2010-09-30

Pochwała parowara: łosoś z puree ziemniaczanym


Był taki czas, kiedy byłam gadżetomaniakiem kuchennym. Chciałam wypróbować wszystko, mieć wszystkie foremki świata, testować urządzenia. I testowałam. Im więcej miałam, tym bardziej widziałam, których posiadanie ma rzeczywisty sens, które nie muszą lądować w zapomnianej szafce na najbliższe sto lat, a które są zupełnie zbędne.
Dziś zanim coś kupię, dwa razy się zastanowię. O parowarze myślałam od dawna: czy mi się naprawdę przyda, czy będę go używać, czy rzeczywiście go potrzebuję. Przyznam, że przypominałam sobie o nim za każdym razem, kiedy w IKEA jadłam łososia na parze.
Więc pewnego dnia kupiłam parowar i zaczęłam go używać. Przy kupnie kierowałam się przede wszystkim tym, by miał jak najprostszą budowę - nie dla mnie dziesiątki małych i większych pojemników, których nigdy nie użyję, skomplikowane funkcje i programy. Potrzebowałam urządzenia z kilkoma tackami, które łatwo schować, by nie zajmowały wiele miejsca i prostą instrukcją obsługi. I takie też kupiłam. Mój parowar ma dwie tacki i pojemnik na wodę: wlewam ją do poziomu oznaczającego czas pracy, po upływie którego urządzenie dzwoni, żeby je wyłączyć. Zwykle większość warzyw i ryb gotuję ok. 15-20 minut. Niektóre delikatne jarzyny lub te, które są drobno pokrojone, gotują się poniżej dziesięciu minut. Lubię, kiedy są delikatnie chrupiące, w żadnym razie rozgotowane. Warzywa zachowują swój kolor, a ryby są soczyste i delikatne. Używam dużo świeżych ziół, które układam na rybach (ich mięso od razu solę) przed włączeniem parowara. To, co dla mnie ważne, to dobry sos, który robię osobno. Nie lubię jedzenia dietetycznego, a z takim zawsze kojarzyło mi się to przygotowywane na parze. Owszem, zdarza mi się czasem obiad ugotowany w parowarze przełożyć na talerz, a potem posypać go odrobiną świeżego koperku i polać topionym masłem, ale najchętniej robię jeszcze jakiś sos.
Można wykorzystać przygotowany wcześniej sos pomidorowy albo pesto. Można też w kilka minut zrobić sos beszamelowy.
Wiem, że wiele osób ma w domu parowar. Najczęściej użyty raz albo wcale. Chciałabym Was zachęcić do wyjęcia go z szafki i używania. Naprawdę warto.
Dziś przygotowałam łososia z sosem beszamelowym i puree ziemniaczanym. Inspiracją był ten z IKEA, ale zamiast frytek, zrobiłam ziemniaczane puree. Do takiego dania najczęściej przygotowuję również pokrojone w słupki warzywa, groszek cukrowy albo brokuły.


Łosoś w sosie beszamelowym z puree ziemniaczanym
Dla 2 osób

Ryba:
2 kawałki fileta z łososia po ok. 200 g każdy
zioła: koperek, bazylia, tymianek - ok. 2-3 łyżek
2 plasterki cytryny
2 łyżeczki oliwy z oliwek
sól i pieprz do smaku


Sos beszamelowy:
20 g masła
20 g mąki
ok. 200-250 ml gorącego mleka (mleko wlewamy stopniowo)
sól i pieprz do smaku
opcjonalnie: 1 łyżeczka musztardy lub chrzanu (oryginalny sos beszamelowy jej nie zawiera, ale ja czasem ją dodaję)

Puree ziemniaczane:
Przepis na puree ziemniaczane podawałam tutaj.


Przygotowanie:

Na tacce umieścić filety łososia: posypać solą i pieprzem, na wierzchu ułożyć zioła i plasterek cytryny, polać każdy łyżeczką oliwy z oliwek.
Włączyć parowar na ok. 15 minut (wszystko zależy od wielkości filetów i mocy parowara. Ten czas warto na początku kontrolować. W przypadku niektórych urządzeń danie może być gotowe po ok. 12-15 minutach, innym może to zająć nieco dłużej)*.
W tym czasie przygotować puree ziemniaczane (przepis: tutaj) i sos beszamelowy:

Na patelni rozpuścić masło, powoli wsypać mąkę i cały czas mieszając trzepaczką, zrumienić mąkę na złoto. Następnie bardzo powoli wlewać gorące mleko, CAŁY CZAS ubijając sos trzepaczką (żeby nie zrobiły się grudki). Kiedy zacznie gęstnieć, dodać łyżeczkę lub dwie musztardy/chrzanu, wymieszać i zdjąć z ognia. Gdyby sos okazał się za gęsty, można wlać więcej mleka, pamiętając o mieszaniu. Doprawić solą i pieprzem. Nie ma nic gorszego niż za gęsty, niedoprawiony beszamel, warto więc poświęci odrobinę uwagi, by przygotować go dobrze.


Ugotowanego łososia przekładamy na talerz, zdejmujemy zioła i cytrynę i polewamy sosem beszamelowym, podajemy z puree ziemniaczanym. Jeśli chcemy możemy ugotować w ten sam sposób brokuły lub inne warzywa i podać je z rybą.

Smacznego!

Przed używaniem parowara warto zapoznać się z instrukcją obsługi - w zależności od modelu, urządzenia mają różną moc i to, co w jednym będzie się gotować dłużej, drugiemu zajmie mniej czasu i odwrotnie. Delikatne warzywa jak np. groszek cukrowy gotują się zdecydowanie krócej niż np. marchewka czy ziemniaki. Delikatne warzywa układamy na górnej tacce, a te, które wymagają więcej czasu, na dolnej. Zazwyczaj wystarczy ugotować w nim kilka razy, by poznać swój parowar. Jeśli chcemy zdjąć pokrywę, by sprawdzić stopień ugotowania jedzenia, trzeba pamiętać, że wydobywająca się z niego para parzy. I to by było mniej więcej na tyle :)

2010-09-29

Domowa spiżarnia: klasyczne pesto.




Zamiast kupować, można zrobić samemu. Bardzo lubię koperek, moim zdaniem wzbogaca smak klasycznych smaków, więc chętnie go dodaję również do tego pesto.
Zastosowań pesto są dziesiątki - łyżka do talerza gorącej zupy pomidorowej, do makaronu, który potem posypuję cienkimi płatkami parmezanu czy też podaję do sera. Typowa sałatka caprese nie byłaby tym samym bez pesto. Robi się je zaledwie chwilę, nie wymaga specjalnych umiejętności i niedostępnych składników, a jego smak i skład bije te kupne na głowę.
Zachęcam Was do przygotowania domowej wersji.


Pesto z bazylii

1 duży pęczek bazylii (ok. 100 g.) - najchętniej kupuję cięte zioła
20 g świeżego koperku (opcjonalnie, w klasycznej wersji się go nie dodaje)
1-2 ząbki czosnku
30 g sera Parmezan lub Pecorino Romano, drobno startego na tarce
30 g orzeszków piniowych (kiedy ich nie mam, zastępuję je pestkami słonecznika)
ok. 50-70 ml oliwy z oliwek
1 łyżka cytryny (opcjonalnie)

Z bazylii oderwać twarde łodygi. Resztę umieścić w blenderze wraz z koperkiem (jeśli go używamy), drobno pokrojonym czosnkiem, serem i orzeszkami piniowymi. Włączyć mikser i powoli wlewać oliwę z oliwek. W razie potrzeby wyłączyć mikser i łopatką zdjąć pesto z brzegów naczynia. Oliwy należy dodać tyle, by sos miał lekko płynną, ale wciąż gęstą konsystencję. Na końcu doprawić sokiem z cytryny i ewentualnie odrobiną soli.
Można zjeść od razu lub przełożyć do słoiczka i przechowywać w lodówce do kilku dni zużywając wedle potrzeb.
Jeśli nie mamy blendera ani miksera, wszystkie składniki można utrzeć w moździerzu.

Smacznego!


Wszystkim miłośnikom pesto polecam jeszcze: pesto pistacjowepesto orzechowe i pesto orzechowo-pietruszkowe.

2010-09-28

Doświadczenie Belvedere


Jest takie powiedzenie: Doświadczenie McDonald's.
Chodzi w nim o to, że każdy, kto wybiera się na hamburgera, wie, czego się spodziewać i to dostaje. Bez niespodzianek, nagłych zmian. To przewidywalność: wybierasz dowolnego McD i wiesz, że dostaniesz tam to, po co przyszedłeś.
Można lubić McDonald's lub nie, ale jeśli chodzi o procedury i utrzymanie stałego klienta, ta firma wie, jak to robić.
Kiedy mam swoją ulubioną restaurację, w której celebruję najważniejsze wydarzenia, w której od lat mogę spodziewać się wysokiego standardu, smacznych dań i doskonałej obsługi, to też jest dla mnie "doświadczenie". Idę tam, bo wiem, że mnie nie zawiedzie.
A kiedy mnie zawodzi, to czuję przede wszystkim żal.
I taki żal poczułam w weekend, kiedy zostałam zaproszona do restauracji Belvedere, o której pisałam dwa lata temu w samych superlatywach.
Pierwsze wrażenie: wielkie puste stoły nakryte białymi obrusami, a kelner mówi, że nie ma miejsc, powinno dać mi do myślenia, ale nie dało, więc brnęłam dalej.
Zostaliśmy poinformowani, że dzisiaj jest brunch* (dodam, że dochodziła godzina 16). Na stole położono nam menu brunchu i właściwie bez pytania, zaczęto polewać wodę, wino (wszystko w zestawie). Po 30 minutach na stół wjechały czerstwawe małe bułeczki. Kelner wlał na talerzyki resztki oliwy i odrobinę octu i zostawił nas na kolejne pół godziny.
Przy stoliku obok duża rodzina obchodziła rodzinną uroczystość i patrząc na talerze, jakie kelnerzy nieśli w ich kierunku myślałam w duchu: mam nadzieję, że to nie jest TO menu.
Miałam. Wątpliwości zostały rozwiane, gdy przed nami wyrosły talerze z "zimnym bufetem": sałatą z krewetkami polaną majonezem, szarawym tatarem z łososia rozłożonym na drugim kawałku sałaty, trzema kawałkami terriny koziej i kolejnej wersji tej samej sałaty, tyle że tym razem z kawałkami camemberta, figi i malin.
Ten, kto to przygotowywał w repertuarze przypraw miał jedynie dużo, bardzo dużo soli.
Czy wybrali Państwo pierogi?
Tak. Dostaliśmy po dwa rozgotowane pierogi: ze szpinakiem i białym serem oraz kapustą i grzybami. Pierogi były na jednym wspólnym małym talerzu, więc należało je prawdopodobnie jeść jednym widelcem.
Później była pomidorowa, a właściwie oliwno-pomidorowa. Oliwy ktoś nie pożałował, w przeciwieństwie do ziół. Mimo szczerych chęci - nie dałam rady tego zjeść.
Danie główne? Turbot. Płat obsmażonej w duuuużej ilości oleju ryby, następnie odgrzany, przysypany łyżką kaszy gryczanej, upstrzony podgrzaną marchewką mini, dwoma fasolkami. Plus dużo, bardzo dużo oleju i jeszcze więcej soli.
Wiesz, mam nadzieję, że chociaż kawa będzie taka, jak zawsze. Bo po deserach niczego się już nie spodziewam - szepnęłam do Towarzysza "Brunchu".
Smutno pokiwał głową i wtedy powitaliśmy desery: przepraszam, zestaw deserów: dwa kawałki czerstwego ciasta z malinami, gumowatego sernika, który obok zapowiadanych w karcie rodzynek zapewne nawet nie leżał, miniaturowe babeczki z wodnistym rabarbarem przykryte mokrym kleksem czegoś, co miało być bezą i - to był hit tego dnia - piernik, który udawał "fondant czekoladowy"**.
Zamówiłam kawę. Była taka jak zawsze, czyli dobra.
Podczas całego obiadu miałam wrażenie, że śnię. Że we śnie jestem w latach osiemdziesiątych, gdzie trafiłam na wesele, na którym kelnerzy za chwilę zapytają czy już podawać gorący bufet, bo bigos i flaki już są podgrzane.
Kelnerzy snuli się między stolikami, kiedy przez pół godziny smętnie patrzyliśmy na obeschnięte bułeczki i popijaliśmy wodę. Zastanawiałam się, gdzie się podział ten świetny szef kuchni, który potrafił z tradycyjnej kuchni polskiej wydobyć jej esencję, a inspiracje kuchni międzynarodowych zinterpretować tak, że miało się ochotę powiedzieć mu: jest pan genialny! Gdzie są pracujący od zawsze kelnerzy, zorientowani w daniach, które podają. Zniknęli jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki złej królowej. Nie ma. Ale może odpowiedzią były liczne samochody dostawcze z napisem "Belvedere Catering".
Stanowiliśmy w restauracji smutny widok, bo było nam smutno.
Restauracja, która chwali się tym, że gościła koronowane głowy i Marthę Stewart, w niedzielne popołudnie udaje, że piernik to fondant, późny obiad to brunch, bukiet przypraw to sól i pieprz. I pokazuje, że koronowana głowa zasługuje na menu z klasą, a przeciętny gość zadowoli się byle czym.
Zawsze zastanawiałam się, dlaczego ta restauracja, która dobrze karmi(ła) na miejscu, ma paskudne cateringi, bo za każdym razem, kiedy byłam na imprezach obsługiwanych przez Belvedere, jedzenie było niedobre. Dziś poczułam się tak, jak bym była na imprezie w Belvedere, którą obsługuje Belvedere Catering. Z tą różnicą, że tym razem trzeba było zapłacić 149 zł za osobę.
Nie było warto. Z całą pewnością nieprędko tam wrócę.


Restauracja i kawiarnia Belvedere
Łazienki Królewskie,
ul. Agrykoli 1
Warszawa

*jak mówi Wikipedia "Typically brunch is had at around 11 am, close to lunch time but still before"
**czekoladowy fondant to podawane na ciepło ciastko, które z zewnątrz ma cienką warstwę ciasta, w środku płynącą czekoladę

2010-09-26

Film o miłości i ciasto z gruszkami.



Wczoraj wybrałam się na film "Jestem miłością". Obok mnie siedziała para, gdzie facet nieustannie komentował wszystko, co widzi na ekranie. A ta zupa nie wystygnie? A co ona powiedziała? A gdzie on idzie?
Ale w pewnym momencie przestałam zwracać uwagę na komentarze gościa, który nie do końca wiedział, na co się wybrał do kina. I po co.
To niezwykły i inny film, gdzie obrazy są jakby niedoświetlone, niektóre w stylistyce retro. Niepokojące, żywe i sprawnie poprowadzone wątki miłości, konwenansów, dobrego jedzenia i tęsknoty do bycia sobą.  Ukazanie prawdy o tym, że pragnienia, które nosimy w sercu, można tylko na chwilę przysypać pozornie szczęśliwymi i dostatnimi chwilami z dala od miejsc, które w pamięci jawią się jako te najlepsze. Niedoskonałości dojrzałego ciała pokazane po europejsku, nie amerykańsku, gdzie nie ma starości, bo ten film jest włoski i przywodzi na myśl obrazy Viscontiego.
Tilda Swinton gra Rosjankę, która wyszła za mąż i musiała stać się Włoszką. Musiała, a może chciała. Albo jedno i drugie. Film pełen dobrego jedzenia, ale jedzenie go nie zdominowało. Po nim każdy zamarzy o tym, żeby mieć skrawek ziemi, na której rosną drzewa oliwne, dzikie zioła i owoce. Gdzie wszystko jest świeże, odległe od zgiełku miasta. Gdzie rutyna jawi się jak coś niedoścignionego i pożądanego.
Ten obraz w moją pamięć zapadł głęboko i gdybym miała dzisiaj kosz świeżych ryb, ugotowałabym rosyjską Uchę.
Nie mam ryb. Mam gruszki, które łypią na mnie z wiklinowej patery. Dziś muszę coś z nich zrobić. Piekę ciasto - takie zwyczajne, maślane, babcine i domowe. I łapię słoneczne chwile. Oby jak najdłużej!



Ciasto z karmelizowanymi gruszkami
/na podst przepisu Nigela Slatera/

Składniki na ciasto:
200 g masła
200 g brązowego cukru
3 jajka
200 g mąki
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

Składniki na gruszki:
750 g gruszek, należy je obrać, wyrzucić gniazda nasienne i pokroić w kostkę
3 łyżki brązowego cukru
40 g masła
1/2 łyżeczki cynamonu

do posmarowania blaszki: ok. 1/2 łyżki masła

Przygotowanie gruszek:

W garnku rozpuścić masło (40 g) z cukrem (3 łyżki). Dodać gruszki i gotować do czasu, aż sok wyparuje - nie należy zbyt intensywnie mieszać, by kawałki gruszek zachowały swój kształt.
Zdjąć z ognia i ostudzić, wymieszać z cynamonem.

Przygotowanie ciasta:


Masło (200 g) zmiksować z cukrem (200 g) na gładką i jasną masę. Miksując dodawać po jednym jajku, na końcu wmieszać mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia.
Delikatnie wmieszać w ciasto ostudzone gruszki.

Formę o średnicy 24 cm (najlepiej tortownicę) wysmarować masłem, wysypać tartą bułką. Przełożyć do niej ciasto i wstawić do piekarnika nagrzanego do 190 st C na 40-45 minut.

Ostudzić w formie, podawać z lodami waniliowymi lub sosem toffi.

Smacznego!

2010-09-23

Najprostszy sposób na rybę. Dorada w soli.


Kiedy jestem w restauracji rybnej, najchętniej zamawiam rybę w całości pieczoną w soli. Dla mnie to jedna z najlepszych metod jej przygotowania. Lubię obserwować, kiedy kelner przywozi gotową rybę i przy stoliku oddziela kawałki delikatnego mięsa. Bez zbędnych ceregieli, dekoracji i misternego układania na talerzu.
Zaskakujące, że tak spektakularna metoda, jest niezwykle łatwa do powtórzenia w domu.
Wystarczy pamiętać o tym, by kupić wcześniej dużo gruboziarnistej soli morskiej (ja na dwie ryby po ok. 500 g każda, zużywam ok. kilograma soli, ale są szkoły, które mówią o podwojeniu jej ilości).
Trzeba też wspomnieć, że najlepiej nadają się do tego gatunki o dosyć grubej skórze - dzięki temu mięso będzie słone w sam raz.
Od kiedy nauczyłam się patroszyć ryby, najchętniej kupuję je w całości i piekę w garnku glinianym lub żeliwnej formie. Ci, którzy nie lubią albo nie chcą patroszyć - mogą kupić już wypatroszone i gotowe do pieczenia. Wówczas pyszny obiad będzie gotowy w niespełna pół godziny.
Ten sposób pieczenia sprawia, że ryba ma soczyste, idealnie upieczone mięso i nie potrzebuje ani sosu ani wielu dodatków. Ja lubię ją z odrobiną stopionego masła, kromką chleba i sałatą.
Dziś przygotowałam doradę. Rodzaj ziół jest tu absolutnie dowolny - może to być i koperek, bazylia, tymianek. Co kto lubi.





Dorada pieczona w soli
/dla 2-3 osób/


2 dorady po ok. 500 g każda
1 kg soli morskiej gruboziarnistej
6 ząbków czosnku
2 gałązki tymianku
2 gałązki rozmarynu
4 plasterki cytryny


Rybę patroszymy, dokładnie płuczemy, zostawiamy z głowami. Odcinamy płetwy. Na bokach robimy po 3 ukośne nacięcia, w które wkładamy po jednym obranym ząbku czosnku. Do środka ryby wkładamy zioła i po plasterku cytryny.
Żaroodporną formę wysypujemy solą tak, żeby jej warstwa była przynajmniej 3-4 cm grubości. Kładziemy rybę, układamy na jej boku plaster cytryny i posypujemy resztą soli, skrapiamy sól 1-2 łyżeczkami wody.
Piekarnik nagrzewamy do 220 st C. Wstawiamy rybę i pieczemy 20-25 minut.
Z upieczonej ryby zdejmujemy najpierw sól, następnie skórę i mięso oddzielamy od ości. Przekładamy na talerz, opcjonalnie kładziemy na mięsie łyżeczkę miękkiego lub stopionego masła.
Podajemy z ulubionymi dodatkami.

Smacznego!

2010-09-22

Pamiętajcie o ogrodach



Popołudnia ostatnich ciepłych dni spędzamy w przydomowym ogródku. Patrzę, jak liście z zielonych powoli zmieniają kolor na czerwony. Jak niezliczone ilości pająków niestrudzenie tkają swe sieci.
Wrzesień to odpowiedni moment do tego, by posadzić cebulki tulipanów, narcyzów i żonkili. Dawno temu oglądałam angielskie magazyny o ogrodach i marzyłam o prawie czarnych odmianach tulipanów Black Parrot, Queen of Night. Później przywoziłam je w walizkach z podróży.
Dziś wybór cebulek w naszych sklepach jest tak duży, że trudno się zdecydować. W tym roku odkryłam piękną, dwukolorową odmianę Ice Cream, a także nowe rodzaje białych narcyzów, hiacyntów i przebiśniegów.
Mimo że mój ogródek jest naprawdę miniaturowy, każdej jesieni dosadzam dziesiątki kolejnych cebulek. Sadzę je na rabatach albo w trawie, a te, które przekwitają, wykopuję i przenoszę w inne miejsce.
Później cieszę się nimi od końca zimy do lata. Przekwitają jedne, zaczynają kwitnąć kolejne. Jeśli macie choć kawałek ziemi niedaleko okna albo balkon, zachęcam Was do zagospodarowania ich cebulkami. Zapewniam, że ten niewielki trud się opłaci.
No dobrze, a co do jedzenia?




Do jedzenia makaron z serii tych, które jeśli zrobimy jednego dnia, następnego mamy ochotę na powtórkę. Wszystko robię zgodnie z przepisem za wyjątkiem krewetek, które smażę z czosnkiem osobno i pod koniec dodaję je do sosu.
Korzystam z surowych, dużych krewetek, które są obrane i pozbawione ogonków, które pod wpływem ciepła, z szarych zmieniają kolor na różowy. W zależności od ich wielkości, smażę je tylko ok. 2-3 minut.


Makaron z krewetkami i cukinią w różowym sosie
Źródło przepisu: Illucucina

Dla 2 osób:
krewetki 30/40 surowe obrane: 6 - 10 na osobę
odrobina białego wina (ok. 100 ml)
200 ml passaty pomidorowej lub 2 dojrzałe świeże pomidory - obrane
3 ząbki czosnku
150 - 200 ml śmietanki 18%
sól
1 cukinia
oliwa
tagliatelle lub linguini (120 g na osobę) (użyłam pappardelle, przyp. L)
pół łyżeczki cukru trzcinowego cukru jeśli pomidory są za kwaśne
duuuuuuużo koperku

• krewetki przepłukuję wodą, odcedzam
• cukinię kroję w średnie słupki i podsmażam na chrupko na oliwie z ząbkiem czosnku
• na osobną dużą głęboką patelnię wrzucam krewetki, czosnek, po chwili dolewam białe wino, kiedy trochę odparuje, śmietankę, sól i nakońcu passatę. Jeśli pomidor jest świeży, należy go dodać na początku razem z czosnkiem, a śmietankę na końcu.
• cukier dodaję na końcu jeśli sos nie ma wywarzonej kwasowości
• makaron al dente wrzucam co gorącego sosu na kilka sekund
• podaję z cukinią i koperkiem



2010-09-20

Tarta z jabłkami i marmoladą



Jabłko.
Niezliczone odmiany, niezliczone przepisy.
Kaczka z jabłkami, racuchy z jabłkami, kompot jabłkowy, drożdżówki z jabłkami, śledzie z jabłkami. Zawsze mam je w lodówce. Przynajmniej kilka.


Dziś upiekłam tartę. Autor mówi, że to rodzaj ciasta w starym stylu. I ja się z tym zgadzam. Na bardzo cieniutkim, przypominającym w smaku shortbread spodzie, gruba warstwa marmolady i jabłek takich, jak do szarlotki. To nie jest eleganckie ciasto, które uda się pokroić na idealnie równe porcje i podać na przyjęciu. Raczej takie, które w zaciszu jesieni, będziemy nabierać łopatką i nakładać kolejne porcje na talerzyki. Ale właśnie takie lubię najbardziej :)






Tarta z jabłkami i marmoladą
/na podst. Nigel Slater "Tender. Volume II"/

Ciasto:
75 g masła
75 g cukru pudru
1 żółtko (dodałam 2, przyp. L)
150 g mąki pszennej
odrobina mleka (pominęłam, przyp. L)

Jabłka:
850 g jabłek
sok z 1/2 cytryny
1 łyżka cukru pudru
250 g marmolady
(dodatkowo oprószyla ciasto łyżką płatków migdałów)

Do podania: tłusta śmietanka


Ciasto:
Z podanych składników zagnieść ciasto, dodając tyle mleka, by ciasto miało gładką konsystencję.
Formę do tart (ja użyłam ceramicznej formy do Apple Pie) o średnicy 26-28 cm wylepić ciastem i schłodzić w lodówce przez ok. 30 minut.
W tym czasie przygotować jabłka:

Jabłka obrać, wydrążyć gniazda nasienne. Pokroić na kawałki, dodać sok z cytryny i umieścić w garnku. Poddusić przez ok. 10-15 minut.
Na końcu, kiedy jabłka się rozpadną, dodać cukier i odstawić.

Piekarnik nagrzać do 200 st C.
Wstawić ciasto wyjęte z lodówki i podpiec ok. 15-20 minut, aż będzie złote.
Wyjąć z piekarnika, wypełnić jabłkami i podgrzaną marmoladą. Wstawić z powrotem do piekarnika, zmniejszyć temperaturę do 180 st C i dopiekać kolejne 30-35 minut.

Smacznego!

2010-09-18

Placki z dynią na słodko





W tym roku kilka razy w tygodniu kupuję dynię, którą kroję w kostkę, piekę w piekarniku i wykorzystuję na różne sposoby, dodając ją zarówno do bułeczek, ciast, zup, jak też sałatek czy placków. Zauważyłam, że w polskich sklepach pojawiło się kilka nowych odmian, o miąższu od żółtego do głęboko pomarańczowego. Rzadko korzystałam z dyni dopóki nie odkryłam, że zamiast odkrajać skórę od surowej, lepiej ją upiec, a miąższ wybrać łyżką. 
Dzisiejsza propozycja powinna przypaść do gustu wszystkim lubiącym placki ziemniaczane. 
Te, które przygotowałam dzisiaj, dobrze smakują z cynamonową śmietaną, delikatnie posypane cukrem. Jeśli ktoś woli wytrawną wersję, można pominąć cynamon i dodać do ciasta szczyptę pieprzu albo ulubionych ziół oraz więcej cebuli.


Placki ziemniaczane z dynią

1 kg ziemniaków
300 g upieczonej* dyni
1/2 cebuli, drobno posiekanej (można ją pominąć)
3 jajka
3-4 płaskie łyżki mąki
1 - 1,5 łyżeczki soli 
1 łyżeczka cynamonu
szczypta gałki muszkatołowej

Ziemniaki zetrzeć na niezbyt drobnej tarce. Odstawić na 10 minut, następnie odcisnąć nadmiar płynu (na durszlaku lub wycisnąć ziemniaki przy pomocy szmatki). Dodać pozostałe składniki.
Dokładnie wymieszać.
Na patelni rozgrzać tłuszcz - kiedy będzie bardzo gorący, łyżką nakładać porcje ciasta i smażyć 3-4 minuty z każdej strony. Ja robię raczej płaskie placki, które smażą się krócej.

Usmażone placki ułożyć na talerzu przykrytym papierową serwetką, by wchłonęła nadmiar tłuszczu.

Podawać z dowolnymi dodatkami.
Smacznego!

* Piekarnik nagrzać do 200 st C.
Dynię pokroić w dużą kostkę i ułożyć na blasze, następnie skropić ją 1-2 łyżkami oliwy. Wstawić do piekarnika i piec ok. 45-50 minut, aż dynia zmięknie. Po upieczeniu ostudzić. Następnie łyżką oddzielić ją od skórki i ugnieść widelcem.

2010-09-16

Pierniczki


Mamo, zróbmy pierniki! 
Proszę bardzo: pierniczki, na które przepis jest tak łatwy, że spokojnie poradzi sobie z nim dziecko. Dla ułatwienia, zamiast wagi, użyłam szklanki o pojemności 250 ml.
Podczas pieczenia z kulek ciasta tworzą się płaskie, popękane ciasteczka. Ważne jest to, by nie piec ich zbyt długo, dzięki temu z zewnątrz będą chrupiące i ciągnące w środku.
Pierniki mają zdecydowany, korzenny smak. Do części z nich dodałam 1/2 łyżeczki suszonej lawendy, ale to tylko opcja.



Pierniczki

2 szklanki mąki
1 łyżeczka sody
1 łyżeczka proszku do pieczenia
2 łyżeczki cynamonu
1 łyżeczka imbiru w proszku
1 łyżeczka przyprawy do piernika
1/2 łyżeczki soli

150 g masła
1 szklanka cukru
1 jajko
1/2 szklanki melasy


Mąkę wymieszać z sodą proszkiem, cynamonem, imbirem, przyprawą do piernika i solą.
W drugiej misce utrzeć masło z cukrem i kiedy będzie puszyste, dodać melasę i jajko.
Wciąż ucierając, powoli dodawać suche składniki. Masa będzie bardzo gęsta.
Przykryć miskę folią i wstawić do lodówki na godzinę.

Z masy formować małe kulki  (ok. 3 cm średnicy) - najłatwiej jest posłużyć się łyżką do lodów. Kulki układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zostawiając między nimi 4-5 cm odstępy - podczas pieczenia z kulek zrobią się płaskie ciasteczka.
Nagrzać piekarnik do 180 st C. wstawić ciasteczka i piec ok. 12 minut.
Wyjąć z piekarnika i ostudzić na blasze. Początkowo ciasteczka będą miękkie, ale kiedy ostygną, stwardnieją.

Smacznego!

2010-09-14

Kotlety czy burgery?


Kotlety czy burgery? Jaka jest różnica między jednym a drugim?
Nie wiem. Wiem za to, że to idealne jedzenie dla niejadków. Burgera można zrobić ze wszystkiego, co zdrowe, a co w całości jest dla niektórych niejadalne. Taka czerwona papryka na przykład.
Lubię je na ciepło, a jeszcze bardziej, kiedy ostygną. 
Ostatnio wyjątkowo upodobałam sobie pieczone i później marynowane warzywa, które są do nich idealnym dodatkiem. 




Kotlety z pieczoną papryką

200 g ugotowanych ziemniaków, utłuczonych lub przeciśniętych przez praskę
200 g dowolnej ryby (mintaj, tuńczyk, łosoś), drobno pokrojonej
1 średniej wielkości cebula, drobno pokrojona
1 upieczona* papryka
1 łyżeczka oregano
1 łyżeczka musztardy
1-2 łyżki soku wyciśniętego z cytryny
sól i pieprz do smaku
1 jajko

do obtoczenia kotletów: mąka, bułka tarta

Ziemniaki połączyć z rybą, dodać cebulę, paprykę, oregano, musztardę, doprawić solą, pieprzem i sokiem z cytryny. Dodać jajko i wymieszać wszystko do czasu, aż powstanie masa.
Wstawić do lodówki na godzinę, następnie formować kotleciki, które obtoczyć najpierw w mące, następnie w jajku, na końcu w tartej bułce (można też zrezygnować z mąki i obtaczać kotlety tylko w jajku i tartej bułce).
Na dużej patelni rozgrzać olej do smażenia, zmniejszyć ognień do średniego i układać kotlety. Smażyć na złoto z obu stron - zajmie to ok. 5-7 minut.

Ja podaję je z marynowaną papryką i zieloną sałatą, na które przepis podam wkrótce.

Smacznego!



*Paprykę przekroić na pół, wyrzucić pestki, ułożyć na blaszce do pieczenia, skropić 1 łyżką oliwy, posypać solą i wstawić do piekarnika nagrzanego do temp. 250 - 300 st C. Najlepiej sprawdzi się tu piekarnik z funkcją grilla.
Po ok. 15-30 minutach skórka powinna być w niektórych miejscach czarna.
Wyłączyć piekarnik, paprykę przełożyć do torebki foliowej i zostawić, by ostygła. Następnie zdjąć skórkę, a miąższ pokroić w drobną kosteczkę.

2010-09-13

Brzydkie a dobre. Baba ghanoush.


Brzydkie a dobre. Tak brzydkie, że w większości książek kucharskich, na których jest przepis na baba ghanoush, zamiast gotowego dania, występuje lśniący bakłażan. Mnie jednak wizyta w sklepie z żywnością arabską, gdzie w witrynie piętrzą się oliwki, sery, marynowane papryki i pasty z ciecierzycy czy bakłażana, przyprawia o wzmożoną pracę ślinianek. Mam słabość do past, hummusów, dipów i nie daję się zwieść ich niefotogenicznemu wyglądowi.
W sklepach jednak to danie występuje zazwyczaj w postaci zmielonej i rzadkiej, a ja wolę jego gęstą wersję, zwaną czasem wegetariańskim kawiorem. 
Wersji na baba ghanoush jest wiele, bowiem występuje w wielu regionach świata i różnie się tam nazywa. Jadłam go już w Indiach pod nazwą Bharta, gdzie dodaje się do niego jogurtu i w Egipcie, gdzie występował jako przystawka podawana z płaskim chlebem. Najbardziej jednak utkwił mi w pamięci ten, który jadłam kiedyś w malutkiej tureckiej restauracji w Izmirze, serwowany w miseczkach, o wyraźnym smaku wędzonego bakłażana, drobno pokrojony i doprawiony sezamową pastą tahini, czosnkiem i cytryną. Od tamtej pory, a było to wiele lat temu, przygotowuję go najchętniej w ten sposób.





Tajemnicą dobrego baba ghanoush jest opalany bakłażan - najlepiej byłoby go uwędzić albo opalić nad ogniem. Ponieważ to niemożliwe, piekę go w piekarniku, korzystając z opcji grillowania. Tak jak w przypadku papryki, czarna skórka oznacza intensywny smak miąższu.
Podstawą tego dania jest bakłażan, pasta tahini, czosnek. Przyprawy możemy dodawać w zależności od upodobań. Kiedyś ktoś mi powiedział, że dobrze jest dodać odrobinę melasy z granatów - to gęsty, słodki sos, który bez większych kłopotów można kupić w sklepach z żywnością arabską.
Ja dodaję jeszcze drobno siekaną pietruszkę, odrobinę oliwy z oliwek i wędzoną paprykę w proszku. Bardzo lubię baba ghanoush z chlebkami pita, ale rzadko mam je w domu, więc zjadam go ze świeżymi bułeczkami lub makaronem. Niekiedy dodaję do niego drobno pokrojone warzywa, takie jak ogórek lub pomidor bez skórki albo kilka łyżek czerwonych porzeczek. Jadłam go też kiedyś w wersji z nasionami granatu. Jeśli lubimy, możemy użyć również gęstego jogurtu albo mielonego kminu.
Wszystko jest kwestią gustu. Jak z naszym bigosem. 


Baba ghanoush, pasta z bakłażana

1 duży bakłażan, przekrojony na pół
50 g pasty sezamowej tahini (dostępna np w sklepach ekologicznych)
sok z 1/2 cytryny
1 ząbek czosnku
1 łyżka posiekanej natki pietruszki
2 łyżeczki melasy z granatów (opcjonalnie)
sól i pieprz do smaku (idealnie nadaje się tu sól wędzona)
opcjonalnie: oliwa z oliwek, mielony kmin, wędzona papryka w proszku

Piekarnik rozgrzewamy do najwyższej temperatury (ja korzystam z opcji grill, która w przypadku mojego piekarnika wynosi 300 st C). Bakłażana układamy nacieciem do góry, posypujemy solą i spryskujemy delikatnie 1 łyżką oliwy.
Wstawiamy do piekarnika i pieczemy ok. 20-30 minut - wierzch powinien być bardzo ciemno brązowy, a miąższ miękki. Czas pieczenia zależy od piekarnika i temperatury.
Upieczonego bakłażana należy wystudzić, następnie łyżeczką wybrać miąższ (bez przypalonej skórki) i drobno posiekać. Włożyć go do durszlaka, by pozbyć się nadmiaru soku lub dobrze odcisnąć. Dodać czosnek (ja miażdżę czosnek płaską stroną ostrza noża i następnie drobno siekam), pastę tahini, sok z cytryny, melasę, sól i pieprz. Można dodać odrobinę oliwy z oliwek.
Przełożyć do miseczki, wierzch skropić oliwą z oliwek i wstawić do lodówki na 2-3 godziny.

Smacznego!


2010-09-11

Nigella w kuchni i piernik z Guinnessem


Nigella jest jak instytucja.
Kilka lat temu kupiłam książkę o pieczeniu ciast i wpadłam w nią po uszy. Wypróbowałam wtedy jakieś 90% przepisów i przy okazji wiele się nauczyłam.
Z książkami kucharskimi mam tak, że zazwyczaj przerabiam je od A do Z, a później odkładam na półkę i o nich zapominam. To jak zaliczanie lektur szkolnych. 
Wiosną albo latem dowiedziałam się o nowej książce Nigelli* i niecierpliwie wypatrywałam końca wakacji, kiedy miała się ukazać. Wczoraj dostałam paczkę, a później przez cały wieczór wertowałam ponad 500 stron.
Nigella naprawdę umie gotować, a piec nawet bardziej.
Mam ochotę wypróbować wszystko :)



Miękkie, pachnące ciasto piernikowe. Dla mnie podobne do Piernika z Yorkshire. Wspaniałe na jesienne pluchy i leniwe wieczory. Następnego dnia po upieczeniu jeszcze lepsze.

Ciasto piernikowe z Guinnessem
na podst. książki "Kitchen" Nigella Lawson

150 g masła
300 g golden syrup (złocisty syrop, który można kupić m.in. w delikatesach Marks&Spencer i większości sklepów ekologicznych)
200 g cukru dark muscovado (kupuję go zwykle w Auchan)
250 ml piwa Guinness
2 łyżeczki mielonego imbiru
2 łyżeczki mielonego cynamonu
1/4 łyżeczki mielonych goździków
300 g mąki pszennej
2 łyżeczki sody
300 ml kwaśnej śmietany
2 jajka

forma kwadratowa o boku 23 cm (moja miała 26 cm)
Uwaga: ważne, by nie piec tego ciasta w keksówce, ponieważ ma rzadką konsystencję i w wysokiej formie prawdopodobnie wyjdzie zakalec

W garnuszku umieścić masło, syrop, cukier, piwo, imbir, cynamon, goździki. Podgrzać aż składniki się połączą i nie będzie grudek. Powoli wsypać mąkę wymieszaną z sodą i rozprowadzić tak, by masa była gładka.
W drugiej misce zmiksować śmietanę z jajkami i powoli wlewać do miski masę, cały czas miksując na małych obrotach.
Formę posmarować masłem, wysypać tartą bułką i dokładnie owinąć folią aluminiową (na wszelki wypadek, gdyby forma okazała się nieszczelna. Ciasto można również piec w jednorazowej formie aluminiowej). Masa jest bardzo rzadka.
Piekarnik nagrzać do temp. 170 st C. wstawić ciasto i piec 45 minut (ja piekłam 60, przyp L.) Warto sprawdzić patyczkiem stopień upieczenia - kiedy wbity w ciasto patyczek jest suchy to znak, że należy wyłączyć piekarnik.
Po upieczeniu wyłączyć piekarnik i uchylić drzwiczki. Ostudzić ciasto.

Można je podać z gorącymi śliwkami (ja podgrzałam czerwone śliwki z cukrem, dodałam trochę malin i z gorącymi jadłam ciasto pokrojone na małe kwadraty).

Smacznego!



*Nigella Lawson, "Kitchen. Recipes from the heart of the home"
Wyd. Chatto&Windus, London 2010 
Zdjęcia Lis Parsons

2010-09-10

Wracając z pracy kup ciasto francuskie!





Gruszka i ser pleśniowy to para doskonała. Trochę jak Kargul i Pawlak albo Flip i Flap. Czasem może się znudzi, ale jest jednak ponadczasowa.
Niektórzy nie znoszą serów pleśniowych. Rozumiem ich, kiedyś też za nimi nie przepadałam. Ale to się zmieniło, bo taki ser w zestawieniu ze składnikiem, który łagodzi jego intensywny smak, jest czymś specjalnym.
Na początku zamierzałam z ciasta francuskiego upiec trójkąty z serem i gruszką, ale zmieniłam zdanie.
Kiedy będziecie wracać z pracy, wstąpcie do spożywczaka po opakowanie ciasta francuskiego, ser i gruszkę. Upieczcie sobie taką tartę, później otwórzcie butelkę wina i cieszcie się sobą. Nadchodzi upragniony weekend!




Tarta z gruszką i serem pleśniowym

1 op. ciasta francuskiego o wadze 250-300 g
1 duża gruszka
120 g sera niebieskiego (dowolnego)
100 ml śmietany
1 jajko
2 łyżki pestek słonecznika
opcjonalnie: 2 łyżeczki kminku


Ciasto rozwijamy i wkładamy do okrągłej formy.
Wylepiamy nim blaszkę, nadmiar obcinamy ostrym nożem i odkładamy na bok.
Śmietanę ubijamy z jajkiem w miseczce.
Gruszkę obieramy, delikatnie wydrążamy gniazdo nasienne i kroimy w cienkie plasterki.
Plasterki gruszki układamy na cieście dookoła brzegu. Następnie wsypujemy pokruszony ser i nasiona słonecznika, na wierzch wlewamy śmietanę z jajkiem. Ze ścinków ciasta wykrawamy foremką dowolne kształty i układamy na tarcie. Smarujemy je odrobiną śmietany z jajkiem i posypujemy kminkiem.
Piekarnik nagrzewamy do 190 st C. Wstawiamy tartę i pieczemy ok. 35-40 minut.

Smacznego!


2010-09-09

Lubię

Jestem słaba w zabawach blogowych, przyznaję się bez bicia.
Ale tyle rzeczy lubię.
Więc proszę bardzo, dziesięć rzeczy, które lubię. Kolejność jest przypadkowa.



Lubię twórczość małżeństwa Eames. Byli parą amerykańskich architektów, którzy tworzyli nowoczesne meble. W ich przypadku nowoczesność z lat 50-tych jest nowoczesnością ponadczasową. Jeśli ktoś pyta, z kim chciałabym pójść na kolację, gdybym mogła wybrać dowolne osoby, wybrałabym właśnie ich.
A gdybym mogła mieć wszystko, chciałabym mieć wszystko, co zaprojektowali.

Np takie krzesło:

Lubię czytać o proporcjach, harmonii, złotym podziale. Lubię odkrywać, że świat i przyroda są uporządkowane i od zawsze rządzą się tymi samymi prawami. Dlatego bardzo lubię książkę Geometry of Design:



Lubię chmury i niebo. To coś jest zupełnie za darmo, codziennie inne i fascynujące. To może banalne, ale dla mnie nie ma nic piękniejszego od takiego czegoś:



Lubię świeże kwiaty w wazonie. Każdą ilość. Każde kwiaty. Jak nie mam, idę do ogródka i zrywam gałęzie. Jarzębinę, trawy, gałąź sosny, suche liście. Kiedy byłam nastolatką i zarabiałam na kieszonkowe udzielając korepetycji, potrafiłam wydać wszystko na żonkile sprzedawane przez staruszkę na ulicy. A jeśli dodatkowo padał deszcz, utarg dnia miała dzięki mnie jak w banku ;)


Kate Winslet. Dla mnie, obok Meryl Streep, jest wyjątkowa. Z każdą rolą lepsza i bardziej fascynująca. Sama nie wiem, czy wolę ją w Lektorze, Drodze do szczęścia czy w Małych Dzieciach:



Lubię słuchać Chilli Zet. Zwłaszcza, kiedy prowadzi Gabi Andrychowicz. Lubię spokojne i pozytywne rozmowy i prowadzących, którzy lubią swoich słuchaczy i gości:


Lubię śniadanie w Rozbrat 20. Lubię ten wystrój, ten park, stolik przy oknie. Chciałabym wiedzieć, jak robią chleb - najlepszy w mieście. Ale już nawet nie chodzi o jedzenie. Lubię tam posiedzieć. Jest inaczej niż wszędzie.



Podoba mi się biżuteria, którą robi Zbigniew Michałowski. Wprawdzie nie mam nic, co stworzył, ale wyobrażam sobie, jak musiałaby wyglądać kobieta, która nosi coś takiego:




Miało być dziesięć rzeczy. Dziesiątą jest widok na akację robinię akacjową, która wchodzi mi przez okno, mimo że mieszkam w środku miasta wśród gęstej zabudowy:


I to by było na tyle. Miłego dnia Wam wszystkim życzę :)

Następujące zdjęcia pochodzą ze stron:
Eames office (Zdjęcie małżeństwa Eames), 
Trendymania (kolczyki Zbigniewa Michałowskiego), 
Vitra (krzesło)

2010-09-07

Orzechowa tarta ze śliwkami


Na bazarze, w strugach deszczu podziwiałam grzyby wypatrując muchomorów. Może się wreszcie przekonam... Po ostatnich doniesieniach, miłość do grzybów nie osłabła, a obrosła strachem, ale dziś, kiedy patrzyłam jak sprzedawcy układają prawdziwki jeden obok drugiego, tak piękne, że aż nierealne, postanowiłam się przełamać.
Gdyby tak wyglądała kulinarna aura, mogłabym znieść nawet deszcz i zimno i fakt, że wszystkie nowe buty schowałam do szafy, paradując w kaloszach.
Zanim zrobię coś z grzybów, zapraszam na tartę ze śliwkami. 
Ja piekłam ją w prostokątnej formie, ale idealnie wyjdzie również w tradycyjnej blaszce do tarty albo w tortownicy. 



Orzechowa tarta ze śliwkami

200 g mąki pszenej lub orkiszowej (może być również pszenna mąka razowa, ale wówczas należy dodać trochę więcej wody)
20 g cukru
1 żółtko
100 g masła, pokrojonego w kostkę
1-2 łyżki zimnej wody

500 g śliwek plus 1-2 łyżeczki cukru do posypania
50 g zmielonych orzechów (dowolnych)
50 g cukru
50 g masła

Opcjonalnie: 50 g gorącego dżemu morelowego, przetartego przez sitko, do posmarowania ciasta po upieczeniu

Z mąki, cukru, żółtka i masła zagnieść szybko ciasto. Będzie miało na początku strukturę okruchów. Wówczas należy dodać wodę i zagniatać, aż ciasto zacznie się lepić - nie należy robić tego zbyt długo, wystarczy 1-2 minuty.
Ciastem wylepić tortownicę o średnicy 24 cm.
Piekarnik nagrzać do 200 st C. wstawic tartę i piec 15 minut.
Wyjąć z piekarnika, wsypać zmielone orzechy wymieszane z cukrem, na wierzchu ułożyć śliwki pokrojone w ćwiartki, posypać 1-2 łyżeczkami cukru i ułożyć wiórki masła.
Wstawić do piekarnika i piec kolejne 40 minut. Brzegi powinny być chrupiące i rumiane. Należy sprawdzic stopień upieczenia ciasta po ok. 30 minutach.
Przed pokrojeniem dokładnie wystudzić.
Jeśli chcemy, by śliwki byly błyszczące, smarujemy je przy pomocy pędzelka gorącym dżemem morelowym.

Smacznego!

2010-09-06

Kulinarna historia i Kiciuś szuka domu :-) Rozwiązanie.


"Kolejny deszczowy dzień lata. Krople stukają o parapet, słychać głosy krzątania się po kuchni.
- Irena!  Jest już kawa?! Śpieszę się...
- Zaraz, Józek, nie dam rady wszystkiego tak szybko ogarnąć, a do tego gorąco jak fiks. - Irka dokręca ostatni słoik kiszonych ogórków. - Radek, wstajesz już?!
Mały chłopiec siedzi schowany pod kołdrą i udaje, że śpi, w strachu że mama wejdzie i zagoni go do pomocy w kuchni. Wczoraj był na ognisku i rodzice nie wiedzą jeszcze, że zniszczył nowe spodnie. Chyba lepiej będzie jak już wstanie, przecież dziś piątek… Zwleka się z łóżka i podchodzi do okna.
- Zaczyna się przejaśniać. - myśli. Jednak uśmiech szybko zanika zanim zdążył się na dobre pojawić. - Czemu po tylu dniach ulew akurat w piątek jak mnie zaganiają do kuchni musi robić się ładnie?!
- Co tam mówisz? - głowa mamy pojawia się w drzwiach.
- Nie, nic... - mały podskakuje, nie do końca zdając sobie sprawę z tego, że na głos wypowiedział swoją ostatnią myśl.
- Leć, nakarm kury. Ja muszę tacie naszykować śniadanie do pracy.
                Radek wstaje, leci do wychodka, po drodze zrywając parę czereśni. Potem szybki prysznic… Bach!
- Kurcząt, patrz jak leziesz!! – na pozór zwykła, ruda kura ucieka w popłochu, wytrzeszczając oczy. Radek zbiera się z kolan i patrzy za kurą. Wracając, widzi, że mama zostawiła już wiaderko z ziarnem na ganku.
- Kurcząt, no chodź… Nie obrażaj się. – podczas, gdy reszta kur zbiegła się do śniadania, Kurcząt siedzi gdzieś schowany i nie chce wyjść. – Kurcząt! Chodź, nazbieram ci dżdżownic. – Radek nie rezygnuje i leci na grządki wybrać najtłustsze robaki. Wracając, uśmiechnięty widzi głowę Kurcząta wychylającą się zza pustej budy dla psa. Kura nieśmiało podchodzi do Radka.
- Chodź, Kurcząt. Patrz co ci przyniosłem. – Kura delikatnie wybiera z ręki Radka długie dżdżownice. Już jest udobruchana, daje się głaskać jak zwykle. – Nie gniewaj się już na mnie. Nie chciałem… - Radek troskliwie zanosi sytą już kurę do kurnika myśląc, że nikt w wiosce (a może i na świecie?) nie ma takiej FAJNEJ kury.
- Synek, wracaj już. Musisz mi pomóc lepić pierogi. Dziś Przemek wraca spod namiotów, trzeba się szybko uwinąć. – Mama krzyczy z okna. Naburmuszony Radek wraca do domu.
- Nie dość, że on pojechał na wakacje, a ja zostałem w domu, to jeszcze muszę mu robić obiad – burczy pod nosem niezadowolony.
- Jak będziesz starszy, to też pojedziesz na kolonie. Jeszcze jesteś za mały, żeby pojechać sam na wakacje. – Mama zawsze ma jakieś wytłumaczenie. – A na razie siadaj ze mną i formuj kulki, zobacz ile farszu narobiłam. No, uśmiechnij się, przecież sam zawsze chętnie jesz ruskie.
- Ale ty zawsze mnie potrzebujesz jak chłopaki są na wiosce. – Radek siada na stołku zrezygnowany i zabiera się do kręcenia kulek z farszu na pierogi. Mama sprawnie zawija je w krążki z ciasta.
- No nie przesadzaj, wczoraj zrobiliście w lesie piękny szałas. Wróciłeś chyba o 21.
- Właśnie, mamo… Muszę ci coś powiedzieć… - Radek nie odrywa oczu od kulek. – Wczoraj jak robiliśmy ten szałas…
- …to rozdarłeś nowe spodnie na kolanie, tak wiem. – Irena uśmiecha się widząc zaskoczoną minę syna.
- I nie jesteś zła?
- Zadowolona nie jestem, powinieneś bardziej uważać. Ale takie rzeczy zdarzają się małym chłopcom…
- Nie jestem już mały! Nie powiesz tacie? – pyta z nadzieją.
- Nie powiem, może nawet nie zauważy. Dziś rano udało mi się je ładnie zacerować. Jak mi pomożesz z pierogami i przestaniesz narzekać, to ode mnie się nie dowie.
- Umowa stoi. – Radek nie kryje ulgi.
                  Reszta czasu mija w milczeniu, oboje słuchają radia, znów leci ulubiony przebój lata ’93 Radka, piosenka do „Robin Hooda” Bryana Adamsa, Stinga i Roda Stewarta.
- Może jak Przemek wróci to zabierze mnie do kina do Nysy? Obejrzałbym „Robin Hooda”.
- Może... – Mama zlepia ostatni pierożek. – Widzisz jak szybko poszło? Póki chłopcy nie przyjdą możesz jeszcze nazbierać czereśni na placek. – równo z tymi słowami w sieni pojawia się Wojtek, Łatka i Matias.
- Mogę iść? Chłopaki już są. – Radek robi krowie oczy do mamy. Wie, że to często działa.
- Leć, leniu jeden. – Irena sama się sobie dziwi, że tak mu ostatnio folguje. - W sumie to już koniec wakacji, a w tym roku nigdzie nie pojechał. – myśli.
- Ja dziś chcę być Carlosem. – żąda Łatka.
- Ale ty jesteś Baggio, Radek jest Carlosem. – Mateusz broni kuzyna.
- Piłka jest moja, więc ja mam pierwszeństwo wyboru. – Łatka stawia na swoim. Taki argument jest nie do zbicia, piłka jest tylko jedna i to oryginalna – z adidasa.
                  Po kilkunastu akcjach przeprowadzonych „na Carlosa” czas na odpoczynek, chłopcy idą do sklepu i misternie liczą na jakie lody im starczy.
- Masz Kopernika pożyczyć? – Mateusz przegląda kieszenie. – Wtedy starczy mi na śnieżkę.
- Bambino też jest dobre, a wtedy zjemy po dwa. – Radek jest najlepszy w klasie z matmy.
- OK. Na to mogę się zgodzić. – Matias przytakuje.
                  Siadają na przystanku i pałaszują. Radek widzi mamę jak wraca ze sklepu z pełnymi siatkami.
- Ja muszę już lecieć. – mówi. – Bo Przemek dziś wraca. – leci za mamą i pomaga jej nieść siatki. Słyszy tylko za plecami zawiedzione „Cześć” chłopaków.
- Nie taki zły z ciebie syn. – Irka głaszcze Radka po głowie.
- Nie rób tak. Koledzy patrzą. – Radek wyprzedza mamę biegnąc do domu.
- Tylko się nie wywróć. Są szklane butelki w reklamówce.
                  Pomagając wypakować zakupy pyta mamy:
- O której będzie Przemek?
- Powinien być zanim tata wróci z pracy, czyli już niedługo.
- To ja pójdę nazrywać winogron. – Radek wychodzi na ganek, żeby pierwszy wiedzieć jak brat wróci.
                  Kurcząt powoli wychyla głowę z kurnika i nieśmiało podchodzi do Radka. Zostaje pogłaskany kilka razy, ale chyba znowu się obrazi, bo Radek zrywa się na równe nogi, zostawiając Kurcząta z tyłu.
- Przemek idzie! – krzyczy w stronę sieni na widok głowy brata to wychylającej się znad żywopłotu, to znikającej za nim.
- Cześć Radek! Zobacz co mam dla ciebie. – Przemek rozchyla poły kurtki.
- Ja… Mamo! Przemek przywiózł mi szczeniaka! Jak się nazywa?
- Nie wiem. Ty coś wymyśl. – Przemek wita się z mamą.
- Naprawdę mogę? W takim razie nazwę go Gucio!
- Gucio, nie Gucio. Nie wiem co na to wszystko powie tata. – mama podpiera się pod boki. – No cóż, zobaczymy… Przemek wchodź do domu. Pierogi na stole.
- Ruskie?!
- Ba! Jak zwykle w piątek.

***

- Kama, przełącz to. Nie mogę słuchać po raz setny tej samej piosenki. W tym radiu nic nie ma. – Radek nigdy nie lubił Kravitza, a radio nadaje go ciągle i w koło. Od kiedy wyjechali z Wrocławia to już trzeci raz.
- Niestety tu odbiera tylko jedna stacja. Ale poczekaj, mój narzekający mężu, zaraz coś wymyślę. – Kamila przegląda kieszeń z płytami i wkłada CD do odtwarzacza. – Wiem, że to lubisz. – piosenka do „Robin Hooda” zawsze polepsza mu humor.
- Zaraz będziemy na miejscu. Ciekawe czy tato będzie już w domu, nie pamiętam na którą ma zmianę.
- Ale jestem głodna. Wiesz co mama zrobiła na obiad?
- Jak to co? Przecież dzisiaj piątek…
- RUSKIE PIEROGI!

W załączniku przesyłam zdjęcia Gucia, który jest dziś pełnoletni, bo ma 18 lat :-D
Z pozdrowieniami i życzeniami "oby tak dalej",
                                                                 Radosław i Kama W.


******************************************************************************


Długo zbierałam się do napisania tego posta.
Przeczytałam wszystkie kulinarne historie, które mi przysłaliście. Uroniłam przy okazji wiele łez, przy niektórych świetnie się bawiłam - każde dziecko ma chyba swoje kulinarne tajemnice :)
Obejrzałam zdjęcia, zobaczyłam skany starutkich przepisów, wędrowałam po łąkach, siedziałam na krawężniku w brudnych trampkach i zajadałam pajdę chleba z masłem, kawałek gorącego drożdżowego albo pierogi. To wszystko to bardzo piękne wspomnienia. Czasem smutne, nostalgiczne, innym razem pogodne i śmieszne. Każdy z nas jest wyjątkowy i teraz, kiedy stoję w kolejce, jadę samochodem albo spaceruję po parku patrzę na kogoś obcego i miałabym ochotę zapytać: a jakie są pani kulinarne wspomnienia? Bo każdy ma jakieś.
Nie było mi łatwo wybrać. Wybrałam historię Radka i Kamy.
Ponieważ mikser miałam tylko jeden, a do rozdania jeszcze kilka innych kuchennych gadżetow marki KitchenAid, postanowiłam wyróżnić jeszcze następujące osoby:

Wyróżnienia:

Iza, historia o Parowańcach z jagodami (tarka z pojemnikiem)
Aleksandra Maria “Babcine pierogi” (nóż strunowy)
Joanna J. “Babcine bliny” (nóż strunowy)
Monika J. “Wojna, młyn i mamałyga” (nóż strunowy)
Magdalena H. “Szarlotka babki Izabelli” (nóż do pizzy)
Pustelnikm “Istnieją jeszcze ciasta magiczne” (obieraczka do warzyw)
Dana Bo. “Cztery pory smaku” (Szpatułka do naleśników)
Kasia F. “Historia smaków dzieciństwa” (Szpatułka do naleśników)
Iwona “Piątkowe gołąbki” (Szpatułka do naleśników)

Bardzo bym chciała opublikować również te historie, ale żeby to zrobić potrzebuję Waszej mailowej zgody na ich publikację.
Przez najbliższe dwa tygodnie będę również czekać na adresy, pod które wyślę zarówno mikser jak i gadżety (kulinarnehistorie (małpa) gmail.com).

Wszystkim, którzy nadesłali swoje historie, bardzo serdecznie dziękuję za udział w zabawie.

2010-09-03

Tarta z jeżynami


Rok szkolny, a ja budzę się przed budzikiem. 
Zimne poranki, mokra trawa, a w moim maleńkim ogródku dojrzewają jeżyny. Jest ich niewiele, tyle tylko, by nacieszyć oczy albo wrzucić do ciasta.
Nim zegar wybije siódmą, mam już zupę na popołudnie i ciasto.
Od kiedy Lato z Radiem zeszło na psy, nastawiłam się na Chill Out i słucham Gabi Andrychowicz.  Muzyka, zwana potocznie plumkaniem, oddala ode mnie wizję jesiennego marudzenia, niekończących się pytań Dlaczego? (zimno/pada/boli mnie głowa/na poczcie kolejka).
Ranek potrafi pomieścić w sobie wszystko. Dziś na pewno się nie spóźnię.
A w weekend zapraszam na rozwiązanie konkursu Kulinarne Historie.
Miłego piątku!


To przepis na tartę z jeżynami. Krem, w którym są zatopione, jest waniliowy i przypomina w smaku Crème pâtissière - uwielbiam go, ale robi się go z wielu żółtek i trwa to bardzo długo. Krem w tej tarcie wystarczy jedynie zmiksować. Warto jednak uzbroić się w cierpliwość - ciasto robi się krótko, ale pieczenie może zająć nawet 1.2 godziny. 
Efekt jest wspaniały - kruchy migdałowy spód, delikatny krem i kwaśne owoce.
Z braku odpowiedniej ilości jeżyn, użyłam malin.
Ważna uwaga: forma to tarty musi mieć średnicę 26-28 cm, aby krem miał wystarczająco dużo miejsca.


Tarta z malinami i jeżynami
/przepis Silvena Rowe/

Spód:
225 g mąki
50 g cukru pudru
115 g masła
1/4 łyżeczki naturalnej esencji migdałowej (jeśli używamy suntetycznej, należy użyć nie więcej niż kilka kropli)

Składniki na spód połączyć - zagnieść ręcznie lub przy użyciu miksera. Dodać 1-2 łyżki zimnej wody.
Ciastem wyłożyć spód i brzegi tortownicy o średnicy 26-28 cm. Wstawić do lodówki na godzinę.
Piekarnik nagrzać do 180 st C, wstawić ciasto i podpiekać 15 minut.

W tym czasie zrobić krem:

2 żółtka
1 jajko
70 g miękkiego brązowego cukru
50 g białego cukru
cukier waniliowy lub łyżeczka esencji waniliowej
1 łyżeczka mąki ziemniaczanej
250 ml maślanki
50 ml śmietanki 36%
500 g jeżyn (lub innych owoców jagodowych)

Zmiksować żółtka, jajko, cukier, wanilię i mąkę. Następnie dodać maślankę i śmietanę i zmiksować z masą.
Na podpieczony spód wsypać umyte i osuszone owoce, wlać masę i wstawić do piekarnika zmniejszając temp. do 160 st C.
Piec ok. 40 minut (moje ciasto piekło się ok. 60-65 minut, na ostatnie 5 minut wstawiłam je pod nagrzany grill). Masa musi być dobrze ścięta.
Wyjąć z piekarnika i dobrze wystudzić przed krojeniem.

Smacznego!

2010-09-01

Przekąski czy przystawki?



Przedwczoraj:

Duży ciemny stół przykryty szklanym blatem, pod którym upychałam niezliczone ilości pocztówek, rysunków, wzorów matematycznych. To był stół rodzinny.
Czasem wpadali goście. Na szklanej tafli stołu pojawiały się talerze z kolorowymi kanapkami. Całe stosy malutkich kanapek, gdzie każda była kolorowa i nigdy nie było dwóch takich samych.
Były śledzie w oleju, sałatka jarzynowa, pomidory pokrojone w plastry i obsypane siekaną cebulą oprószoną dużą ilością pieprzu.

Wczoraj:

Początek nowych czasów. Na zamku Ujazdowskim catering przygotowany przez Martę Gessler. Wpadamy po pracy, impreza jest firmowa, a my głodni.
Na wielkich jasnych stołach rzędy białych misek, a w nich pokrojone w słupki marchewki, obok białe sosy.
Będzie jeszcze coś? - pyta mój kolega.
Nie będzie. Wczoraj jedliśmy śledzie, dziś nastała era surowych marchewek. Tak zdrowiej, modniej, inaczej.

Dziś:

Nowoczesne stoły albo zupełnie stare, znalezione na Allegro i dopieszczone tak, by pasowały do nowoczesnych krzeseł. Na nich talerze z wędzonym łososiem pokrojonym w plastry, caprese, hummus z Samiry, oliwki, sery pleśniowe, marynowane bakłażany.
Czy ktoś lubi jeszcze śledzie?

Ochota na śledzie przyszła zupełnie znienacka. Nie miewałam zachcianek ciążowych w tym stylu, nie pamiętam, bym kiedykolwiek spojrzała na te ryby przychylnym okiem. Ot, zagrycha do wódki, a do wódki nie mam w domu nawet kieliszków. Może powinnam?
Nie mogłam zasnąć i snułam w myślach niekończący się monolog na temat hiszpańskich tapas. Ci to mają! - pomyślałam. A potem przypomniałam sobie o tych wszystkich zakąskach i przekąskach, które pewnego dnia stały się bardzo démodé, pojawiły się zamiast nich przystawki, wędzone łososie i węgorze, elegancki międzynarodowy misz-masz.
Więc pomyślałam, że przypomnę sobie, jak to wszystko smakuje. Retro jest dziś w modzie, prawda?
Kilo śledzi 9 zł. Podejrzanie tanio, ale próbuję.



Pasta ze śledzi
/na podst. przepisu Silveny Rowe/

200 g śledzi, najlepiej świeżych, bez ości - jeśli są solone, należy je najpierw wymoczyć w mleku
50 g miękkiego masła
1 łyżeczka kwaśnej śmietany
1 łyżka chrzanu (użyłam takiego ze słoiczka)
szczypta cukru pudru
świeżo mielony czarny pieprz
1 jabłko, obrane, drobno starte

Do podania:
6 kromek razowego żytniego chleba 
1 mała czerwona cebulka, obrana i pokrojona w cienkie piórka
1 jabłko, obrane, pokrojone w cienkie plasterki i spryskane sokiem wyciśniętym z cytryny
50 ml kwaśnej śmietany
6 gałązek natki pietruszki

Śledzie drobno posiekać, połączyć z masłem, śmietaną, chrzanem, cukrem i pieprzem.
Dodać starte jabłko, wymieszać i schłodzić w lodówce, by składniki dobrze się połączyły.
Podanie:
kromki chleba smarować pastą, na wierzchu ułożyć cebulę, jabłko, udekorować natką pietruszki i odrobiną śmietany.
Pyszne!

Smacznego :)