2010-05-30

Kilka słów o... i gadżety do rozdania.

Mam do rozdania kilka gadżetów KitchenAid. Tak jak w poprzednich zabawach, wystarczy w komentarzu pod dzisiejszym postem napisać o Waszej ulubionej kawiarni, cukierni, piekarni, restauracji. Dlaczego właśnie ta jest tą ulubioną?
Nie ma znaczenia, czy jest ona w Polsce czy gdzieś bardzo daleko.
Może uda mi się którąś z nich odwiedzić :)

Zasady są następujące:
1. Jedna osoba może zostawić jeden komentarz pod dzisiejszym postem (proszę o nieprzesyłanie maili z komentarzami).
Na komentarze czekam do środy, 02.06.2010 r, do godz. 24.00
2. Z wybranych komentarzy wybiorę sześć, a ich autorom wyślę jeden z akcesoriów.
3. Na adresy autorów wybranych komentarzy czekam pod adresem: whiteplate5(małpa)gmail.com przez tydzień od daty ogłoszenia autorów wybranych przeze mnie komentarzy
4. Nagrody mogę wysłać jedynie na adresy w Polsce

A gadżety są następujące:

3 obieraczki:



3 szpatułki:


Miłej zabawy :)

2010-05-28

Mamo, zróbmy pizzę!



Ktoś mnie niedawno pytał, czy powtarzam dania z zamieszczanych na blogu przepisów. Jasne, mam swoje pewniaki, z których bez przerwy korzystam. Są rzeczy, które robię eksperymentalnie, ale większość tradycyjnych dań robię po swojemu, zawsze tak samo.
Dlatego, kiedy piekę pizzę, najczęściej korzystam ze sprawdzonego wiele razy przepisu. Nie tak dawno ktoś przesłał mi link do artykułu na temat pizzy, z którego wynikało, że najlepsza jest z ciasta, które przez jakiś czas leżakuje w chłodzie. I coś w tym jest.
Oczywiście, jeśli musimy mieć pizzę gotową natychmiast - wszystko jest do zrobienia. Czasem jednak jest tak, że możemy pomyśleć o niej z wyprzedzeniem i upiec wtedy, kiedy ciasto jest najlepsze.
Lubię dobrą pizzę. Cieniutką, chrupiącą, z dodatkami, które są czymś więcej niż kukurydzą z puszki.
Dzisiejsza propozycja właśnie taka jest. Upieczona na kamieniu. Jeśli go nie macie, można wykorzystać okrągłą formę do pieczenia.




Pizza
Ilość ciasta do przygotowania cienkiej pizzy o średnicy 30 cm


160 g mąki (pizzę na zdjęciu robiłam z mieszanej mąki w proporcjach 100 g pszennej chlebowej i 60 g pszennej razowej)
10 g świeżych drożdży (lub 1 łyżeczka suszonych instant)
1 łyżeczka soli
1/2 łyżeczki cukru
100 ml wody
1-2 łyżeczki oliwy z oliwek

Z podanych składników zagniatamy ciasto. Najłatwiej zrobić to mikserem. Z ciasta lepimy kulkę, którą smarujemy oliwą, przekładamy do miski, przykrywamy folią spożywczą i odstawiamy w temp. pokojowej na 1-2 godziny, by ciasto wyraźnie urosło.
Następnie wstawiamy je do lodówki na kilka godzin, a najlepiej na całą noc (jeśli chcemy, możemy je na tym etapie również zamrozić).
Następnego dnia wyjmujemy z lodówki i zostawiamy w temperaturze pokojowej na 30-60 minut.

Na zdjęciu jest pizza margherita, z sosem pomidorowym zrobionym w następujący sposób:

150 g pomidorów z puszki
1 łyżka oliwy
1 ząbek czosnku, drobno pokrojony
1/2 łyżeczki suszonego oregano
1/2 łyżeczka suszonej bazylii
1/4 łyżeczki cukru
1/2 łyżeczki soli
odrobina pieprzu

Wszystkie składniki umieścić w garnuszku. Doprowadzić do wrzenia, następnie zmniejszyć ogień i gotować 10 minut.
Ostudzić.

Ciasto rozwałkować na okrąg o średnicy ok. 30 cm (im cieńszy spód, tym szybciej się upiecze). Ja najczęściej wałkuję tylko w początkowej fazie, później rozciągam ciasto palcami na pożądaną grubość.
Na wierzchu ułożyć 1 kulkę mozzarelli pokrojonej w małe plasterki, oliwki, świeże zioła. Brzegi ciasta delikatnie posmarować oliwą z oliwek.
Piekarnik (jeśli mamy - z kamieniem do pizzy) rozgrzać do 260 st C. Wstawić pizzę i piec 10-15 minut: czas pieczenia zależy od grubości spodu pizzy. Jeśli jest bardzo cienki, pizza może być gotowa już po ok. 8 minutach.

Smacznego!


* * * * *

A na weekend przygotowałam dla Was małą zabawę z nagrodami. Szczegóły już wkrótce :)

2010-05-25

Rozbrat 20





Gdyby ktoś miesiąc temu powiedział mi, że będę się bała powodzi, pakując najpotrzebniejsze rzeczy do walizki, zapewne bym mu nie uwierzyła.
Los jednak bywa przewrotny.
Z dala od własnej kuchni, przyglądam się światu. Spaceruję uliczkami miasta zadając sobie pytanie, czy to powódź dwudziesto czy tysiącletnia?



Od pewnego czasu znajomi pytali mnie: Byłaś już na Rozbrat?
Rozbrat to spacery z Mamą, kiedy byłam dzieckiem. Stare kamienice, zieleń Powiśla, sklepiki z warzywami, papierniczy, lody śmietankowe w cukierni tuż za rogiem domu, na którym układałam dmuchawce, żeby wiedzieć, że właśnie tu powinnam skręcić, by się nie zgubić.
Dopiero dzisiaj trafiłam do bistro, które mogę śmiało nazwać miłością od pierwszego wejrzenia.
Małe, przytulne wnętrze, bukiet kwiatów, miękkie fotele, ten ciepły styl, który bardzo lubię i goście, bez których nie wyobrażam sobie miejsca z duszą, bowiem nawet najpiękniejsza, ale pusta restauracja, przygnębia mnie i mam ochotę natychmiast z niej wyjść.
To po pierwsze.
Po drugie: pieczywo. Najpiękniejsze i najlepsze chleby, jakie udało mi się jeść w Warszawie. Są wyeksponowane na ladzie, do której kelnerzy podchodzą, by nakroić grubych kromek do koszyczków.
Zamówiłam bruschettę - z przyjemnością odkryłam, że jest na świeżym chlebie, który został zgrillowany i podany z ciepłymi pomidorkami, barweną i musem z pieczonej papryki i ciecierzycy. Poezja. Później dorada z młodymi warzywami i grillowaną rzodkiewką - prosto, elegancko, tyle, bym mogła się najeść i jeszcze poprosić o deser.
A deser... Już wiadomo, że jeśli przychodzę do restauracji, w której będzie czekoladowy fondant/suflet zwany czekoladowym ciastkiem bądź jeszcze inaczej (a ja i tak wiem, co się pod tą nazwą kryje - czekoladowe serce, my love!), to na pewno spróbuję. Ten deser w tej restauracji to marzenie kogoś, kto tak jak ja, kocha czekoladę - pieczony tyle, ile trzeba, z płynącym ciepłym środkiem, podany z truskawkami zatopionymi w bitej śmietanie, oprószonymi siekanymi pistacjami.
Chciałabym codziennie jeść taki lunch.
Dorzucam do tego naprawdę uprzejmą i sprawną obsługę, szybki serwis, bo mimo że w czasie lunchu restauracja była wypełniona niemal do ostatniego stolika, dania wjeżdżały na stół w tempie idealnym. Zdążyłam zjeść i pomyśleć o następnym i voilà!
Wielu Warszawiaków doceniło już to miejsce. Czasem trudno tu o stolik. Naprawdę warto. Ja będę wracać z największą przyjemnością. Może kiedyś przyjdę na śniadanie - widziałam w karcie śniadaniowe specjały, a w restauracji stojak z gazetami, co w połączeniu ze słońcem wpadającym przez duże witryny i zieleń Powiśla, jest tym, co liski lubią najbardziej.

Polecam!



Rozbrat 20 Bistro&Restaurant
ul. Rozbrat 20, Warszawa
www

2010-05-22

Tarta botwinkowa II


O tej porze roku chętnie korzystam z młodej botwinki. Najczęściej robię zupy: botwinę i chłodnik, ale równie często zapiekam ją w tartach. Kiedyś prezentowałam już przepis na tartę botwinkową. Ten jest nieco inną wersją, w której łączę idealny dla mnie zestaw buraków, koziego sera i octu balsamicznego.
Tartę można podawać na ciepło, ja jednak najchętniej jem ją, kiedy zupełnie ostygnie.




Tarta botwinkowa II
Forma o średnicy 26-28 cm

Spód:
200 g mąki pszennej
100 g masła
1 łyżeczka soli
2 żółtka
2-3 łyżki wody

Masa:
1 pęczek botwiny z buraczkami (ok. 600-700 g)
3 ząbki czosnku
2 łyżki masła
przyprawy: gałka muszkatołowa, kminek, sól, pieprz, chilli (użyłam wędzonego)
2- 3 łyżki świeżego koperku
1-2 łyżki octu balsamicznego (najlepiej starego, słodkiego)

Polewa:
100 g miękkiego koziego sera
50 g śmietany
2 jajka
przyprawy: sól, pieprz

1 kulka sera mozzarella


WYKONANIE:

Spód:
Wszystkie składniki połączyć - wodę dodajemy na końcu, stopniowo. Ciasta nie należy zagniatać zbyt długo, bo będzie twarde. Uformować kulę i schłodzic w lodówce przez 30 minut.
Następnie rozwałkować lub wylepić ciastem formę do tart o średnicy 26-28 cm (w zależności od tego, jak duża jest botwina).
Piekarnik nagrzać do 190 st C.
Ciasto w formie przykryć papierem do pieczenia, na to wsypać suchą fasolę (by podczas pieczenia ciasto się nie podnosiło) i zapiec 15 minut.
Wyjąć z pierarnika, zdjąć z ciasta papier z fasolą i wypełnić je masą:

Masa:
Na głębokiej patelni rozpuścić masło, dodać czosnek pokrojony w plasterki. Kiedy zmięknie, dodać pokrojoną drobno botwinę (buraczki kroimy na zapałki). Dusić 5 minut, doprawić przyprawami. Dusić jeszcze 5-10 minut. Buraczki i łodygi powinny wyraźnie zmięknąć.

Polewa:
Jajka zmiksować ze śmietaną i kozim serem.
Doprawić solą i pieprzem.
Wlać polewę na tartę wypełnioną masą.
Wierzch obłożyć mozzarellą startą na tarce lub pokrojoną w małe plasterki.

Wstawić do piekarnika i piec ok. 30 minut, aż wierzch zamieni się w rumianą skorupkę.

Smacznego!

2010-05-20

Crème brûlée ze śliwkami macerowanymi w koniaku




Ulubiony deser Amelii: Crème brûlée.
Tym razem skorzystałam z receptury jednego z najlepszych brytyjskich kucharzy, Jasona Athertona.
Krem podaje się z suszonymi śliwkami macerowanymi w koniaku i aromatycznych przyprawach. Na ich przygotowanie potrzeba czasu, więc deser najlepiej zrobić dzień przed planowanym podaniem. Crème brûlée jest jednym z najbardziej uniwersalnych smakołyków - łatwy do wykonania, prawie każdy go lubi.
Uczta dla podniebienia :-)



Crème brûlée ze śliwkami macerowanymi w koniaku
Źródło: "Gourmet food on a budget", J. Atherton

Macerowane śliwki:
50 ml Armagnaku (użyłam koniaku)
15 g drobnego cukru
1/2 laski wanilii, przekrojonej wzdłuż
2 gwiazdki anyżu
150 g suszonych śliwek

Crème brûlée:
300 ml śmietanki kremówki (użyłam 36%)
120 ml mleka
1/2 laski wanilii, przepołowionej wzdłuż
4 duże żółtka
50 g drobnego cukru

Do podania:
4-5 łyżek złocistego drobnego cukru

Przygotowanie śliwek:
Armagnac, cukier i 80 ml wody wlać do garnuszka. Z wanilii wyskrobać ziarenka i dodać je wraz z laską do garnuszka, wrzucić anyż.
Powoli doprowadzić do zagotowania.
Śliwki włożyć do miseczki i zalać je gorącym płynem. Odstawić na 24 godziny.

Krem:
Piekarnik nagrzać do 120 st C.
Mleko i śmietanę wlać do garnka z grubym dnem.
Z wanilii wyskrobać ziarenka i dodać je wraz z laską do mleka. Na bardzo wolnym ogniu doprowadzić do wrzenia.
Żółtka utrzeć z cukrem.
Powoli wlewać gorące mleko do żółtek, cały czas mieszając (należy to zrobić naprawdę powoli, by masa się nie ścięła).

Postawić z powrotem na płycie i delikatnie podgrzać cały czas mieszając, aż masa zgęstnieje (zajmie to ok. 3-4 minut).
Wyjąć laskę wanilii i masę rozlać do 4-6 płaskich foremek (ramekinów).
Foremki wstawić do głębszej blachy do pieczenia (najlepiej tej, która jest a wyposażeniu piekarnika). Wstawić blachę do piekarnika i wlać do niej gorącą wodę tak, by sięgała połowy wysokości foremek. Piec 20-25 minut(w zależności od wielkości foremek). Krem musi się wyraźnie ściąć, ale będzie dosyć luźny na środku.

Wyjąć z piekarnika, ostudzić. Każdą foremkę przykryć kawałkiem folii spożywczej i wstawić do lodówki na minimum 3 godziny, aż krem załkowicie stężeje.

Podanie:
zdjąć folię i przykładając do kremu kawałek papierowego ręcznika delikatnie zebrać nadmiar wilgoci. Posypać cukrem i skarmelizować palnikiem (lub pod gorącym grillem przez ok. 30 sekund).

Podawać z macerowanymi śliwkami.

Smacznego!

Tutaj są jeszcze inne prezentowane przeze mnie wersje tego deseru:

Crème brûlée w tradycyjnej wersji, mój ulubiony
Assam Tea Crème brûlée
Cynamonowy Crème brûlée

2010-05-19

Krem ze szparagów



Jedną z moich ulubionych zup wciąż jest ziemniaczana zupa z łososiem. Dziś, korzystając z sezonu szparagowego, zrobiłam nieco podobną potrawę.
Podstawą udanej zupy szparagowej jest, moim zdaniem, dobry wywar jarzynowy lub drobiowy.
Zwykle gotuję go na włoszczyźnie tak długo, aż będzie esencjonalny i aromatyczny.


Krem ze szparagów z wędzonym łososiem

1 pęczek szparagów
2 ziemniaki
1 średniej wielkości cebula
500 ml wody plus 500 ml wywaru jarzynowego lub drobiowego
2 łyżki masła
1 łyżka mąki
1 żółtko
50 ml śmietany (najchętniej używam kremówki)
świeżo mielony czarny lub różowy pieprz albo suszone pomidory z bazylią
do podania: plastry wędzonego łososia

Szparagi obrać, odciąć twarde końcówki. Cebulę obrać i przekroić na pół. Ziemniaki obrać i pokroić w kostkę. Warzywa zalać wodą, zagotować, wsypać 1/2 łyżeczki soli i gotować 5-7 minut.
Wyjąć warzywa z wody (wodę zachowujemy) i odsączyć je.
Na patelni rozpuścić łyżkę masła, dodać warzywa i dusić je 5-10 minut, aż będą miękkie.
Przekładamy warzywa do garnka z wodą, wlewamy wywar i gotujemy 20-30 minut. Warzywa powinny być miękkie, ale nie powinny się rozpadać.
Odciąć czubki szparagów i zachować je do podania. Zupę zmiksować.
Na patelni rozpuścić pozostałe masło, dodać mąkę i cały czas mieszając, zrobić zasmażkę (trwa to ok. 1 minuty). Wlać na patelnię kilka łyżek zupy, wymieszać i całość wlać do garnka. Mieszać i gotować ok. 5 minut, aż zupa zgęstnieje.
Zdjąć z ognia i doprawić śmietaną wymieszaną z żółtkiem i ew. świeżo mielonym pieprzem.
Podawać z plastrem wędzonego łososia i czubkami szparagów.

Smacznego!

Tutaj prezentowałam już krem ze szparagów w nieco innej wersji.

2010-05-17

Wyjątkowo zimny maj i sernik cynamonowo-kajmakowy




Czy wokół Was też wszyscy marudzą, że ciągle pada?
Zamiast marudzić, budzę się przed wszystkimi i idę do ogródka, by sprawdzić, czy ślimaki oszczędziły choć część host, które sadziłam w ubiegłym roku. Czy mogę liczyć choć na jedno jabłko z młodej jabłonki (w zeszłym roku pożarły kwiaty nim te zdążyły zamienić się w owoce).
Deszczowa wiosna w mieście, które dopiero budzi się ze snu, ma dla mnie wiele magii.
Zaczynam rozumieć tych, którzy mieszkają w Irlandii i w innych miejscach, w których ciągle pada.



Bardzo lubię cynamon, karmel, wanilię. Chciałam połączyć te smaki i zrobiłam sernik. Nigdy jednak nie jadłam sernika cynamonowego, więc postanowiłam poeksperymentować i udało mi się uzyskać smak, jakiego szukałam. Jest w stylu sernika kajmakowego, ale jednak lepszy. Bardziej delikatny, raczej jak deser niż ciasto. Nie trzeba go przechowywać w lodówce, a mimo to dobrze się kroi i ładnie prezentuje. To sernik, który równo rośnie i nie pęka podczas pieczenia. Ma miękki, biszkoptowy spód. Warunkiem powodzenia jest jednak dobrej jakości ser. Sernik na zdjęciu upiekłam korzystając z sera z wiaderka dr Oetkera.




Sernik cynamonowo-kajmakowy

Spód:
150 g biszkoptów
100 g drobnego cukru
1 łyżka kakao
1 białko
50 g miękkiego masła

Masa;
1 kg sera mielonego (użyłam z wiaderka dr Oetkera, lubię też President i Piątnicę)
120 g cukru pudru
1 cukier waniliowy z prawdziwą wanilią
1 płaska łyżka mąki kukurydzianej lub ziemniaczanej
1 łyżka cynamonu
2 żółtka
2 jajka
100 ml śmietany kremówki (30 lub 36%)
1 puszka masy krówkowej lub kajmakowej (400 g) - użyłam masy krówkowej marki Bakalland

Spód:
wszystkie składniki rozdrabniamy w malakserze. Powstanie gładka masa.

Okrągłą tortownicę o średnicy 26 cm wysmarować masłem. Tortownicę owinąć dokłądnie folią aluminiową (zapobiegnie to ewentualnemu wyciekaniu masła ze spodu).
Dno i część brzegu wyłożyć ciastem.
Piekarnik nagrzać do 200 st C.

Masa:
W dużej misce utrzeć ser z cukrem i wanilią. Dodawać po 1 jajku i żółtku, następnie mąkę, cynamon i śmietanę.
Kiedy masa będzie gładka, dodajemy po łyżce masy kajmakowej - ja miksuję tylko tyle, by zachować w masie małe kawałeczki masy kajmakowej.
Masę serową wylewamy na spód, wyrównujemy wierzch i wstawiamy do piekarnika na 10 minut.
Zmniejszamy temperaturę do 150 st C i pieczemy kolejne 1 h 30 lub 40 minut - po 1,5 godzinie należy sprawdzić stopień upieczenia sernika. Jeśli się za bardzo rumieni, przykrywamy wierzch folią aluminiową.
Po upieczeniu uchylamy drzwiczki piekarnika i zostawiamy sernik do całkowitego ostudzenia.
Sernik najlepiej zostawić na kilka godzin lub na całą noc, by zupełnie stężał. Wówczas będzie miał odpowiednią konsystencję i idealnie się będzie kroił.

Smacznego!

2010-05-14

O księgarni i tarta z rabarbarem.



O księgarni.
Kiedy byłam mała, bliżej mi było do miejskiej biblioteki, którą odwiedzałam raz w tygodniu.
Księgarnia, odległa o kilka przystanków (nie wolno mi było samej jeździć tramwajem), wydawała się miejscem na końcu świata. Kiedy do niej szłam, liczyłam po drodze budynki, by wiedzieć, ile jeszcze zostało do końca.
Tamta księgarnia, z wysoką ladą i książkami daleko ode mnie, z panią, która nie zwracała na mnie uwagi, choć stałam tam pewnie dobrych kilka godzin, nie miała nic wspólnego z dzisiejszymi sklepami pełnymi kolorowych lektur. Taka mroczna i zakurzona.
Magię znajdowałam w szkolnej bibliotece, w której pomagałam zawijać książki w obwoluty z szarego papieru.
Jak wiele się zmieniło od tamtego czasu.
W księgarni marzeń książek jest bez liku. Kolorowe stosy układam tuż obok. Piję dobrą kawę i ostrożnie przewracam kartki. Mogłabym tak siedzieć od rana do wieczora.
Tylko... czy jest taka księgarnia?
Z księgarnią jest jak ze sklepem. Jedni wolą ogromne hale, gdzie jest wszystko. Inni osiedlowe sklepiki z panią Basią. Jeszcze innym jest wszystko jedno.
Chciałabym móc chodzić do księgarni podobnej do tej, która w Londynie na Notting Hill sprzedaje książki kucharskie.
Albo do takiej, która jest antykwariatem podobnym do tego z Nie kończącej się opowieści , w której było wystarczająco dużo zaułków, by się ukryć.
A jakie są Wasze wymarzone księgarnie?
Rytuały kupowania, celebrowania książek?
Ja lubię ten moment, kiedy przynoszę je do domu. I gdy nadejdzie wieczór niosę je wszystkie do łóżka, by czytać tak długo, nim sen mnie nie pokona. Nie wierzę w to, że elektroniczne książki zastąpią te prawdziwe, papierowe.



Bardzo lubię ciasta z książki Pierre'a Herme.
Niektórzy się skarżą, że przepisy z niej im nie wychodzą. Nie wiem, dlaczego. Ja, za co się z niej nie zabiorę, wychodzi koncertowo. Zwłaszcza klasyczne połączenia, jak to, w której rabarbar jest przykryty cienką warstwą ze śmietanki i migdałów.
Taka tarta najbardziej mi smakuje jeszcze ciepła, najlepiej z lodami waniliowymi.
Zwykle wieczorem przygotowuję rabarbar i kruche ciasto, którym wylepiam formę. Przykrywam ją folią, chowam na noc do lodówki, a rano piekę.

Tarta z rabarbarem
wg Pierre'a Herme z książki "Desery"

Spód:
90 g masła miękkiego
1/4 łyżeczki soli
25 ml zimnego mleka lub wody
125 g mąki

Wszystkie składniki rozcieramy w misce do uzyskania okruchów. Odstawiamy.
Okrągłą formę do tart lub tortownicę o średnicy 26 cm wylepiamy ciastem.
Chowamy do lodówki na ok. 2 godziny. (Ja przykrywam folią i chowam na całą noc).

W tym czasie przygotowujemy rabarbar:

600 g rabarbaru - tę ilość należy obrać i pokroić na 2 cm kawałki
60 g cukru pudru

Rabarbar włożyć do miski, zasypać cukrem i odstawić na minimum 8 godzin.
W tym czasie rabarbar puści sok i zmięknie.
Odcedzić go na sitku.

Piekarnik nagrzać do 180 st C.
Wyjąć tortownicę z ciastem, na wierzchu ułożyć papier do pieczenia i wypełnić formę suchą fasolą lub kulkami do pieczenia (chodzi o to, by ciasto podczas pieczenia się nie podnosiło).
Wstawić do piekarnika i piec 15 minut.
Wyjąć papier z kulkami i na podpieczony spód wyłożyć odcedzony rabarbar.

Polać go masą:

1 jajko
75 g cukru pudru
25 g mleka
25 g słodkiej śmietanki
25 g mielonych migdałów
55 g oziębionego masła

Jajko utrzeć z cukrem. Dodać mleko, śmietanę i migdały i wmieszać masło pokrojone na małe kawałeczki.
Całość wlać na rabarbar i ponownie wstawić do piekarnika na ok. 20-30 minut - do czasu zrumienienia.
Po upieczeniu można ciasto posypać dodatkowym cukrem (ok. 50 gram).

Smacznego!

2010-05-12

Nie tylko dla świnek morskich



Ostatnio mam remont w domu, więc dom stoi na głowie, ja mam podwyższony poziom adrenaliny i wszystko, na co mogę sobie pozwolić w kuchni, to naprawdę szybkie dania, które wymagają minimum naczyń i czasu, jaki spędzam stojąc jedną nogą na folii, drugą na kartonie. Na szczęście jeszcze nie jem na gazecie i z utęsknieniem wypatruję szczęśliwego zakończenia bałaganu.



Cykoria to warzywo, które odkryłam dosyć późno. Właściwie kojarzyło mi się jedynie z przysmakiem dla świnek morskich, które zajadały się nią jak ambrozją. Wiedziały, co robią.
Dziś jestem fanką duszonej i pieczonej cykorii, którą bardzo lubię doprawiać świeżymi ziołami i octem balsamicznym.

Tarta z cykorią

4-5 cykorii
2 łyżki masła
1 ząbek czosnku, obrany i pokrojony w cienkie plasterki
1-2 łyżki octu balsamicznego
200 g ciasta francuskiego
świeże zioła: np. tymianek
sól i świeżo mielony pieprz (tu najchętniej używam różowego, bo pięknie wygląda z cykorią)

Cykorię przekroić na pół, oderwać zewnętrzne listki.
Na patelni rozpuścić masło, dodać czosnek, ułożyć cykorię i dusić z obu stron przez ok. 10-15 minut. Cykoria powinna delikatnie zmięknąć.
Dodać tymianek, posolić, popieprzyć, polać octem balsamicznym.
Tortownicę o średnicy 26-28 cm (lub jeśli mamy patelnię z metalową rączką, możemy dusić i piec tartę na niej, bez konieczności korzystania z tortownicy. Jak w klasycznej tarte tatin) wyłożyć folią aluminiową. Na dnie ułożyć cykorię (przekrojoną stroną do dna formy) wraz s sosem, który powstał podczas duszenia. Na wierzchu ułożyć ciasto francuskie podwijając jego brzegi pod cykorię. Ciasto ponakłuwać widelcem.
Piekarnik nagrzać do 200 st C. Wstawić tartę i piec ją 20-30 minut - ciasto powinno się wyraźnie zrumienić.
Po upieczeniu odstawić na 5 minut, następnie przełożyć na talerz - talerz układamy na tortownicy i jednym ruchem przekładamy na niego tartę.

Smacznego!

2010-05-10

Na pożegnanie sezonu gruszkowego



Kupiłam na targu gruszki, bo spodobał mi się ich wygląd - jeśli patrzeć na obowiązujące w super drogich warzywniakach standardy - brzydki i niedoskonały. Pod poplamioną skórką krył się soczysty owoc. Więc na pożegnanie gruszkowego sezonu, upiekłam z nimi kwadraty.
Zrobiłam je dokładnie tak samo, jak trójkąty z ciasta francuskiego, których nie powstydziłaby się żadna babcia. Nie prażyłam gruszek - pokroiłam je na małe cząstki, każdą z nich posypałam odrobiną cukru brązowego i cynamonu, wierzch posmarowałam rozbełtanym jajkiem i posypałam cukrem.
Pyszne :)

2010-05-07

O ciekawej książce i bułeczki



Mam słabość do dwudziestolecia międzywojennego. Klimat ówczesnych uliczek, zaułków, kawiarenek, spotkań cyganerii, jest czymś, o czym mogłabym słuchać nieustannie.
Rzadko jednak czytam pamiętniki. Nudzą mnie opisy, listy kierowane do innych. I o ile kiedyś próbowałam zanurzać się w tego typu zwierzeniach, dziś po prostu daję sobie z nimi spokój. List jest czymś tak intymnym, że czytanie go przez kogoś trzeciego, bez znajomości kontekstu, poprzednich spotkań i niedomówień, nie ma dla mnie większego sensu.
Jednak ostatnio w księgarni wpadła mi w ręce książka, która jest pewnego rodzaju pamiętnikiem. Pełnym zwierzeń na temat autorki i jej bliskich. I muszę przyznać, że nie mogłam się jej oprzeć!
Z pamiętnika niemłodej już mężatki* Magdaleny Samozwaniec, to wydana w ubiegłym roku książka, której rękopis odnaleziono przez przypadek po ponad trzydziestu latach od śmierci autorki.
Napisana z humorem i dystansem do siebie, opisująca dawny Kraków, bez zbędnej nostalgii i zupełnie szczerze, ale przede wszystkim opowiadająca o losach niezwykłej rodziny Kossaków - Magdalena była córką Wojciecha, "słynnego malarza koni", jej siostra Lilka, to poetka Maria Pawlikowska-Jasnorzewska. To nie jest pean a cześć jej rodziny, a dowcipna i z humorem przedstawiona historia jej losów.
Naprawdę warto zajrzeć do tej książki!

A tymczasem uciekam na upragniony weekend, pozostawiając Wam w Pracowni Wypieków przepis na bułeczki z pieczarkami.
Kiedyś podawałam już recepturę na coś podobnego, którą można znaleźć tutaj. Tamte wypieki były bardziej zwyczajne, codzienne. Te są bardziej... jak by to powiedzieć... luksusowe ;) Żartuję oczywiście. Ale warto spróbować.
Poszłam trochę za ciosem, na fali mojego umiłowania bucht, które mogę jeść zawsze i wszędzie.
Polecam!

P.S. A gdyby komuś było mało, na deser zostawiam jeszcze jedną bułkę (znowu bułkę! czy ona naprawdę nic innego nie je?!).
Z najnowszej, jeszcze ciepłej książki Jamiego O, pt "Jamie does".

Miłego weekendu!



*"Z pamiętnika niemłodej już mężatki"
Magdalena Samozwaniec
Wydawnictwo: W.A.B.
Cena: ok. 39 PLN

2010-05-05

Nowalijki i niezapominajki



Bardzo dziękuję za urodzinowe życzenia. Cieszę się, że zaglądacie i jesteście ze mną :-)
Dziękuję też za wszystkie rekomendowane miejsca we Wrocławiu. Tym razem nie zdążyłam ich odwiedzić, ale ponieważ Wrocław jest bliski memu sercu i zamierzam niebawem znów się do niego wybrać, z wielką radością skorzystam z Waszych rekomendacji.
Powrót do rzeczywistości z dłuższego lub długiego wyjazdu, to dla mnie zawsze potrzeba zjedzenia czegoś domowego i normalnego. Jedzenie restauracyjne, nawet jeśli smaczne i wykwintne w pewnym momencie przypomina mi, że to, za czym tęsknię, to talerz zwykłej zupy, zwykłej kromki chleba z masłem.
Zimą odwykłam od zakupów na bazarze. Moja kuchnia, w dużej mierze oparta jest na warzywach, więc o tej porze roku wyjątkowo mi ich brakuje. Kupowanie w warzywniakach, gdzie wszystko takie piękne z dalekich krajów, już mi się znudziło.
A dziś znowu wracam do rytuałów Ile ma pan tych kur? Aż trzydzieści dziewięć? Pani weźmie to mleko na zsiadłe, nie podchodzi wodą.
Teraz jest pora kupowania sadzonek. Sprzedawcy wystawiają niezliczone ilości maleńkich krzaczków pomidorów, papryki, truskawek. Wszystko miniaturowe, ale tak świeże i piękne. To czas, kiedy sama bardzo bym chciała mieć ogród i obsadzać go niezliczonymi ilościami niezapominajek, poziomek i pomidorków koktajlowych.
Ale nie mam, więc czekam na to, co inni wyhodują.
Początek nowego sezonu rozpoczynam zupą szczawiową. Banalną. Ale jedną z moich ulubionych zup. Przepis podam wieczorem (o ile jest na tym świecie ktoś, kto nie umie jej robić;)

Miłego popołudnia!



Z tego typu zupami jest tak, że robi się je po prostu na oko.
Nie idę do sklepu, kiedy zabraknie mi koperku, dodaję do zupy warzywa, które chciałabym wykorzystać.
Dziś kupiłam sporo świeżych nowalijek (malutkie szalotki, pietruszki, koperek) i dodałam je do zupy.
Jej wersji jest zapewne tysiące. Ja lubię dosyć zawiesistą, dlatego chętnie dodaję do niej kaszę jaglaną.
Niektórzy gotują na skrzydełkach kurczaka, ja czasami korzystam z ekologicznych kostek, gotuję wywar na włoszczyźnie lub po prostu podsmażam warzywa na maśle.


Zupa ze świeżego szczawiu
Porcja dla 2-3 osób

1 pęczek świeżego szczawiu (ok. 200 g)
1- 2 dymki lub 1 mała cebula
1-2 marchewki
1 pietruszka
kawałek selera
2-3 ziemniaki, średniej wielkości
1/2 pęczka świeżego koperku
1/2 kubeczka śmietany (używam 18%)
1 łyżka masła
1 łyżka oliwy z oliwek lub oleju roślinnego
1 łyżka kaszy jaglanej
2-3 jajka ugotowane na twardo

Oliwę wlać do garnka, dodać masło i roztopić. Dodać pokrojoną cebulkę, chwilę poddusić, wsypać kaszę i po chwili dodać marchewkę. Wlać wodę (ok 1,2-1,5 litra), połowę koperku i jeśli używamy innych warzyw (oprócz ziemniaków i szczawiu), warzywa (ja np. w sezonie mrożę liście selera, które chętnie dodaję do zupy).
Podgotować ok. 15 minut, dodać ziemniaki i trzymać na ogniu tak długo, aż warzywa będą miękkie (zajmie to ok. 20 minut).
Doprawić solą, pieprzem, ziołami lub przyprawami (np. majerankiem). Wsypać koperek, dodać śmietanę (żeby zupa się nie zwarzyła, do miseczki ze śmietaną wlewam zupę, mieszam i dopiero wówczas dodaję do garnka - zupy ze śmietaną nie należy już gotować). Umyty i pokrojony szczaw dodaję dopiero pod koniec gotowania (ok. 10-15 minut przed końcem).
Przed podaniem dodać pokrojone jajka.

Smacznego!

2010-05-02

Pozdrowienia...











...z Wrocławia :)
W sobotę na Rynku było ponad 4 tysiące gitarzystów, którzy mieli zamiar pobić rekord Guinessa!
Dziś White Plate obchodzi 4 urodziny. Dokładnie cztery lata temu napisałam tu swój pierwszy post. Jak czas szybko leci.
Pozdrawiam serdecznie wszystkich Czytelników :)

2010-05-01

Już jest!




Z dużym zainteresowaniem przeczytałam o Waszych ulubionych ciastach :) Sernik czy szarlotka, sękacz czy murzynek. Zastanawiam się nad tym, że choć do naszego repertuaru weszło wiele nowych ciast (np. bananowe, brownie), to wciąż pozostajemy tradycjonalistami i z sentymentem wspominamy to, które piekła Mama...
I ciasta, które lubimy, niewiele mają wspólnego z tymi, które można znaleźć w cukierniach. Kiedy byłam mała, zajadałam się Sokołami - trójkątnymi bezami przełożonymi kremem i powidłami. Wydawało mi się, że nie ma nic lepszego. Później szalałam za ciastkiem ponczowym z odrobiną bitej śmietany na środku. W podstawówce nie liczyło się nic oprócz babeczek migdałowych i rurek z kremem, ale tylko stąd.
Obserwuję, jak zmieniają się smaki - dziś trudno byłoby mi pochłonąć takiego Sokoła, o ponczowym nie wspominając.
Ale rzeczywiście te domowe ciasta, których próbowałam w dzieciństwie, gdzieś tam zapisały się na stałe w kulinarnym pamiętniku. Próbuję nowości, zachwycam się cukierniczymi kreacjami współczesnych cukierników, ale zawsze wracam do tego, co najprostsze.
I takie drożdżowe z owocami i kruszonką przeniesie mnie w czasy wakacji i siedzenia na krawężniku obok przyjaciółki M. Między nami talerzyk z wielkimi kawałami ciasta i szklanki mleka (szklanki obowiązkowo w metalowych koszyczkach).
Tamte ciasta, pieczone w dużych prostokątnych blachach czasem się przypalały, ale kto by się tym przejmował!





Przez cały rok niecierpliwie czekam na rabarbar. Kiedy się pojawia, najchętniej jadłabym go codziennie. Pod różnymi postaciami.
Ciasto z rabarbarem i kruszonką orzechową upiekłam według tego przepisu z następującymi modyfikacjami:

- użyłam 20 g świeżych drożdży
- zamiast masła użyłam 1/4 szklanki oleju roślinnego
- kruszonkę zrobiłam z przepisu na spód do tego sernika
- przełożyłam je do tortownicy o średnicy 28 cm - ciasto sporo rośnie
- użyłam 300 g rabarbaru, który obrałam, pokroiłam i obtoczyłam w cukrze
- ciasto piekłam ok. godziny, po 40 minutach przykrywając wierzch folią aluminiową (przed wyłączeniem piekarnika, koniecznie trzeba sprawdzić drewnianym patyczkiem stopień upieczenia ciasta - jeśli patyczek wbity w środek ciasta pozostaje suchy - wypiek jest gotowy).

To ciasto, mimo że dosyć dobrze się przechowuje, najlepiej zjeść pierwszego dnia. Wtedy jest najsmaczniejsze.

Smacznego!