2010-08-30

Wolę guacamole!

Ile papryczek chilli zjesz na raz?
Zielona, czerwona, zielona, czerwona.
Kuchnia meksykańska jest jak kolorowa tkanina, w której przeplatają się barwy awokado, kukurydzy, fasoli, papryczek chilli (czy ktoś wie, ile ich naprawdę jest? Meksykańskich odmian jest podobno około dwustu, a każdy region ma swoje).
To chyba najbardziej kolorowa ze wszystkich kuchni świata.
Guacamole. Mus z awokado, doprawiony limonką, kolendrą i, oczywiście, chilli. Tyle wersji, ile ludzi. 
Dobre guacamole musi być ostre i aromatyczne. To nie może być mdła pasta z awokado.
Ile bym go nie zrobiła, nigdy nic nie zostaje. 
Najlepiej połączyć wszystkie składniki przy pomocy moździerza - wtedy pasta jest gładka, ale dosyć gęsta.
Moja ulubiona wersja podania: z ciepłymi tortillami. Jeśli nie jesteśmy fanami ostrych smaków, chilli trzeba dawkować bardzo ostrożnie, jak na lekarstwo. W tej niepozornej papryczce kryje się wielka moc.




Guacamole

1-2 bardzo dojrzałe awokado
1/2 cebuli, najlepiej cukrowej lub czerwonej
1/2 - 1 papryczki chilli, przepołowionej, pozbawionej pestek
1/2 pęczka świeżej kolendry, drobno posiekanej
sok z 1 limonki
sól do smaku
opcjonalnie - świeżo mielony pieprz lub wędzona papryka

Cebulę drobno posiekać. Włożyć do moździerza, dodać chilli, 1/2 łyżeczki soli i dokładnie utrzeć na gładką pastę. Następnie dodać miąższ z awokado i tłuczkiem od moździerza połączyć z chilli. Doprawić kolendrą, limonką i solą. Dokładnie wymieszać, pasta musi być gładka.
Spróbować i - w miarę potrzeby, dodać świeżo mielony pieprz lub wędzoną paprykę.
Guacamole dobrze odstawić na chwilę, by smaki się połączyły.

Smacznego!

2010-08-28

Chodź zabiorę Cię na spacer






chociaż piąta rano jest!
Zanim zrobię podsumowanie Waszych ulubionych twarogów sernikowych, co obiecuję zrobić niebawem, zapraszam Was na spacer między słonecznikami.
Miłego weekendu!

2010-08-26

Subiektywny przewodnik po produktach. Sery twarogowe w wiaderkach.


Często jestem pytana o różne produkty - wybrać to czy to? Ten ser czy tamten? Postanowiłam więc zainicjować mój subiektywny przewodnik po dostępnych na naszym rynku produktach. Będę dzielić się swoimi spostrzeżeniami na ich temat. Mam też wielką nadzieję, że przyłączycie się do wspólnej dyskusji i razem uda nam się znaleźć najsmaczniejsze artykuły.
Festiwal Dobrego Smaku, na którym byłam ostatnio, uzmysłowił mi, że nie powinniśmy być w tyle za innymi europejskimi miastami. Powinniśmy wymagać i oczekiwać świetnej jakości produktów, za które płacimy przecież niemało.
Mam ulubione artykuły, po które sięgam w sklepie, kiedy się spieszę, ale jednocześnie bardzo chętnie próbuję nowości. Produkty kupowane z przyzwyczajenia - niektóre z nich trzymają poziom, przez lata smakując tak samo, inne, przechodząc w ręce nowych właścicieli, tracą lub zyskują, tanieją bądź drożeją.
Ten przewodnik pomoże mi wybrać to, co najlepsze. Porównam to, co dostępne i wypróbuję w swojej kuchni.
Sery do dzisiejszego testu kupiłam w jednym z supermarketów - wzięłam te, które akurat były na sklepowej półce. W swoich przewodnikach postaram się opisywać tylko te produkty, których kupienie nie nastręcza większych trudności i które są łatwo dostępne, z racji miejsca mojego zamieszkania, w Warszawie. Jestem jednak otwarta na Wasze sugestie produktów, które uważacie za godne polecenia nie tylko w Warszawie. Chętnie się dowiem też, które Wam nie odpowiadają.
A więc do dzieła!

Dziś subiektywny przewodnik po serach twarogowych w wiaderkach, które kupuję z myślą o pieczeniu serników. Pominęłam sery na wagę, na warsztat biorę jedynie te, których producenci wyraźnie sugerują zastosowanie do serników.
Często bowiem okazuje się, że korzystając z tego samego przepisu, jeden sernik wychodzi zbyt słodki, inny za płynny, jeszcze inny kwaśny. Już wiem, dlaczego.



1. OSM Garwolin, Twarożek homogenizowany na serniczek kremowy
Waga 1 kg, Skład: Twaróg odtłuszczony, śmietanka, zaw. tłuszczu 8%
Konsystencja: dosyć rzadka, nieco bardziej gęsty od tradycyjnego serka homogenizowanego, smak: delikatnie kwaśny, kremowy, gładka konsystencja. Najrzadszy ze wszystkich testowanych serów. Zostawiony w temperaturze pokojowej na 1/2 godziny zaczyna podchodzić wodą.
Cena: 8,99 PLN


2. Dr Oetker Twaróg Aksamitny
Waga: 1 kg, skład: nie podano, zaw. tłuszczu 3 g w 100 g sera
Konsystencja: przeciśniętego przez maszynkę twarogu, niezbyt płynny, gładki, smak: dosyć kwaśny, neutralny
Moja opinia po upieczeniu sernika: ser ma dobrą konsystencję, pozostawiony w temperaturze pokojowej nie podchodzi wodą, dobrze się łączy z pozostałymi składnikami. Upieczony z niego sernik jest delikatnie kwaskowy.
Cena: 12,39 PLN



3. Łowicz, Twaróg Łowicki na sernik
Waga: 1 kg, skład: ser twarogowy, masło, cukier, mleko w proszku, substancje zagęszczające: skrobia modyfikowana, guma ksantanowa, karagen, aromat: wanilina. Zawartość tłuszczu: w 100 g, nie mniej niż 5 g.
Smak: wyraźnie słodki, waniliowy, konsystencja: gęsta, z małymi grudkami, lekko żółty kolor
Smak najbardziej zbliżony do domowego twarogu ze śmietaną
Najbardziej gęsty ze wszystkich testowanych.
Z racji bardzo gęstej konsystencji i dodatku cukru oraz masła, w przepisach warto uwzględnić zmniejszenie ilości cukru i masła. To ser, który potrzebuje już niewielu dodatków i można pominąć zagęszczanie go mąką czy dużą ilością jajek. Piekłam już z niego serniki - smak, który uzyskiwałam to tradycyjny, polski sernik o wyczuwalnych grudkach sera i gęstej konsystencji i intensywnym zapachu waniliny - nie każdemu może on odpowiadać. Jeśli chcemy uzyskać lekki sernik, warto skorzystać z innego sera.
Cena: 8,99 PLN


Dziś wykorzystałam ser Oetkera.
Upiekłam z niego Przystojny Sernik Amaro. W przepisie zrobiłam 3 modyfikacje:
- Użyłam 5 jajek i 4 żółtka (zamiast 8 jajek)
- zamiast jagód użyłam malin
- Piekłam: w temp 260 st c 15 minut, następnie zmniejszyłam temp. do 100 st C i dopiekałam 1h.
Ten sposób pieczenia sprawia, że wierzch jest brązowy, a środek sernika kremowy.
Przed pokrojeniem warto schłodzić sernik w lodówce przez 24-48 h.


2010-08-24

Pora na jabłka. Jabłecznik.


Ulubiona szarlotka? Cienki kruchy spód i dużo jabłek. No dobrze, a co z tymi, którzy lubią dużo jabłek i dużo ciasta? Dla nich jest jabłecznik.
Kilogram jabłek opatulonych miękkim, niezbyt słodkim ciastem.
Właśnie teraz, kiedy rozpoczął się sezon na najlepsze polskie jabłka - antonówki.





Jabłecznik
/źródło: modyfikowany przepis z książki "Desery" Konemann/

Ciasto:
250 g mąki
2,5 łyżeczki proszku do pieczenia
130 g zimnego, posiekanego masła
2 łyżki cukru pudru
2 jajka

Z podanych składników szybko zagnieść ciasto - jeśli okaże się zbyt suche (co mało prawdopodobne), można dodać 1-2 łyżki zimnego mleka.
Ciasto podzielić w proporcji 2:1.
Większą częścią wylepić spód i brzegi tortownicy o średnicy 20 cm.  Wstawić do lodówki. Resztę ciasta schłodzić w lodówce.
Piekarnik nagrzać do 180 st C, a w tym czasie przygotwać jabłka:

1 kg jabłek (moim zdaniem o tej porze roku najlepsze są antonówki), obranych, wydrążone gniazda nasienne, jabłka należy pokroić w kostkę
6 goździków
1 kawałek cynamonu (lub 1 łyżeczka mielonego)
130-150 g cukru (ilość zależy od tego, jak kwaśne są jabłka)

Jabłka wrzucić do garnka, dodać goździki, cynamon i 1/2 szklanki wody. Gotować tak długo, aż jabłka zaczną się rozpadać (10-15 minut). Gdyby były zbyt suche, dodajemy jeszcze trochę wody (1/3-1/2 szklanki).
Dodać cukier, wyjąć goździki. I lekko przestudzić.
Formę z ciastem wyjąć z lodówki i wstawić do gorącego piekarnika na 10 minut. W tym czasie wyjąć z lodówki resztę ciasta i rozwałkować je cienko między dwoma kawałkami folii spożywczej (na bacie rozkładamy kawałek folii, kładziemy ciasto, przykrywamy drugim kawałkiem folii i wałkujemy).
Podpieczone ciasto wująć z piekarnika, wypełnić jabłkami i na wierzchu położyć rozwałkowane ciasto (ważne, by zrobić to dość sprawnie, by ciasto się nie porwało na kawałki).
Wierzch posypać 1-2 łyżkami cukru i wstawić do piekarnika.
Piec 45-50 minut.
Ostudzić w formie, w której się piekło.
Najlepiej kroi się następnego dnia.

Smacznego!

Polecam również inne szarlotki i ciasta z jabłkami:

Szarlotki:

Francuska
Szarlotka z ciastem jak faworki
Misiankowa
Polska
Sypana
Z kruszonką

Inne ciasta z jabłkami:

Apple Pie
Cytrynowe ciasto z jabłkami
Jabłecznik mojej Mamy
Tarta alzacka
tarte tatin
Tarte aux pommes
Szybkie tartaletki z jabłkami

2010-08-23

Czy czytasz przy jedzeniu?



Ja tak! Od zawsze.
Sam rytuał zaparzenia herbaty, postawienia jej na stoliku i zanurzenia się w lekturze jest czymś, na co warto czekać cały dzień. No bo kto mówi o tym, że czytanie przy jedzeniu to zachlapane książki i tłuste plamy na kartkach (o nowej sukience nie wspominając)?
W Londynie pierwsze kroki kieruję do Books for Cooks, w Wiedniu do Babette's, a dziś skierowałam je do Opasłego Tomu na Foksal, o którym już trochę słyszałam - najczęściej to, że "musisz tam iść". Musisz było kwestią czasu, więc kiedy nadarzyła się okazja szybkiego lunchu w centrum, postanowiłam z niej skorzystać i zajrzeć do miejsca nazywanego polskim Books for Cooks.
Londyńska księgarnia swoją działalność opiera przede wszystkim na książkach kucharskich, które sprzedaje oraz kursach kulinarnych. Każdego dnia można zjeść obiad gotowany według przepisów z książek i, co niezwykle miłe, czego sama doświadczyłam, można nawet po miesiącu napisać do nich maila z pytaniem o zupę meksykańską z czarnej fasoli, a oni odpiszą, gdzie szukać źródła.
Opasły Tom powstał w miejscu, gdzie dawniej była księgarnia PIW-u. Taka w starym stylu, ale jakaś taka ciemna, smutna i wyludniona. Rzadko tam zaglądałam, bo kiedy okazało się, że jest mi akurat po drodze, była zamknięta. Dziś po księgarni została dedykacja księdza Twardowskiego i regał z książkami i kartką o urlopie do 27.08 oraz informacją, że książek można szukać w biurze do godz. 13.
Dla mnie niewielka to strata, bo kiedy wejdę głębiej, zobaczę dziesiątki książek kulinarnych, które można dowoli przegądać i czytać. Można siedzieć i marzyć o daniach, czekając na to, co za chwilę pojawi się na stole. Każdy, kto chciałby zobaczyć książki, poszukać w nich inspiracji, poczytać - ma taką okazję. Wiele z nich to stare wydania, niedostępne w sprzedaży.
Książki kulinarne to nie jedyna lektura w Opasłym Tomie. Są jeszcze książki dnia. Zupełnie jak dania :)

Podczas lunchu karta jest nieduża: zaledwie trzy dania i dwa desery. Wybrałam tartę z kozim serem i pomidorami (28 zł). W przypadku takiego wyboru zwykle bywa tak, że na talerzyku ląduje odkrojony kawał tarty podgrzanej w piekarniku. Tym razem dostałam coś zupełnie, ale to zupełnie innego: na małej żeliwnej patelence w otoczce z francuskiego ciasta nadzienie z koziego sera, pesto i pomidorów, do tego talerz zielonych sałat. To było pyszne, delikatne, dobrze doprawione, lekkie i bezpretensjonalne.
Wieczorami menu się zmienia i wybór jest większy. Jeszcze nie próbowałam, ale to tylko kwestia czasu. Miejsce jest świetne, obsługa uprzejma i błyskawiczna.
Otwarte na oścież okna, dzięki czemu nie jesteśmy odcięci od świata, a raczej możemy czuć się częścią Nowego Światu. W salce bliżej ulicy wygodne fotele, co nie jest bez znaczenia.

Polecam!



Opasły Tom
ul. Foksal 17, Warszawa
otwarte codziennie 12-23

2010-08-20

Placek ze śliwkami


Kup śliwki. To upiekę Ci ciasto. A to bez wątpienia jedna z moich ulubionych wersji placka ze śliwkami. Cienkie, ale puszyste ciasto i bardzo dużo owoców. Lubię je jeszcze ciepłe, z kulką lodów waniliowych.
Jedno z najłatwiejszych i najszybszych. Wielkość formy dobieramy w zależności od tego, jak cienki lubimy spód.



Placek ze śliwkami

200 g mąki pszennej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki soli
200 g masła, pokrojonego w kostkę
1 łyżeczka startej skórki pomarańczowej (świeża lub suszona - nie chodzi o skórkę kandyzowaną)
100 g cukru pudru
żółtko

500-600 g śliwek (ich ilość zależy tylko od tego, ile damy radę ułożyć na cieście - dla mnie im więcej, tym lepiej)
1-2 łyżki cukru, najlepiej brązowego, ale może też być biały
30 g migdałów, pokrojonych w słupki

Formę o wymiarach 20x30 cm (lub tortownicę o średnicy 24-26 cm) wyłożyć papierem do pieczenia.
Mąkę wymieszać z proszkiem, solą i skórką. Dodać cukier, masło i żółtko i szybko zagnieść ciasto - można to zrobić także mikserem, ale waże jest to, by ciasta nie wyrabiać zbyt długo, wystarczą 2-3 minuty.
Ciastem wylepić formę do pieczenia i na wierzchu ułożyć śliwki pokrojone na ćwiartki, nacięciem do góry. Posypać cukrem i migdałami.
Piekarnik nagrzać do 180 st C. wstawić ciasto i piec 40-50 minut. Wierzch powinien być złotobrązowy, a ciasto puszyste.
Przed podaniem posypać cukrem pudrem.
Smacznego!

Przy okazji polecam jeszcze inne ciasta ze śliwkami:

2010-08-19

Placek z ziemniakami


Lubię wytrawne tarty i placki. Kiedy spodziewam się gości, piekę nawet dwie lub trzy i kroję, kiedy mi są potrzebne. To doskonałe rozwiązanie, zwłaszcza na lato. Dobra tarta potrzebuje tylko zielonej sałaty, kieliszka schłodzonego białego wina i miłego towarzystwa. (Albo i nie, jeśli mamy akurat w pobliżu dobrą książkę albo film, ewentualnie ciekawy widok za oknem ;)
Czasem śni mi się, że mieszkam gdzieś bardzo daleko, gdzie mam małą piekarnię, w której sprzedaję tylko tarty. Mnóstwo tart na słodko i słono. Z sezonowymi owocami i warzywami, z kozim serem albo czekoladą. (Prawdopodobnie w tym śnie wstałam o czwartej rano, upiekłam placki i wróciłam jeszcze do łóżka, by pospać. Tarty są dla ludzi leniwych, bo robi się je szybciej niż budzi.)
No więc tarty w mojej piekarni ze snu, poustawiane na drewnianych blatach i pokrojone na ósemki, czekają na pierwszych gości, którzy wpadną po nie przed pracą. W moim śnie, podobnie jak w realnym życiu, nigdy nie podgrzałabym tarty w mikrofali. Zdecydowanie wolę ją w temperaturze pokojowej.


Przepis z książki, na której tłumaczenie długo czekałam, ale kiedy ją już kupiłam, niezwykle rzadko z niej korzystam. Lubię proste i nieskomplikowane przepisy i choć zdarza mi się porwać na coś, co zawiera składniki, po które natychmiast muszę pójść do sklepu, to chętniej wybieram to, co mogę zrobić od ręki z tego, co akurat mam w domu. A na ten placek na pewno każdy z nas ma wszystko w lodówce. Jestem prawie pewna ;)


Placek z ziemniakami
/adaptacja przepisu M. Roux "Ciasta pikantne i słodkie"/

Ciasto kruche:
250 g mąki
150 g masła
1 łyżeczka soli
szczypta cukru
1 jajko
1 łyżka zimnego mleka (opcjonalnie, gdyby ciasto było za suche)

Mąkę posiekać z masłem, aż utworzą się okruchy, następnie dodać pozostałe składniki i bardzo szybko zagnieść ciasto - można wykorzystać tu mikser. Należy pamiętać, że ciasto kruche wymaga minimum wyrabiania - im dłużej wyrabiamy, tym twardsze jest później.
Ciasto dzielimy na dwie kule: jedna to 2/3 ciasta (ok. 300 g), druga 100 g.
Schładzamy w lodówce pół godziny zawinięte w folię spożywczą.

Farsz:
1-1,5 kg ziemniaków (użyłam 1 kg, autor proponuje 1,5) obranych i pokrojonych w plasterki 3 mm - ważne, by były cienkie, grube kawałki pozostaną twarde nawet po upieczeniu
100 g masła
220 g cebuli, obranej i pokrojonej w piórka
sól i świeżo mielony pieprz
4 łyżeczki natki pietruszki i estragonu (zamiast estragonu użyłam rozmarynu)
szczypta świeżo startej gałki muszkatołowej
1 żółtko roztrzepane z łyżką mleka

Masło rozpuścić na patelni, dodać cebulę i ziemniaki. Dusić ok. 10-15 minut uważając, by ziemniaki nie przywarły do dna. Doprawić solą i pieprzem oraz gałką, dodać zioła.
Zdjąć z ognia i ostudzić.

Większą część ciasta rozwałkować i wylepić nim tortownicę lub formę do tarty o średnicy 22-24 cm.
(Ja nie wałkuję, wkładam do formy kulę i palcami rozprowadzam ciasto).
Wstawić na chwilę do lodówki.
Następnie wypełnić formę ziemniakami. Pozostałą część ciasta rozwałkować na okrąg wielkości tortownicy i przykryć wierzch. Ponakłuwać. Wierzch posmarować żółtkiem z mlekiem.
Piekarnik nagrzać do 180 st C.
Wstawić tartę i piec ok. 45 minut.
Uwaga: Jeśli pieczemy w formie do tarty, masło ma tendencję do wypływania z niej podczas pieczenia, więc warto formę owinąć dookoła folią aluminiową (przyp. L).

Po upieczeniu wyjąć z piekarnika. Lekko przestudzić przed podaniem.

/Autor wlewa jeszcze do upieczonego ciasta gorącą kremówkę, ale ja darowałam sobie tę czynność/

2010-08-18

Focaccia - Schiacciata - Placek z oliwkami


Zjesz zupę? Nie zjesz zupy? Zjesz makaron? Nie zjesz makaronu? Zjesz czarne oliwki? Zjem czarne oliwki? A pizzę? Zjem pizzę.

Dobrze. Nie ma więc zupy ani makaronu. Nie ma ryby, kotlecika, naleśnika ani pierogów. Jest lato (wciąż!) i wakacje. Można odkroić kawałek, wziąć do ręki i kiedy przestaje na chwilę padać pójść przed dom, by na chodniku kredą rysować Pippi i drzewa. I samochody. Plus zwierzęta. Bardzo dużo zwierząt.
To oczywiście nie jest pizza. Nie chciało mi się robić sosu pomidorowego. Poszłam na skróty, zrobiłam focaccię*. A focaccia to prawie jak pizza.


Placek, czarne oliwki i rozmaryn
/2 sztuki/

500 g mąki pszennej
300 ml wody
1,5 łyżeczki soli
1 łyżeczka cukru
1 łyżka oliwy z oliwek
10 g świeżych drożdży (lub 1 łyżeczka suszonych instant)

Drożdże wymieszać z 1 łyżeczką cukru. Kiedy się roztopią, dodać 2 łyżki mąki i tyle wody, by powstała gęsta pasta. Odstawić na 15 minut, aż rozczyn nieco urośnie.
Następnie połączyć go z pozostałymi składnikami i zagnieść miękkie, sprężyste ciasto, ktore może nieznacznie kleić się do rąk. Ciasto można zagnieść ręcznie lub mikserem.
Przełożyć do miski wysmarowanej oliwą z oliwek i zostawić na 30-40 minut do wyrastania.
Ciasto podzielić na dwie części i każdą rozwałkować na prostokąt lub owal grubości 1/2 cm.
Przełożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, spryskać oliwą z oliwek i ułożyć na wierzchu:

200 g drobno posiekanych czarnych oliwek
kilka gałązek rozmarynu - zdrewiałe części wyrzucamy, same listki
sól w płatkach lub gruboziarnista (opcjonalnie)


Placki odstawiamy na ok. 15-20 minut, by lekko podrosły, a w tym czasie piekarnik nagrzewamy do 230 st C.
Wstawiamy blachę i pieczemy ok. 15-25 minut.

Smacznego!

*We Włoszech jest tyle odmian tego samego placka. Czasem nazywa się go schiacciatą, występuje rownież w wersji na słodko.

2010-08-17

Cena wody i bułki cynamonowe


"Nic nie mija, wszystko staje się od nowa, w jednej chwili.
Świat się niczego nie uczy, zaczyna wciąż od początku.
Najgorsze się zdarzyło i będzie się zdarzać nadal."*


Nie wiem, czy ci się spodoba. To film, w którym nic się nie dzieje.
Uwielbiam filmy, w których nic się nie dzieje.

Przypomniałam sobie te słowa czytając osiemnastą stronę książki, kiedy w głowie powoli pojawia się pytanie: Podoba ci się ona? Powędrowałam myślami do recenzji czytelnika, który napisał ją rozczarowany lekturą mówiąc coś w stylu: fajne, ale dla starszawych czytelników, bo młodsi potrzebują czegoś bardziej z akcją, a tu nic się nie dzieje.
No nic, absolutnie nic.
Swobodne wędrowanie i gadanie do samej siebie.

Lubię dzielić się z Wami spostrzeżeniami na temat książek, bo potem, nie wiem, ile już razy ktoś polecił mi coś ciekawego. Tym razem było podobnie.
Więc poszłam i kupiłam tę książkę bez akcji, od razu wzięłam też drugą część, która właściwie powinna być częścią pierwszą. Po przeczytaniu kilku pierwszych stron w księgarni, wiedziałam, że i tak będę musiała po nią wrócić. A ja mam zwykle tak, że jak po coś wracam, to już nie ma, bo ktoś kupił.
Kupiłam i przeczytałam w trzy dni. Bo zazwyczaj jak wszyscy mówią, że coś jest słabe, mi się podoba. I odwrotnie - bestsellery mnie nużą.
Człowiek dorosły w pewnym momencie swojego życia zdaje sobie sprawę z rzeczy, których nie dokona, bo wyrósł ze szkolnego mundurka i choćby nie wiem, jak się starał, wskoczenie w niego jak gdyby nigdy nic, staje się niewykonalne.
Chciałabym być lekarzem. 
Za późno, moja droga. 
Z drugiej strony ta świadomość może być motorem do działania: ile jeszcze mam tu tkwić, co mi zostało?
Jedni usiądą przed telewizorem (bardzo bardzo dużym) i będą utyskiwać. Drudzy sprzedadzą mieszkanie, rozdadzą meble, zapakują samochód i wyjadą. Na przykład do Finistere.
Rozczarowani czytelnicy pisali recenzje - spodziewali się zapachów Bretanii, tymczasem dostali utyskiwania autorki. A dla mnie to miła odmiana. Po lukrowanych tomiszczach o Toskanii czy wywodach Petera Mayle'a o Prowansji (ten człowiek pokona rekord w opisywaniu tego regionu, mówię Wam!), przeczytanie o spełnianiu marzeń i o tym, czego się przy okazji doświadcza naprawdę, jest czymś interesującym. W Finistere nie tylko pachnące kwiaty rosną i mili ludzie mieszkają. W Finistere woda jest droga, sąsiedzi bywają namolni i rozmawia się z nimi o Afganistanie i gryzoniach, zamiast o hodowli pomidorów. Autorka nie jest poszukiwaczką przygód, lubi poutyskiwać, jeździ na myjnię samochodową i nie może się zebrać, by w końcu, by w końcu napisać o Finistere.
To trochę jak pamiętnik pisany tylko dla siebie - bez zbędnego lukrowania i nasycania barwami opisywanej rzeczywistości. Jednym się spodoba, innych znuży.
To ciekawa odmiana po nieprawdopodobnym w tym roku urodzaju na tłumaczenia książek, na które przepis jest taki:

Bestseller w weekend

1 Kobieta po trzydziestce, obowiązkowo ze złamanym sercem
1 bilet w jedną stronę
1 kraj (do wyboru: Włochy, Francja)
1 stary opuszczony dom, koniecznie w opłakanym stanie
1 megaprzystojny, megainteligentny, megaseksowny (i oczywiście wolny i bezdzietny) facet

Zmieszaj wszystkie składniki, dopraw dużą ilością historyjek o lokalnej kuchni, burzach, nieujarzmionych ogrodach, biurokracji i leniwych urzędnikach.
I wyprowadź swoją własną, milion razy powieloną historię zakończoną szczęśliwym końcem remontu, małżeństwem z megaprzystojniakiem, przyjaźnią z wszystkimi sąsiadami.
Spisz wszystko uważnie (im więcej stron, tym lepiej). Wydaj i bądź bogata!
Smacznego!



A ja wydaję dziś kolejne bestsellerowe bułki cynamonowe. Przepis na nie umieściłam dziś w Pracowni Wypieków. Zapraszam!


* Cena wody w Finistere
Bodil Malmsten
Wyd. Literackie 2007
Cena: 26,90 zł


2010-08-16

IV Ogólnopolski Festiwal Dobrego Smaku w Poznaniu

Krówki-ciągutki w kilkunastu smakach, tradycyjne lody (tak, jak to było kiedyś: śmietankowe, czekoladowe i truskawkowe), piróg biłgorajski, sery i niezliczone (naprawdę niezliczone) ilości pięknych i pachnących wędlin i chleba. Gdzie? Na Festiwalu Dobrego Smaku w Poznaniu. Przyjechałam tu na zaproszenie, specjalnie po to, by na własne oczy przekonać się, jak to wszystko wygląda i jak smakuje. Pomimo upału nie mogłam oprzeć się pokusie próbowania smakołyków, kupowaniu drewnianych łyżek i delektowaniu się widokiem tego, czego zjeść po prostu nie dam już rady.
Gdyby tego było komuś mało, organizatorzy zadbali o inne rozrywki - pokazy kulinarne poznańskich szefów kuchni, spotkania autorskie, promocje książek kulinarnych i konkursy na najlepsze produkty regionalne (nie wiedziałam wcześniej czym jest poznańska szneka...), a wieczorami koncerty.
Do hotelu wracałam obładowana siatkami z chlebem, miodami i nalewkami. Festiwal trwał od 12 do 15.08. i właśnie na weekend organizatorzy zaplanowali najciekawsze atrakcje, między innymi Laboratoria Smaku - spotkania, na których eksperci opowiadali o zagadnieniach związanych z takimi tematami jak polskie sery zagrodowe, wielkie wina węgierskie czy mistrzowskie nalewki.


Wzięłam udział w promocji nowej książki Andrzeja Fiedoruka "Kuchnia Lwowska". Mam kilka poprzednich książek tego autora, który pisze o kuchniach kresowych, tak bliskich memu sercu. Autor opowiadał o kulisach powstawania nowej książki, a wśród publiczności dostrzegłam chyba najbardziej znaną autorkę współczesnych książek o kuchni polskiej - Hannę Szymanderską siedzącą nieopodal Piotra Bikonta. Udało mi się nawet odpowiedzieć na jedno z pytań konkursowych i wygrać dwie książki (niestety nie pana Fiedoruka).
Festiwal trwał kilka dni, od czwartku do niedzieli. Ja miałam okazję być na nim we czwartek i piątek - zeszłam wszystkie miejsca wzdłuż i wszerz.
Przy okazji wzięłam udział w pogawędce na temat pszczół (stali czytelnicy bloga wiedzą zapewne o mojej słabości do pszczelarzy ;) i miałam okazję na własne oczy zobaczyć matkę pszczół i przekonać się, czym różni się od pozostałych. Moja córka z zębami zatopionymi w plaster miodu usiłowała nakłonić nas do złożenia obietnicy, że kupimy łąkę i zbudujemy na niej ule. Cóż, może na emeryturze ;)

Świątek, piątek i niedziela... W ulu jest 60 tysięcy pszczół.
Z kaszą gryczaną w cieście drożdżowym. Chyba spróbuję taki upiec...
Byłam pod dużym wrażeniem organizacji festiwalu, który nie był, jak to zwykle bywa, jedynie zbiorem kilku sklepików sprzedających swoje wiktuały. Każdy znalazł coś dla siebie. Po paskudnym jedzeniu w hotelu Sheraton w dniu poprzedzającym Festiwal, ruskie pierogi prosto z termosa były prawdziwą ambrozją.

Spotkanie z andrzejem Fiedorukiem, autorem książki Kuchnia Lwowska

Wielu sprzedawców opowiadało o produkcji sprzedawanych przez siebie serów, piwa czy wędlin. Można było próbować, pytać, oglądać. Tu poczułam, że nasze tradycje wcale nie są zapomniane. Wręcz przeciwnie, wielu jest pasjonatów, którzy tworzą niesamowite produkty - nasze sery to nie tylko oscypki. Potrafimy tłoczyć olej, wędzić dziesiątki rodzajów ryb, wyplatać kosze wiklinowe (wciąż!) i niekoniecznie zajmują się tym wiekowi panowie.
Lubię pisać o pozytywnych doświadczeniach, ten festiwal bez wątpienia do takich się zalicza. Chciałabym, byśmy mieli podobny w Warszawie...
A nawet jeśli nie, to i tak mam nadzieję, że ten Festiwal będzie początkiem ciekawych imprez kulinarnych. Za granicą producenci wiśni organizują spotkania, gdzie oprócz prezentacji swoich sadów, odbywa się pieczenie wiśniowych placków. Może i u nas ktoś wpadnie na podobny pomysł, bo jak pokazał Festiwal, naprawdę nie mamy się czego wstydzić: nasze lokalne wyroby są wspaniałe i warto je pokazać. Żyjąc w mieście i mając dostęp do wiecznie tych samych produktów, nawet w sklepach ekologicznych, które sprzedają ciągle to samo, nie wiemy, że jest firma, która tłoczy na zimno olej rzepakowy, który należy zużyć w sześć miesięcy. Olej, który kupiłam, był rozlany do butelek zaledwie tydzień przed festiwalem. Jaka miła odmiana w porównaniu z olejami stojącymi miesiącami na sklepowych półkach.
Jedyne, co mnie powstrzymywało przed kupowaniem tych smakołyków była świadomość, że mam tylko dwie ręce i będę musiała wtarabanić się z tym wszystkim do pociągu. Na szczęście nie sprzedawano żywych kur, bo, kto wie, czy nie przypominałabym wówczas wiejskiej przekupki jadącej pociągiem w siną dal.

Zachęcam Was do odwiedzania Festiwalu Dobrego Smaku. Kolejny już za rok :)
Więcej informacji i program IV Ogólnopolskiego Festiwalu Smaku w Poznaniu znajduje się na stronie www.



Konkurs na najlepszą nalewkę. Na zdjęciu: Księżycówka.

Tylko 3 smaki, ale jakie...

Truskawkowe, śmietankowe czy czekoladowe?





2010-08-15

Murzynek ze śliwkami




Kiedy go wczoraj zobaczyłam, przypomniałam sobie, że murzynka nie robiłam całe wieki. Więc zrobiłam. Murzynek to klasyka sama w sobie, niepodobny do niczego innego. Puszysty, niezbyt słodki, w połączeniu ze śliwkami świetny na koniec lata. Największą jego fanką okazała się moja córka.



Murzynek ze śliwkami
Źródło przepisu: blog Przy Stole


Składniki:
- 2 szklanki mąki pszennej
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- 1 opakowanie cukru waniliowego
- 250 g cukru pudru
- 5 jajek
- 200 g masła lub margaryny
- 3 łyżki kakao
- 3 łyżki oleju
- 1/3 szklanki wody
- 500 g śliwek węgierek


Do rondelka włożyć masło lub margarynę, wsypać cukier i kakao, dodać olej i wodę. Podgrzewać na małym ogniu cały czas mieszając, aż masa uzyska jednolitą konsystencję. Zdjąć z ognia i wystudzić.

W misce ucierać żółtka stopniowo dolewając wystudzoną masę. Następnie małymi porcjami dosypywać mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i cukrem waniliowym.

Białka ubić na sztywną pianę i dodać do masy, delikatnie wymieszać łyżką, najlepiej drewnianą.

Gotowe ciasto przełożyć do podłużnej formy keksowej natłuszczonej i obsypanej bułką tartą*. Na górze ułożyć skórką do dołu wcześniej umyte, osuszone, wypestkowane i przekrojone na pół śliwki.

Piec przez około 50 minut w piekarniku nagrzanym do 180 st.C.

Po wystudzeniu ciasto posypać cukrem pudrem.

*Piekłam w dwóch keksówkach: w jednej ze śliwkami, w drugiej bez.

2010-08-14

Złociste Dukaty


Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, dziesięcioma lasami i wielką pustynią, było sobie ogromne morze, a na tym morzu dryfował statek. Na pozór był to statek jak każdy inny, z odrapaną, drewnianą burtą i masztem z powiewającą flagą. Ale ten, kto przyjrzał mu się bliżej, dostrzegł szczególnych pasażerów: starego kapitana i jego przyjaciół - małpę, psa i kota bez ogona. Kapitan był dobrym żeglarzem i świetnym rybakiem, a oprócz tego doskonałym kucharzem. Potrafił przygotować smakołyki łamiące serca najgroźniejszych piratów. Jednym z jego popisowych dań było coś bardzo, bardzo szczególnego - złociste dukaty, które nie raz pomogły mu wydostać się z największych tarapatów. Każdego przedpołudnia, zanim wyruszył w dalszą drogę, kapitan smażył górę złocistych dukatów i podjadał je póżniej podczas rejsu. Nie tylko on.




Kiedyś, przy okazji domowych paluszków rybnych, zastanawiałam się nad ich fenomenem. Osobiście nie znam dziecka, które na ich widok powiedziałoby: nie. Od dawna nie kupuję już gotowych paluszków, ponieważ zrobienie ich samemu jest banalnie proste. Dziś przygotowałam coś równie łatwego, co znikało szybciej niż bym przypuszczała: złociste dukaty. Mini-kotleciki, smaczne zarówno na ciepło, z sałatką, ale dobre również po ostygnięciu. Przy odpowiednim marketingu każdy, nawet najbardziej uparty niejadek, mięknie, mówię Wam ;)

Złociste Dukaty

300 g filetów z mintaja (jeśli ryba jest mrożona - rozmrozić i dokładnie odcisnąć wodę)
1 bułeczka kajzerka - namoczyć w wodzie
2 jajka
1 cebula
2 ząbki czosnku
2 łyżki tartej bułki
sól i pieprz
siekana natka pietruszki lub koperek
bułka tarta do obtoczenia

Rybę, cebulę i czosnek oraz bułkę przepuścić przez maszynkę lub zmiksować. Dodać jajka, sól i pieprz. Dodać tartą bułkę i natkę pietruszki lub koperek.
Można schłodzić w lodówce przez ok. godzinę lub od razu zmoczonymi dłońmi formować mini-kotleciki o średnicy ok. 3-4 cm. Obtaczać je w tartej bułce.
Na głębokiej patelni rozgrzać olej i partiami, na średnim ogniu, smażyć kotleciki. Zajmie to ok. 2-3 minut z każdej strony. Kotleciki powinny być złociste.
Podawać ciepłe, z dowolnymi dodatkami.
Smaczne również na zimno.

Smacznego!

2010-08-12

Gravadlax


Jest to coś, do czego przymierzałam się już bardzo długo. Sama nie wiem, dlaczego aż tyle. Może dlatego, że zwykle zanim sobie przypomniałam o swoich zamiarach, łosoś lądował w parowarze.
Wyobrażałam sobie smak i wiedziałam, że na pewno mnie zachwyci.
Jem sporo łososia. Wędzonego, pieczonego, gotowanego. Niedawno odkryłam łososia doprawionego czosnkiem niedźwiedzim i mówiąc krótko - to był odlot.
Gravadlax (Gravlax) to skandynawski przysmak. Nieco podobny w smaku do wędzonego, plastrowanego łososia, który możemy kupić w sklepie. Dla mnie podobny, ale lepszy. Słone, cieniutko pokrojone plasterki w połączeniu z sosem chrzanowym i kromką świeżego chleba to prawdziwe niebo w gębie.
Jest wiele przepisów na gravadlax - niektóre polegają na marynowaniu ryby w soli, koperku, cukrze i pieprzu, inne idą o krok dalej.
Ja skorzystałam z receptury podanej przez Jamiego Olivera, którą przywiózł ze Szwecji, gdzie do marynaty dodaje się tarte buraki i wódkę. Polecam Wam to danie - oprócz tego, że smaczne, naprawdę pięknie prezentuje się na półmisku i może być ciekawą przystawką na spotkaniu z przyjaciółmi.



Gravadlax (Gravlax)

1 filet z łososia ze skórą (ok. 700 g)
160 g gruboziarnistej soli morskiej
50 g brązowego cukru
40 g świeżego chrzanu, obranego i startego na tarce
300 g surowych buraków, obranych i startych na tarce o dużych oczkach
50 ml wódki
duży pęczek kopru (najlepszy byłby koper polny z kwiatostanami, ale może też byc zwykły koperek), drobno pokrojony
1 cytryna

Łososia położyć na dużym półmisku skórą w dół.
Równomiernie posypać solą. Następnie posypać cukrem, dodać chrzan, na końcu przykryć wszystko burakami. Dłońmi (warto użyć rękawiczek) delikatnie ugnieść łososia, następnie wlać wódkę, posypać koprem i skórką startą z cytryny.
Całość przykryć folią spożywczą i wstawić do lodówki na wierzchu układając coś ciężkiego - np. szklane, ciężkie butelki. Odstawić na 48 godzin.

Po tym czasie zdjąć folię, wyjąć łososia, oczyścić go z buraków - zdejmujemy wszystko, czym był przykryty, następnie kładziemy kawałek ręcznika papierowego, by zebrać z ryby nadmiar wilgoci.
Rybę przekładamy na deskę do krojenia i zaczynając od strony ogona, bardzo ostrym nożem kroimy poprzecznie jak najcieńsze plasterki (mają być takie jak plastry łososia wędzonego, które kupujemy w sklepie).
Resztę łososia można szczelnie zawinąć w folię spożywczą i przechowywać w lodówce do 2 tygodni.

Plastry łososia układamy na półmisku i podajemy z sosem chrzanowym*  lub musztardowym.

Sos musztardowy:

200 ml kwaśnej śmietany
1-2 łyżeczki musztardy z ziarnami gorczycy
duża szczypta soli morskiej i świeżo mielony pieprz
skórka i sok z 1/2 cytryny
mały pęczek koperku, drobno posiekany

Wszystkie składniki sosu połączyć ze sobą i ew. doprawić.

Smacznego!

*Sos chrzanowy robiłam mieszając kwaśną śmietanę z chrzanem i doprawiając solą i pieprzem.


2010-08-11

Moje ulubione: knedle ze śliwkami





Nie wyobrażam sobie lata bez knedli ze śliwkami. By zrobić je choćby raz, właśnie wtedy, kiedy na straganach pojawiły się węgierki, ale przekonałam się już o tym, że nie ma dobrych knedli bez dobrych ziemniaków - kiedy są młode, nie nadają się do lepienia tych klusek, ponieważ ciasto rozpada się podczas gotowania.
Czekam więc zawsze cierpliwie na to, aż ziemniaki będą "wystarczająco stare", a potem... potem zapraszam Mamę i proszę, by ulepiła mi ich jak najwięcej.
Zawsze robi to w tempie ekspresowym i wszystko jest oczywiście "na oko". Więc dziś, jak przykładny uczeń, wszystko ważyłam i skrupulatnie notowałam.



Te knedle są mięciutkie, ich sercem jest jak największa śliwka. Jeśli owoce są nieduże, warto ulepić mniejsze kluski. Im słodsze śliwki, tym mniej cukru dajemy do środka. Jeśli lubimy, do cukru można dodać odrobinę cynamonu lub wanilii.

Knedle ze śliwkami
/ok. 16 sztuk/

600 g ugotowanych, suchych ziemniaków przeciśniętych przez praskę (najlepiej ugotowanych poprzedniego dnia)
ok. 300 g mąki pszennej (mąkę dosypujemy stopniowo - w zależności od tego, jak wilgotne są ziemniaki)
2 jajka
wydrylowane śliwki, najlepiej węgierki, ok. 500-600 g

Do ziemniaków dodajemy jajka , następnie stopniowo mąkę i zagniatamy ciasto. Powinno być gęste, dobrze wyrobione.
Ciasto dzielimy na kawałki, z każdego kawałka robimy placuszek. Na jego środku układamy wydrylowaną śliwkę i łyżeczkę cukru. Dokładnie zlepiamy brzegi i toczymy kulkę.
W dużym garnku gotujemy wodę z solą (na ok. 4 litrowy garnek daję ok. 1 łyżeczki soli).
Wrzucamy knedle i gotujemy pod przykryciem - kiedy wypłyną na wierzch, zdejmujemy pokrywkę i gotujemy ok. 3-4 minut (w zależności od wielkości knedla).
Wyławiamy łyżką durszlakową na duży talerz.

Podawać ze słodką śmietanką lub bułeczką uprażoną na maśle, posypaną grubym cukrem.

Smacznego!


2010-08-09

Pora na jagodzianki!







Od kiedy znalazłam swój ulubiony sposób na drożdżowki z malinami, wszystkie bułeczki z owocami robię w podobny sposób. Ciasto z ziemniakami jest miękkie, łatwe do formowania i pięknie rośnie.
Dziś zrobiłam jagodzianki.
Do jagód dodaję tylko cukier i każdą bułeczkę wypełniam ok. 1 łyżką owoców.
Piekę 15-18 minut w temperaturze 200 st C.
Jagodzianki polukrowałam lukrem zrobionym z cukru pudru wymieszanego ze świeżo wyciśniętym sokiem z cytryny (na ok. szklankę cukru pudru potrzeba sok z 1 małej cytryny).
Robiłam już różne jagodzianki. Te są moim numerem jeden.

Miłego popołudnia!

W Pracowni Wypieków polecam dziś pszenno-gryczany chleb z garnka.

2010-08-07

Brioszki z czekoladą (ci kupiłam)



Niezapomniany tekst z "Dnia świra" zawsze chodzi mi po głowie, kiedy słyszę "brioszki".
Nie inaczej było i tym razem.
Ale te brioszki są na sto procent lepsze niż te filmowe, ze sklepu, schowane w siatce na zakupy.
Wszelkie maślane bułeczki: brioszki czy buchty, idealne do filiżanki kawy, smaczne do przegryzania w samochodzie. Kiedy piekę, zabieram ze sobą i zjadam po drodze.
Cały dzień spędziłam w Łazienkach, wiewiórki łasiły się do rąk, myszy przebiegały w poprzek alejek. Grupa ciemnoskórych turystów nieświadoma faktu, że w Łazienkach nie wolno deptać trawników, na jednym z nich chciała urządzić piknik. Też bym chciała!
Każdego lata uświadamiam sobie upływ czasu, patrzę jak dzieci z zupełnie małych, stają się niezależne, mające swoje sprawy, swoich przyjaciół i marzenia. Ale tego lata jest mi z tym jakoś po drodze.
Próbowałam czytać "Kuchnię Franceski"(autor: Peter Pezzelli), ale skończyło się na podkreślaniu na czerwono słów śnieg, odśnieżył, śnieżne zaspy, zasypał nas biały puch. Autor wpisywał je chyba na akord.
Rany! To bez wątpienia najgorsza książka, jaką kiedykolwiek przygotowałam sobie na wakacje. I niestety okazuje się, że już nie wystarczy kierować się renomą wydawnictwa. Za to osładzam sobie wieczorny czas wywiadem-rzeką z Tomaszem Stańko. Tym razem jest o czym czytać, o takim śniegu ani słowa.



Dzisiejsze bułeczki piekłam w mini-keksówkach - to malutkie foremki o wymiarach 6x10 cm. Jeśli ich nie mamy, spokojnie możemy uformować okrągłe lub podłużne bułeczki nadziewane czekoladą. Będą smakować równie dobrze.
Ciasto zawiera mniej masła niż w tradycyjnych brioche, dzięki czemu krócej rośnie i trudniej o niepowodzenie.
Przy okazji polecam Wam pyszne buchty z węgierkami lub staropolskie z powidłami.



Brioszki z czekoladą
/na podst. przepisu Sary Lewis/
250 g mąki pszennej
2 łyżki masła
1/2 łyżeczki soli
2 łyżki cukru
3/4 łyżeczki suszonych drożdży instant
2 jajka, ubite
3 łyżki mleka
50 g gorzkiej czekolady (można zastąpić mleczną)

Mąkę wsypać do miski. Dodać sól, cukier i drożdże, później masło - utrzeć palcami aż powstaną okruchy. Dodać jajka i tyle mleka, by zagnieść miękkie ciasto.
Zagniatać przez 5 minut, przełożyć z powrotem do miski, przykryć ściereczką i zostawić do wyrastania na ok. godzinę. Ciasto powinno podwoić objętość.
Wyrośnięte ciasto przełożyć na blat lekko oprószony mąką. Podzielić na 6 części, z każdej formować prostokąt, na środku położyć kawałek czekolady i zwinąć do środka brzegi, które należy dokładnie zlepić. Mini-chlebki przełożyć do foremek wysmarowanych masłem lub, jeśli ich nie mamy, z ciasta formujemy okrągłe lub podłużne bułeczki, które następnie układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia.
Przykryć ściereczką i zostawić do wyrastania na 40 minut. W tym czasie piekarnik nagrzać do 200 st C. Wyrośnięte chlebki można posmarować rozbełtanym jajkiem. Wstawić do piekarnika i piec 12-15 minut.
Wyjąć z foremek i ostudzić na kuchennej kratce.
Smacznego!