2010-10-31

Słodko-słone karmelowe brownie.




Dawno nie piekłam brownie. Tak dawno, że zapomniałam, jak bardzo je lubię.
Dzisiejsze zrobiłam na podstawie przepisu z amerykańskiej kafejki Baked, która słynie przede wszystkim z powodu najlepszych brownies. Podobno ich sława zaczęła się pół roku po otwarciu,
w dniu, w którym Oprah Winfrey na łamach swojego magazynu "O" powiedziała, że ich ciastko należy do jej ulubionych. Na efekty tego stwierdzenia nie trzeba było długo czekać i zamówienia posypały się jak z rękawa.
Matt Lewis i Renato Poliafito, bo oni są założycielami Baked, wydali dwie książki, w których przedstawiają swoje interpretacje najbardziej znanych klasycznych ciast amerykańskich. 
Nie, nie wszystko jest oblane różowym kremem. Nie, muffin nie jest wielkości tortu.




Solony karmel, intensywne, słodko-słone ciasto. Dużo (bardzo, bardzo dużo) kalorii. Zastanawiam się, to ma ich więcej czy baklava? Ale dziś to nieważne. 
Miłej niedzieli :)

Słodko-słone karmelowe brownie

Karmel:
1 szklanka* cukru
2 łyżki syropu kukurydzianego
1/4 szklanki wody
1/2 szklanki śmietany 36%
1 łyżeczka soli morskiej
1/4 szklanki kwaśnej śmietany (użyłam 18%)

Ciasto:
1 i 1/4 szklanki mąki pszennej
1 łyżeczka soli morskiej
2 łyżki ciemnego kakao
300 g gorzkiej czekolady 70%
200 g masła, pokrojonego w kostkę
1,5 szklanki cukru białego (użyłam 1 szklanki)
1/2 szklanki cukru brązowego trzcinowego
5 dużych jajek, w temp. pokojowej
2 łyżeczki ekstraktu z wanilii

Najpierw robimy karmel:

W średnim rondelku podgrzewamy cukier, syrop i wodę. Gotujemy na dużym ogniu do czasu, aż płyn będzie bursztynowy (ok. 6-8 minut, należy uważać, bo karmel bardzo łatwo spalić), jeśli dysponujemy termometrem cukierniczym, to karmel jest gotowy, kiedy osiągnie temp. 350 st F.
Zdjąć z ognia, wmieszać śmietanę 36% (ostrożnie, będzie pryskać), później sól, na końcu śmietanę kwaśną. Dokładnie wymieszać i odstawić.

Formę o wymiarach: 22,5 x 32,5 cm, wyłożyć papierem, posmarować masłem.
Piekarnik nagrzać do 175 st C.
Czekoladę i masło rozpuścić w kąpieli wodnej (włożyć do naczynia, które ustawić na garnku z gotującą się wodą tak, by naczynie nie dotykało do wody). Wyłączyć ogień. Wmieszać oba rodzaje cukru, następnie wbijać po jednym jajku i dokładnie mieszać (nie wolno miksować). Na końcu dodać wanilię.

W drugiej misce połączyć mąkę, sól i kakao i dodać je do masy energicznie mieszając.

Połowę masy wlać do blaszki. 3/4 szklanki** karmelu rozprowadzić po cieście - karmel nie powinien dotykać ścienek blaszki, bo podczas pieczenia się spali.
wlać drugą połówę masy i wstawić do piekarnika.
Piec 30 minut.
Wyjąć z piekarnika i ostudzić.
Gotowe pokroić na kwadraty, można oprószyć płatkami soli i cukrem.
Podawać z karmelem.

Smacznego!


*używałam filiżanki o pojemności 220 ml
** karmelu będzie więcej niż 3/4 szklanki, ale resztą polewamy ciasto przed podaniem

2010-10-28

Tamka 43

Copyright 2010 whiteplate.blogspot.com

Dosyć często jeżdżę ulicą Tamka w Warszawie. Z zainteresowaniem śledziłam budowę budynku, który wyrósł naprzeciw Muzeum Fryderyka Chopina i jest jednym z piękniejszych w Warszawie. Jest dowodem na to, że stara architektura idealnie współgra z nowoczesną.  Że nie trzeba robić kopii i budować wieżyczek, by dopasować się do otoczenia.
Dzięki Czytelnikowi*, który pod postem o warsztatach z Amaro polecił mi restaurację Tamka 43, odkryłam nowe (otwarte zaledwie osiem tygodni temu) miejsce na kulinarnej mapie stolicy. Miejsce idealnie wpisujące się w trend, o którym ostatnio tak dużo piszę - nowej, ciekawej kuchni kreowanej przez pasjonatów.
Nie zdziwiłam się, kiedy w połowie obiadu powiedziano mi, że szef kuchni, Robert Trzópek, pracował w El Bulli i Nomie. Wygląda na to, że rośnie nam rzesza uczniów najlepszych nauczycieli.
Restauracja znajduje się w Centrum Chopinowskim, w którym można kupić pamiątki i książki związane z kompozytorem, a przy okazji napić się herbaty w kawiarni, która znajduje się na dole lub przejść do restauracji położonej na pierwszym piętrze budynku.
Nowoczesne, ale przytulne wnętrze utrzymane w oliwkowo-szarych kolorach, betonowe ściany przełamane zielenią, wygodne fotele i stoliki na tyle od siebie oddalone, że można poczuć się swobodnie zarówno podczas biznesowej, jak też prywatnej kolacji czy obiadu.
Z okien roztacza się widok na odrestaurowane Muzeum Chopina, a wewnątrz, za dnia, panuje niezwykle przyjemna atmosfera.

Copyright 2010 whiteplate.blogspot.com

Lunch w restauracji kosztuje 59 zł i składa się z przystawki, dania głównego i deseru. Jeśli nie chcemy zestawu, można zamówić dowolną pozycję z karty.
Obowiązują dwa rodzaje menu - w jednym zaprezentowano dania, które lubił Fryderyk Chopin, w drugim sezonowe, eleganckie potrawy.
Wieczorem karta się zmienia.
Wybraliśmy krem z dyni z prażonymi pestkami (20 zł), sałatkę z topinamburu (28 zł). Dania główne: okoń morski z pasternakiem i sosem z miodu pitnego (42 zł) oraz risotto grzybowe z borowikami (32 zł), które dodatkowo zostało oprószone płatkami białej trufli z Piemontu. Na deser tarta jabłkowo-migdałowa i tarta czekoladowa z lodami kawowymi (każda po 18 zł) i perfekcyjnie przygotowane cappuccino.



Świetnie trafiłam. Moja zupa była wyborna: delikatny, niezbyt gęsty krem, idealnie przyprawiony i skropiony oliwą z pestek dyni. Drugą przystawkę stanowiła mieszanka zielonych warzyw i ziół, które nie miały nic wspólnego z sałatą lodową z pobliskiego sklepu. Dodatek świeżych, młodych orzechów włoskich i delikatnego dressingu dopełnił dzieła.
Okoń morski z chrupiącą skórką dobrze współgrał ze słodkim sosem z miodu, gładkim puree z pasternaku i młodą brukselką, ale najbardziej ze wszystkiego smakowało mi risotto - idealnie ugotowane i doprawione, w ilości, którą spokojnie mogłam zjeść ze smakiem i mieć ochotę na coś słodkiego.
Najsłabszym punktem były desery - dość suche ciasto czekoladowe i tarta jabłkowa na grubym, ciężkim cieście. Pocieszeniem były waniliowe i kawowe lody o kremowej konsystencji. Zamiast dużego kawałka przeciętnego ciasta, które poziomem nie dorównuje pozostałym, bardzo smacznym daniom, wolałabym lekki deser, na przykład ciepły mus z białej czekolady. Wierzę, że szef kuchni na tym polu jeszcze nie powiedział ostatniego słowa :)
Dyskretna, kompetentna obsługa, spokojna muzyka w tle i... inni goście, których brak zawsze mi doskwiera w restauracjach. Jestem bowiem zdania, że restauracja bez gości jest jak samochód bez silnika.
Kiedy wychodziliśmy, z radością odkryłam, że położona na parterze kawiarnia jest niemal po brzegi wypełniona ludźmi, z których część zapewne wyszła z Muzeum Chopina.
Dla tych, którzy podróżują samochodem informacja, iż po drugiej stronie ulicy znajduje się strzeżony parking.

Gdyby nie deser, restauracja dostałaby u mnie najwyższe noty, ale mimo to z całą pewnością jeszcze nie raz do niej wrócę.

Tamka 43
Restauracja, kawiarnia, wine bar
Warszawa, ul. Tamka 43
tel. (0048) 22 44 16 234
Otwarte:
Kawiarnia: 10-23
Restauracja: Lunch: 12-15, Kolacja: 18-22, Niedziela: Zamknięte
strona www

*Dziękuję :)

2010-10-27

Zjedzmy coś. Klopsiki w sosie pomidorowym?





Odchodząc od tematu nowoczesnej kuchni i restauracji, chciałabym zaproponować Wam dzisiaj coś domowego, smacznego i pożywnego.
Idealne danie na jesienne smutki, które z przyjemnością jedzą dzieci.
Można je zrobić wcześniej, podobnie jak sos pomidorowy, a później tylko ugotować makaron.
Te pyszne klopsiki przygotowałam z łososia. Zastąpiłam nim proponowanego w przepisie tuńczyka.
Nie miałam natki, wykorzystałam więc inne zioła.
W połączeniu z sosem pomidorowym i makaronem stanowią bardzo smaczny, pożywny obiad.

Klopsiki z łososia w sosie pomidorowym
/3-4 porcje/
/na podst. przepisu Jamiego Olivera "Włoska wyprawa Jamiego"/

Sos pomidorowy:

1 mała cebula
4 ząbki czosnku
oliwa do smażenia (3-4 łyżki)
1 łyżeczka suszonego oregano
2 puszki po 400 g pomidorów pellati
ocet z czerwonego wina (użyłam 3-4 łyżek)
sól i pieprz do smaku
1 pęczek grubo posiekanej natki pietruszki (zastąpiłam bazylią)

Klopsiki:

oliwa z oliwek (kilkanaście łyżek)
400 g tuńczyka lub miecznika (zastąpiłam pozbawionym ości filetem łososia bez skóry)
50 g orzeszków piniowych
1 łyżeczka mielonego cynamonu
1 łyżeczka suszonego oregano
1 garść posiekanej natki pietruszki (zastąpiłam koperkiem)
100 g bułki tartej (użyłam czerstwej bułki, którą namoczyłam w mleku i po odciśnięciu dodałam do reszty składników)
50 g świeżo startego parmezanu
2 jajka
sok z 1 cytryny

Sos pomidorowy:

Rozgrzać oliwę, poddusić na niej drobno pokrojoną cebulę i posiekany czosnek (ok. 5-7 minut).
Dodać oregano, pomidory, ocet. Dusić 15 minut. Przyprawić solą, pieprzem i ew. octem lub szczyptą cukru.
Można zmiksować (ja tego nie robię, L.)

Klopsiki:

Oliwę (2-3 łyżki) rozgrzać na dużej patelni.
Rybę pokroić w kostkę 2,5 cm i wrzucić ją na patelnię razem z orzeszkami i cynamonem. Doprawić lekko solą i pieprzem i smażyć ok. minuty lub tyle, by orzeszki lekko się zrumieniły. Zdjąć z ognia, lekko przestudzić, dodać pozostałe składniki i maczając ręce w wodzie, formować niewielkie klopsiki (wielkości piłki golfowej). Jeśli masa jest zbyt kleista, dodać wiecej tartej bułki (ale nie przesadzałabym z jej ilością).
Klopsiki układać na talerzu lekko posmarowanym oliwą i schłodzić w lodówce przez godzinę.

Na patelni rozgrzać resztę oliwy, partiami smażyć klopsiki na niedużym ogniu, obracając je tak, by rumieniły się równomiernie). Osuszyć na papierowym ręczniku.
Usmażone połączyć z sosem, nakładać na talerze, oprószyć ziołami. Podawać z makaronem (ja wykorzystałam spaghetti).

Smacznego!

2010-10-26

Blow Up Hall 50 50

Copyright 2010 whiteplate.blogspot.com

Copyright 2010 whiteplate.blogspot.com
Kiedy myślę: Poznań, widzę Stary Browar.
Tak bardzo oderwany od szarej rzeczywistości. Miejsce, które mogłoby być wizytówką dowolnego europejskiego miasta. I kiedy w nim jestem, mniej mnie interesują sklepy, a bardziej cała reszta - przestrzeń i jej harmonia, technologiczne rozwiązania, materiały, którymi wyłożona jest podłoga i sztuka, która jest tu obecna niemal na każdym kroku.
Jestem wrażliwa na piękno i harmonię - lubię czytać o złotym podziale, podziwiać nowoczesną architekturę, która zaprojektowana wedle starych zasad, pozostanie ponadczasowa i fascynująca.
Nie lubię wnętrz, które coś udają, sztucznych kwiatów, styropianowych stiuków, braku proporcji i chaosu.
W sierpniu spacerowaliśmy po Starym Browarze i kiedy postanowiliśmy coś zjeść, trafiliśmy do restauracji ukrytej w jednym z korytarzy.
Wszystko było czarno-białe, jak we współczesnej wersji Alicji w Krainie Czarów. Próbowaliśmy dań:
przegrzebków na makaronie Udon ze szparagami (60 zł), smardzów na musie selerowo-pietruszkowym z oliwą truflową (55 zł), polędwicy z dorsza duszonej na maśle, podanej z czarnymi pierożkami wypełnionymi brokułami (80 zł), sandacza ze świeżymi kurkami i risotto z buraczkami (95 zł). Niejadek dostał porcję na miejscu przygotowanych gnocchi. Najbardziej zaskakujące były desery: bliny podawane z kawiorem z jabłka, kwaśną śmietaną i lodami (30 zł), mus czekoladowy z rabarbarem i sosem truskawkowym (32 zł) i creme brulee z trzema galaretkami (28 zł).
Dania wpisują się w trend nowoczesnej kuchni zwanej cross-over: lekkiej, pięknie podanej i zaskakującej. Smak każdego z nich był dopracowany i wyjątkowy.
Szefem kuchni jest Michał Mamorski, który większość swojego zawodowego życia spędził w Holandii, ale doświadczenia zbierał również w Hiszpanii i Gambii.
Miałam okazję porozmawiać z nim przez chwilę na temat inspiracji, dań, a także książek kucharskich (a jakże!). W sierpniu pan Mamorski, podobnie jak ja, czekał na książkę z restauracji Noma.

Właściciele restauracji nie życzą sobie pokazywania zdjęć potraw serwowanych w Blow Up, a jeśli już to pod warunkiem ich autoryzacji przez swój dział marketingu. Wychodzę z założenia, że blog jest subiektywnym opisem zdarzeń i opinii, które nie podlegają autoryzacji, więc... Szanuję ich decyzję, dlatego zamiast zdjęć wybornych i pięknie podanych dań, kilka migawek z wnętrz samej restauracji i Starego Browaru.
Przy okazji zaproszono nas do zwiedzenia samego hotelu - wszystkie pokoje są w czerni lub bieli (jeden ciemnofioletowy), bardzo nowoczesne i... inne. Nie widziałam podobnych w Polsce.
Kiedy ostatnio Sting zatrzymał się w jednym z nich, wiedziałam, że to była dobra decyzja.
Stary Browar wpisuje się w nową tradycję miejsc z gustem i smakiem, stając się piękną wizytówką Polski i Poznania. Oby powstawało ich jeszcze więcej.

Copyright 2010 whiteplate.blogspot.com

Copyright 2010 whiteplate.blogspot.com
Więcej informacji na temat Blow Up Hall tutaj .

2010-10-25

Sobota z Amaro, część 2




Warsztat z Amaro był spełnieniem mojego marzenia. Bardzo chciałam zobaczyć, jak gotuje, w jaki sposób można realizować podawane przez niego przepisy i jak wygląda zastosowanie w praktyce nowoczesnych metod przygotowania jedzenia.
Chciałam dać krok naprzód.
Warsztat został zorganizowany w profesjonalnej kuchni wyposażonej w najnowszy sprzęt, gdzie wszystkiego można było dotknąć, wypróbować, o wszystko zapytać.
Przeżyłam lekki szok na wstępie, kiedy się okazało, że na 13 uczestników jestem jedyną kobietą. Później dołączyła do nas jeszcze jedna pani, było mi więc nieco raźniej.
Najpierw wysłuchaliśmy wykładu na temat współczesnej, światowej gastronomii - gdzie jest i dokąd podąża. Na czym polega, jaka jest jej rola. Jak można uwspółcześnić dania, które nasi przodkowie tak kochali: weźmy zapomniane produkty i receptury oraz współczesną wiedzę i stwórzmy coś na nowo. Bardziej wartościowe odżywczo i smakowo, lokalne i nasze.

                                                  

Później przyszedł czas na praktykę.
To, co ujmuje na wstępie to produkty: świeże ryby, jajka z wolnego chowu, francuska sól w kilku wersjach (dodam, że słoiczek takiej kosztuje ok. 60-90 zł), świeże, jadalne kwiaty, z których obrywaliśmy płatki.

Do tego każdy może wypróbować substancje, które zmieniają konsystencję produktów, które na co dzień są wykorzystywane w takich restauracjach jak El Bulli. Jeśli chcieliśmy zobaczyć jak działają, Amaro prezentował ich przeznaczenie. 
Nie ma opcji: tego nie wolno dotknąć. Wolno niemal wszystko. (Nawet zakochać się w nożu z tytanową powłoką i śnić o nim po nocach;)
Amaro wyznaje zasadę, że trzeba dzielić się wiedzą, technikami, przepisami i podczas warsztatu dał temu wyraz.
Dostaliśmy menu i zadania, jednak w praktyce każdy mógł spróbować swoich sił na każdym etapie przygotowania: jak zrobić sferyczne pierożki z jabłek, miniaturowe kopytka z dyni, pianki i galaretki.
Wspólnie gotowaliśmy dania, dzieląc się zadaniami, obserwując Amaro w akcji, słuchając tego, co ma do powiedzenia. Mogę stwierdzić, że żadne pytanie nie pozostało bez odpowiedzi.


Menu warsztatów


Już dawno z taką radością nie obierałam wiadra buraków :D Ponieważ w warsztacie brali udział zawodowcy, także i od nich można było się czegoś nauczyć (np. jak wypatroszyć i podzielić na filety świeżego węgorza, umie ktoś? ;-) I jak zawsze przy okazji spotkań pasjonatów: gdzie kupić najlepsze zioła, czym zastąpić nieosiągalne produkty (albo jak zdobyć to, co nieosiągalne). Twórczo i przyjemnie.
Nie mogłam sobie odmówić przyniesienia na warsztaty mojego ulubionego chleba, który zadebiutował przy okazji przystawki.


Halibut, marynowana marchew, piana z palonego masła
Warsztat, zamiast planowanych czterech godzin, trwał prawie siedem... 
Kolejny będzie prawdopodobnie w grudniu.

I deser
Była to wyjątkowa przygoda, mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uda mi się ją powtórzyć, tym razem z innymi daniami. Więcej info na temat Amaro i jego warsztatów na stronie www.

Do miłego!



2010-10-24

Sobota z Amaro, część 1

*
O Wojciechu Modeście Amaro pisałam bardzo dużo między innymi przy okazji jego pierwszej książki tutaj.
Później zmartwiłam się, kiedy okazało się, że nie pracuje już w Amber Room, a jego strona internetowa z zapowiadanym atelier nie działa.
Jestem jednak cierpliwa, mimo wszystko. I kiedy pewnego dnia przeczytałam, że w październiku będzie organizował warsztat gotowania, wiedziałam, że takiej okazji na pewno nie przegapię.

On mówi o kuchni polskiej to, co ja myślę. Jego ostatnia książka "Natura Kuchni Polskiej" pokazuje bardziej lub mniej zapomniane składniki polskiej kuchni podane w nowoczesnych daniach. To jednak lektura raczej dla profesjonalistów - kto z nas dysponuje butlą z azotem? Ale nie o to w tym wszystkim chodzi. Wierzę, że dzięki tej pozycji, napisanej również po angielsku, świat zwróci uwagę na nasze polskie produkty i poszukiwania.
Najlepsza restauracja świata, Noma, też jest bardziej poważana na świecie, niż w Danii. Być może tam, jak i u nas, działa zasada "cudze chwalicie, swego nie znacie".
Amaro odbywa podróże zarówno do Nomy, jak i do El Bulli i tam prezentuje swoje poszukiwania. Nie wyobrażam sobie lepszego ambasadora kuchni polskiej niż on.
Ma doświadczenie pracy w tamtych restauracjach, potrzebną wiedzę, znajomość nowoczesnych technik gotowania, a przede wszystkim czuje potencjał kuchni polskiej i do tego myśli. A to nie jest oczywiste w kraju, gdzie w jednym z nowych polskich programów kulinarnych, "medialny kucharz" jako dwie różne rzeczy wymienia: przegrzebki i małże świętego Jakuba, a drugi, równie medialny, podczas tej samej zagadki podaje "homara" i "lobstera" jako dwa różne skorupiaki. We mnie wzbudza to jedynie uśmiech politowania i smutek, że tacy ludzie mają kreować nasze polskie smaki.

Kiedy kilka dni temu dostałam książkę z Nomy, pomyślałam: Boże, to jest coś, co sama bym chciała robić! Użyjmy lokalnych produktów, wykorzystajmy współczesną wiedzę dotyczącą obróbki składników i zróbmy coś wspaniałego.
Tylko jak?
Amaro opowiadał, jak w Paryżu kupował na targu dorsza do polskiej restauracji wzbudzając żarty handlarzy, którzy zapytani o to, co ich tak bawi odpowiadali: "Ano to, że ten dorsz przed chwilą przyjechał z Polski". I tu jest diabeł pogrzebany. To, co mamy najlepszego, wysyłamy za granicę, a sami zadowalamy się mrożonymi pangami z Chin i zielonymi bananami.
Wierzę, że jego rola i medialność sprawią, że polski konsument będzie wymagał jakości, będzie chciał jeść lokalnie i producent odpowie na te oczekiwania.

W następnym odcinku opowiem więcej na temat samego warsztatu.
A tymczasem - do miłego!

cdn

*z moim chlebem :)

2010-10-22

Kuchnie Świata Gordona Ramsaya i Brandade z tostami


Dwa dni temu pisałam o pigwie, dziś mam już swoje drzewko, które czeka na posadzenie w ogródku. Oprócz niego jarzębinę jadalną. Miejmy nadzieję, że oba się przyjmą.
Dziękuję za liczne propozycje podzielenia się ze mną drzewkami i owocami, a także namiarami na miejsca, gdzie można je dostać. Jakie to miłe!
Mam nadzieję, że przywrócimy do polskiej kuchni zapomniane owoce, a pigwa bez wątpienia do nich należy.

Ostatnio na półkach polskich księgarni pojawia się coraz więcej tłumaczeń książek uznanych na świecie szefów kuchni. I świetnie, uczmy się od najlepszych.
Więc, skoro ukazała się kilka dni temu kolejna książka tego, do którego mam słabość (o czym stali czytelnicy bloga już wiedzą), dzisiaj będzie kilka słów na jej temat plus oczywiście danie.
Jego książki były lepsze i gorsze. Te pierwsze nie należą do moich ulubionych. Ale od pewnego momentu (może to było wtedy, kiedy zrobiono mu zdjęcie, gdzie w tle stał wielki stos modnych książek kucharskich innych, najczęściej młodych autorów), zaczęły wyglądać inaczej. Pisane bardziej dla ludzi niż bywalców restauracji, którzy od książki wymagają czegoś więcej niż tylko zdjęć dań, których na pewno nie uda się zrobić w domu.
Może poleciłabym polskim wydawcom zwrócenie uwagi na jego najnowszą książkę Ramsay's Best Menus, która sprawdza się zawsze wtedy, kiedy zapraszamy gości i próbujemy skomponować menu - czy danie główne będzie pasować do deseru? Dzięki nowatorskiej formule, można sprawdzić, jak będą razem wyglądały. Do tego są w większości bardzo, bardzo proste.
Ale nie o tym dziś chciałam.
Dziś o nowej na rynku polskim książce Ramsaya "Kuchnie Świata", którą jeszcze ciepłą Wam recenzuję.
Mogłabym się przyczepić do tłumaczenia*, ale w końcu to nie Nigella, więc nie będę marudzić i skupię się na meritum.
Książka jest podzielona na kuchnie narodowe i pod każdym krajem jest kilka charakterystycznych dla niego dań w wykonaniu duetu Ramsay & Sargeant. I tak moją uwagę przykuły Falafele z sosem tahini, samosy z ciecierzycą i curry, kotleciki z krewetek i białej ryby z curry, kataloński dorsz z sosem romesco, a na deser chałwa z marchewką i kokosem albo (albo i!) faworki z ciasta wonton z lodami z czarnym sezamem.
Ta książka przypomina mi "Great Escape", o której pisałam nie tak dawno tutaj. Przede wszystkim dlatego, że po uważnym przyjrzeniu się przepisom, okaże się, że na pozór skomplikowane danie, można łatwo i sprawnie przygotować.
Potrawy są apetycznie sfotografowane, okraszone wskazówkami jak ulepić chińskie pierożki, zgrillować sardynki czy zrobić pizzę na pięć sposobów. Jednym słowem - dla każdego coś dobrego. Łatwo, przyjemnie, międzynarodowo, choć, jak wspominałam, autor lubi śmietanę, masło i słodycze, więc jeśli ktoś zamierzał odchudzać się tej zimy, pozycja może nie przypadnie mu do gustu.

Na pierwszy ogień poszedł pierwszy przepis z książki: Brandade z tostami czosnkowymi.
Danie z kuchni francuskiej, idealne na popołudniową przekąskę, z delikatnie zgrillowanymi kromkami bagietki (ja bułkę zastąpiłam chlebem serowym). Tłuste, pożywne, konkretne. Ramsay nie bawi się w kuchnię light. I świetnie. Dużo śmietany, oliwy, ryba, czosnek i pieczywo. Nie wiem, jak Wy, ale o tej porze roku mam ochotę przede wszystkim na takie dania.
Autor proponuje ostudzić brandade do temperatury pokojowej. Ja nie byłam wystarczająco cierpliwa. Bardzo podobne do dań w stylu gratin dauphinoise.

Miłego piątku!

Brandade z tostami
/na podst. "Kuchnie Świata" G. Ramsay/

300 g filetu z dorsza bez skóry (użyłam okonia nilowego)
150 ml oliwy z oliwek (zmniejszyłam do 100 ml)
1/2 łyżeczki soli
2 gałązki tymianku
350 g ziemniaków, obranych i pokrojonych w 2 cm kostkę
150 ml śmietany 22%
150 mleka 3,2%
2 ząbki czosnku obrane, pokrojone w plasterki
do smaku: sól i pieprz
listki z 2 gałązek bazylii, pokrojone w cienkie paseczki

Tosty:
1 bagietka pokrojona w poprzek na cienkie kromki
duży ząbek czosnku, obrany i przekrojony na pół
do pokropienia: oliwa z oliwek

Jeśli w filetach są ości, należy usunąć je pensetą.
Do garnuszka włożyć filety, wlać oliwę, dodać sól i gałązkę tymianku.
Dusić 8-10 minut na najmniejszym ogniu, aż mieso zacznie rozpadać się na płatki.
Odstawić do ostygnięcia, następnie wyjąć rybę i dokładnie osączyć ją z oliwy (oliwę zachowujemy).
Ziemniaki umieścić w drugim rondelku, zalać mlekiem i śmietaną, dodać czosnek i tymianek, doprawić solą i pieprzem. Gotować na niewielkim ogniu przez 10-12 minut, aż ziemniaki będą miękkie.
Przecedzić, wyrzucić tymianek, lekko ugnieść tłuczkiem.
Wymieszać z płatkami ryby, doprawić solą i pieprzem i oliwą zachowaną z duszenia ryby.
Odstawić do ostygnięcia, później wymieszać z listkami bazylii.

Tosty:
Rozgrzać grill lub patelnię grillową. Kromki pieczywa grillować ok 1 minuty z każdej strony, następnie natrzeć czosnkiem, pokropić oliwą z oliwek i grillować do zrumienienia.

Podanie:
Brandade przełożyć do małych miseczek i posypać pieprzem. Podawać z ciepłymi kromkami pieczywa.

Smacznego!





Gordon Ramsay
Kuchnie Świata (World Kitchen)
Wydawnictwo Muza 2010
Cena 64,90 PLN


*Lubię kiedy książki, bez względu na to, kucharskie czy też nie, czyta się lekko i płynnie.
Nie lubię mieć wrażenia, że tłumacz męczył się nad każdym zdaniem.
No i nie lubię, kiedy seler naciowy jest mylony z bulwowym. To robi różnicę.

2010-10-20

Wojna o pigwę

Co roku o tej porze poluję na pigwy.
Wypatruję jej na bazarach, pytam znajomych, czy nie widzieli na swoich bazarach. Pytam starsze panie, zaglądam do małych warzywniaków, w których czasem można ją zamówić.
Pigwa jest retro. Jest najbardziej retro ze wszystkich owoców. A przy okazji należy chyba do najdroższych polskich owoców, bo kilogram kosztuje około 15 zł.
Bezskutecznie próbowałam kupić sobie choć jedno pigwowe drzewko do ogródka. Pigwowce - proszę bardzo. Pigwy brak. A tak bym chciała!
Bo zapach prawdziwej pigwy przyniesionej do ciepłego domu, jest wyjątkowy. Trochę podobny do jabłek, trochę do perfum z tajemniczej krainy dzieciństwa.
Wiem, że plasterek można dodać do szklanki z herbatą, ale ja, niezależnie od herbaty i wszystkich innych przepisów, co roku robię pigwową marmoladę.
Owoce mają mało soku, są kwaśne, a przetwory z nich zachowują gęstą konsystencję. Nie potrzeba żelfiksów, tony cukru.
Ostatnio snułam się w sobotę po bazarze, wypatrywałam jej i traciłam nadzieję.
Spytałam pana, który co roku ją miał.
- Mhm. Mam. Ktoś zamówił i nie odebrał. Chce pani?
- Chcę, biorę wszystko, co pan ma.
Kupiłam wszystko. Kiedy szłam z siatami, usłyszałam za sobą głosy: ona ma pigwę. U niego kupiła.
- Ma pan jeszcze te pigwy? - zapytała pani.
- Nie mam już.
- Jak to pan nie ma? Wszystko pan sprzedał, nic pan nie zostawił?
- Nic.
- Cholera jasna! - rzekła pani i naburmuszona podreptała dalej.
Pigwa jest więc przedmiotem bazarowego pożądania.
Owszem, można ją kupić i w hipermarkecie. Wielkie owoce pozbawione zapachu.
Ale to już nie jest to samo...

Przepis na pigwową marmoladę jest bardzo prosty, a podawałam go już w ubiegłym roku tutaj.
Dzisiaj upiekłam drożdżowe bułeczki z pigwą, na które przepis już jest w Pracowni Wypieków.
Pozdrawiam :)



2010-10-18

Sernik z białą czekoladą i malinami




Z ostatnimi, maleńkimi malinami zerwanymi prosto z krzaka.
Sernik jest słodki, ciężki i bardzo sycący. A przy tym ogromny.
Jest pracochłonny - robi się go dosyć długo, za to pracę nad nim można sobie rozłożyć na dwa dni.
Przepis na niego pochodzi z amerykańskiej książki, gdzie proporcje są podawane w szklankach. Warto pamiętać, że stosując taką miarę, odmierzając składniki należy korzystać z naczynia o tej samej pojemności. 



Sernik z białą czekoladą i malinami
/przepis, lekko zmodyfikowany: Marcy Goldman "Jewish Holiday Baking"/

Spód:
1 i 1/4 szklanki zmielonych, kruchych ciasteczek (to ok. 130 g)
2 łyżki cukru
1/4 szklanki mielonych migdałów
1/4 szklanki topionego masła
2 krople ekstraktu z migdałów

Masa serowa:
100 g białej czekolady, stopionej i przestudzonej
1 kg białego sera, przeciśniętego przez maszynkę lub twarogu z wiaderka
3/4 szklanki cukru
3 łyżki mąki
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
4 duże jajka
1 szklanka niskosłodzonej konfitury z malin, podgrzanej i przetartej przez sitko, żeby pozbyć się pestek

Polewa:
3/4 szklanki śmietany 30-36%
100 g białej czekolady, połamanej na kawałki
1/4 łyżeczki ekstraktu z wanilii

Do dekoracji sernika:
1/4 szklanki podgrzanego dżemu morelowego
lekko uprażone płatki migdałów (ok. 100 g)
świeże maliny
wiórki białej czekolady (opcjonalnie)


Spód:

Wszystkie składniki wymieszać w misce.
Tortownicę o boku 25-28 cm owinąć dookoła folią, następnie przełożyć do niej wymieszane składniki na spód. Lekko ugnieść. Wstawić do lodówki na 1/2 godziny.

Piekarnik rozgrzać do 175 st C, a w tym czasie przygotować

Masę serową

W misce zmiksować ser z cukrem i mąką. Miksując powoli wlewać czekoladę, dodać wanilię. Następnie dodawać po jednym jajku. Kiedy masa będzie gładka, połowę przelać na schłodzony spód. 
Na to, bardzo delikatnie przelać konfiturę z malin, a na wierzch wlać resztę masy serowej.
Wstawić do piekarnika i piec 45-60 minut (czas pieczenia zależy od wielkości formy. Należy pamiętać, że wierzch powinien być rumiany, gorący sernik będzie miał dosyć luźną (ale nie płynną!) konsystencję, która stężeje, kiedy wystygnie).
Wyjąć z piekarnika, przestudzić, następnie wstawić do lodówki na minimum kilka godzin, a najlepiej na całą noc.

Następnie przygotować:

Polewę:

W garnuszku podgrzać śmietanę, dodać czekoladę i trzymać na malutkim ogniu mieszając, by czekolada się rozpuściła. Dodać wanilię i zupełnie ostudzić (kiedy polewa ostygnie, powinna zgęstnieć).
Polać nią schłodzony sernik zaczynając od jego środka.
Odstawić do zastygnięcia polewy (zajmie to ok. godzinę).

Dekoracja:


Boki sernika posmarować lekko ciepłym dżemem morelowym, następnie obłożyć je uprażonymi płatkami migdałów.
Na wierzchu sernika ułożyć świeże maliny i posypać wiórkami białej czekolady.

Smacznego!


2010-10-16

Międzynarodowy Dzień Chleba, World Bread Day 2010



To już mój czwarty rok pieczenia chleba w ramach Międzynarodowego Dnia Chleba.
Dziś celebruję go razowym żytnim bochenkiem z ziarnem.
Przepis na niego umieściłam w Pracowni Wypieków.
Moje chleby z poprzednich edycji:
2009
2008
2007
Pozdrawiam serdecznie!

World Bread Day 2010 (submission date October 16)

2010-10-15

Warsztaty fotograficzne we Włoszech: 6-14 listopada 2010

Foto: Leszek Szurkowski


Dzisiaj chciałabym powiedzieć Wam o warsztacie, na który się wybierałam i z którego relację zamierzałam przedstawić po powrocie. Niestety moje plany nieco się pokrzyżowały i wyjazd stał się niemożliwy, ale wierzę, że mimo to warto o nim wspomnieć. 
Dostaję naprawdę bardzo, bardzo dużo pytań na temat szeroko pojętej fotografii. Są to pytania zarówno o sprzęt, jakiego używam, inspiracje, zagadnienia techniczne i wiele wiele innych. Pytania, na które nawet jeśli bym chciała, nie mogę odpowiedzieć z braku czasu. 
Akademia Nikona organizuje warsztaty i eskapady fotograficzne, prowadzone przez doświadczonych wykładowców. Z rad jednego z nich, Leszka Szurkowskiego, miałam przyjemność korzystać. Jest on nie tylko autorem wielu pięknych książek: o “Secesji wrocławskiej” pisałam dużo tutaj: http://whiteplate.blogspot.com/2009/08/wrocaw-secesyjny.html, ale przede wszystkim utalentowanym wykładowcą, który uczy czegoś więcej niż ustawienia aparatu. 
Fotografia to nie tylko dobry aparat i odpowiednie ustawienia. To kompozycja, światło, nauka patrzenia na świat, która ma wiele wspólnego ze sztuką i przyrodą. Leszek Szurkowski podsuwał mi literaturę z dziedziny typografii, przyrody, dawnej fotografii, dzięki której zaczęłam inaczej patrzeć na to, co robię. Z pstrykania stu zdjęć tego samego, zaczęłam robić kilka. Zdałam sobie sprawę, że człowiek nigdy nie wie wystarczająco dużo o świecie, że warto poszukiwać, czytać, patrzeć i pytać.
Tym razem w ramach Akademii, Leszek Szurkowski poprowadzi warsztaty fotograficzne we włoskim Friuli. 
Oczywiście każdy z nas może sam zapakować aparat, kupić bilet i wybrać się w znane lub nieznane miejsce, by szukać odpowiednich plenerów. Pójść na żywioł. Sama tak najczęściej robię, jednak możliwość odkrywania miejsc specjalnie przygotowanych dla miłośników fotografii i jedzenia, jest czymś szczególnym, z czym nie spotkałam się wcześniej w Polsce. 
Należę do ludzi, którzy książki o technice fotografii kupują, odstawiają na półkę i o nich zapominają. Nigdy nie umiałam nauczyć się niczego z takich książek. Czasem człowiek nie chce brnąć przez kolejne akapity, a po prostu wolałby zapytać: jak osiągnąć taki efekt? Z kimś, kto chce odpowiedziać na takie pytania, nauka jest łatwiejsza i przyjemniejsza. Przynajmniej dla mnie.
Ten, kto próbował wie, jak trudne jest fotografowanie nocą czy przy sztucznym świetle. Ten, kto zastanawiał się dłużej nad magią zdjęć, które weszły do klasyki wie, jak ważna jest kompozycja czy światło. Czasem wystarczy jedna uwaga kogoś, kto wie lepiej, by odkryć dla siebie nowy wymiar fotografowania.
Na uczestników wyprawy czekają winnice, szynkarnia, wąwozy i zamki, a także Wenecja, którą będą fotografować o świcie z autorem jednej z ciekawszych, malowniczych książek o Wenecji.
Każdy będzie mógł dowiedzieć się, jaki sprzęt będzie najlepszy dla jego potrzeb, a chcę zaznaczyć, że Leszek Szurkowski pochodzi ze “starej szkoły” fotografowania, co oznacza, że uczy wykorzystywać przedmioty łatwo dostępne, a nie tylko drogie gadżety fotograficzne. Nauczył mnie jak łatwo można niektóre z nich zastąpić kartką papieru, plastikowym pudełkiem czy folią.
Na miejscu będzie możliwość wypróbowania sprzętu Nikona i przede wszystkim możliwość odkrywania, jak robią to profesjonaliści, którzy zazwyczaj, żeby nie powiedzieć nigdy, nie chcą dzielić się z innymi zdobytą wiedzą.
Może ktoś z Was będzie miał ochotę skorzystać z oferty Akademi. Niewiele osób o niej wie, a pomyślałam, że warto.
Więcej informacji:
O prowadzącym, Leszku Szurkowskim tu
O poprzednich warsztatach fotografii i relację z niej tu: część pierwsza i część druga
A wszystkie potrzebne informacje na temat aktualnego wyjazdu do Włoch są TUTAJ


Foto: Leszek Szurkowski&Małgosia Abramowska

2010-10-14

Zupa dyniowa z pomidorami i szałwią i aukcja dla Kuby


Dziękuję Wam za tak liczny odzew na temat szkolnych i przedszkolnych obiadów. Wygląda na to, że nie jest najgorzej. Cieszę się, że stareńka książka o smakołykach przywołała tyle miłych wspomnień :)
Na dziś szybka propozycja na zupę z dyni. Gdzie się nie obejrzeć, dynia króluje na wszystkich straganach i w warzywniakach. Warto to wykorzystać.

* * *

W ramach akcji pomocy małemu Kubie, przyłączyłam się do innych blogerów, którzy specjalnie w tym celu przygotowują smakołyki, z których dochód będzie przeznaczony dla chłopczyka.
Osobie, która wygra licytację, która znajduje się tutaj, upiekę chleb orkiszowo-pszenny, który można zobaczyć tutaj
Więcej na temat akcji pomocy dla Kuby na blogu.
Wszystkie przedmioty podarowane na aukcje są pod tym linkiem.
Miłego dnia!




Zupa dyniowo-pomidorowa z szałwią

0,5 kg dyni
0,3 kg ziemniaków
4 łyżki oliwy z oliwek
1 średniej wielkości cebula, pokrojona
1 ząbek czosnku, obrany i zmiażdżony albo pokrojony drobno
5-6 listków świeżej szałwi
2 duże pomidory (lubię maliwowe), sparzone i obrane ze skóry
1 litr wywaru jarzynowego (można go ugotować na włoszczyźnie lub użyć ekologicznej kostki bez glutaminianu sodu)
sól i pieprz do smaku
opcjonalnie: 1-2 łyżki śmietany

Dynię obrać i pokroić w kostkę. W garnku rozgrzać oliwę, na średnim ogniu podsmażyć cebulę przez 2-3 minuty aż zmięknie, następnie dodać ziemniaki i czosnek, podsmażyć ok. 3-4 minut.
Dodać szałwię, pokrojone w kostkę pomidory i wywar. Zagotować, następnie zmniejszyć ogień i gotować aż warzywa będą miękkie - zajmie to ok. 15 minut.
Zupę zmiksować, doprawić solą i pieprzem. Jeśli chcemy, również śmietaną.
Do podania można wykorzystać: makaron, delikatnie uprażone na oliwie listki szałwi albo pestki dyni. Ja lubię ją również z chrupiącymi, ciepłymi grzankami z kozim serem.
Smacznego!


Polecam jeszcze inne przepisy na zupy z dyni:

Dyniowo-kurkowa, moja ulubiona

2010-10-12

O kuchni pełnej cudów i rewolucji kulinarnej w szkołach

Przed chwilą pisałam Wam o biografii Jamiego Olivera, którą niedawno skończyłam czytać. I nie mogę przestać myśleć o jednym wątku z tej książki, a mianowicie rewolucji kulinarnej w szkołach, jaką zapoczątkował Oliver.
Przyznam, że nie śledziłam telewizyjnej serii, widziałam zaledwie kilka odcinków i większość informacji na ten temat czerpałam ze słowa drukowanego.
Kucharki, od których nie wymaga się umiejętności gotowania, jedynie korzystania z nożyczek, którymi rozcinają kolejne opakowania zmielonego czegoś, co po podgrzaniu w piecu wyląduje na szkolnych talerzach, dzieci protestujące przed tym, co nowe, nie umiejące odróżnić smaku słodkiego od słonego, nie rozpoznające podstawowych warzyw i owoców i wreszcie chyba najgorsze z tego wszystkiego: rodzice, stojący przy szkolnym płocie, dzierżący w dłoniach hamburgery i Coca Colę dla swoich sfrustrowanych nową dietą dzieci.
Zastanawiam się nad tym, jak jest w naszych szkołach i przedszkolach. Czy polskie dzieci również dostają paluszki rybne, w których nie ma ryb, słodkie przetworzone dodatki i napoje gazowane? Jako matka niejadka jestem skazana na codzienne przygotowanie drugiego śniadania w domu, więc szkolna stołówka niekoniecznie leży w zakresie moich zainteresowań. Dlatego chciałam zapytać Was, jak to dziś wygląda?
Zmorą mojego dzieciństwa były szkolne obiady - jak sięgnę do nich pamięcią, widzę niekończące się dania z podrobami: cynaderki, twardy gulasz albo placki z gulaszem. Na straży okienka z brudnymi naczyniami stała kierowniczka stołówki odsyłająca niejadków do dokończenia tych pyszności.
Pamiętam też gorące mleko z kożuchem, które trzeba było wypić na krótkiej przerwie.
Moja mama odpuściła mi te obiady, mogłam jeść w domu, ale dziś życie wygląda zupełnie inaczej. Dzieci spędzają w szkołach więcej czasu, rodzice mają mniej możliwości gotowania w domu.
Zapewne do jakiejkolwiek rewolucji kulinarnej nam daleko, ale czy u nas jest również tak źle jak w Anglii?



Podczas kiedy ja czytałam tę książkę, moja córka wyjęła z półki z książkami klasyk mojego dzieciństwa: Kuchnię Pełną Cudów*. Czyli robienie czegoś z niczego. Myszki z sera z wąsami ze szczypiorku i oczami z pieprzu, muchomory z jajek ugotowanych na twardo i połówek pomidora upstrzonych majonezem.
Myślę, że uniwersalność tej książki polega na jej bezpretensjonalności: rodzina, jakich wiele, dzień Matki, imieniny kota (tak, tak), Barnaby Kowalskiego.
Minęło tyle lat, dziś już pewnie nikt nie myśli o robieniu czegokolwiek z mortadeli czy parówek, a ta książka, ilekroć pojawiają się w naszym domu koleżanki mojej sześcioletniej córki, wzbudza niesłabnący entuzjazm. I chodzi tu nie tylko o przepisy na krokodyla z ogórka, dziesiątki (tak, a może i setki) serowych myszy, zimowych słoneczników (z masłem rzeżuchowym i kiszką pasztetową, voila!). Raczej o to, że w czasach zabiegania, niezliczonych pozalekcyjnych zajęć, gier komputerowych, korków na mieście i zmęczenia, jest miejsce na historię o rodzinie, która była jedną z wielu sobie podobnych, gdzie życie płynęło utartym szlakiem, z czasem na celebrowanie imienin kota czy siekanie warzyw na sałatkę jarzynową.
Inspirujące to dzieło. I podoba się nie tylko trzydziestolatkom, którzy nad jej kartami mogą powspominać.


Na deser: myszy z sera. Przepis jest w książce, ale myślę, że nawet bez przepisu poradzi sobie z nim każdy, zwłaszcza ojcowie. Podziw i uznanie gwarantowane :)

*Kuchnia Pełna Cudów
Maria Terlikowska, il. Ewa Salamon
Wyd. 1978

Dzień dobry!

Copyright 2010 whiteplate.blogspot.com

Copyright 2010 whiteplate.blogspot.com
Na dzień dobry Polska Złota Jesień. Dziś rano, w Warszawie.
Do zobaczenia niedługo.
Miłego dnia wszystkim Czytelnikom bloga!

2010-10-09

Dużo śliwek, trochę ciasta i coś do czytania.


Od kiedy kupiłam sobie formę do Apple Pie, wszystkie ciasta mogłabym robić w taki sposób. 
Właściwie to sama nie wiem, czy taki deser można nazwać ciastem. Pewnie raczej nie.
Dziś przyniosłam do domu torbę węgierek o pomarszczonej skórce, w sam raz na powidła śliwkowe.
Z reszty upiekłam deser. Kilogram owoców, trochę chrupiącego ciasta, łyżka kwaśnej śmietany.


Ciasta z dużą ilością owoców bywają kłopotliwe. Zdarza się, że spód pod wpływem soku uwalniającego się z owoców podczas pieczenia, mięknie i pozostaje zakalcowaty. Autor wymyślił przepis na chrupiące, przypominające w smaku ciasteczka maślane, ciasto, które układa się jedynie na wierzchu soczystych owoców. 
Aby upiec taki deser potrzeba dowolnej ceramicznej albo szklanej formy. Może być okrągła lub kwadratowa. Najlepiej smakuje jeszcze ciepły, z kulką lodów waniliowych albo kwaśnej śmietany.

Śliwkowy deser
/na podst. przepisu Nigela Slatera/

0,8 - 1 kg śliwek węgierek
2-3 łyżki cukru
1/2 łyżeczki cynamonu

Ciasto:
100 g masła
100 g cukru pudru
1 jajko, lekko ubite
175 g mąki pszennej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżki mleka do posmarowania wierzchu ciasta

Ciasto:
Masło utrzeć z cukrem do białości. Dodać jajko, później delikatnie wsypać mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i wymieszać aż powstanie gładka masa.
Uformować kulę, zawinąć ją w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 20 minut.

Piekarnik nagrzać do 180 st C.

Śliwki umyć, osuszyć, przepołowić i włożyć do ceramicznej lub szklanej formy (użyłam kwadratowej formy o boku 24 cm, przyp. L). Wymieszać z 2-3 łyżkami cukru i cynamonem.
Z lodówki wyjąć ciasto i rozwałkować je cienko - ja wkładam kulę ciasta pomiędzy dwa duże kawałki folii spożywczej i wałkuję cienko. Ten sposób sprawia, że ciasto bardzo łatwo przełożyć później na owoce.
Ciasto ułożyć na wierzchu owoców, brzegi delikatnie podwinąć fo środka. Posmarować mlekiem i wstawić do gorącego piekarnika. Piec ok. 40-50 minut - wierzch ciasta powinien być złocisty i chrupiący.

Smacznego!




I książka.
Kilka dni temu wpadła mi w ręce nieautoryzowana biografia* Jamiego Olivera. Oprócz faktów z życia tego kucharza i showmana, znajdziemy przede wszystkim historię rewolucji kulinarnej, jaka dokonała się w ciągu ostatnich dwudziestu lat w Anglii. O szefach kuchni, którzy gotowali źle i tych, którzy nieśli kaganek kulinarnej oświaty. O tych, którzy wciąż gotują i tych, co odeszli. W książce jest dużo wypowiedzi zmarłej w lutym tego roku Rose Gray, jednej z założycielek słynnej londyńskiej restauracji River Cafe, w której Jamie Oliver szlifował swoje umiejętności. Dużo faktów i ciekawostek. Wprawdzie tłumacz z Ainsleya Harriotta zrobił kobietę, co uparcie powtarzał, ale Jamie pozostał Jamiem. Polecam na weekend :)


*Jamie Oliver - Człowiek - Jedzenie - Rewolucja
Gilly Smith
Wydawnictwo:Vesper, Październik 2010
Tłumaczenie: Wojciech Bartoszewski 
Cena: 34,90 zł