2010-06-26

Tartaletki na lato i film o miłości



Filmy o miłości, nawet te najbardziej banalne, cudowne na lato, cudowne na jesienne wieczory.
Czasem pojawią się takie, o których nie można zapomnieć. Obejrzy się je wieczorem, a rano nie można przestać o nich myśleć.
Mam kilka takich, do których wracam, bez chwili znudzenia.
Nie wiem, ile razy obejrzałam Ukryte Pragnienia albo Madison County.
Dziś w nocy nie mogłam zasnąć. Poszłam do półki z książkami i wyjęłam z najwyższej wiersze Whitmana, które ostatni raz czytałam wieki temu.
Wiersze Whitmana cytował bohater filmu, o którym myślę od wczoraj. Filmu o miłości. Zagranego tak, że zapiera dech.
"The Notebook".
A dziś piekłam tartaletki.




Ciasto w tartaletkach jest niezwykle kruche, złociste dzięki mące i kaszce kukurydzianej. Bardzo łatwo się je formuje. Z podanego przepisu wyjdzie ok. 10 tartaletek.

Tartaletki z owocami
/przepis na ciasto na podst. książki "Good to the grain"/

Ciasto:
1 kubek* mąki kukurydzianej
1 kubek mąki pszennej
1/2 kubka bardzo drobnej kaszki kukurydzianej
1/4 szkl cukru (najlepiej jak najdrobniejszego, może być puder)
1/2 łyżeczki soli
1/4 kubka śmietany (najlepiej kremówki, ale ja użyłam 18%)
100 g masła, pokrojonego na małe kawałki
2 żółtka

Składniki ciasta połączyć w misce - najpierw wymieszać suche, a potem stopniowo dodawać mokre.
Powstanie dosyć miękkie ciasto.
Ciasto można (przepis to zaleca, ale ja tego nie zrobiłam) schłodzić w lodówce.
Następnie podzielić je na 10 części, z każdej dłońmi uformować placuszek ok. 12 cm średnicy - brzegi placuszka podwinąć do góry i umieścić każdy na blasze wyłożonej papierem.
Środek wypełnić nadzieniem:

Nadzienie:
ok. 200-300 g owoców jagodowych (użyłam agrestu, czarnych porzeczek, jagód, malin, moreli) wymieszać z cukrem (do smaku - ciasto nie jest zbyt słodkie, więc warto dodać więcej cukru do nadzienia, zwłaszcza jeśli owoce są kwaśne).

Piekarnik nagrzać do 200 st C. wstawić tartaletki i piec ok. 35 minut - brzegi powinny być rumiane.
Przed podaniem można posypać cukrem pudrem. Smakują wspaniale z kulką lodów waniliowych.

Smacznego!


*używałam takiego o pojemności 150 ml - można użyć dowolnego, ważne, by wszystkie składniki odmierzać tym samym

2010-06-25

Na dobranoc



zdjęcie ciepłego chleba. Przepis wkrótce.

Miłych snów wszystkim buszującym w internecie nocą!

2010-06-24

Drożdżowe dla alergików i pierwsze jagody.



Ten przepis powstał kiedyś dla mojej koleżanki, której córka jest uczulona na nabiał. Byłam zaskoczona tym, jak łatwo w cieście drożdżowym zastąpić mleko czy masło i uzyskać równie smaczny wypiek.
Przepis jest uniwersalny i można go wykorzystać zarówno do ciast bez dodatków, jak również tych z owocami. Ja kupiłam pierwsze w tym roku jagody i posypałam nimi wierzch.



Ciasto drożdżowe dla alergików


20 g świeżych drożdży (lub 7 g drożdży suszonych instant)
350 g mąki pszennej, dowolnego typu
50 g cukru
cukier z prawdziwą wanilią lub łyżeczka esencji waniliowej
30 g oleju roślinnego lub margaryny
130 ml wody
1/2 łyżeczki soli
1 jajko (opcjonalnie - można je pominąć. Jeśli ciasto podczas wyrabiania będzie bez jajka zbyt suche, można wlać odrobinę więcej wody)

Drożdże rozkruszyć do miseczki z 1 łyżeczką cukru. Wlać kilka łyżek (2-3) wody i odstawić na 15 minut.
Następnie połączyć z pozostałymi składnikami (na końcu wsypywać powoli mąkę) i wyrobić ciasto - najłatwiej zrobić to mikserem.
Ciasto powinno mieć dosyć luźną konsystencję.
Przykryć ściereczką lub folią spożywczą i odstawić do wyrastania na ok. 1 godzinę.
Formę (np. okrągłą o średnicy 26 cm) wysmarować tłuszczem (oliwa, margaryna, itp), wysypać tartą bułką i wlać ciasto.
Na wierzchu można ułożyć dowolne owoce i ponownie odstawić do wyrastania - ciasto powinno nieco urosnąć.

Piekarnik nagrzać do 180 stopni.
Wstawić wyrośnięte ciasto.
Piec ok. 40-60 minut.

Smacznego!

2010-06-21

Ocalić od zapomnienia: słodkie drożdżowe rogale



Czyli pierwszy ze starych przepisów z zeszytu Babci Magdy, Janiny.
Zrobiłam je w dwóch wersjach - w pierwszej zgodnie z przepisem, w drugiej - użyłam nadzienia z gęstej marmolady.
Lepiłam bardzo malutkie rogaliki, na kęs, do herbaty. Wyszło mi ponad 30 sztuk.
Dokładny przepis umieszczę dziś w Pracowni Wypieków.
Miłego dnia!


2010-06-18

Ocalić od zapomnienia: o pewnym zeszycie i jego autorce.


Od dawna zbieram stare książki kucharskie. Od czasu do czasu lubię odtwarzać zapomniane przepisy, gdzie większość działań to zgadywanie, bowiem najczęściej opis wykonania jest chaotyczny i, zapewne dla tych, którzy korzystali z owych książek w tamtych czasach, oczywisty.
Niektóre z nich są wspaniałe, inne zupełnie zwyczajne. Są jak pocztówki, które się przyjemnie ogląda.
Ale jednak bardziej niż książki kucharskie, lubię stare zapiski - dowód istnienia ludzi i ich dań - tortów, których sława trwa często przez wiele pokoleń, ulubionych babeczek, których nikt nie robił lepiej niż mama, babcia, ciocia.
Sama niewiele mam takich zapisków. Te, które były dla mnie cenne, zginęły lub zostały zniszczone. Niektóre z nich sama przepisywałam jako dziecko i wciąż je mam, ozdobione rysunkami czy naklejkami.
Wspaniale jest móc odtwarzać te dania.
I choć lubię dzielić się przepisami, mam kilka bardzo prywatnych, które wiążą się z historiami bliskich, z wydarzeniami, uroczystościami. Za każdym razem, kiedy z nich korzystam i udaje mi się uzyskać smaki, które pamiętam, czuję radość z zachowania tego, co tak łatwo zgubić i o czym łatwo zapomnieć. Chciałabym ocalić od zapomnienia jak najwięcej z nich, przekazać je następnym pokoleniom, nie zgubić ich w drodze do Europy i przepisów kosmopolitycznych.



Nie tak dawno temu dostałam list od Magdy, która napisała mi o pewnym bardzo starym zeszycie z przepisami, który należał do Jej Babci.
Babcia Magdy, Janina, uczyła się w szkole, przy klasztorze w Imbramowicach w okolicach Krakowa. Ten zakon mieści się tam do dzisiaj. Była to szkoła dla młodych panienek prowadzona przez siostry zakonne. Młode panny uczyły się tam prowadzenia domu, gotowania, pieczenia.

Magda tak wspomina:

Później babcia przeniosła się na Żuławy i tam mieszkała do końca. Życie jej było proste: praca na polu i w niesamowitym ogrodzie. Ciekawe było to ( teraz znowu propaguje się to w naszych ogrodach), aby łączyć uprawy kwiatowe i warzywne. Tak więc u mojej babci rosły razem z irysami pomidory , a ze szczypiorkiem róże:)... Przepisy z zeszytu były w użyciu- tort makowy, bułeczki, pączki wszystko to wykorzystywała, jak zjeżdżała się cała rodzina...
Była niesamowita: do końca życia wyglądała tak jak na zdjęciu, długie włosy, 2 warkocze i chustka na głowie, praktycznie w ogóle się nie starzała. Niesamowicie gotowała, zawsze jak przyjeżdżałam, robiła mi takie słodkie bułeczki. A ulubionym i flagowym ciastem babci był tort czekoladowy a'la marczello . Przekładany dżemem z czarnej porzeczki i masa czekoladowa na górze, udekorowany całymi orzechami. Jest to zawsze główny temat, jak rozmawiamy o babci, każdy rozpływa się nad jej tortem. Ja do końca życia będę pamiętać jej dom na wsi, przepiękny ogród z kwiatami i uśmiech, który mimo bardzo ciężkiego życia nigdy nie schodził jej z twarzy.

Zdjęcie, które zostało zrobione w 1938 roku przedstawia Babcię Magdy - Janinę, to dziewczyna z warkoczami.
Magda pozwoliła mi skorzystać z zeszytu i napisać na blogu zarówno o nim, jak i o Babci.
Ten gest bardzo mnie wzruszył i postanowiłam pokazać Wam, co udało mi się odtworzyć według starych receptur zapisanych pismem, jakiego już się dziś nie widuje.
Chciałam ocalić te przepisy od zapomnienia.
Już wkrótce pokażę Wam, co udało mi się zrobić.
A dziś zdjęcie i kilka kartek z zeszytu.
Dziękuję Ci, Magdo :)

2010-06-16

Śniadania: Placuszki kukurydziane z owocami jagodowymi.



Pomysł na placuszki zaczerpnęłam z polskiego wydania Living Marthy Stewart.
W oryginale podaje się je z masłem pomarańczowym, ale ja polałam je syropem klonowym. Do ciasta dodałam tylko łyżeczkę cukru.
Użyłam malin, mrożonych jagód i świeżych, drobno pokrojonych truskawek.


Placuszki kukurydziane z owocami
(w oryginalnym przepisie z ciasta robi się ok. 12 naleśników wielkości 12-15 cm)

szklanka mąki pszennej
1/2 szkl mąki kukurydzianej
1 łyżeczka cukru
1 jajko
1,5 szkl maślanki
1/4 szkl mleka
1 i 1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
szczypta soli
3 łyżki roztopionego masła plus masło do smażenia
owoce: ok. 2 szklanek (w przepisie były to borówki amerykańskie)

W misce wymieszać suche składniki. W drugiej roztrzepać jajko, dodać maślankę, masło, mleko i połączyć z suchymi składnikami (w przepisie należy wymieszać wszystko, by w cieście były grudki. Ja całość zmiksowałam na gładką masę, do której następnie dodałam owoce).
Na patelni rozpuścić masło do smażenia i smażyć placuszki nabierając porcję łyżką stołową.
Smażyłam na wolnym ogniu.
Gotowe placuszki wstawić do ciepłego piekarnika (100 st C, by nie ostygły).
Podawać np. z syropem klonowym.

Smacznego!

2010-06-14

Najlepsze drożdżówki na świecie: z malinami.




...czyli przepis eksperymentalny, który wyszedł koncertowo.
To bez wątpienia najlepsze ciasto na drożdżówki, jakie udało mi się zrobić. Bułeczki są miękkie, wilgotne, świeże również następnego dnia po upieczeniu.
Można je nadziewać dowolnymi dodatkami. Piekłam je już w wersji malinowej, truskawkowej i jagodowej.





Drożdżówki z malinami

12 sztuk

7 g drożdży instant
250 ml mleka
100 g masła
1 cukier waniliowy
450 g mąki (ok. 3 szklanek)
100 g cukru
1/2 łyżeczki soli
120 g gotowanych, utłuczonych ziemniaków*

Nadzienie:

1 łyżka śmietany
3 łyżki dżemu malinowego
1/2 łyżeczki cynamonu
maliny

Drożdże rozrobić z 1 łyzeczką cukru, zalać kilkoma łyżkami ciepłego mleka, dodać łyżkę mąki i odstawić na 15 minut. Następnie dodać pozostałe składniki zagniatając elastyczne ciasto, które nie powinno kleić się do rąk.
Z ciasta uformować kulę, którą przełożyć do miski. Przykryć folią i zostawić do wyrastania na ok. 1-1,5 h. Ciasto powinno podwoić objętość.

Z ciasta formować bułeczki (ok. 9-12 sztuk). Każdą rozpłaszczyć, na środku kieliszkiem zrobić dołek i nakładać nadzienie:

Śmietanę mieszamy z dżemem i cynamonem i tym wypełniamy bułeczki. Na wierzchu układamy maliny.

Piekarnik nagrzać do 200 st C.
Brzegi bułeczek posmarować jajkiem wymieszanym z łyżeczką wody. Odstawić do wyrastania na ok. 30 minut.

Wstawić do piekarnika i piec 15-20 minut (czas pieczenia zależy od wielkości bułeczek) - do zrumienienia.

Ostudzić na kuchennej kratce.
Smacznego!

*najlepiej nadają się ugotowane ziemniaki z poprzedniego dnia. Ważne, żeby nie były zbyt wilgotne. Jeśli używasz świeżo ugotowanych, ale koniecznie ostudzonych - zmniejsz ich ilość. Można ich również dodać do ciasta mniej, 80-90 g.

2010-06-11

O książkach, bułkach i wreszcie weekend!




Dziś kolejna porcja literatury dla dzieci.
Kiedy przed świętami napisałam o książkach, które mi się podobają, post spotkał się z miłym przyjęciem, a nawet pewien pisarz i poeta napisali do mnie, co było niezwykle miłe i zaskakujące. Poeci to też ludzie, którzy pieką ciasta! ;)
Bycie mamą to pretekst do kupowania książeczek, czytania ich, podziwiania. Z wielką radością obserwuję rynek książki dziecięcej, właściwie to sama mogłabym być księgarzem, takie to pasjonujące i ciekawe!
Mam dziś do powiedzenia na temat trzech książek. Każdą z nich czytałam z moją sześcioletnią córką.



Domowe Duchy
Nie wiem, jak Wy, ale ja wychowana na "Opowieściach z dreszczykiem", które czytałyśmy z koleżanką w podstawówce, horrorach, których tytułów nie pamiętam, a których oglądać z całą pewnością nie powinnam, żyłam w przeświadczeniu, że duchy są straszne.
Ot, taka północ. Jesień, skrzypiąca szafa, gałęzie uderzające o parapet, psy, które najpierw szczekają, a potem wyją. Na końcu syrena straży pożarnej, no i tajemne pukanie do drzwi. Może jeszcze coś powinno spaść w kuchni.
Okazuje się, że współczesne duchy są znacznie bardziej przyjazne niż te stare.
Książkę Dubravki Ugrešić kupiłam przede wszystkim ze względu na nazwisko autorki oraz fakt, że zilustrowała ją jedna z najlepszych polskich ilustratorek, Iwona Chmielewska.
To historia o duchach mieszkających w pewnej kamienicy w Zagrzebiu. Każdy rozdział jest poświęcony innemu chochlikowi, taki np. Zakwas "to mały domowy duch, który zwykle żyje w butelce z octem", Zmiotek "najchętniej podgryza małe kanapeczki koktajlowe", a "o sąsiedzie Sylwestrze Kubuju z trzeciego piętra wszyscy mówią, że wpadł w obłęd. Ostatnimi czasy wciąż otwiera drzwi i pustemu korytarzowi zadaje pytanie: "Kto tam?" (to sprawka Trybika).
To mądra książka, napisana pięknym językiem, w doskonałym przekładzie Doroty Jovanki Ćirlić.
I jeszcze kilka słów na temat ilustracji.
Iwona Chmielewska, zanim zabrała się do przygotowania rysunków, przeczytała wszystkie książki Dubravki, w których porusza ona temat zawiłych losów Bałkanów. Pani Chmielewska postanowiła kamienicę w Zagrzebiu potraktować jako metaforę nie istniejącej już Jugosławii. Odnalazła stare jugosłowiańskie opakowania, monety, mapy i wpadła na pomysł wykorzystania ich w swojej pracy, jednocześnie łącząc te motywy z malarstwem, między innymi, niderlandzkim. Chciała pokazać, że mimo naszej międzynarodowej różnorodności, w chwilach strachu czy zaskoczenia przyjmujemy te same pozy.
Ilustracje to portrety znanych ludzi, a oprócz tego są tak skonstruowane, że uważny czytelnik dostrzeże w nich więcej niż widać na pierwszy rzut oka.
Zachęcam Was bardzo gorąco do lektury i obejrzenia tej pozycji. Jest naprawdę wyjątkowa i z całą pewnością zainteresuje dzieci w różnym wieku.


Domowe Duchy
Dubravka Ugresic, tłum. Dorota Jovanka Ćirlić
Ilustracje: Iwona Chmielewska
Wydawnictwo znak 2010
Cena: 34,90 PLN



* * * * *



Czy Wasze dzieci robią przekręty?
Moje tak! Dowiedziałam się o tym, czytając książkę mojego ulubionego (a jakże!) autora Michała Rusinka.
Przede wszystkim, jak słyszę pana Michała w radio, natychmiast wsłuchuję się w to, co ma do powiedzenia, bo zawsze mówi ciekawie. Śledzę z uwagą książki, które pisze, a ostatnio jedna z nich szczególnie przypadła mi do gustu.
Dość powiedzieć, że po jej lekturze, moje dziecko przez dwa dni rymowało i zamęczało mnie o kolejne czytanie.
Książka powstała w prosty sposób: autor zebrał powiedzonka i wyrazy wymyślone przez małe i większe dzieci. Niektóre z powiedzonek sięgały kilkudziesięciu lat wstecz i z nich stworzył krótkie wierszyki.

"Gdy się zakocha gęś w gołębiu,
a gołąb się zakocha w gęsi,
to wiją gniazdko i niebawem
się wykluwają im gołęsi"

Przyznam, że niespecjalnie przepadam za literaturą w stylu "a moje dziecko powiedziało", ale tutaj mamy do czynienia z czymś, co z całą pewnością nas nie znudzi.

Całość dopełniają ilustracje Joanny Olech i Marty Ignerskiej. Akurat ja mam w domu fankę kolaży i sama nią byłam będąc dzieckiem, więc z przyjemnością sięgam do tej książki.

Jak robić przekręty
Michał Rusinek
ilustracje Joanna Olech i Marta Ignerska
Wydawnictwo Znak 2010
Cena: 29,90 PLN



* * * * *




Książkę tej ilustratorki kupiłabym bez względu na treść. Mogłaby być o niczym, a wiem, że Agata nadałaby jej nowy sens. Agata Dudek jest bardzo młodą ilustratorką, znaną między innymi z zabawnych rysunków publikowanych w Przekroju czy magazynie dla rodziców Gaga. Jej prace zawsze trafnie opisują rzeczywistość. Są zabawne, prawdziwe i charakterystyczne.
Bajka o wronach i wężu to opowieść w starym stylu o łakomym wężu i mądrej sowie. O perypetiach z pewnym jajkiem i tęsknocie za potomstwem. Jej autor, Aldous Huxley, zmarły w 1963 roku, był między innymi poetą i krytykiem literackim, a bajkę o wronach napisał w latach czterdziestych dla swojej pięcioletniej siostrzenicy. Rękopis spłonął w pożarze w domu autora, po latach okazało się jednak, że istnieje jeszcze jeden, zachowany przez sąsiadów dziewczynki. I tak pod koniec lat sześćdziesiątych historia ukazała się drukiem.


Wrony i Wąż
Ilustracje: Agata Dudek
Wydawnictwo dwie Siostry 2010
Cena: 29,90 PLN


P.S. Miało być jeszcze o bułkach, ale tak się rozgadałam, że napiszę o nich następnym razem. Wpadnijcie w weekend!

Miłego popołudnia :)

2010-06-09

And the winners are...

Dziękuję za wszystkie komentarze opisujące Wasze ulubione miejsca. Jak zwykle, ich lektura dostarczyła mi wiele przyjemności. Mam nadzieję, że tym razem nie tylko ja skorzystam z polecanych adresów. Już wkrótce opublikuję listę miejsc, które są Wam bliskie.
Przy tak dużej liczbie bardzo interesujących wpisów, wybór jest jak zwykle trudny, zwłaszcza dla kogoś tak niezdecydowanego jak ja, ale postanowiłam wyróżnić następujące komentarze i ich Autorów:

kati33 pisze...
Café Majestic przy Rua da Santa Catarina 112 w Porto, Portugalia. 

Jest doprawdy „majestatyczna”, jak przystało na miejsce z niemal stuletnią tradycją. To nie przytulna kafejka jak te w Paryżu, lecz kawiarnia pełną gębą – przestronne miejsce spotkań elit intelektualnych, gdzie ongiś odbywały się tertulie* z prawdziwego zdarzenia, a nad kawą i kieliszkiem porto lub aguardente (miejscowej odmiany grappy) toczyły się burzliwe dyskusje w myśl przekonania, iż wymiana słów ma w sobie siłę zdolną zmienić świat. Lubię tu... czekać na zamówienie – w ogromnych kryształowych lustrach przesuwają się cienie Belle Époque, a w powietrzu unosi się delikatny szmer wygasłych głosów i – aromatyczny zapach kawy. W porze lunchu kelner zawsze zaczyna od zasłania stolika obrusem i przyniesienia koszyka z pieczywem, świeżym i chrupiącym, i miseczki oliwek. Serwetki przy nakryciu wzruszają: są lniane, sprane, ale dobrego gatunku, rasowe. A jeśli nie znamy jakiegoś dania, kelner nie traci czasu na lingwistyczne łamańce, po prostu idzie do kuchni i przynosi na małym talerzyku kęs potrawy do spróbowania.

W Portugalii kawa jest rodzaju męskiego, podobnie jak samba w Brazylii (tylko w Lizbonie mała czarna to „ona” – uma bica). Ale w kawiarni właściwie nigdy nie zamawiamy… „kawy”. Wystarczy, że powiemy: uma bica czy cheio, pingado (z kroplą mleka lub alkoholu) albo meia de leite, um galão, carioca czy garoto… Lista nazw zwyczajowych praktycznie nie ma końca. Kawa uważana jest tutaj za cudowny lek, napój, który uzdrawia ponoć wszystko: od kamieni żółciowych i raka po cukrzycę, depresję i chorobę Parkinsona. I niemal wszędzie jest pyszna, „negro como o inferno, doce como o pecado, quente como o amor” – czarna jak piekło, słodka jak grzech i gorąca jak miłość.



* Pojęcie podobne do naszego „salonu literackiego”, ale typowa tertulia odbywała się w miejscach publicznych jak bary czy kawiarnie, gdzie uczestnicy wymieniali swoje spostrzeżenia i opinie na temat tekstów literackich, malarstwa czy muzyki.

ps. A na ich stronie, w tle – Chopin, którego tu wielbią.

Bartek pisze...
Tam gdzie Alpy przeglądają się w lustrze wody, tam moja ulubiona kawiarnio-piekarnia Aran Brotgenuss & Kaffeekult. Już z witryny wejściowej i zza lady uśmiechają się do nas okrągłe, jak słońce odbijające się w taflii j. Bodeńskiego, bochny chleba. Ich chrupiąca, popękana skórka zaprasza by spróbować pajdy chleba z ciepłą pastą rozmarynowo-ziemniaczaną. Zaś zapach świeżo mielonej kawy nie pozwoli odejść od kasy bez wypełnionego kubka. Na deser Aran oferuje nam bogatą bibliotekę albumów i książek kulinarnych, zaś w lecie pozwala wspomóc chłód bryzy miseczką lodów. To wszystko przy dźwiękach soulowo-swingujących, doniczkach pełnych hortensji, poduszkach na kanapach i drewnianych sześciano-stołkach... Dla mnie tytułowy genuss & kult. Pysznie, przyjemnie, polecam.

Aran Brotgenuss & Kaffeekult, Friedrichshafen

Retrose pisze...
Ta maleńka piekarnia niedaleko mojego domu nie ma nawet swojej nazwy, szyld jest niepozorny, podobnie jak budynek w którym się mieści, od dawna już nie odnawiany. Gdy dwa lata temu, zamieszkałam na styku dwóch łódzkich parków, martwiłam się, że nie mam tu nigdzie swoich ulubionych sklepów, ani zaprzyjaźnionych sprzedawców. Do maleńkiej piekarni trafiłam po zapachu, także po zwyczajnie ludzkim zainteresowaniu 'a co tam dają?', bo kolejka ciągnąca się przed sklepem zwiastowała co najmniej hit na miarę prl-owskiego papieru toaletowego sprzedawanego na sztuki.
W środku urodzaj pieczywa, chleby z ziarnami, z soją, cebulą, słonecznikiem, makiem i dynią. Okrągłe, długie, foremkowe wiejskie, pieczywo włoskie, orkiszowe, tureckie. Pyszne ciasta drożdżowe, bułeczki z rodzynkami i ciabatki. Za każdym razem gdy staję w długiej kolejce, niemal nie starcza mi czasu na decyzję, co wybrać. Za dużo tego, oczy za bardzo chciałyby zjeść wszystko. W kolejce toczą się rozmowy, słychać żarty pań sprzedających chleb. Te kobiety to prawdziwa dusza tej małej piekarni. Towar sprzedają w tempie Orient Expressu, z każdym zamienią małe słowo, z tłumu wyłaniają starsze panie, które obsługują poza kolejką. Nie tak jak gdzie indziej, z chęcią słuchają wskazówek swoich gości, który chleb wolą, ten z przypieczoną skórką, czy może z pękniętym wierzchem. Tam nie trzeba wstydzić się swoich fantazji, tym bardziej że i nazwy zachęcają. Królewski, Słoneczko, Balzak. 
Minus jest tylko jeden, niestety przez tę piekarnię jakoś nie mogę zabrać się do pieczenia własnego chleba...


ugotujmnie pisze...
Oderwana od zeszytów twym nowym wpisem, muszę pozostawić tu komentarz.
W zasadzie zaproponuję bardziej pub, niż cukiernie, czy kawiarnie.
Czeski Film we Wrocławiu.
Gdy nadchodzi dzień, gdy nie muszę lecieć po lekcjach uczyć się na następne sprawdziany, idę tam z przyjaciółkami i rozpływam się do późnego wieczora.
Miejsce do którego wchodzi się przez bramę... nieco niepozorną, przed wejściem na małym podwórku można usiąść przy stoliku, ale ja zawsze wchodzę do środka, stoliki, żółte ściany, drewniany bar, iście czeski klimat, schodzę w dół po stromych schodach, a tam w piwnicy wielki korytarz dzielący się na małe komory, w których stoją rozwalające się stoliki, fotele, w których nawet trzydziestokilogramowe chucherko zapada się niemalże pod samą podłogę, wszystko odcięte od cywilizacji, żarówkowe światła, cudne malunki na ścianach, muzyka. Na chwiejącym się stole menu, z czeskim słowniczkiem, a w środku ogromny wybór napoi, najróżniejsze kawy, ulubiona - kawa w kubku, w wielkim ceramicznym kubku. z kopcem bitej śmietany. Milion grzańców na chłodniejsze wieczory, ulubiony - rumowy, z białym winem, miodem i sokiem z cytryny, czekolady, nawet biała z czekoladową bitą śmietaną. Po za tym cudowne pierogi, najlepsze naleśniki - chociażby czekoladowe, z czekoladowego ciasta, z białym serkiem, czekoladową zastygającą polewą, bitą śmietaną. Pyszne pistacjowe, kawowe szejki. A najlepsze w tym wszystkim.... czekoladowe ciasto - przeogromny kawał brownies. Polany czekoladowym sosem. Nie pozostaje nic innego jak rozpłynąć się w tym rozklekotanym miejscu.


pies_pianista pisze...
Nowa Prowincja na Brackiej w Krakowie. Za najlepszą na świecie tartę cytrynową, za przepyszny humus, za pierwsza w Krakowie salę dla niepalących ukrytą na pierwszym pietrze, z miekkimi kanapami i ladnym kilimem. Za duży wybor herbat i domową atmosferę. Za niewygodne szkolne lawki przed wejściem. Za stalą klientelę i cudownego barmana, który podlewa mi kwiatki kiedy wyjezdżam na urlop.
Pozdrawiam!


Darek pisze...
Kiedy myślę o ulubionej kawiarni czy cukierni, pojawia mi się przed oczami obraz-chyba z jakiegoś filmu : album starego typu, taki ze zdjęciami do wklejania i oglądająca go postać. Potem zbliżenie zdjęcia, ożywienie postaci i początek nowego wątku.
Tak się przypadkiem złożyło, że wszystkie ważne momenty w moim życiu (a właściwie mojej rodziny) w ciągu ostatnich kilku lat wiążą się z „Imbir Cafe” w Rzeszowie. Pierwszym zdjęciem w moim rodzinnym albumie byłaby pewna zimowa randka z moją żoną. Zielona herbata w filiżankach i długie rozmowy…
Kolejne zdjęcie to my i menedżer- pan Darek, z którym próbujemy i wybieramy ten najlepszy tort weselny.
Następne, będę Tatą :) Tort marcepanowy (ulubiony).
Potem zdjęcie z naszą Córeczką, która najpierw tylko nam towarzyszyła, a teraz samodzielnie pije „przez rurkę” świeżo wyciskany sok marchewkowy.
Ostatnie – niedługo dołączy do nas kolejny dzidziuś. Całą trójką wznosimy toast sokiem pomarańczowym.
Pozdrawiam serdecznie :)


Autorów komentarzy bardzo proszę oprzesłanie danych do wysyłki gadżetów marki Kitchen Aid na adres mailowy: whiteplate5(małpa)gmail.com. Na Wasze adresy będę czekała przez najbliższe dwa tygodnie. Autorom pierwszych trzech komentarzy wyślę obieraczki, a pozostałym trzem Osobom szpatułki. Mam nadzieję, że się Wam spodobają i przydadzą.
Bardzo dziękuję za udział w zabawie, już niebawem będzie kolejna :)

Serdeczności!

2010-06-08

Muffinki cytrynowo-jagodowe



Już jutro zapraszam na rozwiązanie konkursu związanego z Waszymi ulubionymi miejscami.
Przeczytałam wszystkie komentarze, za które bardzo Wam dziękuję. Wierzę, że dzięki nim powstanie mapa miejsc, które warto odwiedzić i z której skorzysta wielu z nas.

Ostatnio niewiele gotuję dań, które warto tu prezentować. Szczerze mówiąc, powódź przygnębia mnie tak bardzo, że nie mam specjalnej ochoty na coś poza miską zupy czy talerzem dobrego makaronu, najchętniej w najprostszej wersji.
Czekam w zawieszeniu, aż to wszystko się skończy i będzie można cieszyć się tak, jak wcześniej. Dla mnie to przełomowy czas.
Zrozumiałam ludzi, którzy w sytuacji zagrożenia powinni się ewakuować, a nie chcą tego zrobić. Opuszczenie miejsca, które jest schronieniem, a w każdym razie powinno nim być, jest czymś, co trudno sobie wyobrazić. W obliczu czegoś, na co nie mamy żadnego wpływu i co możemy jedynie przeczekać, niewiele cieszy.
Gotuję mało, piekę tyle samo co zawsze, a może nawet więcej. Powtarzanie tych samych czynności jest jak mantra, która pozwala na chwilę oderwać się od wiadomości i złych prognoz.

Miłego dnia, trzymajcie się ciepło!



Muffinki cytrynowo-jagodowe

/zmodyfikowany przepis Dorie Greenspan/
Ilość: ok. 16 muffinków (uwaga: ta ilość ciasta na pewno nie zmieści się w formie 12-dołkowej, należy więc to uwzględnić :)

Sok z 1 cytryny + tyle maślanki lub jogurtu, by łącznie była 1 szklanka* płynu
2 jajka
3 łyżki płynnego miosu (zastąpiłam syropem klonowym)
8 łyżek oleju słonecznikowego lub topionego masła
1/3 szklanki cukru (moim zdaniem tę ilość można zmniejszyć, muffinki są później i tak bardzo słodkie)
2 szklanki mąki pszennej
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki sody
1 szklanka jagód - użyłam jagód mrożonych, które rozmroziłam i odcedziłam
1 łyżeczka suszonych kwiatów lawendy (to opcja)


Piekarnik nagrzać do 200 st C.
Formę na muffinki posmarować masłem lub wyłożyć papierowymi papilotkami.
Sok z cytryny wlać do szklanki, dolać maślankę lub jogurt - całość powinna wypełnić szklankę.
Następnie połączyć to z jajkami, miodem i topionym masłem/olejem. Nie trzeba miksować, wystarczy dokładnie wymieszać przy pomocy trzepaczki.
W drugiej misce połączyć mąkę, proszek, sodę i lawendę, jeśli jej używamy.
Suche składniki połączyć z mokrymi. Wymieszać energicznie (nie miksować). Połączyć z jagodami.
Masą wypełnić dołki w formie. Wstawić do piekarnika i piec ok. 22-25 minut (warto sprawdzić stopień uieczenia po ok. 18 minutach, przyp L.)

Smacznego!

P.S. Można muffinki polukrować - ja część z nich lukrowałam lukrem z cukru pudru i cytryny.



*Używałam szklanki o pojemności 200 ml. Można użyć dowolnej, ważne jest to, by wszystkie składniki mierzyć naczyniem o tej samej pojemności.

2010-06-06

Tarta z truskawkami i kremem waniliowym



Bardzo lubię lato w mieście. Czerwcowe weekendy, kiedy miasto się wyludnia, jest cicho, śpiewają ptaki, a na ulicy pod moim domem dzieci uczą się jeździć na rowerach. Lubię wystawiać do ogródka stolik i cieszyć się słońcem, którego tak mało mamy w tym roku.
Minęły bzy, konwalie. Niepostrzeżenie. Teraz staram się łapać każdą chwilę, by nie umknęło mi to, co tak bardzo lubię u progu lata.
Sezon urodzin - większość moich znajomych właśnie teraz je obchodzi. To okazja do tortów z truskawkami, leniwego siedzenia w ogródkach i na balkonach.
Piekę chleb bez przepisu, jem przegrzebki bez przepisu i czytam. Latem więcej niż kiedykolwiek indziej.
Lato to czas spontanicznego gotowania bez notowania receptur, bez planowania. Niedługo znów mój ulubiony hodowca będzie sprzedawał dziwne pomidory i papryki. Dziś zaczyna od rukoli, musztardowca i botwiny naciowej. I mięty. Na mojito :)



A ja proponuję tartę z truskawkami i kremem waniliowym. Idealne ciasto na lato, najsmaczniejsze w dniu upieczenia, najlepiej jeszcze lekko ciepłe.


Tarta z truskawkami i kremem waniliowym

Ciasto:
200 g mąki pszennej
1 jajko
szczypta soli
50 g cukru (drobnego lub pudru)
100 g miękkiego masła
1 łyżka wody

Nadzienie:
300 g świeżych truskawek, umytych i przepołowionych

100 ml mleka
100 ml śmietany kremówki 36%
1 łyżeczka esencji z wanilii (lub 1 laska wanilii - przepołowiona, wyskrobane nasionka)
5 żółtek
1 płaska łyżka mąki pszennej
50 g cukru (drobnego lub pudru)

Składniki na spód umieścić w misce i rozkruszyć. Zagnieść ciasto - jeśli jest zbyt suche, można dodać 1 żółtko lub łyżkę wody.
Ciastem wylepić formę do tart o średnicy 28 cm.
Piekarnik nagrzać do 200 st C.
Wstawić ciasto, uprzednio ponakłuwane widelcem. Piec 20 minut.

W tym czasie przygotować krem:
w garnuszku umieścić mleko, śmietanę i wanilię i powoli doprowadzić do wrzenia. Odstawić do ostygnięcia.
W misce utrzeć żółtka z cukrem na kogel mogel. Następnie, bardzo powoli wlewać mleko, na końcu połączyć z mąką. Mąkę należy rozprowadzić w masie tak, by nie porobiły się grudki.
Masę wylać na podpieczony spód, na wierzchu ułożyć owoce.
Wstawić do piekarnika, temperaturę zmniejszyć do 180 st C i piec ciasto 40-50 minut - gdyby za szybko się rumieniło, wierzch należy przykryć folią aluminiową. Ciasto jest upieczone, jeśli krem jest ścięty, nie może być płynny.
Po upieczeniu, uchylamy drzwiczki piekarnika i czekamy aż wystygnie.

Smacznego!

2010-06-04

Jak oni to robią?



Są takie miejsca, gdzie chodzę na określone dania, za każdym razem zadając sobie pytanie Jak oni to robią, że tak bardzo mi to smakuje?
Przez wiele lat potrafiłam zachwycać się zupą ziemniaczaną w Qchni Artystycznej, naleśnikami z ruskim nadzieniem w miniaturowym "lokalu" na Nowym Świecie czy chałwowym semifreddo w Belvedere.
Później się okazało, że wiele z tych przepisów z powodzeniem można odtworzyć w domu i jest łatwiej niż się mogło wydawać. Oczywiście pomijam względy sentymentalne - mix wrażeń płynących z jedzenia szarlotki z antonówek z talerzyka na śnieżnobiałym wykrochmalonym obrusie, z widokiem na morze, w towarzystwie kogoś bliskiego, gdzie w tle słychać szmer rozmów innych gości restauracji jest być może nie do podrobienia w domu, ale inne rzeczy z całą pewnością tak.

Od kiedy nauczyłam się gotować, każdą rzecz, która mi smakuje, próbuję później zrobić sama. I im więcej odtwarzam, tym częściej dochodzę do wniosku, że doprawiam to lepiej - z prostej przyczyny: robię to dla siebie.
I tak było z makaronową sałatką z pesto i tuńczykiem, którą upodobałam sobie kiedyś w Coffee Heaven.

Ciekawa jestem, jakie są Wasze ulubione dania z cyklu "Jak oni to robią?".

Tymczasem zabieram się za lekturę Waszych ulubionych restauracyjek :) Miłego weekendu!



Jeśli ktoś chce, można pokusić się o zrobienie własnego pesto. W tym przepisie dochodzę jednak do wniosku, że ma być szybko i łatwo. To w końcu danie "na wynos".


Sałatka z tuńczykiem, pesto i orzeszkami
/dla 1-2 osób/

1 łyżeczka czerwonego pesto
1 łyżeczka pesto z bazylii
1 łyżeczka pesto z pestek dyni (można pominąć)
1 łyżeczka sosu miętowego (można zastąpić kilkoma listkami drobno posiekanej mięty)
1-2 łyżki soku z cytryny
1/2 puszki tuńczyka w zalewie (raczej nie w oliwie)
orzeszki piniowe lub cedrowe
2 łyżki oliwek (zielone, czarne - można je pokroić na małe kawałki lub nie)
makaron penne ugotowany al dente
świeże zioła: oregano, bazylia (moja nowa miłość to bazylia o małych listkach, zwana w moim warzywniaku "prowansalską")

W misce wymieszać pesto, sos miętowy, tuńczyka. Doprawić sokiem z cytryny, dodać oliwki. Następnie całość wymieszać z makaronem - jeśli chcemy, możemy dodać 1-2 łyżki oliwy z oliwek.
Posypujemy orzeszkami piniowymi, wcześniej uprażonymi na suchej patelni i ziołami.

Smacznego!

2010-06-02

Ciasto czekoladowo-bananowe



Miałam nic nie piec. Nie mam czasu. Muszę wyjść za max. 15 minut, siadam do komputera i wtedy w oko wpada mi to.
W tempie, które wygląda mniej więcej jak udział w zawodach pieczenia na czas, biorę się do pracy, chwaląc piekarnik, który sam się wyłączy, kiedy skończy piec. Brawo dla piekarnika, prawo dla mojego zrywu ;)
Z zegarkiem w polu widzenia, zabieram się do pracy i wszystko zajmuje mi dokładnie 10 minut.
Kiedy wrócę, będzie na mnie czekało ciasto. Każdy, kto zagląda tu co jakiś czas wie, że jestem maniakiem keksów bananowych. Cóż, na to nie ma rady :)

P.S. Przy okazji, Ktoś mi doniósł (dziękuję!), że Kuroniowie robią omlet cesarski identycznie jak ja:
Omet cesarski Kuroniów
Co za cudowny zbieg okoliczności!
Panowie, zapomnieliście dopisać, że cukier należy skarmelizować. Samo wymieszanie nie wystarczy.



Keks czekoladowo bananowy
źródło przepisu: What's for lunch, Honey?

100g gorzkiej czekolady
150g miękkiego masła
170g cukru muscovado (zastąpiłam cukrem trzcinowym, L)
3 jajka
175g mąki pszennej
1 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
25g kakao
2 duże banany, dojrzałe i rozgniecione widelcem

- Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej (lub w garnuszku, ale należy uważać, by się nie przypaliła)
- Masło utrzeć z cukrem na gładką i jasną masę. Dodawać po jednym jajku, dokładnie ubijając.
- Przesiać mąkę, proszek i kakao i dodać do masy, wymieszać łyżką lub szpatułką.
- Dodać banany i czekoladę, wymieszać.
- Włożyć do wysmarowanej masłem keksówki (moja miała 28 cm) i piec w piekarniku nagrzanym do 180 st C przez 50-60 minut. Kiedy drewniany patyczek wbity w ciasto jest suchy, to znaczy, że ciasto jest upieczone. Ostudzić na kuchennej kratce, następnie zawinąć w folię.

Smacznego!