2011-02-28

Katalonia




Katalońska zima jest trochę jak polska wczesna wiosna.
Kilkanaście stopni ciepła, ostre i rześkie powietrze, młoda trawa. Zachłyśnięci nagłą różnicą temperatur, długie spacery okupiliśmy katarem, ale kto by się tym przejmował.
Tym razem miałam doskonałych przewodników, dzięki którym próbowałam lokalnych specjałów. Dotarłam do lokalików, w których menu było wyłącznie po katalońsku, ale nie musiałam wybierać w ciemno.



Od rodowitego Katalończyka uczyłam się jeść lagustynki - zaczynając od głowy (brrr!). Piłam dziesiątki filiżanek cafe cortado, trochę domowego wina, a przede wszystkim jadłam owoce morza. Chyba nigdy nie widziałam ich tyle, co tu.




Tradycyjnie odwiedziłam jeden z większych sklepów, żeby zobaczyć, co mają na półkach.
Lubię patrzeć, jakie sprzedają rodzaje mąki (żytniej brak), jakich przypraw sprzedają najwięcej (czerwonej papryki pimiento i mieszanki do paelli), po ile są duże krewetki (po 6,89 Euro za kilogram).
Jakie foremki mogłabym upchnąć do bagażu podręcznego (miniaturową formę do flanu).
Nie byłabym sobą, gdybym moim gospodarzom czegoś nie upiekła (słodkie bułeczki, chlebek bananowy i drożdżówka z kruszonką).
Odwiedziłam bazar staroci, na którym bezskutecznie poszukiwałam blaszanych, starych puszek po słodkiej czerwonej papryce Pimiento, które zobaczyłam gdzieś w restauracji i zapragnęłam mieć jedną z Jezusem ;) Nie udało się, może uda się następnym razem.
Kuchnia katalońska pełna owoców morza jest, mimo wszystko, dosyć ciężka. Używa się tu dużo oliwy, większość dań jest smażona lub grillowana.
Pierwszego dnia spróbowałam fideuà (nazywanego również fideuada)- to rodzaj dania przypominającego paellę, tyle tylko, że zamiast ryżu, używa się do niego cienkiego, krótkiego makaronu vermicelli. Ciężkie to i intensywne w smaku, ale kiedy wróciłam po całym dniu do domu, marzyłam o tym, by następnego dnia zjeść fideuà znowu. Podaje się je z Allioli - czosnkowym majonezem, zrobionym na bazie oliwy. Tradycyjnie do zrobienia go nie używa się, jak u nas, jajek.
I podobnie jak w przypadku paelli, żeby zamówić fideuà, musimy mieć kogoś, kto zje drugą porcję, bowiem restauracje przygotowują je od ręki na dużych, głębokich patelniach, dla minimum dwóch osób.

I - tak, próbowałam szynek.
Po latach niejedzenia wędlin, niemal zapomniałam, jaki mają smak. Te, pokrojone w cieniutkie plastry przypominające bibułę, nie mają nic wspólnego z naszymi rodzimymi szynkami. Są ciągnące, słone, intensywne i bardzo charakterystyczne. Kiedy się ich raz spróbuje, trudno zapomnieć, jaki mają smak.
Kiedy jestem w Hiszpanii, zawsze zadaję sobie pytanie - dlaczego ich chleb jest tak paskudny? Bagietka, która po jednym dniu przypomina kamień, małe, pszenne bułeczki, których skład przyprawia o zawrót głowy, bo ilość E jest w nim większa niż w czymkolwiek innym.
Sklepy z pieczywem albo z wypiekami omijam tu szerokim łukiem - niczego bym nie zjadła, bo jeśli już czegoś spróbuję, jest niedobre. Lokalne ciastka przypominają mi to, co u nas widuję w hipermarketach.
Więc ich tam nie jem.
W tym miejscu przerwę moje hiszpańskie wspomnienia, jednocześnie dziękując Wam bardzo za wszystkie rekomendacje. Następnym razem z całą pewnością postaram się z nich skorzystać.
Wrócę jeszcze do Katalonii i do miejsc, które udało mi się zobaczyć tym razem.

Pozdrawiam bardzo ciepło!

27 komentarzy:

blurppp pisze...

Jak zawsze pięknie :)

Sid pisze...

cudownie :)

ugotujmnie pisze...

To wszystko o czym piszesz to wystarczająca ilość powodów, dla których moim marzeniem jest tam zamieszkać. I tak również uważam, że pieczywo, ciasta, ciasteczka mają okropne! Tylko raz dorwałam tam "dość smaczny" sernik, a od reszty ciastkowych wspomnień, aż mnie mdli na samą myśl.
Za to ich arrozz con leche, jest obłędnie niepowtarzalny, tak samo jak flan. MNIAM!

Kubelkowy pisze...

To będzie mój pierwszy komentarz i strasznie się cieszę, że mogę go dołączyć do opowieści (wspaniałej) o Hiszpanii :) Wspaniałym kraju, cudownych ludzi i przepięknych miejsc. Zazdroszczę i pozdrawiam!
PS
Zgadzam się, smaku Hiszpańskiej szynki nie da się zapomnieć ;)

Krokodyl pisze...

Pozdrawiam nie tak już zimno. ;-))

Maggie pisze...

No i masz: narobilas mi chetki na kolejna wycieczke do Barcelony. To miasto ma w sobie cos magicznego...

basiaP pisze...

Ciepła i spokojna jest Twoja opowieść, dziękuję..

I.nna pisze...

Ile ja bym dała za możliwość teleportowania się teraz do Barcelony... Byłam tam tylko raz, ale wróciłam kompletnie zauroczona! To nie przypadek, że mój pies ma na imię Gaudi ;)

Majana pisze...

Ja również należę do osób zauroczonych Barceloną. Jest piękna!

guarana pisze...

Jeszcze niedawno przechadzałam się tymi uliczkami-na pewno wrócę tam jesienią po inspiracje kulinarne i nie tylko :)

kasiac pisze...

Cudownie przywołałaś sobie wiosnę:)
Przyznam, że myślę o feriach w Barcelonie od czasu, gdy ferie zaczęły mnie dotyczyć...

P.S. Usmażyłam Twoje faworki. Są najlepsze:) Dziękuję za świetny przepis!

Everyday Emotion pisze...

charming! Have a nice day! :)

jolka pisze...

Czytam o twoich podróżach, oglądam zdjęcia i wstyd się przyznac ale bardzo... ci zazdroszczę. Też bym tak chciała podróżowac. Zastanawiam się czym się zajmujesz zawodowo, bo gotowanie to tylko chyba twoja pasja. Jest we mnie tęsknota do tych miejsc...

Wróżka Aleksandra pisze...

Pozdrawiam :)

mar pisze...

dzięki Ci ogromne za te zdjęcia i opisy (szynka szokens, Liska je mięso! ale nie dziwi mnie to, na taką jamón też bym się skusiła). Przeniosłaś mnie do serca Katalonii w ten zimowy poranek (okazał się być wiosennym), ale i tak czuję ogromny niedosyt, czekam na dalsze relacje!:)

KarolaLuka pisze...

Ta kawa... piję ją oczami :) Muszę w końcu spróbować zrobić sobie cafe cortado. Piękna relacja. Dziękuję!

maruda pisze...

Przeczytałam, zzieleniałam z zazdrości... teraz cieknie mi .slinka na myśl o tych wszystkich przysmakach...

Agnieszka pisze...

Chleb w Hiszpanii jest rzeczywiscie paskudny, chociaz tez zalezy, gdzie sie go kupi. Jedyny chleb z domieszka maki zytniej, jaki udalo mi sie znalezc, mozna kupic w sieci MERCADONA i jest to PAN DEL PUEBLO (duzy, podluzny bochen 800 gr)- to dla tych, co tu mieszkaja i tesknia za polskim chlebem. (No chyba ze sami go pieka, albo przywoza z kraju).
Co do ciastek, to tez zalezy, gdzie sie je kupi. W malych cukierniach mozna znalezc calkiem przyzwoite lokalne przysmaki- nalezy jednak pamietac, ze arabska kultura bardzo slodkich slodyczy jest w Hiszpanii gleboko zakorzeniona... Na widok sernikow, szarlotek, babek, makowcow etc pieja ze zdziwienia, bo tu zwyczaj domowego pieczenia wlasciwie zanikl.
No a szynka... Nie wiem, jakie wrazenia odnosza inni, ale ja mam po prostu dosc wychwalania szynki jako czegos najlepszego na swiecie. Hiszpanie sa bardzo prowincjonalni w pewnych aspektach.
Lisko, nie wybierasz sie do Portugalii, a konkretnie do Lizbony? Moze Tobie udaloby sie rozszyfrowac super-tajemna recepture pasteis de Belem?

Liska pisze...

Agnieszko,
wybieram się, wybieram, ale jakoś wciąż mi nie po drodze :)

kasia pisze...

:-) chleb mozna kupowac w malutkich piekarniach i prosze mi wierzyc ze na prawde nie jest zly. (ten z supermarketow nalezy omijac szerokim lukiem). Co do slodyczy to najlepiej zasiegnac jezyka u "miejscowych" i zawsze wskaza dobra cukiernie. Nastepnym razem prosze sprobowac karczochow - akurat mamy sezon no i calçots z fenomenalnym sosem romesco! po prostu niebo w gebie! Pozdrawiam ze slonecznej Katalonii :-)

Oliwia pisze...

Zazdroszczę, po prostu zazdroszczę... Przepraszam, że tak, ale chciałabym podzielić się informacją o książce, która może być ciekawa. Chodzi mi o "Stół, jaki jest. Wokół kuchni w Polsce"
Wojciecha Nowickiego. Wydało ją wedle mych informacji Muzeum Etnograficzne w Krakowie. Czytałam fragment i byłam zachwycona! Zabawne, ale jakże prawdziwe spojrzenie na to co, jak i gdzie jemy w Polsce.

Ewelina pisze...

Hiszpania jeszcze przede mną :) Jak czytam takie o niej opowieści to ochotę mam wsiąść do najbliższego samolotu do Barcelony... kto wie, może kiedyś tak zrobię ;) i spróbuję tych wszystkich wspaniałych rzeczy o których piszesz :)
pozdrawiam ciepło!

strength duration pisze...

odczuwam,że ktokolwiek pojedzie do Hiszpanii, będzie koniecznie chciał do niej wrócić?!zgadza sie?!:) ja uwielbiam Hiszpanie, klimat, ten kraj, festyny, spacery nocą!!byłam w Niej kilka razy i nigdy nie mogę nacieszyć się Jej urokiem, pięknem, duchem itd.!!! ;)
Los saludo y les deseo todo lo mejor;)

Filippo Martucci pisze...

Powtórzę ochoczo za Agnieszką: w Barcelonie chleb jest paskudny, ale sprawy mają się dużo lepiej w małych katalońskich mieścinach (zwłaszcza okolice Girony i Emporda), gdzie piecze się tradycyjne okrągłe bochenki "pa de pages". Polecam!

chatamorgana pisze...

W Barcelonie najbardziej smakowały mi owoce morza, świeżusieńkie, przyrządzane na targu w pobliżu Las Ramblas. Próbowałam też kilka paelli, były dobre, ale nie rzucały na kolana. No i specyficzna odmiana fast foodu po katalońsku - pulchna bułka z kiełbaską i smażoną cebulką na słodko - z dodatkiem jabłka. Sprzedawana w małej budce, na placu zaraz obok Urzędu Miasta. Podobno najlepsza w mieście, dla mnie dość zaskakująca w smaku...
Ale po całym dniu wędrówek wszystko smakuje:)
Pozdrawiam serdecznie,
binoche.

Marta pisze...

Droga Lisko, odwiedzam Twojego bloga regularnie, zwłaszacza ostatnio kiedy zimno i wiosny nie widać. Po przeczytaniu notki z Katalonii od razu zrobiło mi się cieplej na duszy, i choć moja zaplanowana na maj Barcelona jeszcze odległa, to jednak jest! I czeka :) Pozdrawiam bardzo! Marta.

Jakub pisze...

A próbowałaś Lisko tamtejszych win?
Pytam, bo właśnie kończę na swoim blogu relację z miesiąca win katalońskich: http://czerwone-czy-biale.blogspot.com/2011/02/temat-lutego-katalonia.html

Pozdrawiam serdecznie!