2010-12-31

Jeśli...


nie wybierasz się na Sylwestrową imprezę i zamierzasz spędzić ją w zaciszu domu, polecam Ci film Dieta miłosna (Dieta mediterranea).
Film, którego nie da się opisać słowami, a który zapiera dech w piersiach. Pełen miłości, pasji, wspaniałego jedzenia i świetnie grających aktorów, z  Olivią Molina na czele, która nie pozwoli Ci odejść od ekranu nawet na chwilę.
W przygotowanie potraw do tego filmu zaangażował się sam Ferran Adria, właściciel hiszpańskiej restauracji El Bulli. Naprawdę jest co oglądać!

Wszystkim Czytelnikom i sympatykom White Plate życzę wspaniałego wieczoru i fantastycznego Nowego Roku 2011. Oby nie zabrakło nam w nim miłości i dobrego jedzenia!

* * * * *

2010-12-30

10 najpiękniejszych książek kucharskich AD 2010. Część 1


Na świecie organizowane są przeróżne rankingi książek kucharskich. Obserwuję przede wszystkim te anglojęzyczne, takie jak James Beard Foundation Awards, gdyż właśnie te książki leżą w zakresie moich zainteresowań.
Najczęściej zupełnie z tymi rankingami się nie zgadzam.
Często wygrywają książki, które dla mnie są przereklamowane, pisane dla masowego odbiorcy. Zdarzyło mi się kupić kilka zwycięskich pozycji, a później byłam nimi rozczarowana.
Dlatego w tym roku, niezależnie od wszystkich innych rankingów, przygotowałam zestawienie najpiękniejszych książek kucharskich wydanych w 2010 roku.
Nie umiem uzależniać się na długo. Niczego nie zbieram, niczego nie kolekcjonuję. Rzeczy przychodzą i odchodzą. Za wyjątkiem jednego: książek. Uzależnienia nieuleczalnego, bo chorowałam na nie już wtedy, kiedy wisiałam na ladzie kiosku, w którym kioskarka odkładała mi do teczki Misia i Płomyczek. A zatem o książkach, które czytam i oglądam, takich, których nie umiałam odłożyć na półkę.
A ponieważ jest to bardzo, bardzo długi post, podzielę go na dwie części. Dziś zapraszam na pierwszą.
Mam nadzieję, że ten post ucieszy te osoby, które piszą do mnie z prośbą o rekomendacje książek anglojęzycznych. Zwłaszcza w czasach, kiedy angielski Amazon oferuje bezpłatną wysyłkę do Polski, a wiele z tych książek (o ile nie większość) jest w cenie przeciętnej, często słabej polskiej książki.

Regali Golosi 
Sigrid Verbert

Sigrid znana jest wielu blogowiczom, bo od kilku lat prowadzi bloga Cavoletto di bruxelles. Jest mieszkającą we Włoszech Belgijką, a Regali Golosi czyli Prezenty dla Smakoszy są jej kolejną książką, którą kupiłam trochę przez przypadek, spacerując uliczkami Bolzano. Wyróżniała się na tle innych lektur - jest starannie zaprojektowana, pięknie wydana i spójna. Ma piękne, czyste zdjęcia, czytelną typografię i bardzo przypomina książki australijskiej guru kulinarnej Donny Hay, której styl rozpoznawany jest na całym świecie. Ale książki Donny Hay stanowią tu tylko projektową inspirację.
Książka przedstawia pomysły na słodkie i wytrawne podarunki - ciasteczka, aromatyzowaną sól, marmolady,  syropy do sera czy smarowidła do chleba. Autorka pokazuje, w jaki sposób można je pięknie zapakować: jest tu nawet wzór pudełka, który można przerysować i złożyć. Niezwykle inspirująca i dopracowana w najdrobniejszym szczególe.
Na razie tylko w języku włoskim.


Quay
Noma



To dwie książki pochodzące z dwóch różnych restauracji : Noma znajduje się w Danii, Quay w Australii. Obie znajdują się na liście pięćdziesięciu najlepszych restauracji świata, przy czym Noma zajmuje na niej pierwsze miejsce.
Nie wiem, która z książek jest piękniejsza, ale wiem, że wśród kilkuset, jakie posiadam, te zajmują ex aequo pierwszą pozycję. Od razu zaznaczę: to nie są książki do gotowania, raczej do podziwiania i inspiracji. Wydane na kilku rodzajach papieru, w twardej oprawie i w dużym formacie, zawierają przepisy i zdjęcia dań z restauracji i wiele zdjęć przyrody i ludzi. Zarówno koncept, jak i realizacja są nowatorskie, dopracowane i idealne na prezent dla kogoś, kto interesuje się nowoczesną kuchnią.



At Elizabeth David's Table
Elizabeth David

To nazwisko dobrze znane w Anglii. Elizabeth była tu pewnie mniej więcej kimś takim jak Julia Child dla Amerykanów. W powojennej Wielkiej Brytanii wprowadzała do diety dania i produkty kuchni środziemnomorskiej, pisała książki kucharskie, a przy przepisach wskazywała na ich historyczny kontekst. Jej pierwsza książka poświęcona kuchni włoskiej, którą napisała po ośmiomiesięcznej wyprawie do Włoch zawierała przepisy na dania, których składników próżno było szukać w ówczesnych angielskich sklepach.
Ta książka zawiera jej najlepsze przepisy i po raz pierwszy jej dania zostały sfotografowane, w dodatku nie przez byle kogo, a nadwornego fotografa Jamiego Olivera, Davida Loftusa. Bezpretensjonalne, domowe gotowanie, matowy papier, twarda oprawa i dużo przepisów.

So French
Dany Chouet

To przepiękna książka o życiu pewnej pani, która w latach siedemdziesiątych otworzyła w Australii restauracje serwujące kuchnię francuską, by po latach przenieść się do Francji. Jeśli kochacie klasyczne francuskie wnętrza, rustykalną kuchnię i historie rodzinne, ta książka z pewnością przypadnie Wam do gustu. Jest pięknie wydana: na matowym papierze, zawiera wiele zdjęć autorki, ukazując ją począwszy od lat, kiedy była małą dziewczynką aż po dzisiejsze czasy. Pokazuje otoczenie, w którym dojrzewała i które ją ukształtowało.
A przepisy? Zupa czosnkowo-cebulowa, łosoś z puree z czarnych oliwek, podany z duszonymi szalotkami, ciasto czekoladowo-pomarańczowe z orzechami włoskimi...
Ta książka to piękne ukoronowanie kulinarnej pasji. Prawdziwa i klimatyczna.



Tender Vol II
Nigel Slater

Jeśli ktoś (jak ja) lubi czytać książki kucharskie, Nigel Slater jest kimś, kto na pewno pisze dla niego. Jest bez wątpienia kulinarnym pisarzem, a to, co wydaje jest solidne i kompletne.
Tender vol II to książka o owocach.
Mamy w domu jabłka, otwieramy rozdział im poświęcony i możemy poczytać o ich uprawie i skorzystać z wielu poświęconym im przepisom. Ja zwłaszcza lubię uwagi na temat tego, z czym można zestawić dany owoc. Jabłko? Pasuje do bulwy kopru włoskiego, cynamonu, miodu, brandy, sera, szałwi. I nie tylko.
Książka ma ponad 1200 stron, zilustrowana jest fotografiami jednego z najzdolniejszych fotografów, Jonathana Lovekina. Poprzednia książka tego duetu, Tender Volume I była poświęcona warzywom.
Muszę jednak lojalnie uprzedzić tych, którzy w książkach kucharskich szukają wielu zdjęć, że przy tej ilości przepisów, fotografii jest raczej mało.

Cd: Najpiękniejsze książki kulinarne AD 2011 część 2.

Zdjęcia pochodzą ze stron: Amazon.co.uk. Amazon.it, murdochbooks.com.au

2010-12-28

Pasja pokoleń, 100 lat kuchni rodziny Mannów


Kilka dni temu kupiłam książkę kucharską* zawierającą przepisy kuchni rodziny Mannów (tak, tak, od tego Manna).
Po pierwsze zwróciłam uwagę na ładną okładkę i niecodzienny, jak na polskie standardy, projekt książki, bowiem zawiera ona, oprócz zdjęć potraw, skany stron z kajetu z przepisami pochodzącymi z 1913 roku, reprodukcje obrazów namalowanych przez przodków, stare ryciny, zdjęcia pamiątek oraz anegdoty dotyczące żyjących i nieżyjących członków tej rodziny.

Niestety nie wszystkie przepisy opatrzono zdjęciami potraw, a nawet pokuszę się o stwierdzenie, że jest ich bardzo mało. Zamiast nich znajdziemy tu zdjęcia warzyw, czekolady, rozsypanej na stole papryczki chilli i przyznam, że to był powód, dla którego nie kupiłam tej pozycji od razu. Mam w domu wiele książek ze starymi przepisami, bez zdjęć i ilustracji, więc w książce z rodzinnymi, będącymi w użyciu tradycyjnymi recepturami, chciałabym zobaczyć, jak wyglądają te dania, zwłaszcza, że niejednokrotnie już sam opis składników sprawia, że ślinka cieknie. Jeśli gotuję z nowej książki, na początek wypróbowuję przepisy ze zdjęciami. Tu bardziej kuszą mnie te, które nie zostały na potrzeby tej książki przygotowane i sfotografowane bowiem zdjęcia dań nie zachęcają mnie do natychmiastowej wycieczki do kuchni, ale jestem pod tym względem wymagająca i być może to po prostu nie mój styl.
Zdjęcie czosnku, jajek czy ogórka sfotografowanych w studiu na białym stole wcale nie wprowadza w nastrój rodzinnych tradycji, nic o nich nie mówi.
Nie chcę wpadać w narzekanie, nie taki był mój zamiar. Podoba mi się, że ta książka jest inna niż wszystkie, które stoją obok niej na półce. Szczególnie przypadły mi do gustu strony poświęcone członkom rodziny, zwłaszcza te o kobietach. Z ich zdjęciami i pamiątkami po nich.
Jeśli chodzi o przepisy, to są tu receptury na dania z różnych stron świata, uwzględniające nasze współczesne zwyczaje. Znajdziemy tam i awokado, i tuńczyka z puszki, rukolę, figi, mango i suszone pomidory. Nie jest to zatem książka tylko o dawnej, polskiej kuchni.
Wiele przepisów na znajomo brzmiące potrawy: placek z cebulą, pasta z wędzonego pstrąga, zupa ogórkowa, paszteciki z grzybami, kotlety jajeczne i torty, na które mam szczególną chrapkę. Myślę, że miłośnik mięs znajdzie tu wiele przepisów dla siebie: polędwicę pod ziemniaczaną kołderką, szaszłyk z kurczaka z sosem z orzeszków ziemnych czy kotlety z kakrówki w marynacie z czerwonej porzeczki.
Przepisy są bardzo zróżnicowane, raczej proste i z całą pewnością napisane przez kogoś, kto umie dobrze gotować.
Zastrzeżenia, jakie mam, to:
"łyżka przyprawy warzywnej", kukurydza z puszki oraz gotowe canelloni, tortellini z nadzieniem serowym i sos holenderski z opakowania.
Jestem zdania, że jeśli mówimy o prawdziwej, domowej kuchni i reaktywacji kuchni staropolskiej, używanie wszelkiego typu veget jest zbrodnią. Z tej książki wynika bowiem, że bez glutaminianu sodu nie da się ugotować dobrej zupy. Niedługo zapomnimy, że istnieje coś takiego jak wywar warzywny lub mięsny.
Podobnie używanie gotowców i półproduktów, które powinno być okazjonalne, a nie wpisywać się do książek kucharskich jako dania rodzinne z tradycją.
Nie zgadzam się też z tym, że świeże trufle "należy drobno pokroić i krótko podgotować w małej ilości wody" - zgroza!
Zatem decyzję: kupić, nie kupić, pozostawiam Wam.

*Pasja Pokoleń, 100 lat kuchni rodziny Mannów
Bożenna Mann
wyd. Muza 2010
ilość stron: 286
cena: 59 zł

2010-12-27

Może makaron stir-fry?


Jak minęły Wasze święta?
Spodziewałam się pustki w sklepach, tymczasem gorączka poświąteczna nadal trwa, przynajmniej w mojej okolicy. O tej porze roku zawsze przypomina mi się scena z Wojny Domowej, kiedy to główni bohaterowie, obdzwaniani przez bliższych i dalszych znajomych, odwiedzali ich, by pomóc im dojeść świąteczne dania i zapasy. Pamiętam dzieciństwo i paczki ze słodyczami, które kolejnego dnia kuszą jakby mniej albo wcale.
Ja dojadam wigilijne potrawy mojej Mamy z wielką radością. Ale po kolacjach i śniadaniach, przychodzi pora na coś zwyczajnego. Może makaron?


Stir-fry to metoda smażenia znana przede wszystkim w krajach azjatyckich, a wiele przygotowywanych w ten sposób dań wywodzi się z kuchni chińskiej. Polega ona na krótkim smażeniu w bardzo wysokiej temperaturze, na niewielkiej ilości tłuszczu.
Najpierw dodaje się przyprawy, a kiedy zaczną pachnieć, rybę, mięso, warzywa i płynne składniki, takie jak sosy czy ocet. W ten sposób zaledwie w kilka minut można przygotować danie.
Do dań stir fry idealny jest wok lub inna, dosyć głęboka patelnia z grubym dnem.


Makaron stir-fry z krewetkami i szpinakiem
/jako przystawka dla 2 osób/

2-3 łyżki oleju sezamowego lub orzechowego
1/2 średniej papryczki chilli, pozbawionej pestek, pokrojonej w cienkie paseczki
2 ząbki czosnku, obrane i rozgniecione
200 g surowych, dużych krewetek, obranych
300 g ugotowanego, chińskiego makaronu typu Mie*
200 g liści młodego szpinaku (baby)
1/2 łyżki słodkiego sosu chilli
2 łyżki sosu sojowego shoyu lub tamari

W woku lub na głębokiej patelni rozgrzać olej. Dodać chilli i czosnek, smażyć na dużym ogniu ok. minuty. Dodać krewetki, smażyć ok. 2 minut, aż zmienią kolor z szarego na różowy. Dodać makaron, sos chilli i sos sojowy oraz szpinak. Wymieszać i po ok. minucie zdjąć z patelni, przełożyć do głębokich talerzy. Można oprószyć prażonym sezamem.

Smacznego!


*Makaron jajeczny typu Mie zazwyczaj nie wymaga gotowania. Najczęściej zalewa się go wrzącą wodą i pozostawia w niej na 5-7 minut, aż zmięknie.

2010-12-22

Wesołych Świąt!


Pogodnych i szczęśliwych Świąt Bożego Narodzenia, radości przy wigilijnym stole i wizyty Mikołaja, który potrafi czytać w Waszych myślach.
Życzę Wam wielu smakołyków, mądrych rozmów i przede wszystkim dużo wesołych chwil.
A po kolacji idźcie na dłuuuugi spacer.
Ja, tradycyjnie, przesyłam Wam kilka ciepłych obrazków z kraju, gdzie bociany zimują.
Serdeczności i do przeczytania wkrótce.
Liska

2010-12-21

Stollen, bożonarodzeniowe ciasto niemieckie

Tradycyjny stollen to podłużne, dosyć twarde ciasto drożdżowe wypełnione bakaliami i marcepanem, sprzedawane w Niemczech w okresie świąt Bożego Narodzenia.
Może nie miałam szczęścia, a może tak właśnie ma być - próbowałam wielu wersji stollen w Niemczech, ale żadne z nich mi nie smakowało. Zwykle były za twarde, zbyt drożdżowe i mało wyrośnięte.
Postanowiłam upiec swoją własną wersję. I udało mi się to znakomicie.
Moje ciasto ma tak jak oryginał dosyć zwartą konsystencję, gdyż stollen nie należy do ciast puszystych, ale jest bardziej miękkie, aromatyczne i pozbawione kwaśnego posmaku charakteryzującego wszystko to, co jadłam do tej pory.
Dobry stollen może poleżeć dosyć długo. Mój niestety leżał zaledwie kilka godzin, więc nie wiem, jak smakuje po tygodniu leżakowania. Zapewne całkiem nieźle.
Wpisuje się na moją listę świątecznych kulinarnych podarunków. Polecam gorąco!


Stollen
Bożonarodzeniowe ciasto niemieckie
1 średniej wielkości ciasto

200 g bakalii (kandyzowana skórka pomarańczowa, figi, drobne rodzynki, migdały)
3 łyżki rumu
2 łyżki soku pomarańczowego, świeżo wyciśniętego z owoców (jeśli nie mamy świeżego, można użyć wody)
250 g mąki pszennej
10 g świeżych drożdży (lub 1 łyżeczka suszonych, ale świeże lepsze)
80 ml mleka, lekko podgrzanego
1 jajko
30 g masła, miękkiego
40 g drobnego cukru (najlepiej trzcinowego)
1 łyżeczka esencji waniliowej
1/2 łyżeczki świeżo utłuczonego zielonego kardamonu150 g masy marcepanowej (do kupienia w delikatesach - marcepan nie może być w czekoladzie)
do posmarowania: łyżka mleka
do posypania: cukier puder

Dzień przed pieczeniem bakalie wsypać do miski, zalać je rumem i sokiem pomarańczowym. Odstawić na noc.
Drożdże pokruszyć do miseczki, dodać łyżeczkę cukru, 2 łyżki mleka, wymieszać i odstawić na 15 minut.
W misce wymieszać mąkę, kardamon, wanilię. Wlać drożdże, połączyć, dodać mleko, jajko, masło i cukier. Wyrobić gładkie ciasto - powinno być dosyć zwarte i lśniące. Przełożyć do miski, przykryć folią spożywczą i zostawić do wyrastania na 1,5-2 godziny. Ciasta z dodatkiem masła rosną dosyć długo, ale wszystko zależy od temperatury otoczenia.
Wyrośnięte ciasto przełożyć na blat, rozpłaszczyć, wsypać bakalie i delikatnie wgnieść je w ciasto.
Z marcepana uformować podłużny wałek o długości równej szerokości placka. Zawinąć ciasto w rulon, końce dokładnie zlepić. Ciasto przełożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia i rozpłaszczyć je dłonią. Przykryć ściereczką, zostawić do wyrastania na 1-2 h. Musi wyraźnie urosnąć.
Piekarnik nagrzać do 180 st C.
Wyrośnięte ciasto posmarować łyżką mleka, wstawić do piekarnika i piec ok. 30 minut. Powinno być wyraźnie rumiane.
Po upieczeniu i ostudzeniu posypać grubą warstwą cukru pudru.
Jeśli zamierzamy je dłużej przechowywać, to nie posypujemy cukrem pudrem, a zawijamy je szczelnie w folię spożywczą, pudrując dopiero w dniu podania.
Smacznego!

2010-12-18

Zelten, ciasto z Południowego Tyrolu

 Zelten jest bożonarodzeniowym ciastem z Południowego Tyrolu. W zależności od regionu, jest pieczony z dodatkiem mąki lub z samych bakalii. Spotkałam się z wersją drożdżową, w której używa się również żyta, ale wybrałam inny przepis. Zaletą tego chlebka jest to, że bardzo długo pozostaje świeży. Tak naprawdę przez pierwsze kilka dni jest dosyć twardy, ale po zawinięciu w folię, z czasem mięknie. Jest mało słodki i tradycyjnie podaje się go z kieliszkiem tyrolskiego wina.
Zelten zwykle jest bogato dekorowany migdałami i kandyzowanymi owocami, ja zdecydowałam się na najprostszą wersję bez ozdób.

Zelten
Keks z Południowego Tyrolu
/na podst. przepisu "Culinaria Italia"/

50 g drobnych rodzynek
200 g drobno pokrojonych fig
100 g posiekanych orzechów laskowych
50 g orzeszków piniowych
100 g pokrojonych w kostkę owoców kandyzowanych
1/2 szklanki grappy (użyłam Latscheler amaro di pino mugo)
80 g masła w temp. pokojowej
120 g cukru
2 jajka
200 g mąki pszennej
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
70 ml mleka
do posmarowania: żółtko

Rodzynki, figi i owoce kandyzowane zalać grappą i zostawić na noc (lub przynajmniej na kilka godzin). Następnego dnia dodać orzechy laskowe i piniowe, wymieszać.
Masło utrzeć z cukrem na gładką masę, dodawać po jednym jajku. Mąkę połączyć z proszkiem, miksując, dodać do ciasta. Na końcu wmieszać mleko.
Bakalie połączyć z ciastem, wymieszać (nie miksować).
Formę okrągłą o średnicy 26-28 cm wyłożyć papierem do pieczenia, posmarować lekko masłem. Przełożyć ciasto, wygładzić powierzchnię, posmarować ją lekko rozbełtanym żółtkiem.
Piekarnik nagrzać do 180 st C.
Wstawić ciasto, piec 45 minut.
Po upieczeniu całkowicie ostudzić, wyjąć z formy i szczelnie zawinąć w folię spożywczą.
Można je przechowywać nawet do kilku tygodni.

Smacznego!

2010-12-16

Sernik śliwka w czekoladzie


Śliwki w czekoladzie to jedne z najpyszniejszych cukierków. Postanowiłam połączyć je z sernikiem, który upiekłam na spodzie przypominającym brownie. Do tego polewa z białej czekolady, którą równie dobrze można zastąpić gorzką. Jeśli komuś odpowiada smak wędzonych polskich śliwek, można dodać kilka do spodu. Wierzch można obsypać również drobno krojonymi śliwkami kalifornijskimi. Jednym słowem - co kto lubi.
Uwielbiam śliwki suszone, czekoladę i sernik, więc dla mnie to połączenie jest idealne.






Sernik śliwka w czekoladzie


Spód:
200 g cukierków śliwka w czekoladzie (najlepsze to Nałęczowskie)
100 g masła
100 g brązowego cukru
100 g mąki plus 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 jajko

Cukierki, masło i cukier włożyć do garnuszka i podgrzewać na małym ogniu, aż czekolada i masło się rozpuszczą. Zdjąć z ognia, odstawić na 10-15 minut, następnie zmiksować na puree.
Dodać mąkę i jajko, dokładnie wymieszać.
Piekarnik nagrzać do 190 st C.
Tortownicę o średnicy 24 cm wyłożyć papierem do pieczenia, posmarować masłem, wysypać tartą bułką (lub mąką). Przełożyć do niej ciasto - będzie gęste i lśniące. Wyrównać wierzch, wstawić do piekarnika i piec 15 minut.

W tym czasie przygotować masę serową:

200 g serka waniliowego (dowolnego, lubię President)
600 g trzykrotnie mielonego twarogu (może być również z wiaderka)
250 g cukru pudru
4 jajka

Sery umieścić w misce, zmiksować z cukrem, następnie dodawać po jednym jajku. Nie należy miksować zbyt długo, wystarczy kilka minut.
Wyjąć z piekarnika tortownicę ze spodem, wlać masę serową, wstawić do piekarnika, zmniejszyć temperaturę do 160 st C i piec 50 minut.
Wyłączyć piekarnik, uchylić drzwiczki i ostudzić sernik w piekarniku.
Po całkowitym ostudzeniu, przygotować wierzch:

200 g białej czekolady
5 łyżek niesłodzonego mleka skondensowanego lub śmietanki 36%
100 - 150 g cukierków śliwka w czekoladzie, bardzo drobno pokrojonych (opcjonalnie)

Czekoladę i śmietanę umieścić w szklanej misce ustawionej na garnku z gotującą się wodą. Mieszać do czasu, aż się rozpuści. Polać wierzch sernika.
Cukierkami obsypać brzeg ciasta i odstawić do czasu, aż polewa czekoladowa stężeje.

Smacznego!

2010-12-14

Świąteczne ciasto drożdżowe z bakaliami


Nie lubię kupować świątecznych podarunków.
Ale lubię przygotowywać prezenty: konfitury, pierniczki, ciasta czy chleby. Tak niewiele trzeba, by sprawić komuś radość.
We Włoszech jest tradycja panettone. W Polsce kupujemy makowce, a pomyślałam, że jako miłośnicy ciast drożdżowych, możemy przygotować je w domu i upiec w dekoracyjnych, jednorazowych formach, które bez trudu można dostać w większych sklepach.
Na początek przygotowałam ciasto drożdżowe z bakaliami i upiekłam je w formie w kształcie gwiazdy.
Ciasto jest maślane, przypominające brioszkę. Będzie smaczne również następnego dnia.


Świąteczne ciasto drożdżowe z bakaliami

Ciasto:
500 g mąki pszennej
20 g świeżych drożdży (lub 1 łyżeczka suszonych instant)
50 g cukru
2 jajka
70 g masła
230 ml mleka
1/2 łyżeczki soli

250 g mieszanych bakalii (rodzynki, skórka pomarańczowa, figi, orzeszki, itp) Jeśli są bardzo suche, należy namoczyć je w alkoholu (np rumie) lub ciepłej wodzie i przed dodaniem do ciasta dobrze odsączyć i osuszyć

Do posmarowania: Jajko wymieszane z łyżką wody lub śmietany

Drożdże wymieszać z łyżeczką cukru i dodać do ciepłego mleka, odstawić na 15 minut. Do miski wsypać mąkę, sól i cukier, wlać rozczyn, wymieszać. Dodać pozostałe składniki (oprócz bakalii) i zagnieść ciasto - będzie dosyć luźne, ale nie należy dosypywać zbyt wiele mąki - jeśli się na to zdecydujemy, dodajemy jej max 100 g. Ciasto powinno być dosyć luźne.
Wyrobić gładkie ciasto. Pozostawić przykryte w temperaturze pokojowej na 1,5 h., aż podwoi swoją objętość. Ciasta z dodatkiem masła zwykle rosną dłużej niż tradycyjne ciasto na bułki, ale wszystko zależy od temperatury otoczenia.
W połowie wyrastania, wbić w ciasto pięść, by je odgazować.
Do wyrośnietego ciasta dodać bakalie i delikatnie wgnieść je w ciasto.
Ciasto uformować w placek, przełożyć go do przygotowanej formy (jeśli nie mamy innej, może to być nawet keksówka), wypełniając ją maksymalnie do połowy wysokości.
Przykryć ściereczką, odstawić do wyrastania na 40-60 minut, aż wypełni formę.
Piekarnik nagrzać do 220 st C.
Wyrośnięte ciasto posmarować jajkiem, wstawić do piekarnika, zmniejszyć temperaturę do 200 st C i piec ok. 30 minut, do czasu zrumienienia.
Upieczone i ostudzone ciasto można posmarować lukrem i posypać płatkami migdałów.

Smacznego!

* * *

Miło mi poinformować, że w najnowszym numerze tygodnika Newsweek, w dodatku "Kobieta" opublikowano moje dwa przepisy świąteczne.



2010-12-13

Uff!




Uff, to był bardzo intensywny weekend, który spędziłam na pierwszej konferencji blogerów w Gdańsku.
Stres był podwójny, ponieważ nikt nie wiedział, jak będzie i czego się spodziewać. Wszyscy przecieraliśmy ścieżki i cieszę się, że mogłam w tym uczestniczyć. Szczególne brawa należą się organizatorom - Miastu Gdańsk i firmie Citybell, które wszystko dopięły na ostatni guzik.
Przywiozłam z niej wiele interesujących znajomości i przekonałam się, że występy przed szeroką publicznością to nie taki straszny diabeł.
Towarzystwo było doborowe, a najbardziej spodobał mi się występ Briana Solisa - ten facet wie wszystko o blogowaniu i internecie. Każdy, kto miał okazję go posłuchać, z całą pewnością przyzna mi rację.
Pierwszy raz w życiu byłam na terenie Stoczni Gdańskiej i miejsce zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Konferencja odbywała się na terenie stoczni w budynku zaadoptowanym do potrzeb centrum kultury Wyspa - miejscu wymarzonym przez wszystkich, którym marzy się robienie sesji zdjęciowych w industrialnych klimatach. Smutno patrzeć, jak dawne budynki świecą oknami z powybijanymi szybami i aż chciałoby się, by ktoś je kupił i tchnął w nie życie.
Mam szczęście do nietypowych spotkań, więc kiedy wybrałam się z aparatem wśród chaszcze i dźwigi, poznałam wiekowego strażaka, który opowiedział mi trochę o stoczni.


Materiały z konferencji i dużo zdjęć można znaleźć na stronach organizatorów i na stronie Blog Forum Gdańsk. Ja, tym razem wyjątkowo, nie zrobiłam ich zbyt wiele.
Jutro wracam do rzeczywistości i zapraszam wszystkich, którzy myślą już o świętach. Przyznam, że ja dopiero dziś zdałam sobie sprawę z tego, że są już za chwilę.
Dobrej nocy!

2010-12-10

Południowy Tyrol, Jarmark Świąteczny w Bolzano








Bolzano jest stolicą Południowego Tyrolu i liczy 100 tysięcy mieszkańców. Kiedy przyjechałam do niego z Alpe di Siusi, poczułam, że jestem we Włoszech. Ktoś, kto nie był tu wcześniej, będzie pod wrażeniem tego, jak mieszają się tu wpływy niemieckie i włoskie - ludzie rozmawiają ze sobą po niemiecku, by za chwilę przejść na włoski. Jest jeszcze język ladyński, którym posługuje się niecały procent mieszkańców. Ladyński był językiem pierwotnie używanym w tym regionie - kiedy starożytni Rzymianie zdobyli alpejskie doliny, łacina, w której się porozumiewali, zdominowała używany przez mieszkańców Alp język retycki. Pod wpływem Germanów został on później wyparty i zachował się w biednych dolinach. W 1951 roku uznano Ladynów za oddzielną grupę językową w Południowym Tyrolu. Obecnie istnieje pięć dialektów tego języka.
Wokół gotyckiej katedry, którą w Bolzano wznieśli niemieccy i włoscy budowniczowie, w okresie świątecznym (26.11-23.12.2010) odbywa się jeden z najpiękniejszych jarmarków.
Mimo mrozu, wokół straganów i stolików zbierają się ludzie, by napić się grzanego wina i porozmawiać. Dzieci, psy i rowery. Sprzedawcy oferujący lokalne produkty - grappę, wędliny, sery, rękodzieło, babcine kapcie Sarnar Toppar, czy grube swetry robione na drutach (Sarnar Janggar). 
Popularne są tu świąteczne smakołyki, takie jak ażurowe ciastka z cukrem pudrem i marmoladą: furtaies, krapfen czyli pączki, czy Boznar Zelten będący wypiekiem z orzechami, bakaliami i rumem.
Sosna górska
Mnie urzekły lokalne kosmetyki Trehs zawierające olej z najstarszej rośliny z doliny Val Sarentino - pinus sarentensis, czyli sosny górskiej, która rośnie na wysokości 1600- 2400 m n.p.m.
W regionie są destylernie oleju z tej rośliny oraz ośrodki spa wykorzystujące go do swoich kuracji.
Kiedy obejrzałam wszystkie stoiska, wybrałam się małymi, oświetlonymi uliczkami, w których poczułam klimat tego, co tak kocham: Italii. Lokalnych sklepików i markowych butików, zapachu gorącej espresso, słodkich bułek i księgarni, w których półki uginały się od książek kucharskich, z których większość była po włosku.
Przedświąteczny rytm miasta, uprzejmi mieszkańcy, odśnieżone ulice, którymi bez obaw przeprawimy się w dowolne miejsce i pyszna kuchnia, o której opowiem przy innej okazji.

Miłego wieczoru!

2010-12-09

Południowy Tyrol, część 1


Jechaliśmy krętą drogą wśród ośnieżonych drzew. Gwiaździsta noc, mróz, który szczypał w nos i pierwsza latte macchiato na stacji benzynowej. (Jutro się dowiem, że latte macchiato pije się wyłącznie na śniadanie, ale dziś - co tam!). Gruby barista i kilku Włochów wesoło perorujących przy barze. Części samochodowe i książki kucharskie, których nie umiem sobie odmawiać.
Zawsze myślałam, że wolę lato. Ciepłe kraje z owadzimi koncertami w środku nocy, upał i feerię barw, ale kiedy zobaczyłam monochromatyczny krajobraz, bezchmurne, czyste niebo, wiedziałam, że to miejsce, które zapadnie mi w serce.
Pierwszej nocy, zmęczeni podróżą, nie mówiliśmy wiele.
Szybki prysznic i dużo snu przed kolejnymi wyzwaniami, o których napiszę już wkrótce.
Tym razem podam Wam namiary na wszystkie miejsca, w których byłam. Sezon zaczął się dopiero w piątek, na stokach było pusto, ale restauracyjki tętniły życiem. Napiszę Wam o tym, co jadłam, co robiłam i jak się bawiłam. Wróciłam oczarowana, z planami rychłego powrotu, kiedy tylko nadarzy się następna okazja.
Opowiem Wam o tyrolskiej kuchni, bożonarodzeniowym jarmarku i kilku innych rzeczach. 
Do rychłego przeczytania i miłego wieczoru!




2010-12-08

My new love


Kilka ostatnich dni spędziłam w jednym z najpiękniejszych miejsc na Ziemi. Zwykle z zimy uciekałam do lata, a tym razem z zimy uciekłam do zimy, jeszcze bardziej mroźnej niż ta, którą mam za oknem.
Każdy dzień był wypełniony po brzegi i o tym napiszę, jak tylko uda mi się rozpakować walizki, w których oczywiście upchałam więcej wina i sera niż nakazuje zdrowy rozsądek.
Do przeczytania!