2010-11-29

Bliny

Za moim oknem :)

Bliny.
Prawdziwe bliny potrzebują czasu na rośnięcie. Ale zapewniam, że warto.
Jeśli robię ich więcej, przekładam je prosto z patelni do żeliwnego garnka z przykrywką, następnie wstawiam do nagrzanego, ale wyłączonego piekarnika. Później podaję ciepły garnek na stół, skąd
każdy może wziąć tyle, ile chce i jeść z ulubionymi dodatkami. Ja stawiam na sałatkę z drobno posiekanego śledzia, kawior z cebulką i kwaśną śmietanę. Ostatnio przekonałam się również, że nasi przodkowie wiedzieli, co robią, popijając bliny zmrożoną wódką. Zestaw idealny.
Zanim zabrałam się za bliny, dokładnie postudiowałam sobie przedwojenne książki kucharskie, dzięki czemu oparłam się pokusie podawania do placuszków dodatków w postaci pasty z ciecierzycy albo pieczonego bakłażana. To danie, które nie potrzebuje ulepszeń.


Sprawa z blinami ma się następująco: są tacy, którzy uważają, że jedyny słuszny przepis to placuszki na samej mące gryczanej. Inni skłaniają się ku opcji z mąką pszenną, a ja, po wielu próbach, jestem gdzieś pomiędzy i wybieram obie mąki. Gryka bowiem sprawia, że bliny to nie pankejki, ale jej nadmiar powoduje po pierwsze lekko twarde ciasto, a po drugie gorzki smak. A nie każdemu to odpowiada.
Po uczcie blinowej najlepsza jest filiżanka czystego, czerwonego barszczu na suszonych grzybkach, na który przepis podam niebawem, bowiem Wigilia zbliża się do nas wielkimi krokami.


Bliny smażę na żeliwnej patelni z okrągłymi zagłębieniami o średnicy 10 cm. Dzięki temu każdy placuszek jest takiej samej wielkości. Równie dobrze można je smażyć na nieprzywierającej patelni na niewielkiej ilości tłuszczu. To przepis idealny i zapewniam, że jak zrobicie je raz, kolejnego dnia będzie powtórka :)


Bliny

ok. 25 sztuk o średnicy 10 cm

Zaczyn:
15 g świeżych drożdży
1 łyżeczka cukru
120 ml letniej wody

Ciasto:
4 jajka
350 ml letniego mleka
80 g masła, stopionego i ostudzonego
220 g mąki pszennej
80 g mąki gryczanej
1/2 łyżeczki soli
do smażenia: masło lub olej roślinny

Zaczyn:
wszystkie składniki wymieszać w misce i odstawić na 20 minut, by "ruszyły".
Ciasto:
Białka oddzielić od żółtek i ubić je na sztywną pianę. Odstawić.
W drugiej misce połączyć oba rodzaje mąki i sól, następnie wlać rozczyn, żółtka, mleko i masło. Zmiksować zwracając uwagę na to, by w cieście nie było grudek.
Dodać pianę z białek i łyżką (nie mikserem!) energicznie i dokładnie ją wmieszać. Ważne, by nie mieszać za długo, ale jednocześnie ważne, by pianę dobrze rozprowadzić w cieście.
Odstawić na 2 h. W tym czasie ciasto podwoi albo potroi swoją objętość, stanie się rzadkie i pełne bąbelków. Tak ma być :)

Na patelni rozgrzać masło lub olej roślinny (ja wybieram tę drugą opcję, jest mniejsze ryzyko przypalenia) i wlewając po 2 łyżki ciasta, formować placuszki. Smażyć ok. 2 minut z każdej strony. Usmażone przełożyć albo do żeliwnego, zamykanego garnka albo na talerz przykrywając je jednocześnie folią aluminiową. Ważne, by nie ostygły, zanim skończymy je smażyć.
Gotowe bliny możemy podawać z kwaśną śmietaną, kawiorem albo sałatką śledziową.
Ja polecam wszystkie trzy dodatki, każdy z nich pasuje idealnie.

Smacznego!

2010-11-26

Zimowy mikrokosmos



Pierwsze dni zimy są dla mnie magiczne, bo gdy rośliny pokrywają się szronem, a mróz szczypie w nos, to nawet w środku miasta bywa jak w bajce.
Życzę Wam miłego odpoczynku i zapraszam w weekend na coś dobrego :)

2010-11-24

Konferencja blogerów: Gdańsk 11-12 grudnia 2010


Blog Forum Gdańsk 2010 
Blog Forum Gdańsk 2010Blog Forum Gdańsk 2010

Zawsze z pewnym żalem i niekłamaną zazdrością patrzyłam na konferencje blogerów organizowane w innych krajach, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. Na imprezy przygotowane przez miasta zainteresowane propagowaniem swoich atrakcji, na producentów wiśni, którzy chcąc pokazać swoje sady i zachęcić do korzystania z ich owoców, zapraszali blogerów, by wspólnie piec wiśniowe ciasta i przy okazji porozmawiać. Na działania, które nie mają na celu nabijanie kiesy firmy A czy firmy B, a służą czemuś więcej.
Blogi są zjawiskiem, którego nie da się dłużej ignorować. Są coraz bardziej popularne, zyskują nowych, stałych czytelników, a ich poziom znacznie się poprawił. Dla mnie ulubione blogi są jak media, zastępują mi portale internetowe czy telewizję. To źródło nie tylko wymiany myśli i informacji, ale przede wszystkim nieporównywalna z niczym innym platforma, gdzie spotykają się zainteresowani danym tematem. Kiedy jadę do jakiegoś miasta, informacji na temat jego atrakcji szukam u blogera, a nie na anonimowej stronie. Wielokrotnie przekonałam się, że za dobrymi blogami stoi pasja i życzliwość.
Właściwie każdy, kogo znam, czyta jakiegoś bloga. Albo go prowadzi.
I wygląda na to, że doczekałam się pierwszej konferencji blogerów w Polsce, która odbędzie się już niebawem, bo w grudniu, w Gdańsku.
Na temat programu i atrakcji nie będę się rozwodzić, bo wszystkie informacje szczegółowo rozpisano na stronie.
Forum ma charakter otwarty, ale warunkiem uczestnictwa w nim jest bezpłatna rejestracja.
Na konferencji będziemy poruszać wiele kwestii, między innymi perspektyw rozwoju tego medium, jak również możliwości współpracy. Może warto powiedzieć o tym, że każdy, kto prowadzi popularnego bloga, spotyka się na co dzień z bardziej lub mniej poważnymi propozycjami współpracy, co jest dowodem na to, że polska blogosfera została dostrzeżona i przestaje być traktowana po macoszemu. Migające na blogu reklamy, których nie można zamknąć i oddawanie swojej pracy firmom, które na biegu chcą wypełnić swoje portale "contentem" to raczej nie jest ścieżka, którą pójdą blogi. A w każdym razie na pewno nie mój i między innymi o tym będziemy rozmawiać.
Mam nadzieję, że uda się podyskutować o wspólnych oczekiwaniach, a także o etyce blogera i wolności słowa. Zachęcam do udziału w forum tych wszystkich, którzy są zainteresowani tą tematyką. To pierwsze tego typu wydarzenie objęte patronatem medialnym między innymi przez Newsweeka, Gazetę Wyborczą czy Polskie Radio.
Miejsce konferencji jest szczególne - Gdańsk. Miasto, które przychodzi na myśl jako pierwsze, kiedy myślimy o wolności, miasto, które jako pierwsze dostrzegło potrzebę takiej konferencji, na którą gorąco Was zapraszam, bo będę jednym z prelegentów. Program jest ciekawy i jestem pewna, że warto się wówczas pojawić w Trójmieście.
Ja tam będę, a Ty?



2010-11-23

Lekcje hiszpańskiego i Tortilla de patatas


Co może ożywić podczas lekcji hiszpańskiego w zimny i ciemny dzień?
Rozmowa o jedzeniu.
Zaczynamy od ryb i owoców morza: o tuńczyku, mieczniku i dorszu. O przegrzebkach, omułkach i krabach. Dowiem się przy okazji, jak się nazywa piękna, ale niedobra ryba, którą jadłam w Hiszpanii (rubio).
Później przechodzimy przez wędliny, kiełbasę chorizo, tradycyjne szynki Jamón Serrano czy kaszanki. Dochodzimy do warzyw i owoców. A potem jest pora na przepis na jedno z dań, o którym samo myślenie przyprawia o burczenie w brzuchu. Przynajmniej mnie. Tortilla de patatas. Najsłynniejszy hiszpański omlet, który obok gazpacho należy do moich ulubionych przekąsek.
A kto nauczy mnie go lepiej niż rodowita Hiszpanka?
Prawdziwy omlet jest wysoki, łatwo go pokroić na duże porcje. Można też usmażyć go, jak często widuje się w hiszpańskich restauracjach, na małych patelenkach. Wersji tortilla de patatas jest zapewne wiele, ale wszystkie łączy jedno: ziemniaki i jajka. Jedni dodają cebulę, inni czosnek, jeszcze inni jedno i drugie.
Moja Hiszpanka lubi posypać wierzch serem Manchego i cienkimi plasterkami szynki Jamón albo chorizo, a do omletu nigdy nie dodaje czosnku ani pieprzu. Do tego tostadas: opieczone grzanki, posmarowane zgniecionym ząbkiem czosnku i sokiem ze świeżego pomidora.
Kupuję to. Wracam do domu i smażę sobie prawdziwy hiszpański omlet.

Tortilla de patatas

5 średniej wielkości ziemniaków
jajka (po 2 na osobę) - jajek ma być tyle, by omlet się nie rozpadał
1 zgnieciony ząbek czosnku (opcjonalnie)
1 mała cebula, obrana i poszatkowana
sól i pieprz do smaku
oliwa do smażenia (ok. 5-6 łyżek)

Ziemniaki obrać i pokroić w kostkę.
Na głębokiej patelni (tortilla z ok. kilograma ziemniaków wypełni całą 24 cm patelnię) rozgrzać 2-3 łyżki oliwy, dodać ziemniaki i podsmażyć je mieszając delikatnie od czasu do czasu ok. 25 minut, aż zmiękną. Nie powinny się rozpadać. Jeśli w trakcie smażenia zaczynają przywierać do dna, można dodać 1-2 łyżki oliwy. Solidnie posolić i ewentualnie popieprzyć.
Na drugiej patelni rozgrzać łyżkę oliwy i podsmażyć cebulę z czosnkiem (jeśli go używamy). Cebulę należy dusić na malutkim ogniu, by zmiękła. Zajmie to ok. 10-15 minut. Czosnek dodajemy 3-5 minut przed końcem smażenia.
W misce trzepaczką rozbijamy jajka. Dodajemy podsmażone ziemniaki i cebulę. Dokładnie mieszamy i wlewamy wszystko na głęboką patelnię. Podsmażamy na średnim ogniu - kiedy spód będzie złocisty, zsuwamy omlet na talerz (usmażoną stroną do dołu), następnie kładziemy patelnię na wierzchu omletu i jednym ruchem odwracamy talerz do góry nogami tak, by nieusmażona część omletu znalazła się na spodzie patelni. Podsmażamy kilka minut, by obie strony były równomiernie zrumienione. Smażenie na małym ogniu sprawi, że omlet będzie dobrze usmażony w środku (nie powinien być surowy).
Przekładamy na duży talerz i kroimy na ćwiartki lub ósemki.

Smacznego!

Kilka uwag:
- prawdziwa tortilla de patatas jest wysokim omletem, który uzyskamy smażąc go na głębokiej, ale niezbyt dużej patelni. Powinna być takiej wielkości, by ziemniaki wymieszane z jajkami, wypełniły ją niemal całą.
- ważne, by ziemniaki przed dodaniem do jajek były miękkie
- tortilla de patatas jest smaczna na ciepło, ale smakuje całkiem nieźle również wtedy, kiedy ostygnie

2010-11-22

Flapjack czyli krajanka z makiem, kokosem i suszonymi wiśniami



O flapjacku wie pewnie każdy, kto był w Anglii. To ciężki, owsiany, bardzo słodki batonik z bakaliami, dla niektórych niezwykle uzależniający. Wpisuje się on w kategorię krajanek - łatwych wypieków, które można pokroić na kwadraty i zapakować do pudełka z drugim śniadaniem.
Na pewno przypadnie do gustu tym, którzy lubią owsiane batoniki, crunche i tym podobne przekąski.
Jego dodatkową zaletą jest fakt, że świetnie się przechowuje, wystarczy schować go do szklanego słoja.
Idealny flapjack to ten ze złocistym syropem (golden syrup), który ostatnio można kupić i u nas. Jeśli jednak go nie mamy, możemy zastąpić go syropem kukurydzianym, klonowym, z agawy lub miodem. Każda wersja jest dobra.
To uzależniające ciasteczko chrupiące z zewnątrz, delikatnie ciągnące w środku. Jedno z moich ulubionych.


Krajanka z makiem, suszonymi wiśniami i kokosem

100 g masła
130 g golden syrup (najlepiej), złocistego syropu kukurydzianego lub miodu
150 g brązowego cukru trzcinowego
2 łyżeczki przyprawy do piernika

1 łyżka maku
100 g wiórków kokosowych
200 g płatków owsianych (najlepiej drobnych, błyskawicznych)
80 g mąki pszennej
1/2 łyżeczki soli
1 łyżeczka proszku do pieczenia

100 g suszonych wiśni lub suszonej żurawiny (jeśli owoce są bardzo suche i twarde, należy je zalać wrzątkiem na 15-20 minut, a następnie odcedzić na sitku)

W płaskim rondlu rozpuścić masło, cukier i syrop. Dodać przyprawę do piernika i wymieszać.
W misce wymieszać suche składniki i dodać je do masła, energicznie mieszając. Na końcu dodać wiśnie.
Prostokątną formę o wymiarach 20x33 cm wyłożyć papierem do pieczenia i wlać masę.
Piekarnik nagrzać do 180 st C.
Wstawić blachę i piec 20 minut.
Wyjąć z piekarnika, ostudzić w formie przez 15 minut, następnie pokroić w kwadraty.
Ciepła krajanka jest miękka, kiedy ostygnie, lekko stwardnieje, ale środek powinien pozostać delikatnie ciągnący.

Smacznego!

2010-11-21

Pan de Muerto. Meksykańskie bułeczki.





W Meksyku koniec października to czas przygotowań do Święta Zmarłych, które obchodzi się tam 1 i 2 listopada. Cmentarze wypełniają się wówczas mariachis, muzyką, kwiatami i światłem. Nie brak również przygotowanego specjalnie na tę okazję jedzenia, wśród którego zawsze pojawia się Pan de Muerto.
W zależności od regionu, przybiera on różne kształty: bułeczek, kwiatów, czaszek lub zwierząt.  Niektóre z nich są posypane różowym cukrem, inne sezamem. 
Ja skorzystałam z przepisu Maricu, który prowadzi szkołę gotowania w Mexico City. To proste, płaskie bułeczki dekorowane ciastem formowanym na kształt kości. Ciasto jest delikatnie słodkie, aromatyzowane wodą z kwiatów pomarańczy i jednocześnie dosyć intensywne w smaku za sprawą jajek i masła. 
Święto Zmarłych wprawdzie za nami, a Meksyk bardzo daleko stąd, ale nie mogłam odmówić sobie upieczenia tych smacznych bułek.
Przepis na nie umieściłam w Pracowni Wypieków.
Miłej niedzieli!

2010-11-19

Osiecka dzieciom i ciasto daktylowo-bananowe


W zalewie tandetnych książek dla dzieci, gdzie rymy są wyłącznie częstochowskie, pojawiają się lektury, napisane dawno temu, a teraz wznowione.
Kilka dni temu znalazłam w księgarni "Osiecka dzieciom"*. Kilka wierszy, trochę opowiadań. Moja córka lubi wiersze, więc wiem, jak trudno jest znaleźć coś rymowanego, jednocześnie mądrego i dobrze napisanego. Gdzie nie będzie wrażenia, że autor nie trudził się, by znaleźć odpowiedni rym, a brał pierwsze z brzegu słowo, które przyszło mu do głowy.
Wyobrażam sobie starego poetę w okularach w rogowej oprawie, który pisze wiersze dla dzieci, a kiedy brakuje mu "tego słowa", wstaje od biurka, przechadza się po pokoju, drepce w tę i z powrotem. Wygląda przez okno, nakręca stary zegar, później idzie do maleńkiej, ciemnej kuchni i nastawia wodę na (bardzo) mocną herbatę, koniecznie Yunnan.
Stary poeta szuka słów, a ponieważ nie może ich znaleźć, postanawia wypić herbatę, kiedy ostygnie.
Zakłada palto, szalik i zapominając zmienić kapcie na buty, wychodzi do pobliskiego parku z torbą chlebowych okruchów dla ptaków.
- Dzień dobry panie sąsiedzie! - słyszy z naprzeciwka
Dzień dobry, dzień dobry - odpowiada i wraca do domu.
Nie znajduje tego słowa, więc odkłada pracę na jutro.
Agnieszka Osiecka mieszkała niedaleko mojego przedszkola. Wydeptywałyśmy więc te same ścieżki, fizycznie blisko, odległe od siebie o pokolenia.
Wiem, jak pachnie Saska Kępa w maju. Wiem, jak wygląda jesienią.
Nietrudno mi sobie wyobrazić poetkę, kiedy tworzyła, zainspirowana chwilą i miłością do kogoś, do kogo mogła jedynie pisywać długie listy. Lubię jej trafne spostrzeżenia, sięganie po wydarzenia będące tuż pod ręką, bez grzebania w filozoficznych rozważaniach.
Mam taką teorię, że dzieci, bezpośrednie w swych opiniach, rzadko się mylą w kwestii: dobre - słabe. Ta sukienka jest brzydka. Ta piosenka ładna. Dzieci, czułe na harmonię, rytm, proste piękno, wybierają muzykę ludową. Moje wybiera.
Planowałam przeczytać na dobranoc kilka stron z "Osieckiej Dzieciom", ale skończyło się na kilku rozdziałach.
Na drugi dzień słyszałam prośby o piosenkę o Saskiej Kępie i o gęsiach po wyroku. A wracając ze szkoły, moja córka zapytała mnie: Jak możemy oddać cześć tej poetce, bo jestem jej fanką? Hmn, czy ja wiem?
To utwierdziło mnie w przekonaniu, że Osiecka należy do klasyki polskiej poezji. I umiała rymować jak nikt. Jak ten stary poeta, co szedł na spacer, by znaleźć odpowiednie słowo.
Wiem, że niedawno ukazała się korespondencja między Osiecką i Przyborą. Niestety nie udało mi się jej upolować nim w ekspresowym tempie zniknęła z księgarnianych półek, ale wiem, że pod koniec listopada będzie dodruk. Miejcie oczy szeroko otwarte, to z całą pewnością fajny pomysł na prezent.
A do "Osieckiej Dzieciom" kawałek ciasta bananowo-daktylowego.


To następne z wielu ciast bananowych. Będzie ich jeszcze więcej, bo nie potrafię sobie wyobrazić końca moich poszukiwań kolejnych wariacji zapiekania bananów w ciastach i chlebach. Tutaj łączę je z daktylami i w efekcie otrzymuję ciężkie, wilgotne i bardzo słodkie ciasto, które jest długo świeże i tak naprawdę najlepiej by było pozwolić mu dojrzeć przynajmniej przez dzień zawinięte w ściereczkę. To dobra rada, do której nie potrafię się dostosować i kroję je, kiedy jeszcze jest gorące i rozpada się na talerzu.

Ciasto daktylowo-bananowe
/na podst. przepisu Elisabeth M. Prueitt/

155 g mąki pszennej
30 g mąki kukurydzianej
1 łyżeczka cynamonu
2 łyżeczki proszku do pieczenia

250 g (ok. 3 sztuk) bananów, dojrzałych
2 jajka
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
1/2 łyżeczki soli

85 g miękkiego masła
170 g cukru (ciasto przy tej ilości jest bardzo słodkie, można zmniejszyć tę ilość, choć ja tego nie robię)
225 g daktyli, wypestkowanych i drobno pokrojonych

dodatkowo: 1 banan, 2 łyżki cukru

Wymieszać oba rodzaje mąki, cynamon i proszek do pieczenia.
W drugiej misce ugnieść banany, połączyć z jajkami, wanilią i solą. Odstawić.
Masło utrzeć przez ok. 2 minuty, następnie, ucierając, dodawać powoli cukier. Zmniejszyć obroty miksera i połączyć z bananami i daktylami. Na końcu wmieszać sypkie składniki i dokładnie wymieszać.
Piekarnik nagrzać do temp. 170 st C.
Formę keksową o wymiarach 25x12 cm wysmarować masłem, wysypać tartą bułką.
Ciasto wlać do formy. Banana pokroić wzdłuż, potem jeszcze raz wzdłuż i ułożyć na cieście przecięciem w dół. Posypać cukrem. Wstawić do piekarnika i piec 60-70 minut. Ciasto z wierzchu powinno być rumiane, a w środku równomiernie upieczone.

Smacznego!


*Agnieszka Osiecka Dzieciom
Nasza Księgarnia 2010
Cena: 39-49,90 zł

2010-11-17

Kotlety ziemniaczano-rybne


Jest coś kuszącego w połączeniu ryby i ziemniaków. Coś dawnego, ciepłego i domowego.
I choć zwykle wolę rybę przygotowaną jak najprościej, to jednak nie mogę oprzeć się pokusie robienia domowych kotletów. To zamiłowanie sprawia, że co chwilę pojawiają się nowe urozmaicenia.
Dzisiejsze są połączeniem ziemniaków i ryby, a podaję je najchętniej z duszoną czerwoną kapustą doprawioną octem balsamicznym. Można też jeść je z zieloną sałatą albo dowolnym dressingiem.



Kotlety ziemniaczano-rybne

300 g filetów dowolnej białej ryby (jeśli używamy mrożonych, po rozmrożeniu należy je starannie odcisnąć z wody)
300 g ziemniaków, obranych i startych na drobnej tarce
1 jajko
1/2 łyżeczki oregano
1 łyżeczka musztardy (opcjonalnie)
1 ząbek czosnku, drobno pokrojony
1/4 - 1/2 małej cebuli, startej na tarce
sól i pieprz do smaku
olej roślinny do smażenia

Starte na tarce ziemniaki dobrze odcisnąć z nadmiaru płynu. Połączyć z drobno posiekaną rybą. Dodać jajko, czosnek, cebulę. Doprawić solą i pieprzem oraz musztardą.
Na patelni z nieprzywierającą powłoką rozgrzać kilka łyżek oleju roślinnego.
Z masy formować okrągłe kotlety. Układać je na rozgrzanym oleju, zmniejszyć temperaturę do średniej i smażyć kotlety ok. 3-5 minut z każdej strony (czas zależy od wielkości kotletów, warto jednak pamiętać, że nie mogą smażyć się na zbyt dużym ogniu, ponieważ wtedy spalą się z zewnątrz, a w środku pozostaną surowe).
Usmażone kotlety ułożyć na talerzu przykrytym papierowym ręcznikiem.
Podawać z ulubionymi dodatkami.

Smacznego!

2010-11-15

Napoleonki babci i wnuczki



Kilka dni temu zostałam obdarowana książką "W kuchni babci i wnuczki". Jestem pewna, że wielu z Was ma ją na swojej półce nawet o tym nie wiedząc.
Jest to opowieść o dawnej kuchni okraszona domowymi przepisami na dania rodem z kajetu babci.
Bezpretensjonalne potrawy na wszystko to, co chcielibyście ugotować, a nie macie kogo zapytać jak.
Krupnik taki jak dawniej, kaczka z pomarańczami, miodem i alkoholem (przepis na zaledwie 1/4 strony!), Tort Pischinger albo zwykłe wafelki, mazurki.
Bywa tak, że przypomina nam się jakiś smak: surówki, sałatki czy potrawki z kurczaka, który gotował dla nas ktoś, kogo już nie ma. Dzięki tej książce można spróbować go znaleźć.
A na początek historia polskiej kuchni w pigułce. O tym, kto pisał pierwsze książki kucharskie, jak one wyglądały i jak się miały do tego, co gotowano w domach. O podejmowaniu gości i naszych prababkach. Mój Boże, przecież każdy, ale to każdy z nas miał praprababkę, a ona też miała babcie, które miały babcie i tak dalej. Jak często się nad tym zastanawiamy? Ta książka nam o nich przypomni.
A na dokładkę rysunki Szarloty Pawel. Wszyscy miłośnicy komiksów o przygodach Jonki, Jonka i Kleksa z całą pewnością będą wiedzieli, o kogo chodzi.
Tego typu książki nie leżą u mnie bezczynnie, więc na początek proponuję Napoleonki.
Jedno z ulubionych ciastek, oprószone grubą warstewką cukru pudru.
Jeden kęs i wracam do wspomnień malutkiej cukierenki Kowalskiego na warszawskim Grochowie, gdzie napoleonki były równie pyszne jak sokoły.
Były.
Jak już znudzi nam się podejmowanie gości zupą tajską i krewetkami z awokado, zaprośmy ich na krupnik i napoleonkę :-)
Napoleonki

Ciasto:
2,5 szklanki mąki (używałam szklanki o pojemności 250 ml)
2 żółtka
1/2 szklanki śmietany
szczypta soli
kostka masła (pamiętając o tym, co było dawniej, użyłam 250 g)
cukier puder do posypania

Krem:
2 szklanki mleka
szklanka cukru
szklanka mąki
4 jajka
2 łyżki masła
cukier waniliowy

1. Zagnieść szybko ciasto, rozpoczynając od posiekania tłuszczu z mąką, potem dodać sól, żółtka i śmietanę. Włożyć do lodówki na 1/2 godziny.
2. Po wyjęciu ciasta z lodówki upiec 2 cienkie placki na dużej blaszce* (w temp. ok. 220 st C, po 15 minut).
3. Przygotowanie kremu: utrzeć jaja z cukrem na puszystą masę.
4. Przesianą mąkę wymieszać z częścią zimnego mleka, dodać do utartych jajek, a następnie wlać na wrzące mleko i gotować stale mieszając, aż krem zgęstnieje. Na końcu dołożyć masło, zgasić ogień i jeszcze chwilę mieszać.
5. Ostudzony krem (moja uwaga: ciepły krem warto przykryć folią aluminiową, by nie robił się na nim kożuch) nałożyć między dwa placki ciasta, równomiernie obciążyć je na godzinę. Następnie po wierzchu posypać cukrem pudrem i pokroić na kwadratowe ciastka.

Smacznego!

*Przepis nie precyzuje wielkości blaszki. Moja rada jest taka: spróbujcie jak najcieniej rozwałkować ciasto i dopasujcie to do blachy.

2010-11-13

Ulubione zupy, ulubiony barszcz.


Zupy to bez wątpienia nasza specjalność. Uważam, że Polacy mogą pochwalić się naprawdę szeroką gamą tego dania. Spójrzmy - począwszy od mlecznych, przez owocowe, później kwaśne, ostre, słodkawe. Od lekkich bulionów, przez rosoły, zawiesiste gulasze i kremy. Chyba nie ma nic lepszego i bardziej zaspokajającego pierwszy głód niż talerz domowej zupy podany z kromką chleba, ryżem lub makaronem.
Lubię przeróżne zupy. Gotuję je prawie codziennie, zdarza mi się jeść je na śniadanie.
Jedną z moich ulubionych jest barszcz. Nie umiałam gotować dobrego barszczu, więc poprosiłam kogoś, kto robi to lepiej ode mnie, o lekcję. W tym czasie wszystko dokładnie spisałam.
Lubię różne rodzaje barszczu: delikatny barszczyk do popijania krokietów czy kulebiaka, barszcz, do którego można dodać kilka łyżek puree ziemniaczanego i śmietanę, ukraiński. Dzisiejszy jest prostą, domową wersją. Czasem używam bulionowych kostek ekologicznych, nigdy tych z glutaminianem sodu, którego nie akceptuję w swojej kuchni.
Ciekawa jestem, jakie są Wasze ulubione zupy. Podzielicie się ze mną?
Miłego weekendu!



Mój ulubiony barszcz

2 średniej wielkości marchewki
1 cebula, obrana i drobno posiekana
3 średniej wielkości ziemniaki
5 niezbyt dużych buraków
ok 1,2 -1,5 litra* wywaru warzywnego lub wody (można dodać 1 ekologiczną kostkę bulionową bez glutaminianu sodu)
2- 3 łyżki masła do podsmażenia warzyw
2-3 łyżki oliwy lub oleju
1 mały koncentrat pomidorowy (ok. 30-50 g)
1 pęczek posiekanego koperku
1/2 opakowania śmietany

Na patelni rozpuszczamy masło i olej. Dodajemy obrane i startą na tarce marchew i posiekaną cebulę. Dusimy kilka minut, aż warzywa zmiękną. Dodajemy koncentrat pomidorowy i ew. kostkę bulionową.
W tym czasie obieramy buraczki i kroimy je w słupki. Zalewamy wywarem lub wodą i gotujemy ok. 10-15 minut - kiedy się zagotuje, wsypujemy 1 łyżeczkę cukru i soli (jeśli używamy kostkę, sól pomijamy).
Ziemniaki obieramy, kroimy w kostkę i gotujemy do miękkości w odolonej wodzie.
Warzywa dodajemy do garnka, gotujemy kilka minut, dodajemy ziemniaki. Na końcu siekany koperek i kilka łyżek śmietany wymieszanej wcześniej w miseczce z barszczem.

Smacznego!

*ilość zależy od wielkości warzyw, może okazać się, że należy wlać nieco więcej




2010-11-11

Zew natury



"Życie Guya zmierzało donikąd..." przeczytałam na tylnej okładce książki.
Guy to młody gość, który żył, jak inni: dom, żona, dwoje małych dzieci i praca, która jednego dnia daje satysfakcję, drugiego zaś uświadamia mu, że jest drogą donikąd.
Dom na kredyt, długi na karcie kredytowej i potrzeba, by coś zmienić. Tylko co?
Każdego dnia spędza trzy godziny w samochodzie, by dojechać do i z biura i podczas tych podróży, rozmyśla nad najbardziej dzikimi miejscami na mapie świata. Sięga pamięcią do powieści Jacka Londona i marzy o tym, by odwiedzić zakątki, które opisywał. Odwiedzić? To złe słowo. Poczuć, przeżyć, odkryć dla siebie. Zbudować chatkę i zmierzyć się z naturą.
Pomysł jest szalony. Guy sam ma siebie za nieudacznika, a jego powątpiewania znajdują potwierdzenie w oczach żony.
Nieśmiało szuka informacji, a potem postanawia zaryzykować i idzie na żywioł. Wybiera Alaskę.
Ku jego zaskoczeniu szef, zamiast zwolnić go z pracy (czego się spodziewał), podejmuje temat i zgadza się na jego wyprawę pod warunkiem, że raz w tygodniu dostarczy artykuł na temat swojej wyprawy.
Czy człowiek, który nie potrafi złożyć szafki z Ikei jest w stanie zbudować od podstaw chatkę w dzikim zakątku świata i przeżyć rok z dala od cywilizacji? Stanąć oko w oko z niedźwiedziem ważącym pół tony?
Lektura o pokonywaniu własnych słabości i dzikiej przyrodzie, gdzie nie ma markowych ubrań, nowszych modeli samochodów i Tańca z gwiazdami.
Są gwiazdy, ale bez tańca. Dzikie i piękne.
Polecam!


*Guy Grieve
Zew natury. Moja ucieczka na Alaskę.
Wydawnictwo Dolnośląskie , Czerwiec 2010
Cena: 39,90 zł




2010-11-10

Retro ryż


Pewnego jesiennego dnia wróciłam do domu i przypomniał mi się zapach dania z przeszłości, kiedy jako mała dziewczynka siadałam na kuchennym stołku i wypatrując przez okno gawronów kraczących wśród wysokiej topoli, czekałam na podwieczorek.
Zastanawiam się, czy gdzieś na świecie podaje się ryż w ten sposób. Owszem, jest pudding ryżowy, ale to przecież nie to samo.
Pamiętam wersje bardziej pracochłonne, z ryżem gotowanym na mleku, łączonym z tartymi jabłkami, cynamonem, rodzynkami, zapiekanym pod cienką skorupką masła i cukru. Trzeba było poczekać, aż ostygnie, a później zeskrobywało się łyżeczką zapieczone brzegi.
Była też wersja ekspresowa: gotowany ryż połączony z jabłkami i śmietaną.
Smak mojego dzieciństwa.
Wczoraj przypomniało mi się jeszcze jedno dziecięce danie: ryż z jagodami ze słoika.
Latem zbieraliśmy jagody, upychaliśmy je z cukrem w litrowych słoikach, a zimą dziadek schodził do piwnicy i przynosił na górę jagodowe kompoty, które podgrzewaliśmy i łączyliśmy z ryżem i dużą porcją bitej śmietany i cukru waniliowego.
Byłam niejadkiem, ale tych dań zjadłam niezliczone porcje.
Daleki, ciepły wiatr przyniósł zagubione wspomnienia. Niebo było różowe jak w bajce, księżyc jak cienki sierp wisiał nad miastem. A ja, zupełnie tak, jak kiedyś ktoś mi bliski, gotowałam danie, którego nie jadłam całe wieki. I kiedy zaczęłam, nie mogłam przestać.
Poniżej podaję nową wersję tego, co kiedyś tak bardzo mi smakowało. Urozmaicony klasyk wyciągnięty z czeluści wspomnień.

Ryż z ciepłymi jagodami i kruszonką

200 g jagód (o tej porze roku korzystam z mrożonych owoców)
100 g drylowanych wiśni (jw), opcjonalnie
2-3 łyżki cukru trzcinowego

Kruszonka:

50 g miękkiego masła
50 g mąki
50 g drobnego cukru (najlepiej brązowego)
2 łyżki płatków migdałów (opcjonalnie)

ok. 2 szklanek ugotowanego, ciepłego ryżu

Ceramiczną formę (moja jest kwadratem o boku ok. 25 cm) posmarować delikatnie masłem. Wsypać owoce wymieszane z cukrem.
Składniki kruszonki (oprócz migdałów) wymieszać w miseczce - łyżką lub palcami, aż utworzą się grudki. Posypać owoce kruszonką i migdałami. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 190 st C i piec ok. 30 minut - owoce puszczą dużo soku, ale nie należy się tym przejmować, tak ma być.
Ugotowany ryż przełożyć do miseczek, połączyć z owocami z kruszonką, na wierzchu położyć łyżkę śmietany.

Smacznego!




2010-11-08

Twoje pierwsze ruskie pierogi?


Moje pewnego dnia po powrocie ze szkoły.
Pierwsza miłość, kwiaty we włosach, wiosna u progu lata. I mama mojego chłopaka, która była w nich mistrzynią.
Pierwszy łyk piwa, pierwszy łyk mocnej kawy.
Cierpki smak pierwszych zielonych oliwek, intrygujący i niemal hipnotyzujący smak marakui.
Wszystko, co pierwsze, zapada głęboko w pamięć.
Zwłaszcza to, co wydawało się zupełnie nam obce.
Pierwsza miłość, a może druga?
Dawno temu zapisałam proporcje tamtych pierogów i robię je prawie zawsze tak samo.
I niestety nigdy nie mam ich dość.
Szczerze mówiąc, nie planowałam publikowania przepisu na pierogi - chyba każdy wie, przynajmniej mniej więcej, jak się je robi, ale dostawałam tyle maili z pytaniem o mój sposób, że voilà!

Po pierwsze: cienkie i miękkie ciasto. Po drugie: farsz, w którym ser nie dominuje. Po trzecie: mogą być z wody, ale najlepsze są podsmażone na patelni, podane z kwaśną śmietaną i siekanym koperkiem. Obowiązkowo. W wersji lux ze szklanką zsiadłego mleka.
Wystarczy zapamiętać proporcje 1:3, gdzie jeden to twaróg, a trzy to ugotowane ziemniaki. Do tego drobno posiekana i uduszona na patelni cebula, którą duszę na małym ogniu, by była miękka i złota.
Bywa i tak, że dodaję bryndzę albo kozi ser. Jeśli kozi, to do śmietany wsypuję siekany szczypiorek.
Idealne ciasto powstaje z mąki połączonej z ciepłą, przegotowaną wodą. Bez jajek.
A czy Wy lubicie ruskie pierogi?


Tradycyjne ruskie pierogi

Ciasto:
300 g mąki
ok. 200 ml ciepłej, przegotowanej wody (wodę dolewamy do ciasta stopniowo)

Farsz:
ok. 450 g ugotowanych ziemniaków
150 g twarogu
1 średniej wielkości cebula, pokrojona drobno i uduszona na kilku łyżkach oleju roślinnego
sól i pieprz do smaku

Do podania:
kwaśna śmietana
koperek
lub podsmażona cebulka


Na środku blatu usypujemy kopczyk z mąki, następnie wlewając powoli wodę, zagniatamy miękkie ciasto, które nie powinno kleić się do rąk. Przełożyć do miski, przykryć wilgotną ściereczką, by nie wysychało.
Ziemniaki przecisnąć przez praskę lub zmielić w maszynce - jeśli nie mamy jednego lub drugiego, można je dokładnie ugnieść widelcem. Ziemniaków nie należy miksować.
Połączyć je z twarogiem i cebulą, doprawić solą i pieprzem.
Ciasto rozwałkować cienko i szklanką wykrawać kółka. Na każdy placuszek położyć farsz - im więcej, tym lepiej, byle pierogi można było łatwo zlepić. Jeśli chcemy, do lepienia pierogów można wykorzystać specjalną foremkę, ja jednak zwykle lepię je ręcznie.
Ułożyć na stolnicy delikatnie obsypanej mąką.
W dużym garnku zagotować wodę z solą. Wrzucać po kilka pierogów i gotować kilka minut - w zależności od wielkości pieroga i grubości ciasta, zajmie to maksymalnie 5 minut. Ja zawsze wyjmuję jednego pieroga z wody i sprawdzam czy jest ugotowany.
Podawać z duszoną cebulką lub śmietaną.

Smacznego!

2010-11-06

U Marcina Mellera

Miło mi poinformować, że jutro w Radiu Roxy FM od 15 do 16 będę gościem Marcina Mellera.
Trzymajcie kciuki, to będzie mój pierwszy raz na żywo:)
Do usłyszenia!

2010-11-05

Książka na weekend i pyszny sernik krakowski


W Auchan premiera ozdób świątecznych, choinek i słodyczy. Dziad (tym razem bez Baby) buszował w dziale z elegancko upakowanymi na półkach zestawami dezodorantów, mydeł i płynów do kąpieli.
Jeszcze wszystko takie ładne i wybór przeogromny. Nic, tylko kupować, na później. Upychać na dnie szafy między kożuchem pachnącym naftaliną a wysokim stosem pościeli prosto z magla. Może Baba nie znajdzie przed świętami. Sama już nie pamięta, co trzyma w szafie.
Starość nie jest w modzie, a ja lubię starych, mądrych ludzi. Takich, którzy nie zatrzymali się na powiedzeniu: za komuny było lepiej. Nie mam już dziadków, nie mogę zapytać o stare zwyczaje. Mogę sięgać do zakątków swojej pamięci albo słuchać innych, którzy mają coś do powiedzenia.
W tym tygodniu wybrałam się po kolejną lekturę. Miałam ochotę na coś nowego, biograficznego. Obok nużących wyznań dziennikarek, psychologów i aktorów, znalazłam na półce zbiór felietonów i wywiadów napisanych przez Andrzeja Łapickiego*, zebranych przy udziale jego żony, Kamili.

Większość z nich została napisana do Rzeczpospolitej. To krótkie teksty o tym, co było i o tym, co jest, przez pryzmat wspomnień autora, którego pamięć jest ostra jak brzytwa.
Cieszy mnie, że dzięki kontrowersyjnemu małżeństwu, Andrzej Łapicki ma okazję być współczesnym celebrytem (a nie tylko legendarnym aktorem), bo ma do powiedzenia coś więcej niż wynurzenia na temat nieudanego małżeństwa czy polityki.

Podobają mi się jego opowiadania o starej Warszawie - gdzie się chodziło, co wystawiano w teatrach, co było modne, a czego nie wypadało. Pisane z nutą nostalgii, ale bez sztampy i ciekawie.
Ale nie mniej niż felietony, lubię wywiady, a raczej rozmowy, które dla potrzeb tej książki przeprowadziła z nim żona. W przeciwieństwie do poważnego krytyka czy wszystkowiedzącego znawcy, Kamila rozmawia z nim w sposób bezpośredni, bez owijania w bawełnę, z ciekawością charakteryzującą niemal każdą młodą osobę. I zadaje pytania, których próżno szukać w gazetach.
Rozmawiają niemal o wszystkim: począwszy od teatru, przez życie codzienne, na pościgach paparazzich kończąc. Forma tej lektury, nie mająca nic wspólnego z wywiadem-rzeką (za którymi, tak na marginesie, nie przepadam), jest zachęcająca. 
Warto sięgnąć do tej książki. Jak zaczęłam ją czytać, nie mogłam się oderwać. Polecam na weekend.


A do książki sernik krakowski.

Mam dobrą rękę do serników, bardzo lubię je piec. A ten jest jednym z najlepszych, jakie udało mi się zrobić. Ciężki, konkretny, ogromny. Z prawdziwego sera. Ale jeśli nie chce nam się wyciągać z szafki maszynki do mielenia, można kupić ser w wiaderku. Czemu nie?

Sernik krakowski
/na podst. przepisu Pierre'a Herme/

Spód:
250 g mąki
125 g cukru pudru
ziarenka z 1 laski wanilii (lub łyżeczka ekstraktu z wanilii)
125 g masła
1 jajko

Z podanych składników szybko zagnieść ciasto (można mikserem, ale wówczas należy miksować tylko do momentu, aż składniki zaczną się sklejać. Zbyt długo wyrabiane ciasto kruche, po upieczeniu jest twarde).
Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię i schłodzić w lodówce przez 30-40 minut.
Następnie 2/3 - 3/4 ciasta (ta ilość zależy od tego, ile chcemy zostawić na paski ozdabiające wierzch sernika) rozwałkować na prostokąt, którym wyłożyć dno formy wysmarowanej masłem i lekko wysypanej bułką tartą (autor nie podaje wielkości, użyłam prostokątnej formy o wymiarach 26x30 cm).
Resztę ciasta zawinąć w folię i schować do lodówki.
Piekarnik nagrzać do 180 st C. Spód ciasta ponakłuwać, wstawić do piekarnika i podpiec 15 minut.

W tym czasie przygotować masę serową:

1 kg twarogu trzykrotnie mielonego
8 jajek, osobno białka i żółtka
100 g miękkiego masła
250 g cukru pudru
3 łyżki cukru waniliowego
3 łyżki mąki ziemniaczanej (pominęłam)
100 g rodzynek (ważne, by były to małe rodzynki bez pestek)
1 żółtko, roztrzepane
lukier (zrobiłam go ze 150 g cukru pudru połączonego z sokiem wyciśniętym z ok. 1/2 cytryny)

Masło włożyć do dużej miski, dodać 200 g cukru i cukru waniliowego i ucierać na krem. Kiedy masa będzie jasna, dodawać po 1 żółtku, a następnie po łyżce twarogu. Ucierać tak długo, aż wszystkie składniki dobrze się połączą.
Białka ubić w drugiej misce na sztywną pianę, pod koniec ubijania dodać pozostałe 50 g cukru pudru.
Do masy dodać rodzynki i mąkę ziemniaczaną (jeśli jej używamy). Następnie powolnym, ale zdecydowanym ruchem wmieszać pianę z białek.
Masę wlać na podpieczony spód.
Z reszty ciasta formować wałeczki i układać je na wierzchu sernika tworząc kratkę. Posmarować kratkę żółtkiem i wstawić do piekarnika. Piec 50-60 minut.
Po upieczeniu, wyłączyć piekarnik, uchylić drzwiczki i pozwolić sernikowi ostygnąć.
Ten sernik, jeśli jest dobrze zrobiony i upieczony, nie powinien opaść.

Po ostudzeniu, kiedy sernik będzie zimny, polukrować.
Najlepiej kroić go następnego dnia.

Smacznego!


*Andrzej Łapicki
"Nic się nie stało!"
Świat Książki 2010
cena 29,90 zł

2010-11-04

Moja ulubiona zupa brokułowa


Dziś krótko. Zapraszam na moją ulubioną zupę brokułową.
Do przeczytania jutro. Miłego wieczoru!

Moja ulubiona zupa brokułowa


1 łyżka masła + 1 łyżka oliwy z oliwek
1 cebulka dymka lub kawałek zwykłej cebuli, drobno pokrojonej
1 ząbek czosnku, zgnieciony lub pokrojony w cienkie plasterki
300-400 g ziemniaków, obranych i pokrojonych w kostkę
400 g brokułów, bez łodygi
1 litr wywaru warzywnego, drobiowego lub wody (można dodać ekologiczną kostkę bulionową bez glutaminianu sodu)
2 łyżki kremowego serka (mascarpone, ricotta, kozi) lub śmietany
sól i pieprz do smaku
grzanki*

W garnku podgrzać masło z oliwą. Dodać cebulę i ziemniaki, poddusić 10 minut na małym ogniu często mieszając. Dodać wywar i brokuły. Przykryć garnek przykrywką i gotować 15 minut, aż warzywa zmiękną. Lekko ostudzić, zmiksować, dodać ser i doprawić.
Podawać z grzankami.

Smacznego!

*Na głębokiej patelni rozgrzewam łyżkę oliwy i łyżkę masła. 2-3 kromki bułki (lub brioszki) kroję w kostkę, podsmażam ok. 3-5 minut na złoto.

2010-11-02

Pizza z tuńczykiem i chilli


Czasem są takie dni, wolne od szkoły i pracy, kiedy można snuć się po domu, oglądać bajki, jeść naleśniki z marcepanem, rysować mamuty. Dni, kiedy nic nie trzeba, wszystko wolno.
Siedzimy w łóżku, pijemy kolejny kubek cytrynowej herbaty, czytamy zaległe "Wprost" i odrabiamy pracę domową.
Mamo, opowiedz mi o wszystkich głupich rzeczach, które robiłaś, kiedy byłaś dzieckiem.
Opowiadam o głupich rzeczach, koloruję tylko równo jakieś malowanki i cieszy mnie myśl, że wczoraj nie zapomniałam kupić ani masła ani mleka. Wszystko mam, niczego nie potrzebuję i nigdzie nie muszę iść.
W takie dni uwielbiam jeść puree ziemniaczane, naleśniki albo pizzę. Wszystko, co komfortowe i samo się robi. To, co możemy zrobić razem, bez trudu.
I pizzę z tuńczykiem, która (prawie) sama się robi.
Wszystkim, którzy lubią domową pizzę, polecam kupienie specjalnego kamienia, dzięki któremu pizza ma idealnie chrupiące ciasto i bardzo szybko się piecze.
Kamień sprawdza się również przy okazji wypieku pieczywa.

Pizza z tuńczykiem i chilli
/na podst. przepisu Johna Lanzafame/
1 pizza o średnicy 30 cm

Ciasto:
160 g mąki pszennej
1 łyżeczka soli
2 łyżeczki oliwy
1 łyżeczka suszonych drożdży instant
100 ml ciepłej wody

Wierzch:
sos pomidorowy (125 g pomidorów z puszki wymieszać z 2 łyżkami drobno posiekanego oregano lub bazylii)
2 łyżki posiekanej natki pietruszki
100 g tuńczyka z puszki (w przepisie był w oleju, użyłam z wody)
suszone płatki chilli, do smaku


Drożdże, sól i ciepłą wodę wymieszać w misce.
Wmieszać oliwę i odstawić na 10 minut.
Dodać mąkę i zagniatać 15 minut lub do czasu, aż ciasto będzie elastyczne i gładkie.
Z ciasta uformować kulę, posmarować ją delikatnie oliwą, przełożyć do miski, przykryć i odstawić do wyrastania na ok. 1-1,5 h.
Kamień do pieczenia pizzy włożyć do piekarnika i nagrzać do temp. 250 st C.

Wyrośnięte ciasto rozwałkować na okrąg o średnicy 30 cm.
Posmarować je sosem pomidorowym, posypać połową natki pietruszki i ułożyć tuńczyka. Posypać płatkami chilli, później mozzarellą. Pizzę położyć na rozgrzanym kamieniu i piec ok. 5-8 minut, aż ciasto będzie wyraźnie rumiane na brzegach.

W tym czasie połączyć w misce składniki na:

Dressing
2 łyżki posiekanych zielonych oliwek
1 łyżka drobno posiekanej czerwonej cebuli
1/4 małej, wypestkowanej i drobno pokrojonej papryczki chilli
2 łyżki soku z cytryny
30 ml oliwy z oliwek

Wyjąć pizzę z piekarnika, na wierzchu ułożyć dressing.

Smacznego!