji, bez okazji lub by miło zakończyć ciężki dzień... Nasze skromne mieszkanko zamienia się na przemian to w chińską knajpkę serwującą dania z woka, to znów w włoską pizzerię....Przy blasku świec, łagodnej muzyce i nieśpiesznym posiłku czas płynie inaczej, troski znikają...
Podczas jednej takiej kolacji mój mąż mi się oświadczył...:) Serwowałam wtedy ryż z kurczakiem w jakimś ostrym sosie... Cóż nie byłam wtedy zbyt dobrą kucharką;) A na deser lody truskawkowe... Ale w tych okolicznościach nie to było najważniejsze. Pamiętam dobrze cały ten wieczór sprzed czterech lat... Miło czytać, że dla wielu osób takie romantyczne kolacje są również źródłem radości i szczęścia...:)
Romantyczna kolacja...My, nasza podróż poślubna, schody katedry w toskańskim San Gimignano, pizza na wynos z pobliskiej knajpki, kartonik wina z regionalnej winnicy...w tle melodia wyczarowana przez miejscowego gitarzystę... chwila, która pozostanie w pamięci na zawsze
Pojęcie romantycznej kolacji to dla mnie przede wszystkim wspomnienia... Wspomnienia długich jesienno-zimowych wieczorów, kiedy ON przychodził do mnie, a ja przygotowywałam kolację tylko dla nas... Dziś uśmiecham się na wspomnienie tych niewyrafinowanych dań, takich jak: domowa pizza, lasagne czy quiche, które jednak smakowały nam nieprawdopodobnie, bo przyprawione były żarem uczuć i pożądaniem spojrzenia... Wszak nie patrzyliśmy przecież w talerze... Potem były kolacje składające się ze świeżych bagietek, płynącego camembera i czerwonego wina gdzieś w pokoju akademika na południu Francji, który zastępował nam hotel w czasie studenckich podróży i owoce morza na plaży w Grecji... A dziś słowo "kolacja" kojarzy mi się z okrzykami "am - am", lepkimi od kaszki małymi łapkami w kształcie rozgwiazd, które popychają jedzonko szybciej i łatwiej niż "cywilizowana" łyżeczka a także z myciem wysokiego krzesełka z resztek prażonego z cynamonem jabłuszka... Można powiedzieć, ze nasze romantyczne kolacje znalazły szczęśliwy finał :)i wiem że spotkało mnie szczęście nieporównywalne z niczym, mam też już pewność, ze wychowuję kolejnego w tej rodzinie łakomczucha i konesera radości podniebienia... Czego chcieć więcej? Twój Lisko post zainspirował mnie do tego, by któregoś wieczoru, gdy Mały degustator radości życia spokojnie zaśnie, przygotować kolację dla dwojga tak jak kiedyś... Może menu bym zmodyfikowała... Widzę na stole zapiekane gruszki z gorgonzolą i orzechami, potem JEGO ukochaną pikantną tartę z dynią, tymiankiem i białym serem a jeszcze później płynący, totalnie czekoladowy fondant... No i szampan z truskawkami... Choć gdybym tak wystąpiła odziana jedynie w Lukrecję lub Juliettę On pożarłby mnie spojrzeniem tak jak kiedyś i menu znów nie byłoby istotne...
- Co za dzień w pracy – pomyślała Marta – Syzyf może mi buty czyścić.
Marta po wejściu do swojego mieszkania podjęła standardową procedurę – płaszcz na wieszak, klucze do szufladki, szpilki równo ułożyć pod ścianą, włączyć komputer. Utrudzenie dniem, a do tego ten Jerzy…
Jerzy pracował z Martą w korporacji. Mijali się na korytarzach, ukradkiem podglądali na szkoleniach. Marta wiedziała o nim niewiele, ale była pewna, że zna go na wylot – to dlatego, że przez przypadek odkryła jego pasję: gotowanie. Jerzy dawał upust swoim kulinarnym fantazjom w Internecie, na blogu, oczywiście pod pseudonimem.
Trzeba od razu zaznaczyć, że Marta szukała na blogu Jerzego nie tylko ciekawych sposobów na podanie bakłażanów (np. w miodzie lub z karmelem), ale także poznawała w ten sposób „jedynie kolegę” z pracy, który bardzo umiejętnie wplatał między polecenia typu Umyj dokładnie marchewkę, zetrzyj na tarce historię swojego życia, gdzieniegdzie zdradzając swój aktualny stan ducha.
- To ciekawe, że jest tak niesamowicie punktualny. Codziennie, na końcu przepisu, zamieszcza godzinę, o której można spodziewać się kolejnej notki – zastanawiała się Marta.
Do dzisiejszej zostało jeszcze tylko kilka minut.
Na blogu często wywiązywały się między nimi pasjonujące dyskusje dotyczące nie tylko kuchni. Z drugiej strony Martę bardzo dziwiło, że jest jedyną komentującą przepisy Jerzego. Czyżbym była osamotnioną cichą wielbicielką? – zapytała się w duchu.
- Jest nowy wpis! – krzyknęła, jako że mieszkała sama.
A oto, co ukazało się jej oczom:
„Przepis na: romantyczną kolację i poznanie niesamowitej kobiety.
Entrance:
Bruschetta z mozzarellą i szynką Szwardzwaldzką. Wino – Mateus, różane, delikatnie musujące.
Main course:
Łosoś w sosie z pomarańczy, pieczony w piekarniku. Do tego rukola z serem pleśniowym, orzechami i pomidorami koktajlowymi w sosie vinegrette. Wino – Jacob’s Creek, Chardonnay. Białe, dość intensywne, głęboki bukiet owocowy.
Deser:
Tarta z lekkim kremem z białej czekolady przystrojona granatowymi borówkami. Do picia – mocna zielona herbata albo espresso.”
Przepis wydał się Marcie po prostu idealny. Wyobraziła sobie, że jest teraz u Jerzego, pomaga mu w przygotowaniu sosu do bruschetti, a dłonie pachną jej pietruszką jeszcze długo po przyrządzeniu przystawki. Potem wyciąga łososia z piekarnika, czując ten gwałtowny, ale bardzo przyjemny podmuch gorącego powietrza z nagrzanego pieca. Jerzy dekoruje rybę konfiturą z pomarańczy, uśmiechając się do niej przyjemnie.
Dlatego też nie mogła wyjść z osłupienia, gdy przeczytała dalszą część wpisu:
„Witaj droga Marto. Zdziwiona?”
- I to jak! Skąd on wiedział, że to ja komentuje jego przepisy? – pomyślała Marta, nadal będąc w co najmniej lekkim szoku.
„Chciałem powiedzieć Ci kilka rzeczy.
Po pierwsze – jesteś jedyną czytelniczką tego bloga. Nie przez przypadek zostawiłem go włączonego na ekranie mojego monitora w pracy tak, abyś mogła go przejrzeć. Późniejsze zablokowanie dostępu innych osób to już żaden problem. W ten sposób chciałem pozyskać Twoje zainteresowanie, zwrócić na siebie uwagę.
Po drugie – niesamowicie chciałbym Cię bliżej poznać. Dzielimy jedną pasję, jedną miłość - gotowanie. Najwspanialsze jest to, że taką samą przyjemność sprawia nam przebywanie w kuchni, krojenie, smażenie, duszenie, jak i jego efekty – kojące podniebienie szparagi w delikatnym beszamelu czy ostry smak krewetek z pieprzem cayenne. Dzięki Twoim komentarzom potrafiłem znaleźć w sobie inspirację do nowych wyzwań.
Po trzecie – nie mógłbym zapomnieć o ostatniej części dzisiejszego przepisu, zgodnie z zapowiedzią z tytułu. Zapraszam do mnie, o ósmej.
Jeż(y)”
Jerzy czekał na nią we wspaniałym, wyprasowanym fartuchu. Wyglądał w nim bardzo przystojnie. Obok wisiał na wieszaku jeszcze piękniejszy strój – damski fartuch w kolorze ecru, z subtelną kokardą z przodu. Idealny strój do kuchni – pomyślała Marta.
- Załóż proszę, to dla Ciebie – powiedział Jerzy wskazując na wieszak.
Bon apetit!
Dla mnie, jako osoby bardzo dbającej o swój rozwój fizyczny, romantyczną kolacją musiał by być posiłek po treningowy. Nie zapowiada się romantycznie? Romantyzm to uczucie, które nosimy w sobie i to jak postrzegamy otoczenia, nie zaś świece, porcelanowa zastawa i butelka najdroższego szampana.
Podążając tą ścieżką... po niezwykle męczącym treningu, biorę szybki, gorący prysznic, dzięki któremu całe zmęczenie odpływa. Ubrana w ulubiony dres, ciepłą bluzę, szczelnie owinięta szalikiem wychodzę z szatni. Podchodzę do Niego, najlepszego faceta pod słońcem. Tego, który jest moim wzorem i mistrzem - mój Trener, a jednocześnie mój przyjaciel. On wraz z moim treningiem skończył pracę. Wspólnie zaszywamy się w kącie, gdzie nikt nas nie widzi. Siadamy na piramidzie kilkunastu materacy gimnastycznych, szczęśliwi z ciszy i spokoju, będących odwrotnością godzin treningowych. Każde z osobna otwiera swoją torbę i wyciąga z niej kilka pudełek z jedzeniem i sztućce. W menu dietetyczne, ale niezwykle smaczne potrawy.
Kurczak tikka masala w brązowym ryżem, placuszki z piersią. Na deser kokosowe muffinki oraz cynamonki. Na koniec toast wzniesiony bidonem wypełnionym zieloną herbatą.
Najedzeni, szczęśliwi kładziemy się na materacach i rozmawiamy o planach na przyszłość. Co dziś? Co jutro? Może kolejna wygrana w zawodach? :)
Romantyczna kolacja… Cóż, jestem trochę tradycjonalistką, więc kolacja taka koniecznie musi odbyć się pod gwiazdami. Na świeżym powietrzu, najlepiej wśród pachnących kwiatów bądź drzew. Ponieważ najbardziej urzekające są dla mnie zawsze góry, dlatego też tam umieszczam akcję tego wydarzenia. Rzecz rozegra się na Babiej Górze, w Beskidzie Żywieckim, dokąd dotrzeć można np. z Zawoi. Dlaczego tam? Jest to góra na której fantastycznie się nocuje pod gołym niebem! Niby nie najwyższa, ale majestatyczna. Wymagająca, ale dająca szansę każdemu kto chce się z nią zmierzyć – nawet jeśli jest to jego pierwsza górska przygoda. Dla mnie Babia Góra jest po prostu piękna.
Tak więc wyruszylibyśmy z Zawoi na szlak. Zabrałabym upieczone przeze mnie wcześniej ciasto, a ze szczególną dedykacją dla mojego męża - dobry chleb i plastry prawdziwej wędzonej szynki. Zjedlibyśmy ją na kanapce, doprawiając przygotowaną wcześniej grecką sałatką. Cóż, smaki najprostsze są dla mnie wciąż najwspanialsze. Oczywiście On zabrałby dobre wino i dwa kieliszki – skoro to romantyczna kolacja, niech będzie choć odrobinę elegancka. Wszystko postawilibyśmy na rozłożonym na trawie obrusie.
Po zjedzeniu tych smakowitości leżąc na trawie podziwialibyśmy gwiazdy, które tak pięknie świecą wszędzie tam gdzie ich inne światła nie przyćmiewają.
Kolacja w górach... bliżej gwiazd i Nieskończonego...
Romantyczna kolacja? Dla mnie to każda, którą możemy spędzić tylko we dwoje. Nie mieszkamy razem, więc wcale nie jest nam łatwo spotykać się często na wspólny wieczorny posiłek. Nie wiem, jak długo tak pozostanie, ale póki jestem bezgranicznie i niemal bezkrytycznie ;) zakochana w moim Tomku, każdy wieczór, kiedy jemy razem posiłek- w ciszy, przy muzyce albo oglądając wesoły film i śmiejąc się pomiędzy kolejnymi kęsami- jest romantyczną kolacją. Miłość, szczególnie ta wczesna, wciąż fascynująca, dodaje zwykłym rzeczom i sytuacjom magii, jak w najpiękniejszych filmach o miłości...
Paulina B.
Wracamy z firmowej imprezy w stylu ę,ą,ący, gdzie porcje choć przepyszne to jak dla Calineczki jeszcze bardziej rozbudziły nasze podniebienia. Niowyobrażalnie głodni kupujemy po drodze ciepłą bagietkę i wpadamy do domu.Z rozmachem otwieramy lodówkę, a tam przeciąg, pustka straszy upssss jedynie słoik ze śledziami w occie na czarną godzinę się ostał :]jedząc wprost ze słoika z resztkami bagietki delektujemy się ich smakiem oraz chwilą... było pysznie ;)
Romantyczna kolacja? Wiele ich było, ale ta jedna najbardziej zapadła mi w pamięć. Może dlatego, że była nietypowa?
Leżę w wannie pełnej pachnącej piany. Na taki luksus nie mogłam sobie pozwolić już od dawna. Dlaczego? A no dlatego, że od trzech miesięcy jesteśmy rodzicami. Nieprzespane noce, zmęczenie...
No więc leżę w tej wannie, wysłana do łazienki przez mojego Męża i staram się zrelaksować. Nagle rozlega się pukanie do drzwi. Do łazienki wchodzi mój Małżonek z tacą.
A na niej kawałek pieczonej kaszanki z cebulką i jabłkami, sushi, sashimi i ser pleśniowy. A w szklance schłodzona cola.Przerażające menu, ktoś mógłby pomyśleć. Nic bardziej błędnego. To wszystkie te potrawy, których musiałam sobie odmówić ze względu na ciążę i za którymi tak tęskniłam.Mąż zostawia mi tacę, zamyka za sobą drzwi i wychodzi. Do naszej córeczki. Ja zostaję sam na sam z moim posiłkiem. Tak długo wyczekiwanym. Samotna romantyczna kolacja? To jest możliwe. Teraz jesteśmy we troje. Już nic nie będzie takie, jak przedtem. Nawet romantyczne kolacje. Ale zmiany też są dobre:)
Obudź się, Kociątko. Wiem, że jest późno, ale proszę, chodź. Ubierz się ciepło. Ślicznie wyglądasz rozbudzona, pozbawiona wszelkich konwenansów dnia codziennego, zaróżowiona od snu. Przed wyjściem otulam Cię jeszcze grubym szalem, pytania uciszam pocałunkami.
Noc jest wyjątkowo mglista i wilgotna. Liście już opadły, pozostały tylko niedaleko za miastem pożółkłe trzciny. Wśród nich usiądziemy. Ich szum miesza się z naszym szeptem - zawsze mówisz cicho, kiedy jesteś zadziwiona lub kiedy wyjawiasz mi swoje myśli. I ja nie mogę się oprzeć tej łagodności. Sadowię Cię na kołdrze, na położonych na ziemi trzcinach. Wokoło rozstawiam słoiki, w których rozpalam świeczki. W innych słoikach, które przechowujesz skrzętnie na "wszelki wypadek", są Twoje ulubione słodycze: ciastka migdałowe, karmelowe praliny i to, co sprawia, że jesteś tak rozczulająca - żelki, kolorowe, różnokształtne. Wyjmuję parujący czajniczek gęstej czekolady, schroniony dotąd w kocu. Filiżankę przysuwasz do ust i już, już widzę to, na co czekałem od wielu niespokojnych dni; najdelikatniejszy z Twoich uśmiechów, pełen ciepła. Po chwili kładziesz mi dłonie na twarzy i wiem, że nastaną czasy radosne.
Romantyczna kolacja to dwójka ludzi – kobieta i mężczyzna razem w kuchni. To poszukiwanie korkociągu i dźwięk otwieranego wina, pitego podczas gotowania. To wszystkie czułe gesty i pocałunki. To w tle wszystkim kulinarnym poczynaniom towarzysząca muzyka i unoszące się wokół przepiękne zapachy. To chwila namiętności tuż po zamknięciu piekarnika i ustawieniu minutnika. To radość i satysfakcja po spróbowaniu pierwszego kęsa. To kolejne toasty i zakochane spojrzenia przy stole. To wspólna kąpiel na deser i truskawki jedzone w wannie pełnej piany. To słodki sen w Jego ramionach.
Pyszna ta miłość.
Czy może być romantycznie ze złamanym sercem? W wielu historiach na drodze pary kochanków pojawiają się przeszkody, które mogą nierozerwalnie zniszczyć ich związek, uczucie... Mimo to, a może właśnie dlatego, takie chwile są romantyczne?
Mój chłopak zerwał ze mną ze łzami w oczach po blisko czterech latach związku. Jak stwierdził: nie dorósł do małżeństwa, do którego ja z kolei byłam gotowa. Twierdził, że dla niego to trudne, bo mnie nadal kochał... Godziny rozmowy, zakończyły się jego odejściem i zapowiedzią, że wróci następnego dnia po swoje rzeczy. Zalana łzami musiałam iść do pracy, mimo, że nie byłam w stanie się na niczym skupić... Nie umknęło to mojej szefowej, która wytuliła, pocieszyła i zaproponowała, żebym zrobiła na ten wieczór jakąś specjalną potrawę. W drodze z pracy kupiłam kremówkę, czekoladę. W domu przygotowałam kilka cieniutkich naleśników z przepisu M. Roux z dodatkiem mojego ukochanego Grand Marnier, które wypełniłam stopioną czekoladą i ubitą kremówką. Smak tych naleśników czekoladowych z nutką pomarańczy pamiętam do dziś. Minęło dwa lata i już nigdy ich nie powtórzyłam. Nie wiem, co wtedy powiedział, ale chyba, że nie lubi naleśników na słodko... Nie było happy endu.
Dziś jednak wiem, że bez tamtych wydarzeń, nie słyszałabym obok siebie spokojnego równomiernego oddechu osoby, którą kocham, i która mnie kocha i nie boi się tej miłości.
Lubię robić coś dla mojego mężczyzny. Lubię czekać na niego, z kolacją, aż wróci z pracy. Lubię ten Jego uśmiech podczas jedzenia i jak mi mówi „Misio pyszne”. Nikt nie powiedział, że to mężczyzna ma organizować swojej kobiecie romantyczne kolacje. To był koniec maja 2009. Wolne w pracy, dzień ciepły, trochę leniwy. Szkoda było go zmarnować, można przecież zrobić swojemu facetowi niespodziankę. Nie miałam jednak dnia na coś wymyślnego. „Ognisko” pomyślałam. W sklepie kupiłam kiełbaski i kaszankę. Sama upiekłam bułeczki czosnkowe. Spakowałam jeszcze trochę ziemniaków i masło. Kiedy tylko P. wszedł do domu przewiązałam mu opaską oczy, w końcu to miała być niespodzianka. Zabrałam koszyk, i chłopaka. Wsiedliśmy do auta. Jakieś 15 km od naszego miasta jest jeziorko z prawie zawsze pływającymi łódeczkami, ludźmi w kajakach i rowerach wodnych. Pojechałam od strony gdzie jest mniej ludzi. Zdjęłam Mu opaskę z oczu i powiedziałam „Dzisiaj zjemy na świeżym powietrzu”. I zaniemówił, bo trzeba przyznać, że widok jeziorka z kilkoma łódkami o zachodzie słońca zapierał dech w piersiach. I jeszcze stadko łabędzi jakieś 30 metrów od nas „siedzące” sobie na lądzie co widzieliśmy po raz pierwszy w życiu, bo zazwyczaj widuje się je w wodzie. Uwierzcie, widok niczym z obrazka. Chwilę popatrzyliśmy na to wszystko. Później rozpaliliśmy ognisko, i okazało się, że przy kiełbasie i ziemniaku spędziłam jeden z piękniejszych wieczorów z moim mężczyzną. A gdy zrobiło się już ciemno, położyliśmy się na dachu naszego auta, patrzyliśmy w gwiazdy i rozmawialiśmy do późnej nocy.
Początek listopada, za oknem ciemno i zimno; strugi deszczu spływają po szybach. W środku – ciepło i przytulnie. Stół nakryty, kominek rozpalony. Pachnie. Kolacją, moimi perfumami. Oczekiwaniem. Na dźwięk dzwonka do drzwi dostaję zawrotów głowy. To On, przyszedł wreszcie. Komplementuje sukienkę z czarnej koronki, ja dotykam koszuli w kratę i jego mokrych włosów. Przynosi pudełko zapakowane w czerwony papier, jestem ciekawa, co jest w środku. Ale kiedy obejmuje mnie, zapominam o całym świecie. Wreszcie idziemy do salonu, siadamy do kolacji. To ja zawsze gotuję, On wie, że to uwielbiam. Na talerze spadają tartaletki – z kurczakiem w glazurze miodowej, cukinią i tartym serem. Ciasto kruszy się w palcach, ser ciągnie się w ustach. Przepyszne, mówi. Dłonią podaję Mu liść sałaty, z moich palców zlizuje skapujący vinaigrette. Na widelcu: kawałek pieczonego ziemniaka, umoczony w sosie z suszonych pomidorów. Już mam zamiar wziąć go do ust, kiedy On łapie mnie za rękę. Jeden gest i oboje wiemy, że nie musimy już niczego udawać. Brzęk widelca, błysk świecy. Smaki mieszają się w pocałunku. Stół przeszkadza nam w bliskości, siadamy pod kocem przed kominkiem. Ogień tańczy cicho przed nami, ogień płonie w złączonych sercach. Nagle w rękach pojawia się czerwone pudełko, które przyniósł ze sobą. Otwieram wieczko, choć wiem już, co będzie w środku. Prześliczne czekoladki, moje ulubione. Kuleczki w czerwonych papierkach z mlecznym nadzieniem. Śliwka, marcepan. I morze nugatu. On gładzi mnie po włosach, dziękuję pocałunkiem. Biorę do ust pierwszą czekoladkę. Wtedy nasz koc zaczyna się unosić, złączeni w uścisku kierujemy się w przestrzeń. Za oknem nie czuć zimna, krople deszczu nas omijają. Na dole światła, znajome ulice. Jesteśmy we wszystkich miejscach jednocześnie – na imprezie, gdzie spotkaliśmy się po raz pierwszy. W fast-foodzie, w którym sprzedają nasze ulubione zapiekanki. W domu, w którym będziemy mieszkać w przyszłości. Wokół wirują spadające gwiazdy. Łapiemy po jednej, gorące od światłości rozpływają się w palcach na biało i błyszcząco. Słodkie, cytrynowe. Smakujemy lukier. Wracamy do pokoju, kończąc kolację na kanapie. Z zielonej herbaty płyną opary miłości. Spadające gwiazdy, wypowiedziane życzenia? Przecież to oczywiste, nie musimy nic mówić.
No tak, bo najważniejsza w życiu jest miłość. A zaraz potem - jedzenie. Jakże pięknie można to połączyć... serce na talerzu? Ależ proszę bardzo! Ja chyba nie jestem romantyczna, a co gorsza - nie jestem także najlepsza w okazywaniu uczuć - nie mówię za dużo, ot co. Zdecydowanie wolę działać... a jeżeli mogę zadziałać kulinarnie, to nic mi więcej do szczęścia nie potrzeba.
Romantyczna kolacja moich marzeń nie musi wcale 'wyrażać więcej niż tysiąc słów'. Wystarczyłoby, aby wyraziła te dwa najpiękniejsze i najważniejsze w życiu słowa, abym nie musiała już nic więcej mówić. Chciałabym stworzyć kolację zapierającą dech w piersiach, odbierającą mowę i zniewalającą zmysły - takie małe dzieło sztuki. Chciałabym, aby On wiedział, że to tylko dla niego, chciałabym żeby zapomniał o całym świecie. Żeby oszalał na moim punkcie, żeby był na zawsze i tylko mój. Układałam już w głowie tysiące scenariuszy, mierzyłam siły na zamiary, planowałam zawzięcie - po to tylko, żeby po chwili zmienić zdanie, rozmyślić się i zacząć od nowa. I wiecie co? Dochodzę do wniosku, że to wcale nieistotne co znajdzie się na talerzu - ważne, że włożę w to całe swoje serce.
Aha, no i najważniejsze: On istnieje, tylko jeszcze dla niego nie ugotowałam...
(a jakbym miała taki śliczny fartuszek, to jakby przypadkiem coś nie poszło zgodnie z planem, może okazałby się ostatnią deską ratunku? ;) )
a ja lubię zwyczajne wieczory przy drewnianym kuchennym stole po całym dniu szarpaniny w szaliku i w słocie z miastem z którym wciąż nie potrafię się zaprzyjaźnić. bardzo lubię ten stół; stos gazet i książek które czekają na swoją kolej, radio, które dostałam od taty ku pokrzepieniu serc , kilka fotografii z dzieciństwa, słoiczek suszonej lawendy, książki o teorii literatury, stara cukiernica, armia kubków i filiżanek. piekę chlebek bananowy z mąki pełnoziarnistej albo kolejną tartę ze śliwkami, okropnie lubię kiedy mieszkanie wypełnia się ciepłem i zapachem masła buchającymi z piekarnika, a my dostajemy rumieńców i grzejemy mleko na kakao, parzymy herbatę albo chłodzimy wino. wyjadamy ze słoików domowe konfitury, pieczemy jabłka i planujemy wyjazd w rudawy janowickie. lubię dłonie i oczy chłopaka którego kocham, złotą grzywkę mojej siostry, jasne i ciepłe twarze przyjaciół. lubię ninę simone, najnowszą składankę marcina kydryńskiego i nasze głosy. świece w pękatych słoikach po konfiturach i grube swetry. i jest tak okropnie romantycznie, w tych swetrach, z tymi kubkami herbaty, ze ‘starym radiem’, z cieniami naszych dłoni i głów na ścianach, z prostym, powtarzalnym szczęściem.
M jadła boczek jeden jedyny raz w życiu. Ale może od początku…
Będzie banalnie. A może tylko na pozór?
Miłość moich rodziców od zawsze była dla mnie czymś magicznym, czymś nie z tego świata. Wraz z biegiem lat układanka nabierała sensu, powoli tworzy się przepis na miłość może nie idealną, ale na pewno prawdziwą i nieprzemijającą.
Romantyczna kolacja zazwyczaj kojarzy się ze świecami, jakimś spokojnym jazzem, jednak myślę, że nie zupełnie w tym rzecz. A przynajmniej w moim słowniku definicja wygląda nieco inaczej. Historia pierwszej kolacji moich rodziców była opowiadana wielokrotnie i jako jedna z niewielu- zawsze tak samo.
J zaprosił M na kolację. Był to początek ich znajomości, więc nie było jeszcze zbyt istotne, co lubią jeść, a czego nie. M (delikatnie mówiąc) nie przepadała za boczkiem. Właściwie to uważała, że jest niejadalny. J miał jednak dobre zamiary i oprócz wina przygotował również szaszłyki /z dużą ilością nieszczęsnego boczku/, które uwielbiał i do głowy mu nie przyszło, że można ich nie lubić. Wiedział, że to jedyna potrawa, która wychodzi mu znakomicie, a wrażenie chciał zrobić jak najlepsze. M wyczuła, że nie jest to dobry moment na wybrzydzanie i ledwo, bo ledwo, ale zjadła. To był jedyny raz, kiedy spróbowała boczku (musiał jej naprawdę nie smakować, skoro po dwudziestu paru latach krzywi się na samą myśl). Od tego momentu M i J jedzą wszystkie kolacje razem.
Jest to dla mnie definicja zarówno idealnej romantycznej kolacji, jak i samej miłości. Nie potrzeba świec, nieba pełnego gwiazd czy płatków róż. Mogą być szaszłyki z boczkiem, byle tylko jadły je dwie odpowiednie osoby.
Romantyczna kolacja dla jednych oznacza kolację w 5-gwiazdkowej restauracji dla innych jedzenie kanapek pod gwiazdami. A dla mnie najpiękniejszym momentem na który czekam przez cały tydzień jest niedzielny poranek kiedy wstaję, a na stole stoi już gorąca kawa przyrządzona przez mojego ukochanego. Taka jak lubię. W ulubionym kubku z dużą ilością mleka i cukru. Tylko on potrafi taką kawę przygotować. Zaś po południu na stole zastaję jak zawsze przepyszny obiad przyrządzony przez mojego K. Raz jest to rozpływający się w ustach kurczak w aromatycznych przyprawach, innym razem jest to karkówka duszona w aksamitnym sosie. Za każdym razem gdy spożywamy razem ten posiłek, z każdym kęsem czuję, że jestem kochana. I dla mnie poświęcony czas w kuchni przez ukochanego to najlepszy dowód miłości. Najlepszy romantyczny posiłek jaki można mieć. I nie musi to być kolacja. Wystarczy wspólny posiłek. I to że jest.
Na na prawdę romantyczną kolację wciąż czekam. Nie marzy mi się hotelowa restauracja, kolacja w plenerze. Chciałabym, marzę o tym by pewnego wieczoru, gdy po długim dniu w pracy wracam zmęczona to zastaję mojego męża zapraszającego mnie do własnoręcznie zastawionego stołu, kolacji, którą zrobił zupełnie samodzielnie. Ale to nie chodzi o tą kolację, nie chodzi o ten np. pięknie przyszykowany pokój. Chciałaby, gdy już zjemy usłyszeć od niego słowa: "Kochanie. Siedz sobie spokojnie, ja pójdę teraz pozmywać i posprzątać kuchnię".
Gdy byłam mała zmykałam oczy i wyobrażałam sobie, że potrafię latać. Bardzo długo nie chciałam dopuścić do wiadomości, że człowiek nie posiada odpowiednich predyspozycji by samodzielnie wzbić się w przestworza. Dzięki temu anatomię człowieka znam wzorowo:)Dlatego moja wymarzona romantyczna kolacja zaczyna się tuż przed zachodem słońca na dachu. Zaczyna się lotem na paralotni. Spełniam swój sen o lataniu. Szyję otula mi szalik podarowany od ukochanego już dawno, dawno temu. Słońce powoli zachodzi. Na niebie trwa koncert na kolory. Widać pierwsze gwiazdy. Lądujemy z ukochanym na polanie pełnej tulipanów. Na jej środku znajduje się pięknie przystrojony stół - w odcieniach szarości(moja ulubiona kolorystyka). Czeka na nas spaghetti z owocami morze i butelka szampana. Na deser orzechy - wszystkie z możliwych - mmmm uwielbiam! I trufle. Patrze w oczy mojego ukochanego i wiem, że to jedna z najpiękniejszych chwil w naszym życiu. I wiem, że ten czar nie minie, i, że za chwilę powiem: Kochanie, niedługo będzie nas troje.
Jest weekendowy późno jesienny wieczór. Synio śpi spokojnie. Zamykam cicho drzwi do jego pokoju. Słyszę trzask ciętego drewna, to moje Kochanie za chwilę sprawi, że w domu rozejdzie się najmilsze ciepło i zapach kominka. Teraz pachnie cukiniowa tarta – nasza kolacja. Za chwilę włożę chleb do piekarnika, jak zawsze martwię się czy dostatecznie wyrósł. I już możemy usiąść razem, popatrzeć jak ogień gra w kominku, przed nami nasz wieczór, długie gadanie do późnej nocy. Poczekamy na chleb, musi przecież wystygnąć, choć nie raz parzyliśmy ręce jedząc go łapczywie. Moje Kochanie patrzy na mnie radośnie, wiem jak bardzo lubi te nasze wieczory, takie zwykłe, domowe, spokojne. I... słyszymy pukanie. Otwieramy... „O, jesteście? Tak właśnie pomyśleliśmy, że wpadniemy. Możemy? O, pieczesz chleb? Ale pachnie.” To nasi przyjaciele-sąsiedzi. Na nich zawsze możemy liczyć jeżeli planujemy piątkowy wieczór tylko dla siebie.
Jak to cudownie, że ludzie lubią ogrzewać się w naszym domowym cieple, że najzwyczajniej lubią z nami być.
Ostatnio nie wszystko poszło z planem. Chyba nie doceniłem stopnia namiętności. Było wino, polędwiczki, czerwone róże i świece. Wiem tendencyjnie, ale myślałem, że tak będzie pięknie. Uwaga przyznaję się - to pierwsza taka zaplanowana przeze mnie kolacja - wiem, wiem, nie ma się czy chwalić. Chciałem nalać wino i strąciłem świeczkę na moją kobietę - sukienka zapłonęła, panika, kompletna klapa. Było mi tak strasznie głupio, chyba najgorszy scenariusz.Romantyczne kolacje nie zdarzają się u nas często, zawsze jest tyle do zrobienia. Dlatego postanowiłem jakoś się zrehabilitować i powtórzyć próbę. Tym razem z kwiatami, ale bez świec - tak, na wszelki wypadek. Plan jest prosty - stawiam na to co lubi moja luba:)Będzie chleb lawendowy!a, że wiem skąd czerpie niekiedy inspiracje - taadaam oto jestem. Będzie chleb i deska serów. A punktem programu będzie deser-wata cukrowa. Nigdy nie zapomnę jak w zwykły letni dzień kupiłem lubej watę cukrową - to było na jednej z pierwszych randek. Ta dziecięcość na jej twarzy nie jest do opisania. Myślę, że będzie zaskoczona i oto mi właśnie chodzi.
A kiedy zobaczyłem, że na Twoim bloku jest taki konkurs to pomyślałem, że podzielę się swoimi przeżyciami i może a nuż będzie jeszcze jedna niespodzianka dla lubej.
Pozdrawiam
Zatrzymuję czas i cofam zegar o jakieś 20 lat. Mój przyszły mąż zabiera mnie w Bieszczady, żeby pokazać mi złotą polską jesień. Nie przewiduje, że śnieg spadnie prędzej niż liście z drzew. Brniemy przez zaspy a za nami wlecze się kundel włóczykij, któego na zmiane niesiemy na rękach, bo boi sie zawrócić. Droge wyznaczają nam wydeptane przez kogoś ślady, które urywają się na rozdrożu. Zastanawiamy się, co dalej.Podejmujemy decyzję o odnalezieniu drogi. Zapada zmierzch. Palce przestają odczuwać różnice temperatur, twarz nie reaguje na dotyk. Strach rozgościł się wewnątrz mnie jak gość, choć nieproszony. Mija kolejna minuta, która wydaje się godziną. Słychać szum wody! Idziemy wzdłuż zbocza odnajdując drogę, która po kilku kilometrach doprowadzi nas do schroniska. Pies biega dookoła nas dziękując. W schronisku zdejmujemy lodowa warstwę pokrywającą buty. Ręce nie cchą słuchac poleceń. Krzysiek gotuje wodę w kubku przy pomocy grzałki. Parzy herbatę. Kroi chleb , smaruje go masłem i dżemem truskawkowym. Czuję słodko-słony smak. To dżem zmieszał się z łzami, które uwalniają stres. Jestem szczęśliwa, że żyjemy, że dalismy radę. Po latach Krzysiek przyzna się, jak bardzo się bał i jak ważne było, że nie bałam się ja, bo to dodawało mu siły, by przecinać zaspy. Ja przyznałam się do mojego strachu. Smak tamtej kolacji jest smakiem dzikich Bieszczad, testem z odpowiedzialności. Romantyzm? Każe wspomnienie tamtej chwili jest romantyzmem , choć nie towarzyszyły tej kolacji wykwintne potrawy. Ważne, że byliśmy my. Ważni dla siebie. Najważniejsi w tamtej chwili.
Wymarzona romantyczna kolacja. Świece, płatki róż, biały obrus, czerwone wino. Skojarzeń jest wiele, prawie wszystkie o tym marzymy. Wersji mojej wymarzonej romantycznej kolacji wystarczyłoby, żeby obdarzyć kilkanaście osób. Koc w parku, nad stawem, pleciony koszyk z pysznościami. W czasie rejsu z widokiem na zachodzące słońce. Stół zastawiony na pięknej uliczce starego miasta. Kolacja w jednych z licznych ruin zamkowych. Na plaży, gdzie nieznośny piach wdziera się wszędzie. Miejsc i sposobów jest tysiące, ale jedna sceneria szczególnie bliska jest mojemu sercu.
Finlandia, świat pokryty śniegiem, jeziora i morze skute lodem. Spacer po lesie. Rumiane od mrozu policzki. Mały drewniany domek, czerwony z białymi okiennicami i jeszcze mniejszy czerwony domek, sauna, w której znika zmęczenie i człowiek cudownie się odpręża. Wspólne przygotowania, to połowa zabawy, zamiast biszkoptów do trufli dostaliśmy tylko wafelki. Zwykłe gorzkie kakao nazywa się tak dziwnie, że szukaliśmy go w trzech sklepach. Już na miejscu zorientowałam się, że nie mam ze sobą wszystkich przepisów i pamiętam tylko składniki. Trzeba więc improwizować, mieszamy więc obowiązkowo składniki w złej kolejności. Oczywiście próbuję odruchowo ogarnąć włosy i fartuch, niestety właśnie obtaczałam trufle, więc zostawiam wszędzie kakao. Słońce próbuje mi pomóc otrzepując fartuch, ale zostawia tylko więcej plam. W końcu zasiadamy do kolacji, słuchająć trzeszczącego mrozu, wiatru i ognia strzelającego w kominku. Wątpię, żeby w moim wymarzonym miejscu był prąd, więc będzie to pewnie jedyne oświetlenie, w którym nieład na głowie wygląda jak zalotna fryzura, a ta mała plamka od czerwonego wina jest zupełnie niewidoczna, później zapiorę. Plamy zejdą, odbarwią się tylko nieznacznie brzegi naszytego napisu. Za każdym razem zakładając ten fartuch będę uśmiechała się szerzej. Może uda się zrealizować więcej niż jeden scenariusz, a fartuszek będzie je ze mną wszystkie pamiętał :)
Romantyczna kolacja
Kalejdoskop miejsc i godzin, rozbiegane światełka na mostach, mieszanka zapachów i brzeń - najważniejsi są on i ona
finezja - szczypta
ona - 1 szt.
on - 1 szt.
miłość - im więcej tym lepiej
pieprz - doprawić do smaku
Sytuacja 1.
On i ona wracają z teatru. Oboje są spłukani i głodni. Delikatny warkot silnika na przydomowym podjeździe.
Ona wpada na genialny pomysł.
Po 30 sekundach jest już na górze; 2 pomidory - na ćwiartki, mozzarella, szczypta oregano i czarnuszki, butelka pomarańczowego skoku*.
3 minuty później jest już na dole
- A myślałem, że niskobudżetowa kolacja oznacza fastfoood...
Jadą w ciemność, ona z talerzem na kolanach; on ma minę chłopca, który otworzył pierwszy bożonarodzeniowy prezent.
Zatrzymują się na oszklonym przystanku, w jednym z najspokojniejszych miejsc tego miasta.
Łagodne światło kościoła na Placu Szembeka**, od czasu do czasu przejeżdża ktoś, kto wraca do ciepłego domu, u kogoś gra Kings of leon.
Oni są głodni i szczęśliwi.
Chociaż to nie sierpień, tylko październik, mogliby przysiąc, że właśnie widzieli spadające gwiazdy.
* Dopuszczalne prowansalskie bułki z masłem lub według uznania
** To mógłby być Kraków albo Paryż
Sytuacja 2.
Dopisz...
Jeszcze nie jesteśmy ze sobą długo i ciągle chcemy spędzać jak najwięcej czasu razem ale wciąż coś staje nam na przeszkodzie – moje studia, jego praca i związane z nimi wyjazdy, a do tego mieszkamy w różnych miastach. Obecnie moje kochanie przebywa jeszcze prawie dwa miesiące w Bostonie...
To prawda, że marzę o wyjątkowej, romantycznej kolacji przygotowanej własnoręcznie przez Niego, niestety gotowanie nie jest jego mocną stroną ale tym bardziej byłoby to coś wyjątkowego. Na razie to ja przygotowuje wszystkie nasze kolacje, często z jego pomocą w krojeniu i mieszaniu (może się przy tym czegoś nauczy ;)). No i to On sprząta cały bałagan, który przy okazji robię w kuchni i to jest dla mnie najbardziej romantyczne i jeszcze to, że od nikogo nie słyszałam tyle razy jak bardzo mu smakuje i jak to wspaniale gotuję.
Ale tą jedną kolację zrobiłabym całkiem sama. To będzie spóźniona kolacja z okazji jego urodzin, których już drugi raz nie będziemy mogli spędzić razem. On na moje urodziny przyjechał z Łodzi do Giżycka, ja do Bostonu nie dam rady polecieć, chciałabym więc przygotować coś specjalnego na jego powitanie po powrocie. Dopiero szukam pomysłów co przyrządzić, wiem tylko, że na deser będzie pysznie czekoladowe brownie z orzechami i polewą karmelową. Ale tak naprawdę, to wiem, że ani dla mnie ani dla Niego nie jest ważne, co będziemy jeść, ale to, że wreszcie będziemy razem po tak długim czasie nie widzenia się, że On wreszcie będzie mógł zjeść coś w domu a nie w hotelu, z kimś bliskim a nie z przypadkowymi ludźmi. Odbiorę go z lotniska i pojedziemy do mnie, ciasto będzie już czekało, On będzie mógł usiąść i odpocząć chwilę, zanim przygotuję właściwe danie chociaż pewnie i tak przyjdzie do kuchni zapytać czy mi pomóc ale tak naprawdę po to, żeby na mnie popatrzeć, przytulić się, pocałować, po prostu pobyć blisko. A kiedy skończymy jeść, usiądziemy na kanapie i będzie mógł poczuć, że naprawdę wrócił do domu, którego wspólnego jeszcze nie mamy, dopiero jest w planach więc żyjemy na razie na dwa domy.
Wymyślanie szczegółów tej kolacji, wyobrażanie jej sobie pozwala mi trochę łatwiej znieść rozłąkę a taki cudny fartuszek powoli staje się w moich wizjach jej niezbędnym elementem, zdecydowanie dodającym romantyzmu.
Panuje zwodniczy przesąd, jakoby istoty takie jak my były pozbawione romantycznych ciągotek. Tymczasem jest wprost odwrotnie. Wielokrotnie przyszło nam patrzeć, jak nasi towarzysze z pasją wchłaniają soczyste mięsiwo osadzone w winnej kałuży. Jak przy trzasku szkliwa, w którym znajdował się aromatyczny bordowy płyn, wymieniali spojrzenia w blasku świec. I niemal zawsze zapominali o nas. Sadystyczna delektacja pachnącym przysmakiem dokładnie naprzeciw wilgotnego noska to moja codzienność. Tak, żywot czworonoga zdecydowanie nie jest łatwy. A wystarczyłaby podrapać za uchem czy ze słodyczą zanurzyć dłoń w puchowej sierści. I upgradować menu na poziom wyższej sublimacji. Mięciutka baranina byłaby w sam raz. Do tego trochę kaszy i resztka frytek z obiadu, które tak kocham – wbrew zaleceniom nie-psich dietetyków. Na koniec 2 biszkopciki i miejsce na kanapie, żeby choć raz w spokoju, skóra w skórę, oddech w oddech, móc w tym psim przytuleniu romantycznie prężyć się obok właściciela. Z równie psią nadzieją, że nikt nie przeszkodzi..
Tego życzy wszystkim wielonogom Bruno – pies smakosz i kosmaty romantyk,
który wciąż marzy o tym jednym wieczorze.
Romantyczna kolacja? Zawsze o takiej marzylyśmy! Każda z nas. Wiele razy podczas babskich pogaduszek, któraś mówila, że chcialaby, by jej partner choć raz zabral ją na romantyczną kolację, pomyślal o świecach, nastrojowej muzyce, by byl pretekst, by zalożyć choćby mala czarną i seksowną bieliznę! Często kwitowalyśmy takie marzenia stwierdzeniem, że to nierealne, bo nasi chlopcy sami takiej inicjatywy nie wykażą. Cóż, stwierdzila więc któraś - zróbmy same dla siebie taką kolację!To byl genialny pomysl! Każda przygotowala swoje popisowe danie, byl szampan, świece i romantyczna muzyka. Wysokie obcasy i niecodzienne stroje, wieczorowy makijaż i uwodzicielskie perfumy. I my: pięć przyjaciólek! Bawilyśmy się świetnie. Śmialysmy do lez i snulyśmy opowieści, co też by się musialo wydarzyć, by nasi partnerzy zaprosili nas na taką romantyczną kolację?! Polecam!
Byłyśmy wtedy w liceum. Młode, aroganckie, zbuntowane, egocentryczne idealistki ;)
Któregoś czerwcowego dnia wybrałyśmy się na rockowy koncert do pobliskiego miasta. Oczywiście, żadna z nas nie pomyślała o tym, co po koncercie. Kierowałyśmy się wówczas zasadą: jakoś to będzie (i zazwyczaj jakoś to bywało;).
Koncert skończył się około 1:00 w nocy. Jednak 15 lat temu w małym miasteczku nie było czegoś takiego jak komunikacja nocna (chyba, że piesza;). Tym bardziej nie było całodobowych sklepów. A w brzuchach burczało jak nic!
- Słuchaj, moja babcia ma mała działkę na obrzeżach miasta. Może tam znajdziemy coś do jedzenia, - powiedziała ona.
Rzeczywiście, coś znalazłyśmy - a konkretnie truskawki. Zdaje się jednak, że nie do końca dojrzałe. Ponieważ jednak było kompletnie ciemno, nie można było przekonać się o tym naocznie. Po smaku też trudno było stwierdzić, ponieważ większość z nich była mniej lub bardziej oblepiona piaskiem. Nam jednak to nie przeszkadzało. Głód wystarczająco mocno nas znieczulił.
Nazbierałyśmy więc po omacku po kilka garści truskawek, usiadły na małej ławeczce i zajadały (chociaż, biorąc pod uwagę ilość piasku, należałoby raczej napisać: chrupały;). Patrzyłyśmy w rozgwieżdżone niebo i podekscytowane snuły plany na przyszłość.
Matko, jakie my wtedy byłyśmy szczęśliwe! I wszystko wydawało nam się takie piękne i proste. Nie mogłyśmy się już doczekać prawdziwej dorosłości i zmian jakie wkrótce miały nastąpić - wyjazdu na studia i rozpoczęcia "prawdziwego" życia.
Otrzeźwił nas dopiero pierońsko zimny świt. Głód znów dał o sobie znać. Co prawda okazało się, że zjadłyśmy prawie wszystkie truskawki, jednak w rogu działki odkryłyśmy rządek soczystej sałaty ;)
To była zdecydowanie najbardziej romantyczna kolacja, jaką do tej pory było mi dane jeść (chociaż zdaję sobie sprawę, że menu dość mocno pretensjonalne, jak na romantyczną kolację - truskawki;).
P.S. Ponieważ jednak wciąż pozostaję zachłanną na życie idealistką wierzę w to, że Najbardziej Romantyczna Kolacja Mojego Życia jeszcze przede mną.
Tego właśnie sobie i wszystkim tu piszącym życzę z całego serca.
- Zapomniał, zapomniał…- tłucze mi się w głowie, obija między innymi myślami. Mam urodziny, a mój Mąż nie złożył mi życzeń. Przypominają mi się wszystkie nie otrzymane kartki walentynkowe, prezenty, których nigdy nie było, podróże niepojechane…
Łykam łzy.
Wracam do domu po pracy, jest już wieczór, jest luty, więc zimno i zmarzłam całkiem.
A jego nawet nie ma w domu, bo ciemno w oknach…
Głodna jestem strasznie, ale mówię sobie, że nie zjem kolacji – na złość, na przekór, na nie-zdrowie.
Wchodzę do domu, a On wita mnie różą czerwoną – banalną niby, ale jaką piękną. Wchodzę do Naszego małego pokoiku, a tam pali się kilkadziesiąt świec, wszystko migocze, na ścianach magiczny teatr cieni, jest tak, jakbym wskoczyła do środka tęczy, jest tak, jakbym zamknęła oczy i patrzyła do środka marzeń.
Jest stolik, nakryty białym obrusem i dwa białe okrągłe talerze. Mój Mąż ugotował mi kolację, choć nie lubił gotować. Zaglądam w menu – ryba z opiekanymi ziemniakami w kształcie kwiatów. Wie, że lubię rybę, wie, że ryba jest zdrowa. Na rybie leży cytryna w kształcie uśmiechu – cytryna przewrotna swoją ukrytym pod kwaśnością orzeźwieniem – ja też się uśmiecham do cytryny… do Niego… A marchewka, którą kocham za słodycz i kolor skarpetek z dzieciństwa, to jedno z tych zaskakujących warzyw – codzienna, pospolita, ale niesamowita, choć czasem o tym zapominam. Jest też wino, co płynie kroplami obietnicy po języku. Jest zielona pietruszka, żeby były na talerzu wszystkie kolory, którymi maluje się dobre obrazy.
Szepczę, że jedzenie jest najlepszym afrodyzjakiem jaki znam, szepczę, że dziękuję, szepczę, że kocham, szepczę, że najpiękniejsza niespodzianka, szepczę…
Od dziecka pociągają mnie dworce kolejowe i pociągi. Kojarzą mi się z przygodą, mnogością możliwości, strachem przemieszanym z ekscytacją – „nie mam dokąd pójść, czyli mogę iść wszędzie gdzie chcę”. Z kolei mój Luby pociągi traktuje jako zło konieczne, a dworce kojarzą mu się tylko z brudnym i śmierdzącym warszawskim Dworcem Centralnym.
Stąd mój pomysł na romantyczną kolację połączyłabym z próbą przełamania niechęci mojego ukochanego do pociągów.
Umówilibyśmy się przed Dworcem Centralnym – obowiązujący dress code to smart casual czyli Luby w jeansach i marynarce, ja w jakiejś zwiewnej sukience. Na to wszystko ciepłe płaszcze, szaliki i czapki – bo w PKP bądź co bądź ale zdarza się, że kiepsko grzeją. Wiąże Lubemu oczy przepaską i ciągnę go za rękę w czeluść dworca. W drugiej ręce trzymam piknikowy kosz z prowiantem.
Wsiadamy do pociągu – wcale nie byle jakiego ale dla Lubego wielką niewiadomą jest dokąd jedziemy. Pociąg rusza, w przedziale nie ma nikogo oprócz nas. Jest zima więc za oknem ciemno i mroźno – pogoda, przy której człowiek czuje się tak pierwotnie słaby i mały. Nam jednak jest ciepło, ściany pociągu oddzielają nas od mroku pędzącego za oknem krajobrazu. Czas odkryć tajemnicę, którą skrywa koszyk. Powoli wyciągam z niego różne smakołyki: wiśniówkę własnej roboty na rozgrzewkę, wielki termos herbaty z cytryną i miodem, pyszne kanapki z pastą jajeczną z kiełkami lucerny(bo nie ma prawdziwej podróży pociągiem bez kanapek z jajkiem) i quesadilla wypełnione prosciutto, papryczkami jalapeno i żółtym serem. Na deser oprócz słodkich buziaków, które dajemy sobie ukradkiem(bo przecież ktoś może w każdej chwili wejść do przedziału) serwuję ciasteczka z żurawiną i białą czekoladą(według przepisu Nigelli z książki „Nigella świątecznie), za którymi Luby przepada i muffinki imbirowo-gruszkowe według przepisu Sophie Dahl.
Jemy, pijemy wiśniówkę, trzymamy się za ręce i słuchamy Lykke Li, która śpiewa gdzieś w mroźnej Skandynawii „I’m little bit in love in you”.
Nad ranem wysiadamy we Wrocławiu. Spacerujemy po starówce, idziemy na pyszne pszeniczne piwo do Spiżu, a wieczorem wybieramy się do teatru. Po spektaklu wsiadamy do pociągu i wracamy do Warszawy. Zmarznięci, wtuleni w siebie, podchmieleni przygodą.
W grudniu mamy rocznicę – jesteśmy razem 4,5 roku. Może uda mi się zrealizować ten pomysł?
Tak długo jesteśmy już razem i wiele było kolacji bardzo romantycznych - a pomimo tego długiego stażu (a może dzięki niemu!) także każda kolejna kolacja, nawet ta najzwyczajniejsza, sporządzana wspólnie i spożywana wspólnie, jest bardzo romantyczna - ponieważ we dwoje, z tą ukochaną, jedyną osobą... Ale wspomnienie, które chciałabym przywołać, nie dotyczy romantyzmu przy świecach we dwoje, z dala od świata. Wręcz przeciwnie!
To była nasza pierwsza wspólna wigilia, w niedawno kupionym mieszkaniu - taka jak sobie wymarzyliśmy, z babcią, rodzicami, rodzeństwem, ciotkami, wujami, kuzynkami, ich mężami i córkami: w sumie było nas sporo ponad 20 osób! Czas upłynął bardzo szybko na składaniu sobie życzeń, wydobywaniu niezliczonych prezentów spod choinki (naszej pierwszej wspólnej!) i rodzinnych wspominkach. W końcu jednak, a było już mocno po północy (właściwie bliżej świtu) to, co dobre musiało się skończyć - goście odśnieżyli swoje zasypane auta i rozjechali się do domów. My zostaliśmy sami, we dwoje - a z nami ogromna sterta papierów, torebek i wstążek po prezentach oraz dziesiątki talerzy, talerzyków, sztućców, półmisków, filiżanek i kubeczków. Ponad trzy godziny zajęło nam sprzątanie - zmywanie, wycieranie, porządkowanie, układanie i chowanie po kątach, a wszystkie te czynności urozmaicone buziakami i kosztowaniem a to wigilijnego barszczyku cioci, a to pierniczków siostry, ryby po grecku przywiezionej przez mamę, już to łososia wędzonego nadziewanego własnoręcznie zrobionym przez nas serkiem twarogowym, już to popisowego serniczka na zimno wujka Andrzeja! I rozumieliśmy się bez słów - to były te najbardziej romantyczne dla nas chwile: ze świadomością że nie tylko kochamy się nawzajem jak szaleni, ale też jesteśmy otoczeni przez kochających nas ludzi, przez naszych najbliższych.
Wyjechałam na wakacje w Prowansji z prawie mi nieznajomym dawnym kolegą. Spotkaliśmy się w Berlinie i pojechaliśmy dalej. Gdzieś na południu Niemiec okazało się, że nie ma mojego portfela (pewnie położyłam go na dachu jakieś 450 km wcześniej, do czego doszłam później - wraz z lokalną niemiecką policją).
Mieliśmy do wyboru - próbować wrócić i szukać portfela i tym samym zniweczyć plany na dalszą podróż, bo jego fundusze były ściśle wyliczone i nie byłby w stanie utrzymać nas dwojga i zapłacić za benzynę, albo jechać dalej.
Kolejne dni minęły pod znakiem oszczędności - w dniu zaplanowanym na przyjazd w maleńkiej miejscowości Banon w Prowansji zjedliśmy tylko bagietkę na śniadanie i modliliśmy się, że kolejne bramki na autostradzie jeszcze zaakceptują jego kartę. Byliśmy głodni.
W skrócie... kilka dni później, licząc każde euro, nie spodziewałam się, że na moje urodziny czeka mnie wspaniała kolacja. Do tamtej pory gotowaliśmy sami w znakomicie wyposażonej kuchni pana Voisin i nie narzekaliśmy. Ale tego dnia, gdy już się ściemniało A. powiedział, że dzisiaj nie gotujemy w domu i że zabiera mnie na kolację. Poszliśmy do pobliskiej knajpki z widokiem na zakurzony rynek. Lokalne wino było pyszne, było gorąco, on jadł steak tartare - najlepszego tartara, jakiego do tej pory jadłam, a ja coś, do czego do tej pory tęsknię... danie z sera produkowanego tylko w Banon - słynnego Banon de Banon (dojrzewający, pakowany w liście dębu), który zapieczono w kruchym cieście na miodzie lawendowym. Magiczne danie i magiczny wieczór. Później jeszcze trochę lokalnego cassis i na kilka lat zostaliśmy parą...
Pomysł na romantyczną kolację odbył się bardzo spontanicznie...kiedyś w Tatrach. Pamiętam, że był wtedy maj i mało ludzi w pobliżu. Mieliśmy koc, herbatę rumową w termosie, kilka smakołyków typu konserwa, aparat i siebie. Byliśmy nad Morskim Okiem i cały ten krajobraz przed nami był taki magiczny. To były magiczne chwile i często do nich wracam kiedy jest mi smutno. Mamy wiele romantycznych randek ale tej pierwszej tak spontaniczniej nie zapomnę nigdy. Było zimno przytuleni do siebie i mało się wtedy znaliśmy. Niby był to wypad na praktykach studenckich, każdy miał wolna chwilę dla siebie... my spędzilismy ją tak przez przypadek:) żałuję tylko, że nie mielismy wtedy dobrego kucharza przy sobie, który wyczarowałby nam prawdziwy piknik jedzeniowy. Ale z drugiej strony czy nie na tym polegała magia tego miejsca? zachwycić sie zwykłą bułka z konserwą i herbatą z termosa?:)
‘Smak szczęścia czyli penne wieczorem’
Wieczór się nachylił. Spadł znienacka jak ciężki przedmiot
ogarnął przestrzeń za oknem.
To już ta chwila
pomyślałem
i zacząłem gorączkowo szukać świeczek.
Ona miała być już wkrótce. Czekałem
nerwowo
doprawiając wcześniej przygotowane penne z grzybami
smakiem wspomnień trzech lat pysznych
mieszając z mocnymi przyprawami
burzliwość wezbranych w myślach pocałunków.
Kotłowało się czasem bulgotało skrycie
ale nie warto było
zmniejszać ognia
między nami
Sos pomidorowo-różnoraki
kleił się do łyżki
jak nasze dłonie
i było gotowe.
Świece paliły się mocno
gdy zasiedliśmy w ogrodzie
który mimo wczesnojesiennego chłodu
został tajemną scenerią naszego świętowania.
Ona - zaskoczona nieco moim kulinarnym zrywem
ja - co to wodę przypali
stremowany mocno
bezstronnym wyrokiem Jej podniebienia.
Jedliśmy
połykając spojrzenia lekkie jak ricotta
pijąc białe wino
dość chłodne
i gorące słowa.
Powiedziała mi wtedy że jej to smakuje.
Że jest dobrze.
Że kocha.
I byłem szczęśliwy.
Romantyczna kolacja. 21szego marca tego roku. Wieczor przed planowanym wywolywaniem porodu naszego pierwszego syna. To, ze wiedzielismy ze to nasza ostatnia kolacja tylko we dwoje w ciagu najblizszych miesiecy i swiadomosc tego co nas czeka juz wkrotce uczynily ja szczegolna.
Jedlismy idealne, rozplywajace sie w ustah jak czekolada steki, podane z chrupiacymi lodkami ziemniacznymi, podsmazonymi pieczarkami i czewona cebulka i gotowanymi brokulami. Popijalismy bezalkoholowe czerwone wino i zastanawialismy sie jaki on bedzie. Jaki bedzie mial kolor oczu i wlosow? Do kogo bedzie podobny? Bedzie zywiolowy czy spokojny? I jak dlugo jeszcze przyjdzie nam czekac zanim bedziemy wreszczie mogli go przytulic.
Dzis znamy juz odpowiedzi na te wszystkie pytania, jednak wciaz jeszcze nie bylo nam dame zjesc kolejnej kolacji tylko we dwoje...
Do romantycznej kolacji samo jedzenie nie wystarczy, potrzebny jest też ktoś z kim można ją dzielić i gdy już straciłam nadzieję na posiadanie takowego, pojawiłeś się TY. Pobraliśmy się szybko, bez pieniędzy, polegając tylko na naszej miłości. Ślub był taki jaki zawsze chciałam mieć: krótka, prosta sukienka, tulipany i My.
Uwielbiam dla Ciebie gotować i w zasadzie każdy nasz posiłek jest chwilą radości. A do łez wzrusza mnie gdy wracam zmęczona z pracy i zawsze czeka na mnie małe conieco, a potem nawet zmywanie jest Twoje!
Ale, ale wracając do tematu...Od dawna wiem jak to będzie, wymyśliłam każdy szczegół, choć dania zmieniają się jak w kalejdoskopie... Nie, nie będzie wykwintnie i restauracyjnie (oboje tego nie lubimy) najlepiej szybkie, kilka składników i burza smaków. Hmm może by tak na początek dwa liście szałwii z anchois w środku zanurzone w cieście naleśnikopodobnym i usmażone na złoto, a potem na przykład spaghetti z pomidorkami i bazylią. Coś wspólnie wybierzemy i upichcimy, ja obsypię Cię mąką, a Ty jak zawsze cmokniesz moją brudną rękę i pomazany policzek.
A na deser przyniosę talerz na nóżce z przykrywą, wiesz ten na specjalne okazje. Już widzę błysk w Twoim oku! (oboje jesteśmy łasuchami), ale tym razem nie będzie jak zawsze... Podnosisz pokrywę a tam maleńkie białe buciki, łza radości płynąca po moim policzku, Twój zdziwiony wzrok...
Tak Kochany, już wkrótce będzie taka kolacja...
Ja i mój mąż jesteśmy całkiem młodzi, znamy się jeszcze ze studiów – od pierwszego roku razem. Romantyzm w naszym wydaniu często nabierał cech komicznych, ale – jak wielu ludziom – kojarzył się on z dobrym jedzeniem, często przygotowanym przez ukochaną osobę.
W szczególności lubiliśmy wybierać się razem na dobrą herbatę, taką inną od tej „domowej”. Zwiedziliśmy niezliczone herbaciarnie w naszym mieście, a kiedy zdarzały nam się wypady poza miasto, to próbowaliśmy czegoś z lokalnej kuchni i jakiejś dobrej, nieznanej nam jeszcze, herbaty. Zwykle jednak chodziliśmy na randki do knajpek godnych kieszeni studentów.
Najbardziej przypadły nam do gustu klimaty meksykańskie – w restauracji meksykańskiej odbyły się nasze rodzinne zaręczyny; żeby jednak przełamać wrażenie niesamowitej imprezy, dopiszę, że działo się to na zwykłej sali, z innymi gośćmi w tle, po prostu jak w Meksyku. Z restauracją tą mamy mnóstwo wspomnień z nami w rolach głównych, a nawet naukowcy wiedzą, że wspomnienia, związane ze smakiem czy zapachem, są niezmiernie wyraziste.
Moją wymarzoną romantyczną kolację też pamiętam poprzez zapach i smak. Po urodzeniu się naszej pierwszej córeczki mąż bardzo dbał o to, żebym nie odczuła ograniczenia w wychodzeniu z domu i choć to ja „dzierżę chochlę”, starał się sprawiać mi kulinarne niespodzianki. Któregoś wieczoru ogromnie mnie zaskoczył! Po położeniu córeczki do łóżka, poszłam się wykąpać. Kiedy po kąpieli weszłam do pokoju, na naszym łóżku rozpostarty był obrus (jedyny, jaki wtedy mieliśmy zresztą), stały na nim dwa kieliszki z czerwonym wytrawnym winem (moim ulubionym), dwa talerze (białe), wypolerowane (!) sztućce, a obok miska z parującym bielutkim ryżem i indykiem w meksykańskim sosie, z fasolką, odrobiną kukurydzy, pomidorami, pikantnym jak sam diabeł – czyli idealnym! Oczywiście mój mąż, wzorcowy romantyk, zapalił wszystkie świece, jakie udało mu się znaleźć, więc kakofonia zapachów nieco mnie przytłoczyła, ale wrażenie zrobił niesamowite!
Od tej pory hasło „romantyczna kolacja” przywołuje to wspomnienie, czuję zapach owych nieszczęsnych świec (wspomnę tylko jedną świerkową, jedną lawendową, jedną pomarańczową, a było jeszcze sporo) i absolutnie fantastyczny smak delikatnego indyka w ostrym sosie z zaskakująco sypkim białym ryżem.
To był jesienny dzień kilka lat temu. Mój przyjaciel wpadł do mnie i powiedział że mam ubrać się ciepło i wygodnie bo chce mnie gdzieś porwać. Okazało się że będziemy chodzić po pobliskich wzgórzach. Niestety pogoda nie dopisała. Zaczęło lać. Oczywiście nie wzięłam ze sobą parasolki ba nie ubrałam nawet kurtki przeciwdeszczowej. Chciałam zawrócić, ale on nalegał. Mówił, że musimy iść dalej, a deszcz zaraz na pewno przejdzie. W pewnym momencie się poślizgnęłam na mokrych liściach i zrobiłam coś z kostką. Zostałam prowizorycznie opatrzona szalikiem i oczywiście nie było mowy o zawracaniu. Dalszą część drogi byłam niesiona.Naprawdę zaczęłam przeklinać ten dzień. Byłam mokra, obolała i było mi zimno. Gdy w końcu doszliśmy do celu posadził mnie na zwalonym pniu drzewa i nie mówiąc nic wyjął z plecaka termos i papierową torebkę z logo pobliskiej piekarni. Nalał mi pysznego i ciepłego czerwonego barszczu, znałam jego smak jego mama często mnie takim częstowała gdy u niego byłam. Potem wyjął z torebki lekko wilgotny pasztecik i mi podał. Wzięłam gryza, a on usiadł kolo mnie. Wtedy powiedział " To nie tak miało wyglądać. Chciałem ci pokazać te wszystkie kolorowe drzewa. Wiem jak lubisz jesień i jak narzekałaś, że wszystkie drzewa są tylko żółte". Wtedy do mnie dotarło. Wokół było pięknie, drzewa mieniły się kolorami, a deszcz przestał padać. Zrozumiałam, że byłam okropna. Tyle dla mnie zrobił, a ja wciąż tylko narzekałam. Ściskając pusty kubek popatrzyłam na niego. Miał taki poważny wyraz twarzy. Patrzyliśmy sobie w oczy jeszcze przez chwile, aż w końcu zapytał czy chce z nim być. Po chwilowym szoku rzuciłam się na niego krzycząc "TAK" tak głośno, że prawdopodobnie wystraszyłam wszystkie ptaki w okolicy, a on ścisnął mnie mocno jakby chciał wycisnąć z moich ubrań całą wodę, która w nie wsiąkła. Potem rozmawialiśmy jeszcze trochę pijąc barszcz i śmiejąc się. Gdy wróciliśmy okazało się ze moja noga spuchła. Na dodatek następnego dnia obudziłam się z wysoką gorączką i następny tydzień spędziłam w domu, ale nie żałuje to wszystko było tego warte. ;)
Jak zwykle o tej porze – poczułem głód. Pragnienie to nieporównywalne z żadnym innym, domagało się natychmiastowego zaspokojenia. Szczęśliwie dochodziły do mnie dźwięki brzękających talerzy i radosnego śpiewu. Niewątpliwie szykowała się kolacja. Właściwie pierwsze symptomy zbliżającej się uczty zaobserwowałem już wcześniej. Każda kropla mojej krwi pulsowała niecierpliwym oczekiwaniem na coś niezwykłego. Początkowo jeszcze nie wiedziałem co to będzie – miałem jednak niezachwianą pewność, że Ona mnie nie zawiedzie. Jej szczęście wypełniało mnie, dając jeszcze więcej siły do życia. Nie czułem zapachów, ale bezbłędnie mógłbym przewidzieć, co pojawi się na stole. Czekałem.
Nie potrafię dokładnie określić, kiedy zaczęła się uczta. Fala podniecenia, wypływająca z zaspokojenia głodu, zlała się w jedno z jej ekstatycznym uniesieniem. Nie było aromatycznego wina, choć wiem, że miała na nie ochotę. Sok z czarnej porzeczki okazał się trunkiem równie wytrawnym i nie mniej wykwintnie wyglądał w kryształowych kieliszkach. Kruche mięso, doprawione ziołami, było pokarmem godnym królewskiego podniebienia. Lody miętowe na deser to już była moja zachcianka, której Ona posłusznie uległa.
On też był zachwycony – słyszałem to w jego głosie. Wszak siedzieliśmy sobie we trójkę, rozkoszując się swoim towarzystwem. Tak było dobrze i stosownie. Uwodzili się nawzajem, ja zaś czerpałem z tego wszystkiego radość. W tej chwili romantyzm miałem we krwi. Zapalone świece, deliktana muzyka i piękny, haftowany obrus – to były tylko dodatki. Może i nadawały uroku sytuacji, ale jej nie tworzyły – sprawcą wszystkiego była tu nasza miłość. On nachylił się nad nią i pocałował czule. Ona odwzajemniła się pocałunkiem, w którym zawarta była obietnica wszystkich tych przyszłych kolacji, nie mniej urokliwych od dzisiejszej. Z radości zamachałem nogami, kopiąc mamę i przytulonego do jej brzucha ojca.
Bolek z brzucha mamy
„Cześć! Nie wiem, czy mnie jeszcze poznajesz… Przychodziłem do Ciebie dawno temu. Tak, to ja stałem za wszystkim, co ci się śniło. Dzisiaj znowu cię odwiedzam. Złap mnie za rękę i zamknij oczy. Cii… Lecimy…
Już jesteśmy. Wiesz gdzie? Tak, tak to Śmiełów. Na pewno już kiedyś Cię tu zabrałem. Rozmawialiśmy o Mickiewiczu. Ale, ale pewnie zastanawiasz się, po co właściwie Cię tu wiozę. Już wyjaśniam. Chciałem Ci po prostu pokazać pewnych ludzi. Chodź. O, usiądziemy na tej ławce. Patrz, widzisz tego mężczyznę? Wiesz, On czeka na kogoś. Ona jest tam, dalej. Wznosi oczy ku niebu jakby dziękując za Niego. Mężczyzna w myślach recytuje „Niepewność” tak, jak gdyby byli tu razem po raz pierwszy. Spotykają się już bardzo długo.
Zawsze przygotowują się do tego zgodnie ze swoim rytuałem. Ona piecze ciasto marchewkowe, które później zawija w kraciastą serwetkę i pakuje do wiklinowego koszyka. On przygotowuje kanapki. Zabierają termos z zieloną herbatą, którą oboje lubią.
Wsiadają do samochodu i przyjeżdżają tu, chociaż mieszkają na Mazurach. Wiedzą, że tą jedną kolację zjedzą z Mickiewiczem. To on ich połączył. Zostawią w domu telefony i laptopy. Będą tylko dla siebie. Nie będzie czerwonego wina, świec i miękkich dywanów.
Lipcowy wiatr sprawia, że Jej sukienka wiruje. Siadają na ziemi, łapią się za ręce. Czują wtedy jak bardzo są razem. Później długo rozmawiają, zatapiając uśmiechy w swoich oczach i jednoczą się w delikatnych pocałunkach. Oglądają zachód słońca i własne twarze skąpane w jego promieniach.
Myślisz, że są dziwni? Unosisz brwi? Może się uśmiechasz? Wiesz lubię ich. Miłość zawarta w tych gestach jest prosta, bez upiększeń. Dopiero niedawno zrozumiałem, że ich romantyczna kolacja to właśnie to. Oni wtedy są dla siebie i w sobie całkowicie.
Podobało Ci się? Ale wracajmy już… Do zobaczenia, śpij dobrze.
Bajarz”
Widziałem, że niespodzianka, którą chcę zorganizować ma być niepowtarzalna. Jak powinna wyglądać romantyczna, kolacja, taka, którą opowiada się potem z wypiekami na policzkach, ze łzami szczęścia cisnącymi się na powieki? Po pierwsze, prozaiczna kolacja nie jest wcale łatwa do zorganizowania. Moja Marta jest kucharką z powołania, autentycznie relaksuje się stojąc nad garnkami, eksperymentując ze smakami, wolne chwile zaczytuje w pismach i blogach kulinarnych, a ja... Całe szczęście z pomocą przyszła mi rozmowa z człowiekiem, którego spotkałem podczas swoich podróży służbowych. Facet mieszkający kawałek za Ostródą, z zamiłowania myśliwy, emerytowany żołnierz podczas rozmów o niczym opowiedział mi o domku nad jeziorem... Chałupka zbudowana z bali, parterowa, kryta gontem stała na kamiennych fundamentach w odległości może trzydziestu metrów od jeziora, którego nazwy spamiętać nie potrafiłem za żadne skarby. W chatce na pięćdziesięciu metrach kwadratowych zmieściła się sypialnia, spora łazienka oraz pokój z aneksem kuchennym i murowanym kominkiem.
Mój plan się wyklarował w jednej chwili, podzieliłem się z nim z właścicielem chatki, a że jest to człowiek wielkiego serca i z ogromnym poczuciem humoru przystał na mój pomysł, obiecał pomóc i sam dorzucił kilka smaczków do mojej intrygi. Jeszcze tego samego dnia pojechaliśmy tam, uzupełniłem zapasy lodówki w potrzebne mi rzeczy, wino, orzechy, oliwki... Pan Janusz nauczył mnie podstaw oprawiania dziczyzny. Dał najprostszy przepis i obiecał dostarczyć zamarynowane mięso i przygotować drewno do kominka, miał też uprzedzić leśniczego, który po znajomości dobytku pilnował oraz zostawić klucze za drewutnią. Wróciłem do domu do narzeczonej. Opowiedziałem jej o konieczności wyjazdu w najbliższy weekend do teatru do Olsztyna. Wiedziałem, że ma ona wtedy czas wolny, zresztą mieliśmy już jakieś drobne plany na ten czas. Była zawiedziona, ale zaproponowałem, że pojedzie ze mną. Popracuję, a miasto zwiedzimy wspólnie. Przystała na to, choć niechętnie. Połknęła haczyk. W sobotę rano „musiałem być” w olsztyńskim teatrze, w związku z czym do auta wsiedliśmy w piątek późnym wieczorem, żeby spać już na miejscu. Rzecz jasna nigdy do Olsztyna dojechać nie mieliśmy. Późną nocą w środku lasu „zepsuł” nam się samochód. Całe szczęście Marta nie zna się na autach, więc mogłem to zasymulować. Po panice, że co my teraz zrobimy zaproponowałem krótki spacer, uprawdopodobniając napotkanie jakiegoś domu, gdzie ktoś może pomoże. Po dwudziestu minutach trafiliśmy nad jezioro o o nazwie trudnej do zapamiętania. Nie zauważyła kiedy otworzyłem drzwi. Panika była, to jasne, że ktoś tu mieszka, że co ja robię itd. Ale moja twarda logika, że tę jedną noc wolę spędzić tu niż w aucie ją w końcu przekonała. Jako aktor nie miałem żadnych problemów, żeby z zaskoczeniem odkrywać drewno na opał, rozpalać w kominku, odkorkowywać wino. Domyśliła się że to było ukartowane. Przyznałem się i powiedziałem, że mam jeszcze jedną niespodziankę. Zasłoniłem jej oczy szalem, poszedłem do lodówki. Przystawki przyrządzałem sam, śpiewając jej, co zawsze lubiła, choć mnie trochę to krępowało. Jedzenie było proste, mozarella, oliwki, suszone pomidory w oleju, była też pieczona sarna, sekret Janusza... Mieszałem smaki, naginałem zasady kulinarne. Karmiłem ją w świetle kominka. Wiedziałem, że nawet najprostsze rzeczy bez udziału wzroku smakują inaczej, lepiej. Marta nie była już zła o to, że wykręciłem taki numer. Najedliśmy się, porozmawialiśmy, skończyliśmy wino, a potem zabrałem ją do sypialni, ale tego już nie opiszę. Następnego dnia wróciliśmy do auta, które odpaliło bez problemu i pojechaliśmy do domu...
No dobrze, wszystko zmyśliłem, ale z całą pewnością podobny numer kiedyś jej wytnę, a moim marzeniem jest, żeby móc jej wtedy sprezentować jakiś kolejny gadżet do jej ukochanej kuchni. Może jakiś piękny fartuch? A wiem, że te z kolekcji COOKie bardzo się jej podobają, chciałbym taki dla niej wygrać.
Nie umiał w kuchni nic zrobić poza jajecznicą. A teraz zaprosił mnie na kolację i powiedział: zobaczysz, jakim jestem romantycznym kucharzem. Wchodzę. Stół pięknie nakryty. Świece, talerze, sztućce. Dokładnie, jak na romantycznej kolacji. Przy moim nakryciu sześć talerzy nakrytych srebrnymi kopułami. Mój ukochany podnosi je po kolei. Kalmary, oliwki, chałwa, arbuz, makowiec. Nic nie do siebie nie pasuje, dania jak na kolację mało wyszukane, ale co tam. Patrzę na niego zdziwiona i pytam w końcu: – A gdzie jajecznica?
- Nie ma. Są kalmary na K, oliwki na O, chałwa na CH, arbuz na A i makowiec na M. Kocham cię. Wyjdziesz za mnie?
Śmiałam się. Wszystko zjedliśmy. Od kilku lat jesteśmy małżeństwem. Jak mamy kłopoty, pokłócimy się, czy dzień jest ponury na stole pojawiają się kalmary, oliwki, chałwa, arbuz, makowiec...
Strefa działań: kuchnia i pokój;
Kryptonim misji: romantyczna kolacja;
Partner na tę misję: blogerka;
Gadżety: kuchenne asortymencja, składniki spożywcze, laptop;
Główny cel misji: sprawienie przyjemności żonie pożeranej przez chętkę na fartuch;
Plan działań:
• Etap 1
Przedstawienie strategii wspólnikowi.
• Etap 2
Odebranie „tajnej przesyłki”.
• Etap 3
Realizacja założeń ujętych w etapie pierwszym.
Treść wiadomości przedstawiającej strategię - realizacja etapu nr 1:
Droga wspólniczko,
piszę do Ciebie, żywiąc nadzieję, z Twoją pomocą, zakończyć z pozytywnym rezultatem kolejną misję. Cel jej zbliżony jest do tych stawianych tak w przeszłych jak i przyszłych akcjach. Liczę na dyskrecję i ze swojej strony gwarantuję akcje sabotażowe, mające na celu odseparowanie żony od informacji dot. misji.
Realizację przewiduję na dzień, w którym żona będzie wracać z pracy późną porą. Opracowany plan, od momentu jej wkroczenia do domu, przewiduje - w kolejności chronologicznej - następujące etapy:
- zdjęcie płaszcza z jej ramion,
- zasłonięcie oczu,
- zaniesienie do kuchni,
- posadzenie na krześle,
- podanie króliczego mięsa, zapieczonego z ziemniakami i brokułami oraz soczystej sałatki pomidorowo-ogórkowo-sałatowo-koperkowej; do picia przewidziana jej ulubiona herbata (wino odpada),
- na deser element zaskoczenia: przyniesienie tacy z pucharkiem i rękawiczką; później podanie w pucharku lodów bakaliowych i łyżeczki wykonanej z czekolady - rękawiczka ma zapewnić nie rozpuszczenie się czekolady w dłoni,
- zwieńczenie ucztowania zakłada wspólne zjedzenie mandarynki - których wręcz nie mogła się ostatnimi czasy doczekać - i pocałunek tegoż smaku,
- podanie jej pakunku, zawierającego zapewnioną przez wspólnika, tj. Ciebie, droga blogowiczko, zawartość,
- delektowanie się chwilą.
Z góry dziękuję za kooperację i rady, a w przypadku braku czynnika pierwszego zmuszony będę paczkę wypełnić czymś innym bądź zrezygnować z tego „punktu programu”.
Pozdrawiam
agent o kryptonimie operacyjnym „mąż”
Środa. Godzina piętnasta. Jeszcze będąc w pracy zaczął rozmyślać nad spędzeniem tego wieczoru. "Tego" nie oznacza tutaj niczego szczególnego - wszak to kolejny tylko zwykły tydzień, niczym nie wyróżniający się dzień. Spacer nie wchodził w grę - było już chłodno. Zmarzną wystarczająco wracając do domu. Dobrze byłoby więc czymś się rozgrzać, a nic tego lepiej nie robi aniżeli dobrze przygotowana herbata, poprzedzona lekko pikantnym daniem na gorąco. Włoskie jedzenie w jego wykonaniu zawsze spełniało te kryteria - przygotuje makaron, a do tego sos ze świeżych i suszonych pomidorów. Cała magia smaku leży zresztą w odpowiednio dobranych przyprawach.
Wróciwszy do domu, niemal nie poczuła ostrego, acz nie natrętnego aromatu smażonego czosnku i spokojnie wrzących pomidorów. Nowa praca i późne jej kończenie bardzo skutecznie pozbawiała ją ochoty na cokolwiek, a tym bardziej na myślenie o tak przyziemnych sprawach, jaką z pewnością było gotowanie. Dopiero po chwili skierowała się w stronę kuchni, gdzie zobaczyła jego nakładającego makaron na talerze. Usiadła. Powitał ją lekkim uśmiechem, stawiając jednocześnie talerz z pachnącym sosem. Podał jej sztućce, pocałował delikatnie w czoło. Nie wiedziała, co powiedzieć. On natomiast, nie mówiąc nic, usiadł naprzeciw niej i zaczął jeść. Była mu wdzięczna, że nie pyta - że nie pyta, jak w pracy, że nie pyta, co nowego. Dzięki temu mogła cieszyć się smakiem, który jeszcze bardziej ją zaskoczył. Wiedziała, że umie gotować, ale on był w tym coraz lepszy. On skończył pierwszy. Wstawił wodę, otworzył szafkę z przyprawami - to zawsze oznaczało tylko jedno - chai latte. Skończyła. Spojrzał na nią, odpowiedziała uśmiechem. Wiedział, że była zadowolona. A ona wiedziała, że robi to dla niej.
Tak właśnie zwykły dzień zamienił się w niezapomniane przeżycie.
Tak sobie marzę nieśmiało o górach zimową porą. Po całodziennych szaleństwach na nartach, nieco zmęczeni , z czerwonymi nosami, ale bardzo szczęśliwi usiądziemy w schronisku i wyciągniemy termos z ciepłą herbatą. Naszą ucztę zaczniemy od góralskich oscypków na ciepło z żurawiną, następnie zasmakujemy w pierogach z różnymi nadzieniami. Nie może zabraknąć czegoś słodkiego- szarlotka na ciepło będzie idealna na tę okazję. Niby nic szczególnie wykwintnego, ale gdy pasja połączy się z możliwością spędzenia czasu z ukochaną osobą, poczujemy się jak na największej uczcie świata. Później będziemy delektować się cudowną chwilą w pięknej scenerii ośnieżonych gór, ciesząc się swoją obecnością.
Stolik w kuchni i dwa talerze. W małym wazoniku stokrotka zerwana po drodze do domu. Zatrzymana na jakiś czas chwila, gdy się o kimś myśli. Przy talerzach starannie ułożone serwetki. Na nich szlaczek niezdarnie odbitych tulipanów z ziemniakowego stempla. Jeszcze tylko widelczyki. Na środku stołu za chwilę stanie romantyczna kolacja. Najładniejsze kieliszki wyjęte z kredensu stoją grzecznie wyprostowane na stole i czekają cicho. Przez okno wpadają ostatnie promienie bursztynowego słońca. Cienie na podłodze opowiadają historie o morskich podbojach wściekłych piratów. Pies wchodzi do kuchni i oblizuje się zadowolony. Na dzisiejszą kolację będą złote grzanki obtoczone w jajku i usmażone na szeleszczącym oleju, polane miodem. Trzeba je zrobić dokładnie przed przyjściem rodziców z pracy. Kiedy zabrzmi głos klucza w drzwiach, wszystko będzie czekało. Mama nie będzie sie gniewała za bałagan w zlewie, na pewno nie zauważy. Kiedy usiądą do stołu, ja ucieknę do drugiego pokoju i będę nasłuchiwać myśląc, że oni zapomnieli o całym świecie.
Kiedy myślę o naprawdę romantycznej kolacji, wyobrażam sobie ogród pełen pnących róż. Nie idealnie wystrzyżonych,
lecz rosnących dziko, bujnie i swobodnie- zgodnie z podszeptami Matki Natury. Ich zapach unosiłby się w powietrzu
jak mgiełka. Byłby to późny wieczór, a właściwie wczesna noc. Na niebie widniałyby ostatnie ślady łuny zachodzącego słońca,
a na niebie pojawiałby się księżyc w pełni. Kiedy księżyc wschodzi, na samym początku jest ogromny- na taki właśnie czekam.
Później ogród zalałoby jego przepiękne, błękitne światło. Obserwowałabym rzucane przezeń cienie siedząc przy drewnianym stole, na którym płonęłaby
jedna świeca, pod baldachimem jabłoni lub wiśni. Stół byłby przykryty niewyprasowanym dokładnie obrusem- gdzieniegdzie widniałyby małe zakładki, jakby ktoś, kto go
prasował, robił to po raz pierwszy. I wtedy pojawiłby się On, niosąc w rękach srebrną, przykrywaną tacę, którą położyłby na stole.
Potem zarzuciłby mi na ramiona swój sweter, przesiągnięty Jego zapachem- letnie noce również bywają chłodne. Kiedy wieko tacy zostanie uniesione,
ujrzałabym lazanię, a obok czerwone wino. Ach, lazania... Dlatego przez cały dzień nie wpuszczał mnie do kuchni, nawet kiedy już z niej wyszedł.
Dopiero przed chwilą udało mi się do niej zajrzeć. Jeszcze widziałam resztki bałaganu i źle odłożone książki kucharskie. Jaka byłaby lazania?
On nie spędza zbyt wiele czasu przy kuchni, właściwie w ogóle nie gotuje, więc mogłaby być na dole niedopieczona, a ser u góry przypalony. Ale jednocześnie
byłaby najlepsza na świecie. Lepsza niż Gordona Ramsaya i Nigelli. Bo przygotowana dla mnie- z miłości i z miłością. Z nutką bezradności, kiedy
umiejętności się skończyły, i z morzem determinacji- bo przecież musi się udać, nie ma innego wyjścia. Nie zamienialibyśmy zbyt wielu słów-
przecież od tak dawna czytamy w swoich oczach jak w otwartych księgach. Oceany bez dna mogą stać się płytkimi sadzawkami- ale tylko dla nas.
Czerwone wino miałoby łagodny posmak morza- wspomnienie wakacyjnych miejsc, z których zostało przywiezione. Potem wyrecytowałby mi Nasz Wiersz,
jak zwykle w takim momencie. "Sed non satiata", Baudelaire`a.
"Dziwne bóstwo o skórze ciemniejszej od nocy,
Pachnące mieszaniną piżma i hawany,
Dzieło magii poczęte przez Fausta sawanny,
Czarownico zrodzona o czarnej północy,
Nad opium, nad konstancę, wina wielkiej mocy
Chwalę bardziej eliksir twych ust niezrównany,
Cysterną twoje oczy są dla karawany
Mych znużeń i pożądań ku tobie ciągnących.
O niechaj mi oszczędzą żaru i podniety
Wielkie okna twej duszy, te źrenice czarne,
Diablico bezlitosna! Ja cię nie ogarnę
Dziewięć razy jak Styks i nie zdołam niestety,
By cię wpędzić do matni nareszcie znużoną,
W piekle twojego łóżka stać się Persefoną!"
Zawsze powstarzał, że odkąd mnie ujrzał, wiedział, iż to właśnie ja zostanę Jego Czarownicą. Czarownicą Jego serca i myśli. Żałowałam wtedy,
że nie znam wiersza, który oddawałby w pełni moje uczucia. Ale on nigdy na niego nie czekał. Siedzielibyśmy tak w ciszy, dopóki nie zgasłaby świeca.
A gdyby nawet księżyc przysłoniły chmury, a ogród zalała nieprzenikniona ciemność... Nawet wtedy widzielibyśmy się nawzajem. Bo czyż mrok nie
jest stanem serca, umysłu? Nasze serca pozostałyby jasne. Bo jesteśmy razem. Teraz i zawsze- dopóki nie przekwitnie ostatnia róża na świecie.
Paulina
Dziękuję za wszystkie wpisy konkursowe :)
Prześlij komentarz