2010-01-29

Zrób mi śniadanie



W Walentynki nie chcę czerwonych róż, serduszek i różowych deserów.
Chcę śniadania do łóżka.
Chcę otworzyć oczy i poczuć zapach kromek chleba opiekanych w tosterze. Zapach czosnku i bazylii, którą kot niechcący potrącił ogonem wskakując na lodówkę.
Chcę usłyszeć bulgotanie kawy i syk zawsze nam kipiącego mleka.
Trajkotanie z radia byle nie o polityce.
Chcę udawać, że śpię, trwaj chwilo.



Bruschetta z pomidorami jest jak afrodyzjak. Najbardziej smakuje w sezonie, kiedy pomidory są prawdziwe, a nie plastikowe. Ale dziś może być erzac.
Miałam szczęście - pierwszą w życiu bruschettę przygotował dla mnie Włoch. Do tego zaparzył latte macchiatto. Od tamtej pory to mój duet. Jedno bez drugiego jest niepełne.
Wersji na bruschettę jest pewnie tyle, co na kanapki.
Ja opiekam kromki pod rozgrzanym grillem albo w tosterze. Pomidory mieszam ze składnikami wcześniej, by wszystkie aromaty miały czas się przegryźć. Warto jednak pamiętać o tym, by nie przesadzić z czosnkiem.
No chyba, że nie musimy potem iść do ludzi ;)
Bruschetta z pomidorami jest czymś, co uwielbiam. Zawsze.

A co Wy chcielibyście zjeść na Walentynkowe śniadanie?




Bruschetta z pomidorami, moja ulubiona

Kromki pieczywa (może być ciabatta, ja najchętniej korzystam z razowego chleba)
pomidory, drobno pokrojone - jeśli używam dużych pomidorów, sparzam je i zdejmuję z nich skórę
czosnek (1-1/2 ząbka)
oliwa z oliwek
sól i pieprz
świeża bazylia
opcjonalnie - odrobina octu balsamicznego

Kromki opiekamy w tosterze lub piekarniku. Można wcześniej posmarować je odrobiną oliwy.
Pozostałe składniki mieszamy i odstawiamy na 15-30 minut, by się przegryzły (jak nie mamy czasu, nie odstawiamy).
Na opieczonych kromkach kładziemy pomidory.

I jemy...

Smacznego!

Dzisiejszą bruschettę przygotowałam na chlebie lawendowym, na który przepis podaję dziś w Pracowni Wypieków.

2010-01-28

Ciasto gruszkowe z lawendą i imbirową kruszonką





O pięknych rzeczach.
Czas, kiedy wieczór dawno przeszedł w głęboką noc, a sąsiedzi z domów naprzeciwko pogasili wszystkie światła i poszli spać, jest dla mnie porą, kiedy najlepiej się myśli, odkrywa słowa w książkach, obrazy w albumach.
Muzyka brzmi pełniej, herbata jest bardziej aromatyczna, a rozmowy płyną bez granic.
Z utęsknieniem czekam na ten czas. Znajduję wtedy milion powodów, by nie pójść spać.
Rozkładam na podłodze stare zapiski, przesadzam storczyki, w piżamie postanawiam wyjść na mróz, by wyrzucić śmieci.
Podążam za myślami, które plączą się z myślami innych, wiążąc supły i wiodąc niewiadomo dokąd.
Lubię wtedy myśleć o pięknych rzeczach. Oglądać krzesła w książkach o proporcjach i czytać o harmonii w przyrodzie.
Choć wiem, że rano trudno będzie wstać.
Czy to znaczy, że jestem sową?

Ubiegłej nocy, szukając czegoś w kuchennej szufladzie, odkryłam pudełko suszonej lawendy. Od kiedy przekonałam się, jak wspaniałe i aromatyczne mogą być wypieki z nią, chętnie eksperymentuję, dodając ją do ciast.
W połączeniu z aromatem cytryny i imbirem, dzisiejsze ciasto, jedno z najłatwiejszych, jakie można sobie wyobrazić, nabiera nowego charakteru.



Ciasto gruszkowe z lawendą i imbirową kruszonką

Ciasto:

125 g miękkiego masła
125 g drobnego cukru
125 g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 jajka
1 łyżeczka suszonych kwiatow lawendy (opcjonalnie)
1 łyżeczka skórki cytrynowej

1 duża gruszka, niezbyt miękka, obrana i pokrojona w plasterki skropione sokiem z cytryny

Kruszonka:

50 g miękkiego masła
50 g mąki
50 g drobnego cukru (najlepiej brązowego)
łyżeczka imbiru w proszku

Piekarnik nagrzać do 180 st C.
Formę okrągłą o średnicy 20 cm wysmarować masłem i wysypać tartą bułką.
Składniki kruszonki wymieszać w miseczce - łyżką lub palcami, aż utworzą się grudki. Odstawić.

Masło utrzeć z cukrem, powoli dodawać pozostałe składniki. Ja miksuję wszystko w malakserze, ale można również użyć miksera.
Ciasto wlać do formy (będzie go bardzo mało, ledwie zakryje spód). Ułożyć plastry gruszek. Posypać kruszonką.
Wstawić do piekarnika i piec 40 minut.
Ostudzić lekko w formie, następnie przełożyć na talerz.

Smacznego!

UPDATE: W radiowej Trójce dziś o 18.15 wyemitowano reportaż "Gotuję, bo lubię". To był mój debiut radiowy :)
Wszystkim, którzy chcieliby go posłuchać, chcę przekazać, że za jakiś czas reportaż pojawi się na stronie Polskiego Radia w reportażach archiwalnych. Nie wiem, kiedy, ale jak będę wiedziała, dam znać :)

2010-01-26

Była sobie ryba


Mróz szczypał w nos.
Przypomniałam sobie, jak miałam kilka lat i siedziałam przy ciepłym piecu w domu mojej przyjaciółki. Za dnia jeździłyśmy na łyżwach po zamarzniętej rzece. Później jadłyśmy obiad.
Zamarzył mi się taki obiad. Ryba w panierce, gotowane ziemniaki i marchewka z groszkiem.

Wybrałam się na poszukiwania ryb. Po weekendzie, w dziale rybnym zastaję pustki. Zatem idę do działu z mrożonkami. Wszystkie, jakie znalazłam: cztery rodzaje mintaja, tilapia, sola francuska były made in China. Wiedzieliście, że te wszystkie mrożone mintaje i sole pochodzą z chińskich hodowli? Ja nie wiedziałam. Teraz już wiem.
Nie będę jeść chińskiej ryby. Wybieram makrelę. Mam nadzieję, że makrela nie jest z Chin.



To jest bardzo banalny przepis. Ale w mroźne dni, potrzebuję typowego comfort food. Domowego jedzenia, jak za dawnych czasów. Czegoś z niczego.

Kotleciki z wędzonej makreli i ziemniaków

250 g ugotowanych ziemniaków
1 makrela o wadze 250-300 g
1 łyżka chrzanu
1 łyżka soku z cytryny
1 jajko
1 łyżka świeżych ziół (dowolnych: ja lubię dodawać szczypiorek, koperek, tymianek)
pieprz do smaku

bułka tarta do obtoczenia kotletów
olej roślinny do smażenia

Ziemniaki przecisnąć przez praskę. Makrelę obrać, oddzielić od ości, rozdrobnić widelcem. Połączyć z ziemniakami, chrzanem, sokiem, jajkiem i ziołami, doprawić pieprzem.
Uformować płaskie kotlety, które należy obtoczyć w tartej bułce.
Smażyć z obu stron na rozgrzanym oleju - ok. 2-3 minut z każdej strony, na niedużym ogniu. Czas smażenia zależy od wielkości kotletów.

Smacznego!

2010-01-25

Czy pieczarki są retro?



Bułki z pieczarkami na Starówce.
Zapiekanki z pieczarkami nad morzem.
Jajecznica z pieczarkami.
Zupa pieczarkowa.
Kiedy myślę o pieczarkach, trudno mi przypomnieć sobie jakieś niesamowicie wykwintne dania z nimi w roli głównej. Kiedy jestem w sklepie i widzę, że są ładne, biorę myśląc coś tam z nich zrobię.
Kiedyś odkryłam, że połączenie ich z suszonymi, jednak bardziej szlachetnymi, grzybami, sprawia, że smakują lepiej.
Pieczarka to warzywo cierpliwe. Leży w lodówce, spokojnie czekając na swoją kolej. Nie tak, jak pomidory wczoraj świeże, dziś do zutylizowania lub wyrzucenia. Więc kiedy zużyję już wszystkie niecierpliwe sałaty, cukinie i bakłażany, sięgam po pieczarki.

We Włoszech nauczyłam się, że połączenie sosu grzybowego i świeżej natki to małżeństwo doskonałe. Jedno z tych starych małżeństw, gdzie ona zawsze pasowała do niego, a on do niej. Choć różni, każde z innej bajki.

Sos z grzybów i pieczarek to dobry towarzysz makaronu, ale ja chętnie go jem również ze świeżą bułką.



Makaron z sosem grzybowo-pieczarkowym
2 porcje

250 g pieczarek
3 łyżki oliwy
1/2 średniej cebuli
1 ząbek czosnku, posiekany
świeży tymianek - kilka gałązek - należy oderwać listki, a twarde łodyżki wyrzucić lub 1/2 łyżeczki suszonego
5-6 suszonych grzybów (ok. 20-30 g)
sól i świeży pieprz do smaku
1 łyżka masła
do posypania: starty na cienkie plasterki Parmezan, atka drobno posiekana

makaron ugotowany al dente (np. wstążki)

Grzyby suszone zalać ciepłą wodą i odstawić na 30 minut.
Oliwę podgrzać na patelni. Dodać drobno pokrojoną cebulę, dusić ok. 5 minut na niedużym ogniu aż cebula się zeszkli. Pieczarki umyć i pokroić (ja najchętniej używam malutkich pieczarek, które przekrajam na pół). Dodać do cebuli wraz z tymiankiem i dusić 10 minut na średnim ogniu. Suszone grzyby odsączyć, pkroić na cienkie paski, dodać do pieczarek - jeśli wyparuje z nich cała woda, można dolać wody z suszonych grzybów uprzednio przelewając ją przez sitko. Doprawić solą i pieprzem.
Zdjąć z ognia, dodać masło.

Podawać z makaronem, posypane natką pietruszki i parmezanem.

Smacznego!

2010-01-23

Pamiątki z poczty i opowieść o tabliczce czekolady



Moja poczta mieści się w budynku, gdzie dawno temu była stacja kolejowa. Jej klimat sprawia, że obniża mi się poziom adrenaliny, podniesiony za każdym razem, kiedy mam stanąć w kolejce po odbiór czegoś. Ten dreszczyk emocji: mandat za złe parkowanie? List z nową, genialną ofertą kredytów z banku? A może niespodziewany spadek po ciotce z Ameryki, o której istnieniu nie miałam pojęcia? Ha! Chciałabyś!
Kiedy tak stoję w kolejce, przestępując z nogi na nogę, zerkając w stronę staruszki o kulach, która usadowiona na pocztowej kanapie pilnuje, by nikt nie przedarł się do okienka poza kolejnością, oddaję się mojemu hobby, jakim jest podziwianie pocztowej oferty. Dziś w sprzedaży mają między innymi parasole po 19 i 21 zł, lampy solne po 78, wybór zniczy. Jest wprawdzie uboga oferta kopert, po co komu koperty w dobie internetu, ale jest za to, uwaga, promocja! - krem do stóp za 17,60.
Duży wybór plastikowych grzebieni, szampon, kolorowanki rodem z lat siedemdziesiątych, brak pocztówek ze zwierzętami.
Ciekawa jestem, jak jest na Waszych pocztach? Ciekawi mnie, czy jest jakiś klucz, według którego dobiera się ten asortyment.
Czasem obserwując to, czuję się jak w filmach Barei.

Proszę! woła pani, budząc mnie ze stanu zawieszenia pomiędzy marzeniami o kremie do stóp a lampą solną.
I czeka mnie niespodzianka, bowiem tym razem to nie mandat, a paczka, która będzie mnie wabiła przez najbliższe godziny jazdy samochodem.



Lubicie kibicować?
Ja bardzo. Lubię kibicować nowym przedsięwzięciom, odważnym i pomysłowym ludziom, małym sklepikom, pomysłom i marzeniom.
Kiedy otworzyłam swoją paczkę i zaczęłam rozwijać z folii i kartek w kratkę tabliczki czekolady, czułam się jak Robinson Crusoe. Oto się coś narodziło. Spakowane później ręcznie, a nie przez maszynę, zawinięte i sklejone.

Steve Jobs, twórca Apple i mój guru twierdzi, że wszystko jest ważne. Odpakowywanie to taka sama emocja, jak używanie po raz pierwszy iPoda czy jedzenie, hmn, jakiegoś niezłego afrodyzjaka, dajmy na to.
A więc, kiedy siadam sobie na kanapie i rozpakowuję tabliczki z datą produkcji sprzed tygodnia, moja przyjemność rośnie.



Czekolada, którą otwieram, pochodzi z niewielkiej Manufaktury Czekolady założonej przez dwóch przyjaciół ze szkolnej ławy. Pierwsza rzecz, która odróżnia te czekolady to zapach - intensywny, trochę jak dżungla, wiosna, zapach tulipanów.
Ujęła mnie miazga kakaowa - czysty produkt, który jest idealny do pieczenia czy gotowania. Wykorzystałam go do dzisiejszego wypieku.
Smakowały mi czekolady (4 smaki) - szczególnie przypadła mi do gustu gorzka czekolada z płatkami soli. I o ile nie zjadam zwykle słodyczy na raz, tym razem po prostu nie mogłam się powstrzymać. Firma jest malutka, ma w swojej ofercie kilka smaków i pracuje nad kolejnymi. W dobie produktów o niemal nigdy nie kończącej się przydatności do spożycia, możliwość spróbowania czekolady, którą należy zjeść w ciągu 30 dni od daty produkcji, jest czymś niezwykle kuszącym.
I naprawdę jeśli mam zjeść kilogram taniej, bylejakiej czekolady z hipermarketu, wybieram małą, choć droższą tabliczkę.

Kiedyś jadłam czekoladki innej polskiej firmy, dziś ze smutkiem patrzę jak wysychają w kawiarni. Mam nadzieję, że Manufaktura będzie trzymała jakość i rozwijała się. Jak Willie albo Paul A. Young.

Tymczasem przedstawiam kolejny przepis genialnego Paula A. Younga, brytyjskiego czekoladnika, który odkrywa przed nami nowy wymiar czekoladowego świata. Intensywnie czekoladowe babeczki dla wszystkich, którzy tak jak ja, lubią czekoladowy fondant - chrupiącą babeczkę z płynącym środkiem.
Babki, które dzisiaj prezentuję, w smaku przypominają bardziej brownies, choć dzięki cukrowemu syropowi z dodatkiem chilli, cynamonu i gałki muszkatołowej, mają niezwykle intensywny smak. Są wytrawne i intensywne. Mogą nie przypaść do gustu komuś, kto od gorzkiej, woli mleczną czekoladę.

Przepis przystosowałam do polskich realiów - póki co, nie dostaniemy jeszcze w naszych sklepach ziaren kakaowca czy cocoa nibs - prażonych ziaren kakaowca, oddzielonych od skorupek, które stanowią kwintesencję czekolady. Zamiast nich można wykorzystać prażone orzechy lub gorzką czekoladę startą na tarce. Ja wykorzystałam miazgę kakaową z Manufaktury Czekolady. Miazga taka nie zawiera cukru, smakuje trochę jak kakao.

W tym przepisie ważne jest zastosowanie dwóch rodzajów cukru - ciemnego muscovado i złotego cukru trzcinowego. Oba rodzaje cukru kupuję w sklepach Auchan (na półce przy zwykłym cukrze). Zwłaszcza ciemny muscovado nadaje wypiekom specyficznego smaku i aromatu.





Czekoladowe babeczki z korzennym syropem
12 sztuk wielkości muffinów


110 g mąki pszennej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
65 g kakao, ciemnego
1/2 łyżeczki soli morskiej
185 g miękkiego masła
225 g cukru trzcinowego muscovado (to ciemny cukier)
85 ml śmietany kremówki (nie miałam, zastąpiłam ją serem mascarpone)
2 jajka
50 g gorzkiej czekolady, startej na tarce (najlepiej czekolady 70-90%)

Syrop korzenny:
100 g nierafinowanego cukru trzcinowego złocistego
100 g wody
1/4 łyżeczki tartej gałki muszkatołowej
1/2 laski cynamonu, złamanej na pół
1/8 chilli w proszku


Syrop:
Wszystkie składniki umieścic w garnuszku. zagotować, zmniejszyć ogień i gotować 5 minut. Zdjąć z ognia i odstawić na ok. 15 minut.

W misce połączyć: mąkę, kakao, sól i masło. Rozetrzeć aż powstaną okruchy. Dodać cukier i wymieszać.
Śmietanę wymieszać z jajkami i 85 ml wody. Dodać do masy, połączyć (można też zmiksować, masa jest początkowo dość zbita).

Piekarnik nagrzać do 180 st C.

Formę do muffinów wyłożyć papilotkami lub pergaminem pociętym na kwadraty o szerokości 15 cm.
Wypełniać je masą do 3/4 wysokości. Wierzch obsypać gorzką czekoladą startą na tarce.
Wstawić do piekarnika i piec ok. 30 minut (autor radzi piec 12-17 minut, moje muffiny piekły się 30).
Po upieczeniu lekko przestudzić i jeszcze ciepłe polewać syropem korzennym. Odstawić do ostygnięcia.

Smacznego!

2010-01-22

O książkach, które miały w sobie coś


Trudno być recenzentem, jakimś sędzią, który wybiera świetne spośród świetnych.
Może jest tak, że w pewne rzeczy trzeba się po prostu zanurzyć, pozwolić sobie na brak wyboru. Moi znajomi pytają mnie: wybrałaś już komentarze? Nie, nie, nie. Najchętniej odłożyłabym to na nieokreślone jutro i poukładała w szufladach. (z marzeniami)
Więc chcę napisać po prostu, że moja lista książek wydłużyła się o kolejne sto tytułów. Mam nadzieję, że nie tylko moja lista.
Chciałabym Wam podziękować za tyle komentarzy.
Uświadomiły mi one po raz kolejny, jak ważni dla mnie jesteście. Kiedyś pisałam bloga dla siebie, robiąc swoje, nie licząc na jakiś odzew. Z czasem okazało się, że blog stał się też pretekstem do rozmowy nie tylko o makaronie.
Kiedy czytam te wszystkie opowieści, czuję przede wszystkim radość i wzruszenie. A dzięki nim budzi się świadomość, że w zabieganiu, śniegowych zaspach, kłopotach dnia codziennego, ukryci w zimowych płaszczach, są wrażliwi ludzie - Wy. Dziękuję Wam za to.

Nie ukrywam - miałam problem z wyborem komentarzy. Mówiąc szczerze, najchętniej w ogóle bym nie wybierała, bo okazuje się to niezwykle trudnym zadaniem. Ale jeśli mogę choć kilku osobom sprawić przyjemność i wysłać coś, co być może się przyda, to są to autorki następujących komentarzy:


alicja pisze...

Na początku były baśnie braci Grimm. Nim nauczyłam się rozróżniać i składać w całość litery, czytała mi je babcia „do poduszki”, przysypiając co kilkanaście zdań. A ja, szturchając ją co chwila w ramię („nie śpij!”), próbowałam wrócić do zaczarowanej krainy i dowiedzieć się, czy Śnieżka się wybudziła a Śpiąca Królewna obudziła, i czy naprawdę Dzielny Krawczyk zabił siedem much naraz.
Później, gdy poznałam moc liter, lecz znaki interpunkcyjne nadal były dla mnie pełne tajemnic, powróciłam do baśni z kolorowymi flamastrami w rękach. Przecinek zielony, kropka czerwona, wykrzyknik fioletowy. Wszystkie z pasją zaznaczyłam. Pewnie dlatego kiedyś poszłam na polonistykę, choć już bez pisaków, a z wysłużonym Parkerem.

A potem nadeszły filmy – i prawdopodobnie dlatego trafiłam na filmoznawstwo. A za filmami ponownie stąpały słowa. Dlaczego Cathy nie wybrała Heatcliffa, który na pewno wyglądał jak posępny Ralph Fiennes? Tak, "Wichrowe Wzgórza" pokazały mi, jak może wyglądać prawdziwa miłość. Nauczyły mnie także, że taka miłość istnieje tylko na kartach powieści. Bolało.

I znów film, który podpierała wiernie książka. To rzadkość, żeby film był tak samo dobry, jak pierwowzór. „Godziny” spędzone z Michaelem Cunninghamem były za krótkie. Jego słowa były doskonałe, ułożone w nadzwyczajne struktury. Powtarzałam je na głos – nie po to, żeby zrozumieć, lecz aby poczuć ich konsystencję. Była ciężka i mokra, jak sernik. Rozsmakowałam się w słowach.

folklorique pisze...
Pierwszą rzeczą, którą robię po otwarciu książki, jest powąchanie jej. Odruch, uzależnienie, celebracja. Nie wiem nawet, jak to określić.
Nowe pachną oczywiście świeżym drukiem, nowością, o tyle przyjemną, o ile przerażającą - książka bez historii, plam po herbacie, kartek zmarszczonych przez czytanie w wannie, dotykana po raz pierwszy. Te pożyczane niosą ze sobą zwykle zapach czyjegoś domu, czyjąś cząstkę, którą możemy zabrać ze sobą. Czy istnieje zapach, który byłby bardziej złożony?

Pierwszą książką, która przyszła mi na myśl, to 'Pacjenci' Thorwalda. Po części dokumentalna, po części historyczna. Geniusz Thorwalda polega na tym, że jego rekonstrukcje wydarzeń czyta się, jak najlepszą powieść - z zapartym tchem i do białego rana. Pionierskie tranplantacje, karkołomne operacje, kamienie milowe medycyny.
Ten świat mnie pochłonął. Czytanie o tym, jak rozwijała się medycyna było fascynujące i ekscytujące. Chciałam być, jak ci lekarze. Mieć te możliwości i umiejętności, przeć do przodu, walczyć o ludzkie życie. Jakkolwiek górnolotnie to brzmi. Ale magią tej książki było właśnie to, że ukazywała proces dokonywania rzeczy, które wydawały się na początku niewykonalne, przez co czytelnik zostaje natchniony wiarą, że pewne granice da się przeskoczyć.
A dzisiaj? Coż.. Mogę dumnie oświadczyć, że jestem studentką medycyny! :)

Drugą natomiast jest 'Pornografia' Gombrowicza. Dla mnie to powieść absolutna. Zmieniła mój sposób patrzenia na otaczającą rzeczywistość. Pozwoliła dostrzegać metafizykę, symbole i zmysłowość w rzeczach, które z pozoru nic nie znaczą. Ujawniła niejednoznaczność, różnorodność percepcji. Nauczyła, że bliskość, taką całkowitą, wręcz erotyczną, można odnaleźć w wydarzeniach, które dla postronnego obserwatora nie znaczą aboslutnie nic. Dla bohaterów jego powieści był tym akt 'mordowania' robaka, dla mnie - ratowanie pewnego świeżo malowanego taboretu. :) Gombrowicz, po prostu Gombrowicz. Ciężka lektura, ale niesamowita i niepowtarzalna w przekazie.

Jestem wyjątkowo ciekawa, jak bardzo wydłużą się listy 'książek do przeczytania' po zapoznaniu się z odpowiedziami na zadane przez Ciebie pytanie, Lisko.
Moja własna wydłużyła się już o 4 pozycje. ;)

Pozdrawiam!

KasiaB pisze...

Tyle pięknych słów już przeczytałam powyżej, że moja historia pewnie wyda się...romansidłem. Ale, mimo wszystko...
Książką, która zmieniła moje życie była "Samotność w sieci" Janusza L. Wiśniewskiego. Ale - zanim w ogóle o niej usłyszałam, na portalu internetowym poznałam chłopaka. Mejle, rozmowy na GG, któż z nas tego nie przeżył :) Spotykaliśmy się i ... właściwie tyle (dzisiaj to mogę powiedzieć). Kilka miesięcy później pojechałam z koleżanką na wakacje. Postanowiłyśmy, że będziemy czytać tą samą książkę i na bieżąco wymieniać spostrzeżenia. Tą książką była właśnie "Samotność w sieci". Do dziś pamiętam jak leżałyśmy na pięknej, pełnej słońca plaży i ... płakałyśmy jak bobry nad historią Jennifer. Wtedy na tej plaży dotarło do mnie, że oto w moim życiu dzieje się właśnie coś tak cudownego jak w "Samotności w sieci". Czytałam książkę Wiśniewskiego tak, jakbym czytała o własnym życiu. Wróciłam do domu i cóż... okazało się, że to, co tak mocno przeżyłam czytając "Samotność w sieci", pozostało na papierze i wydarzyło się tylko i wyłącznie między Jakubem i Nią. Było mi ciężko i na jakiś czas zamknęłam się zupełnie na świat zewnętrzny.
Po pewnym czasie okazało się jednak, że na tym świecie nie jest tak źle i ktoś nawet na mnie cierpliwie czeka.
Dziś "Samotność w sieci" (w 2 egzemplarzach) stoi na półce w naszym domu. Ja sięgnęłam do niej ponownie kilka miesiecy temu, ale poza przyjemnością czytania nie odnalazłam już tych dawnych wzruszeń. To już chyba nie ten etap życia... choć wspomnienia pozostały. Nigdy wcześniej, ani później nie przeżyłam tak bardzo zetknięcia ze słowem.

I jeszcze jedna, dodatkowa osoba, której wyślę niespodziankę. Za Anais Nin:

Dot pisze...
Nauczyłam się czytać mając trzy lata, więc nie pamiętam siebie bez tej umiejętności. Pierwszym wielkim przeżyciem było odkrycie szkolnej biblioteki (czy też raczej biblioteczki, bo książek w małej wiejskiej szkole nie było aż tak wiele) która wydawała mi się wtedy rajem - dziesiątki książek na półkach... Czytałam wszystko co wpadło mi w ręce, każdy rodzaj, autor, ważne żeby słowo pisane.

Do dziś wchodzę do księgarni po to by dotykać, wąchać i słuchać szelestu kartek. Mam mniej czasu wolnego, więc staranniej dobieram lektury (już nie skusiłabym się na lato spędzone w towarzystwie powiastek z serii Harlequin jak wtedy gdy miałam 14 lat...) ale są też książki do których wracam bo inaczej nie potrafię, bo one stworzyły mnie po części taką jaką jestem teraz:

- wywalczone zawzięcie na Allegro wspomnienie z dzieciństwa "Bracia Lwie Serce", płakałam czytając ją mając lat 7 i potem mając lat 22, pewne rzeczy jak widać nie zmieniają się nigdy.

- saga wiedźmińska Andrzeja Sapkowskiego. Pierwszy raz czytałam ją w liceum, wręczył mi ją przyjaciel ze słowami że dla niego to ważne i... utonęłam. To fantasy najwyższej próby (mówimy tu o moim zdaniu), mówiące wiele o poszukiwaniu siebie i walce ze sobą, o tym by dążyć do celu a także o tym, kiedy się poddać. Co zabawne nigdy jej nie kupiłam, korzystałam ze starych bibliotecznych wydań w moim miasteczku uśmiechając się do kolejnych notatek na marginesie... A miarą mojej miłości jest to, że ujrzawszy w księgarni wydanie niemieckie - kupiłam i przeczytałam.

- Wilk Stepowy, także wręczony przez przyjaciela, towarzyszył mi w depresji, za każdym razem gdy było ciężko. Nauczył mnie nie myśleć poważnie o wyjściach awaryjnych...

- Dziennik Anais Nin - tak dużo wiem z niego o szczerości wobec samej siebie...

I mam jeszcze jednego "ulubieńca", to Ulisses James'a Joyce'a. Zabierałam się do tej książki już ponad 10 razy i do tej pory nie potrafię jej skończyć... To wiele mówi mi o moim charakterze, o tym jak uparta jestem i za jak inteligentną chciałabym siebie uważać...

pozdrawiam serdecznie :)


* * *

Dziewczyny, proszę, podajcie mi namiar do wysyłki na maila: whiteplate5(małpa)gmail.com.
Na maile czekam przez najbliższe dwa tygodnie.

Pozdrawiam wszystkich i dziękuję bardzo za udział w rozmowie o książkach:)

2010-01-20

Kochanie? Zrób mi kawy.


Po ostatnim wpisie na temat Teneryfy, otrzymałam kilka maili w sprawie cafe cortado leche y leche.
Tradycyjne cortado jest robione na bazie espresso, z mlekiem w proporcji 1 część kawy do 1 lub 2 części mleka oraz niewielkim dodatkiem słodzonego mleka skondensowanego. Na wierzchu jest odrobina mlecznej pianki.
Kawa ta jest podawana w niskiej, niedużej szklance, często z metalowym uszkiem.
Kawy, które piłam na Teneryfie, bez wyjątku były intensywne - jedne były z pianką, inne bez.
Wersja, którą odtwarzam w domu jest na oko - ilość skondensowanego mleka zależna jest od upodobań. Tak przygotowanej kawy nie trzeba już dodatkowo słodzić.
Ja mam w tym względzie skłonność do przesady i zwykle leję mleka skondensowanego więcej niż powinnam. Ale co tam!

Cafe cortado leche y leche

1 porcja mocnego espresso
1-2 porcje gorącego mleka (ja moje spieniam)
1/5 - 1/4 porcji słodzonego mleka skondensowanego

Do filiżanki wlewam mleko skondensowane. Na nie, delikatnym strumieniem, wlewam espresso, następnie mleko. Wszystko należy robić na tyle delikatnie, by kawa zachowała 3 warstwy - dwie mleczne i jedną kawową. Na wierzch można dodać odrobinę mlecznej pianki.
Zwykle cortado pije się popołudniami. To kawa, która nie lubi czekania, zatem najlepiej wypić jeszcze gorącą. Z marszu ;)

Smacznego!

A do kawy, polecam łatwą i smaczną chałkę.

2010-01-18

Teneryfa. Pierwsza pocztówka.




Zanim wyciągnę ostatnią rzecz z wciąż nierozpakowanej walizki, zanim zniknie ostatni promyk słońca, który schowałam gdzieś między ubraniami, zanim odłożę na półkę przeczytane wakacyjne lektury, pozbieram wszystkie słowa, którymi opiszę Teneryfę.

Powakacyjne upojenie trwa u mnie mniej więcej tydzień.
Rzucam w progu torby, obchodzę domowe kąty, postanawiam oddać niechciane książki, sprawdzam temperaturę za oknem i gotuję wszystko to, za czym tęskniłam.

Wieczorem składam świeże wspomnienia. Układam je w myślach, zapisuję w albumach, staram się, by nic nie umknęło.
Z każdej podróży, zwłaszcza tej pierwszej do... przywożę oczarowania i olśnienia. Przyprawy, połączenia, metody przygotowania tego czy owego.
A więc do rzeczy.

Na Teneryfie, jeśli zapuszczamy się w zakątki miasteczek, raczej nie powinniśmy liczyć na powszechną znajomość angielskiego. W niczym to jednak nie przeszkadza, bo można i zamówić, czego dusza zapragnie i dogadać się bez problemu. Odkryłam, iż podstawowa znajomość włoskiego w połączeniu z językiem gestów, czyni w tym kraju cuda.



Bardzo lubię chodzić tam, gdzie miejscowi. Jeśli odkryję jakąś lokalną kawiarenkę, będę odwiedzać ją bez przerwy. Pod koniec naszego pobytu poznają nas kelnerzy i nie musimy na głos wymawiać tego, co chcemy. I tak wiadomo, że znowu weźmiemy cafe cortado leche y leche. Początkowo, nieświadoma istnienia tego boskiego napoju, zamawiałam kawę z mlekiem, zastanawiając się, co też popijają przy innych stolikach - ja chciałam to samo. I w końcu dostałam - pierwszy łyk ostry i intensywny. Sączyłam swoje cafe cortado i cieszyłam się ciepłym powietrzem i deszczem, który nawet jeśli pada, nie boli i nie dokucza.




Lubiłam zejść z turystycznych szlaków, zabłądzić w małych uliczkach, pić wodę z fontanny i spacerować w górę i na dół.
W większości krajów, do których podróżuję, szukam ZOO. To jakaś miła odskocznia, bycie bliżej natury, bycie dzieckiem. I z dzieckiem. Więc kiedy dowiedziałam się o dużym Loro Parque, w którym, obok niezliczonej ilości papug, są pokazy orek, fok i delfinów, postanowiłam je zobaczyć.
I pierwsza wizyta, podczas której podczas pięciu godzin podziwiałam zwierzęta, okazała się niewystarczająca. Trzeba było ją powtórzyć. W tym miejscu wszystko jest dopracowane do perfekcji - wygodne wybiegi, przestronne klatki, wylęgarnia ptaków, do której można zajrzeć przez szybkę. Ale najbardziej, ale to najbardziej na świecie, wzruszyło mnie pingwinarium - tutaj każdego dnia produkuje się pingwinom dwanaście ton śniegu. Można poruszać się na specjalnej platformie, przy dźwiękach muzyki. Jakby człowiek znalazł się na chwilę w innym świecie. Pingwiny śpiące. Pingwiny spacerujące. Nurkujące i odpoczywające. Wspaniały widok.

Odwiedziliśmy południową i północną część Teneryfy. Ta pierwsza - cieplejsza, bardziej jasna, młodsza, choć większość hoteli wtopiona jest w skalistą plażę. Dla odmiany, Północ to piękno przyrody - stare miasteczka, ogrody botaniczne. Mnie urzekła zwłaszcza Orotava.
Na dzisiaj chyba wystarczy...

Grrrrrr!

Tak w Loro Parque wygląda jedzenie przygotowane dla ptaków:



Pokazy delfinów:

2010-01-17

Makaron dla leniwej dziewczyny




Był już kiedyś makaron dla zapracowanej, więc dziś pora na danie dla leniwej dziewczyny.
Gdyby Bridget Jones obudziła się w niedzielę po imprezie, to między piętnastym a siedemdziesiątym sprawdzeniem na automatycznej sekretarce, czy nie dzwonił Daniel Cleaver, mogłaby ugotować dla siebie michę makaronu z warzywami i łososiem.
Ach, Bridget...

Makaron dla leniwej dziewczyny

garść dowolnego makaronu (ja lubię ryżowe wstążki)
1 łyżka masła lub oliwy
1/2 białej części pora
1 ząbek czosnku
2-3 plastry wędzonego łososia
2-3 łyżki zielonego groszku (może być mrożony lub z puszki)
3/4 szklanki groszku cukrowego (opcjonalnie, ale ja mam go prawie zawsze w lodówce)
2 łyżki soku z cytryny
sól i pieprz do smaku
ew. inne dodatki (ja dodałam jeszcze kilka różyczek ugotowanych brokułów)
1 łyżka drobno posiekanych ziół (bazylia, koperek, itp)
2 łyżki śmietany

Makaron ugotować zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Makaron ryżowy wymaga jedynie zalania gorącą wodą i odstawienia na 4-5 minut.
W rondelku rozpuścić masło, dodać drobno pokrojone pory, zeszklić przez 1-2 minuty na małym ogniu. dodać posiekany czosnek, po kolejnej minucie, dodać groszek (rozmrożony) i groszek cukrowy, następnie sok z cyryny i zioła. Na końcu dodajemy plastry łososia i śmietanę oraz brokuły. Doprawić solą i pieprzem. Wymieszać z makaronem. I voilà!

Smacznego!

2010-01-15

Pięć książek, które mnie zmieniły

Każdy, kto czyta, miał to przynajmniej raz w życiu.
Zamykasz książkę, przesuwasz dłonią po okładce, patrzysz na nią jeszcze raz i wiesz, że nawet jeśli nigdy już do niej nie wrócisz, zostanie w Tobie to coś. To nieuchwytne i nienazwane coś, które zamieszka w sercu i wspomnieniach i sprawi, że jakiś aspekt tego świata będzie widziany już inaczej.
Od kiedy nauczyłam się czytać, miewałam flirty i zauroczenia pisarzami. Ale prawdziwych miłości było zaledwie kilka i to, co najpiękniejsze to fakt, że będą kolejne. Ale każdy wie, jak jest z miłością - przychodzi, kiedy chce. Aranżowane randki w ciemno nie zawsze przynoszą oczekiwane efekty i kiedy ktoś mówi musisz to przeczytać, to nie zawsze skończy się to bezsenną nocą i wypiekami na twarzy.

Po raz pierwszy zakochałam się w rozkładanej Złotowłosej i Trzech Niedźwiadkach. To było w latach osiemdziesiątych, miałam kilka lat i jedną taką książkę, gdzie niedźwiedzie szły do lasu, a Złotowłosa próbowała ich owsianki. Tylko ja wiem, ile razy szukałam właśnie tego wydania na internetowych aukcjach i w antykwariatach. Nie udało się. Ta książka sprawiła, że zaczęłam śnić wyczytane historie, przeżywać je na swój sposób. Odkryłam, że za fasadą z papieru, kryje się nieprawdopodobny świat, w którym jest miejsce na wszystko.

Druga miłość nazywała się Spóźnieni Kochankowie Williama Whartona i kończyłam ją czytać siedząc na brzegu wanny o czwartej nad ranem. Zalana łzami, z nogami w zimnej wodzie. Miałam jakieś piętnaście lat i do dziś pamiętam fragmenty. Wiedziona sentymentem wróciłam do tej książki po latach, ale cóż, to zdecydowanie nie było to samo. Liczy się jednak pierwsze wrażenie. Nie drugie, trzecie czy piąte.

Trzeci był Henry Miller. Spijałam jego słowa jak nektar. Ciężkimi książkami wypełniałam plecak, czytałam w autobusie i na poczcie. Ołówkiem gryzmoliłam na marginesach swoje wrażenia, zaznaczałam fragmenty, jak ten o tym, że Koniec to królik wylizujący światło księżyca z trotuaru. Po pierwszej czy drugiej powieści wydzwaniałam do wydawnictwa z pytaniem kiedy będą następne.
Jego książki do dziś stoją na półce z ulubionymi. I wracam do nich, kiedy mogę, wciąż z nich nie wyrosłam.

Czwarty, a może drugi, dokładnie nie pamiętam, był Bruno Schulz i jego Sklepy Cynamonowe. Uważam, że to najbardziej magiczna ze wszystkich polskich książek. Jest tam wszystko - zapach cynamonu, smak wody wypijanej z pudełka po landrynkach, znikający świat i śnieg. Dużo śniegu prószącego nocą na tle latarni.

Piąta była Frances Mayes i jej Pod słońcem Toskanii, ale o tym już wiecie, bo pisałam na ten temat często i wylewnie, na przykład tutaj. Ta książka nauczyła mnie chłonąć mikrokosmos podróży - zapamiętywać smak pomidora z targu przed kościołem, patrzeć, czy księżyc świeci tak jak ten za moim oknem i słuchać, co mówi o Bońku włoski staruszek, kiedy próbuję wytłumaczyć mu, że chcę kupić kubek do spieniania mleka.

Te pięć to wierzchołek góry lodowej...

Mam dla Was propozycję.
Ostatnio, kiedy poprosiłam Was o napisanie o prezentach świątecznych, które przyniosły Wam najwięcej radości, otrzymałam wiele pięknych i wzruszających historii, które poruszyły nie tylko mnie, ale też czytelników tego bloga. Wciąż do nich wracam, analizuję słowa, sytuacje, chłonę je i się nimi cieszę.
Pomyślałam, że może są wśród Was tacy, którzy podzielą się też historiami na temat przeczytanych książek, które Was zmieniły. Chodzi właśnie o ten błysk, to "coś", o którym dzisiaj napisałam. To nie musi być pięć książek. Może być jedna.
Tak różne rzeczy potrafią nas ująć.

I tym razem przygotowałam niespodzianki w postaci 3 noży do pizzy KitchenAid.
Spośród wszystkich komentarzy opublikowanych pod dzisiejszym postem, wybiorę trzy i ich autorom wyślę noże.
Na komentarze czekam tym razem do poniedziałku, do godziny 24.



Miłej zabawy.
Pozdrawiam ciepło!

W Pracowni Wypieków przygotowałam dziś pszenno-orkiszowe bułki.

2010-01-13

Dla wielbicieli Bounty



Batonika, nie filmu. Choć może być jedno i drugie.
Przepis na to ciasto znalazłam przeglądając czasopismo Homes & Gardens i... po prostu nie mogłam go nie upiec.
Jego autor, Paul A. Young, napisał książkę na temat wykorzystania czekolady nie tylko w słodkich wypiekach. Książki nie mam, ale kilka jego receptur owszem. Ta jest bez wątpienia niezwykle udana.
Połączenie czekolady, kokosa i suszonych wiśni jest jak ambrozja. A jeśli dodam, że nie potrzeba tu miksera, wystarczy jeden garnek i łyżka? Gdyby zadzwonił do mnie ktoś, kto ma dwie lewe ręce do pieczenia i zapytał o radę, co upiec na super ważną randkę, powiedziałabym - TO!
Można powiedzieć, że to klasyczne brownie - wilgotne, intensywne w smaku. W oryginale robi się go z gorzkiej czekolady, niestety w moim sklepie spożywczym gorzka była tylko wódka, więc wzięłam to, co mieli i upiekłam ciasto z mieszanki mlecznej i ciemnej czekolady.






Kokosowe Brownie a'la Bounty. Z kandyzowanymi wiśniami.

100 g masła
250 g cukru trzcinowego (lub białego 220 g)
75 g golden syrup ( w Kuchniach Świata, można zastąpić syropem kukurydzianym, klonowym lub miodem)
275 g gorzkiej czekolady (użyłam 100 g gorzkiej i 200 g mlecznej)
4 jajka
70 g mąki pszennej lub orkiszowej (użyłam orkiszowej i to było to!)
50 g wiórków kokosowych
100 g kandyzowanych wiśni (do kupienia w sklepach eko, od biedy można wykorzystać też rodzynki)

Piekarnik nagrzać do 160 st C.
W dużym rondlu rozpuścić masło, cukier i syrop. Mieszać, żeby cukier się nie spalił.
Zdjąć garnek z ognia, dodać czekoladę, dokładnie wymieszać. Dodawać po jednym jajku, dokładnie mieszając. Dodać mąkę i wiórki, wymieszać.
Formę o wymiarach 15x20x2,5 cm (ja użyłam tortownicy o średnicy 21 cm), wysmarować masłem. Wlać masę, na wierzch wsypać wiśnie. Wstawić do piekarnika, piec 20 minut (piekłam 30 minut, L.) Ostudzić. Wstawić na noc do lodówki (ja postawiłam na lodowatym parapecie).
Jeść następnego dnia.

Smacznego!

2010-01-12

Pochwała prostoty: Glazurowana marchewka z imbirem.




Próbowałam dostać się do sklepu spożywczego, kiedy okazało się, że śniegowe zaspy na parkingu, samochody na podjeździe i padający śnieg dają mi dwie opcje - porzucić samochód byle gdzie i brnąć przez błoto albo nastawić głośniej Mikołajka i wrócić do domu do, umówmy się, średnio pustej lodówki. Wybrałam drugą możliwość.

Mówi się, że jako naród jemy zbyt mało warzyw. Coś w tym jest. Myślę, że po prostu nie potrafimy ich przygotować tak, by stanowiły pełnoprawne, smaczne danie. W środku zimy nie każdy ma ochotę na surówkę z marchewki czy kapusty albo pomidora.
Ja gotuję warzywa falami. Właściwie zdarza mi się przyczepić do jakiegoś warzywnego dania i gotować go bez przerwy i pewnie gdyby nie inni domownicy, którzy potrzebują jednak jakiejś odmiany, codziennie jadłabym babkę ziemniaczaną.

Glazurowana marchewka bez wątpienia należy do smaków dzieciństwa. Jednak połączenie jej ze świeżym imbirem i ziołami, dodaje jej tego nowego czegoś i sprawia, że jest pyszna. Skarmelizowana, lekko słodka, nabiera intensywnego koloru i jest dobrym dodatkiem do głównego dania.
Dla mnie jednak nie ma nic lepszego niż posypanie jej pokruszonym kozim serem i zagryzanie kromką pumpernikla.

Glazurowana marchewka z imbirem

300 g marchwi, obranej i pokrojonej w słupki
10 g świeżego imbiru, obranego i bardzo drobno pokrojonego
1 łyżka masła
1 łyżeczka cukru
1/2 łyżeczki soli
1 łyżka dowolnych świeżych ziół, posiekanych (ja lubię koperek, rozmaryn, szałwię)

Opcjonalnie: 1 łyżka pokruszonego koziego sera, fety, itp

Masło rozpuścić na patelni, dodać imbir, cukier i sól, poddusić 1 minutę. Dodać marchew, obtoczyć w maśle, podsmażyć kolejne 2 minuty. Wlać tyle wody, by przykryła marchew. Doprowadzić do wrzenia, przykryć przykrywką i gotować 10-12 minut, co jakiś czas mieszając, by marchew się nie spaliła.
Marchewka powinna wchłonąć całą wodę i lekko się skarmelizować. Wymieszać z ziołami, przełożyć na talerz, posypać serem.

Smacznego!

2010-01-11

Szybko! Szybko! Poszła w las nauka.



Brnęłam przez zaspy do skrzynki pocztowej, czułam się jak dziecko.
Zapomniałam o tym, że wczoraj byłam dorosła: wjechałam w boczną drogę i zakopałam się samochodem w śniegu.
W myślach kartkowałam zapiski z kursu prawa jazdy, które robiłam dawno temu. Korzystałam z rad, ale żadna nie okazała się wystarczająco skuteczna.
Skuteczniejsze okazały się łopaty i siła męskich rąk. A ja, otulona ciepłem gościny, piłam herbatę z sokiem malinowym przysłuchując się, jak dwie małe dziewczynki ubrane w karnawałowe suknie planują małżeństwo królików.

Dziś rano przypomniałam sobie lekcje środowiska, kiedy niewprawną dłonią skrobałam w zeszycie Temat: Pamiętajmy zimą o naszych małych przyjaciołach. Minęło dużo czasu i poszła w las nauka - sikorki i sroki trzepocąc nerwowo skrzydłami, wydając urywane dźwięki, przetrząsały w moim ogródku ostatnie owoce zeschniętych winogron. I pomyślałam, jak bardzo w te dni brakuje nam empatii dla tych małych stworzeń, które umilają nam czas swoim śpiewem i odwiedzinami na miejskich parapetach. Korzystamy z ich koncertów nie płacąc za bilet, a zimą nie czujemy potrzeby ani obowiązku okazania im odrobiny wdzięczności. Liczymy na to, że gdzieś tam jedna czy druga babcia wysypie im na chodnik trochę pokrojonego w kostkę chleba.
A ja, co ja dotychczas robiłam? Nic. A dziś postanawiam to zmienić.
Pamiętajmy o naszych małych przyjaciołach. Tak niewiele im trzeba. Na wyciągnięcie ręki są sklepy, w których można kupić trochę ziarna. To naprawdę niewiele kosztuje.



Kiedy masz dziesięć minut do wyjścia. Przed Tobą pracowity dzień i wiesz, że trudno będzie Ci znaleźć czas na drugie śniadanie. Czasem wystarczy mała podpowiedź.
Oprócz kanapek, gotowanych jajek, tostów i jajecznicy, lekko podgotowane warzywa są dobrą odmianą zwłaszcza teraz, kiedy potrzeba nam dodatkowej porcji witamin.


Szybka sałatka z brokułów

Różyczki brokuła - na jedną porcję wystarczy ok 1/2 dużego brokuła,
sok z 1/2 cytryny
2 łyżki oliwy
1-2 łyżki startego w cienkie plasterki sera (parmezan, comte, gruyere - dowolny ser)
1/2 łyżki płatków migdałowych lub uprażonych orzechów (opcjonalnie)
8-10 oliwek, najlepiej czarnych, drylowanych i przekrojonych na pół
sól i pieprz do smaku

W garnku gotujemy wodę z solą.
Odcinamy różyczki od łodyg, łodygi można wykorzystać np do wywaru warzywnego na zupę. Wrzucamy brokuły do wody i gotujemy 4 minuty.
Wyjmujemy na durszlak, polewamy zimną wodą (dzięki temu brokuły zachowają kolor). Kładziemy na talerz, polewamy sokiem z cytryny i oliwą, posypujemy wiórkami sera, oliwkami pokrojonymi na połówki, migdałami lub orzechami. Solimy i pieprzymy.

Smacznego!


*Special thanks to TL :)

2010-01-10

Carpaccio z buraków



Są takie spotkania, kiedy minuty niepostrzeżenie zamieniają się w długie godziny. Godziny, które można mierzyć ilością wrażeń i marzeń. Obiad był już dawno i to, co nam zostaje, to zbieranie opuszkiem palca okruchów chrupiącego ciasta czekoladowego i popijanie go herbatą. Muzyka rozlewa się po podłodze wypełniając wszystkie zakamarki ciepłego domu.
Chwile, kiedy za oknem może być nawet zima stulecia.

Są takie smaki, które nigdy mi się nie nudzą. Kulinarne zaskoczenia. Jak połączenie chleba z masłem. Niektóre dania powstają niemal z niczego, a potem wpisują się na stałe w kulinarny repertuar.

Carpaccio z buraków
/na podst. przepisu Jo Pratt/

2-3 buraki, 1 łyżka octu balsamicznego, 2 łyżki oliwy, sól, pieprz, łyżka świeżych ziół

250 g sera ricotta
100 ml kwaśnej śmietany
skórka starta z 1/2 cytryny
3 łyżki świeżych ziół, drobno posiekanych (bazylia, koperek, oregano, itp)
sól i pieprz do smaku
1 łyżka orzechów włoskich, uprażonych w piekarniku przez 7 minut i drobno posiekanych

sos:
1 łyżka octu balsamicznego
2 łyżki oliwy z oliwek

Buraki umyć, obrać, ugotować w wodzie do miękkości lub upiec z ziołami (ja wybieram tę drugą metodę, układając na burakach zioła i polewając je octem balsamicznym i oliwą, posypuję je też solą i pieprzem. Piekę ok. 1-2 godzin, w zależności od wielkości buraków).

Ser wymieszać ze śmietaną, skórką z cytryny, ziołami.

Wymieszać składniki sosu.

Buraki pokroić w cieniutkie plasterki, ułożyć na talerzu w okrąg, skropić sosem. W środku ułożyć łyżkę ricotty, obsypać orzechami.

Smacznego!

2010-01-08

Mufinki z Kinder Bueno




Gość w dom, słodycz w dom, mogłabym powiedzieć patrząc na szufladę, w której zalegają czekolady i czekoladki. Bo tak to zwykle bywa, kiedy w domu są małe dzieci, które, choć lubią słodycze, większości tych dostępnych w sklepie, nie jedzą. Podobnie mogę powiedzieć o sobie - pewnego dnia przestałam się zajadać batonikami, zupełnie jakby spowszedniały i straciły urok czegoś przyjemnego i rozweselającego.
Nauczyłam się zatem wykorzystywać czekoladki i batoniki do pieczenia ciasteczek i mufinków. Zwykły batonik, pokrojony i dodany do ciasta nabiera innego charakteru. I podobnie jest z dzisiejszymi mufinkami z Kinder Bueno.






Mufinki z kinder bueno

12 pojedyńczych kostek Kinder bueno (to 1,5 opakowania)
250 g mąki pszennej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
140 g drobnego cukru (brązowego lub cukru pudru)
szczypta soli
cukier waniliowy lub 1 łyżeczka naturalnej esencji waniliowej
70 g czekolady pokrojonej na małe kawałeczki (używam pół na pół mlecznej i białej)
1 łyżka suszonych wiśni, pokrojonych (opcjonalnie)

100 g miękkiego masła
2 jajka
110 g śmietany 30% lub jogurtu

Piekarnik nagrzać do 175 st C.

Mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia i solą.
Masło utrzeć z cukrem na gładką masę. Dodawać po jednym jajku. Kiedy wszystko się połączy, wsypać mąkę. Dodać wanilię i śmietanę. Wymieszać. Dodać pokrojoną czekoladę i wiśnie. Wymieszać łyżką, nie miksować.

Formę do mufinków wyłożyć papierowymi papilotkami lub posmarować masłem. Do każdego dołka nakładać masę do max 3/4 wysokości. W każdy dołek włożyć kostkę Kinder Bueno, mocno wpychając ją w ciasto.

Wstawić do piekarnika i piec ok. 25-30 minut.

Smacznego!

Wymarzony prezent i Księgi Chleba

Kiedy piszę te słowa, mikser zagniata ciasto na chleb. Słońce przedziera się przez chmury i zegar nieubłaganie odmierza czas do wyjścia z domu.
Przeczytałam wszystkie komentarze dotyczące Waszych świątecznych prezentów, a każdy z nich przyniósł mi uśmiech. Dzięki nim zrozumiałam, jak wielu ludzi potrafi nadać prezentom magiczny sens i inny wymiar.
Dla jednych z nas prezentem jest bliskość, dla innych wymarzony aparat. Trudno jest dawać, ale trudno też przyjmować, umieć się cieszyć z inwencji i trudu, jakie włożył w przygotowanie prezentu ktoś bliski.
Myślę, że dzięki Waszym komentarzom, zrewidowałam swoje pojęcie prezentu, zobaczyłam jego inną stronę. Zapomnianą. Jak dobrze trzeba kogoś znać, by wiedzieć, co sprawi mu tę prawdziwą, wzruszającą radość.

Dziękuję za te słowa. Dla mnie krzepiące.
Gdybym miała 128 Ksiąg Chleba, każdemu z Was wysłałabym po jednej, by dzielić się tym, co sprawia przyjemność. Niestety mam tylko dwie. W mojej głowie trwała burzliwa narada i postanowiłam wysłać książkę dwóm osobom, które zostawiły następujące komentarze:

Zosia pisze...
Prezent, który najbardziej zapadł mi w pamięć nie do końca był wyjątkowy, biorąc pod uwagę formę, którą przybrał - były to bowiem perfumy. Wiąże się z nimi jednak pewna historia, w obliczu której nabiera on wartości nieocenionej.
Otóż dobrych parę lat temu, w czasach młodzieńczych zawirowań i niedowartościowania przeżywałam fascynację literacką pewną książką, w której przewijała się postać damy, która w imponującą liczbę swoich dóbr wliczała angielskie perfumy Penhaligon's - 'Lily of the Valley', mające, jak mówiła książka, być zapachem szczęśliwego dzieciństwa i beztroski.
Opowiedziałam kiedyś mimochodem przy obiedzie o tej książce Rodzinie, wiedząc, że w Polsce zdobycie takowego zapachu graniczyło z cudem (obecnie w Polsce bodajże trzy sklepy w Warszawie i dwa poza mają te perfumy w swoim asortymencie). W każdym razie nigdy nie łudziłam się nadzieją, że przydarzy mi się wiedzieć, jak właściwie to szczęśliwe dzieciństwo pachnieć może, co tylko dodawało zapachowi aury niedostępności i luksusu.
Trudno więc opisać moje osłupienie, gdy pod choinką znalazłam piękne, zielono-złote pudełko zawierające cztery maleńkie fioleczki, z których jedna właśnie była tą - konwaliową. Otóż Mama z Bratem polowali wytrwale na aukcjach od dłuższego czasu, i przez wzgląd na horreondalne ceny, udało im się wynaleźć ledwo tylko naruszone pudełko tych perfum. Naprawdę, trudno opisać, jak bardzo rozpieszczona się wtedy czułam. A te konwalie towarzyszyły mi potem przy najważniejszych momentach dalszej 'młodości', wigiliach, studniówce.
I choć i dzisiaj, już w nieco większym flakoniku, stoją sobie w łazience, ciągle chowam wśród skarbów tę malutką, malutką fiolkę z duszkiem konwalii w środku.


aa pisze...
Droga Lisko:

A dla mnie najpiękniejszym świątecznym prezentem okazał się brak prezentów:)
W tym roku rodzinnie postanowiliśmy: pod choinką nie będzie podarunków.
I podczas, gdy koleżanki z pracy spędzały w hipermarketach upiorne dni w przedświątecznej pogoni za prezentami, ja w zamian dostałam czas na pieczenie chleba z przyjaciółkami, na pogaduchy i śmiechy przy winie. Zamiast dziesiątej pidżamy w misie i wymuszonych uśmiechów nad książkami, o których już od pierwszej chwili wiem, że nigdy do nich nie zajrzę, dostałam bliskość i miłość najbliższych, wspólne przeżywanie i spokój, którego tak bardzo mi brakowało.

Dominique Loreau pisze w książce „Sztuka prostoty” o tym, jak często pozwalamy, by zawładnęła nami potrzeba gromadzenia. „Większość z nas podróżuje przez życie ze sporym bagażem, czasem zdecydowanie zbyt dużym”. Przywiązujemy się do przedmiotów, które stają się dla nas synonimem istnienia.
Rezygnacja z prezentów może wydawać się radykalnym krokiem. Ale warto, zapewniam. Odmawiając udziału w świątecznej gorączce i nabywaniu bezużytecznych przedmiotów, dostajemy w zamian coś znacznie bardziej cennego.
Może właśnie czas Świąt Bożego Narodzenia, czas zadumy i refleksji, jest dobrym momentem, by zmniejszyć ten bagaż na naszych ramionach. I włożyć do niego coś, co nie zajmuje tyle miejsca, a jest znacznie bardziej wartościowe: chwile bliskości z najbliższymi, odnalezienie siebie nawzajem w natłoku codziennych obowiązków.

Polecam gorąco:)!


Zosiu, Aa, proszę o podanie adresów na adres: whiteplate5(małpa) gmail.com Na Wasze adresy będę czekała przez najbliższe 2 tygodnie.
Mam nadzieję, że książki sprawią Wam radość.

Wszystkim, którzy zostawili komentarze, jeszcze raz gorąco dziękuję.

2010-01-07

Wszystkim tym, którzy czekają

na wiadomość o Księdze Chleba

chcę napisać, że zaskoczyła mnie ilość komentarzy. Jestem szczęśliwa, że zechcieliście podzielić się ze mną wspomnieniami najlepszych prezentów gwiazdkowych. Czytanie o nich niejednokrotnie mnie wzruszyło i... teraz mam nie lada orzech do zgryzienia. Proszę jeszcze o chwilę cierpliwości. Jeszcze raz chcę przeczytać je wszystkie i jutro napiszę, komu wyślę książki.

Dobrej nocy!
Liska

2010-01-05

Ciasta z jednej formy. Murzynek z jabłkami.



Z murzynkami wiąże mnie wiele wspomnień, bowiem było to pierwsze ciasto, jakie sama upiekłam.
Miałam jakieś dwanaście lat, wracając ze szkoły kupowałam w sklepie mieszankę bakaliową i zabierałam się do dzieła.
Między chodzeniem do biblioteki, rozmnażaniem chomików i niekończącymi się malowidłami przedstawiającymi mydlane bańki na tle jesiennej topoli, miałam czas na poszukiwanie przepisu idealnego.
Poczęstowana ciepłym murzynkiem, w kuchniach moich koleżanek i ciotek, przepisywałam z ich zeszytów receptury. Udało mi się zgromadzić całkiem niezłą ich ilość, choć tak naprawdę wszystkie opierały się na tej samej metodzie.
Dziś murzynek jest ciastem sentymentalnym, podobnie jak i jego wariacje.
Ten, który upiekłam dzisiaj, doprawiony cynamonem, wzbogacony jabłkami i orzechami, jest jedną z nich.
To propozycja na ciasto z jednej formy, o których więcej pisałam tutaj.


Murzynek z jabłkami i orzechami

180 g miękkiego masła
150 g cukru pudru
2 jajka
130 g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżki ciemnego kakao
50 g mlecznej czekolady, pokrojonej
1 łyżeczka cynamonu
garść dowolnych orzechów, posiekanych
1 duże jabłko, obrane i pokrojone w drobną kostkę

Masło utrzeć z cukrem, dodawać po jednym jajku, następnie cynamon i kakao. Mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia, czekoladą i orzechami. Dodać do masy maślanej razem z jabłkami. Wymieszać.
Formę keksową o wymiarach 14x24 cm wysmarować masłem, wysypać tartą bułką lub mąką.
Przełożyć ciasto (będzie bardzo gęste).
Piekarnik nagrzać do 175 st C.
Wstawić ciasto i piec 50-60 minut.

Ostudzić w formie.
Smacznego!

2010-01-04

Warzywa po marokańsku




Kuchnia marokańska należy do tych, które lubię najbardziej. W Maroku odkryłam, że do warzyw można dodać cynamon i wodę różaną i to nie jest fusion! Ze wszystkich kuchni świata, jakich miałam okazję próbować, marokańska, obok tajskiej, należała do najbardziej aromatycznych.
Połączenie typowo śródziemnomorskich składników jak oliwa, oliwki, zioła, np. oregano z dalekowschodnimi przyprawami (cynamon, woda różana, kurkuma) mnie zniewala. Do tego dodajmy daktyle, migdały i bogactwo kasz i roślin strączkowych.
Pamiętam, że podczas mojej wyprawy nie mogłam przestać jeść. To był jeden z tych wyjazdów, kiedy człowiek je z łakomstwa, a nie z głodu czy nudów. Pomijając mięso, którego w tej kuchni jest szeroki wybór, miałam ochotę próbować wszystkiego.
W zimowe dni, kiedy jest tak, jak dzisiaj, chętnie wracam do tamtych smaków. Bo naprawdę jeśli mamy w szufladzie kilka podstawowych przypraw (kmin rzymski, kurkuma, cynamon), możemy w każdej chwili stworzyć własną wersję obiadu inspirowaną tamtymi klimatami.

Do dania, które dziś przygotowałam, można wykorzystać dowolne warzywa - ziemniaki, zielony groszek, paprykę, pomidory. Ważna jest tu podstawa - podsmażone na oliwie przyprawy, które dają nie tylko wspaniały aromat, ale również kolor.
Uwaga: jedzenie tego uzależnia ;)


Warzywa po marokańsku


4 średniej wielkości marchewki, obrane i pokrojone w słupki
2 ziemniaki, obrane i pokrojone w kostkę
1 cebula, obrana i pokrojona drobno
3-4 łyżki oliwy
3 ząbki czosnku, obrane i pokrojone w plasterki
1 puszka ciecierzycy o wadze ok. 400 g, odsączonej (lub suszona ciecierzyca namoczona dzień wcześniej i ugotowana)

2 łyżeczki kurkumy (do nabycia w większych sklepach w dziale z przyprawami)
1 łyżeczka cynamonu
2 łyżeczki kminu rzymskiego lub indyjskiego (to nie jest nasz poczciwy kminek, choć bardzo do niego podobny)
2 łyżeczki miodu
1/4 łyżeczki pieprzu
1 łyżeczka soli

1 pęczek kolendry

Do podania: gęsty jogurt, cytryna pokrojona na ćwiartki, arabski chlebek, itp

W garnku rozgrzać oliwę. Dodać cebulę i czosnek. Cały czas mieszając, poddusić ok. 5 minut. Dodać przyprawy (kurkumę, cynamon, kmin, pieprz) i miód oraz marchew. Wlać tyle wody, by przykryła warzywa (1/2 -3/4 szklanki), przykryć garnek i na średnim ogniu gotować 15 minut.
Dodać ziemniaki, sól i ciecierzycę. Gotować kolejne 10 minut (ziemniaki muszą zmięknąć).
Dodać posiekaną kolendrę.

Podawać z jogurtem i cytryną.

Smacznego!

2010-01-03

Księga chleba i niespodzianka



Zawsze z wielką niecierpliwością czekam na nowe książki o chlebie.
Cieszą mnie te obcojęzyczne, ale jeszcze bardziej polskie.
Mamy bogate chlebowe tradycje i zawsze dziwił mnie brak solidnie napisanej książki nie tylko o samych przepisach, ale przede wszystkim opisu naszych obyczajów i rytuałów związanych z chlebem.

To, co pojawiało się na naszych półkach, było głównie przedrukami z niemieckich publikacji. Niektóre z nich były tak straszne, że nie warto było nawet o nich wspominać.

Księga chleba, bo o niej dziś będzie mowa, została napisana od początku, bez oglądania się na to, co do tej pory pojawiło się w księgarniach.
Autorzy pokusili się o trud przedstawienia tego, jak to dawniej wyglądało, odwiedzili ludzi, którzy kultywują stare tradycje i wypiekają chleb w domu - wstając bladym świtem towarzyszyli w wypiekaniu bochenka od początku do końca.
Książka ma czterech autorów i każdy z nich skupia się na innym aspekcie związanym z wypiekiem chleba.
Najbardziej zapadł mi w serce rozdział napisany przez Andrzeja Fiedoruka, który pochodzi z Podlasia i wypiekom tamtego regionu poświęca najwięcej miejsca. Opisuje starodawne rytuały, jak ten, kiedy w lutym dziewczęta piekły korowaj, by przywołać wiosnę. "Dziewczęta piekły wielki korowaj, pięknie przystrojony i ozdobiony świeczkami, który następnie składały na najwyższym w okolicy wzniesieniu lub z braku takowego - na stogu siana. Śpiewając pieśni do wiosny, uderzały jajkiem o jajko, aż je stłukły. Stłuczone jajko symbolizowało budzenie uśpionego zimą świata."
Na andrzejki pieczono specjalne bułeczki zwane bałabuszkami (najlepiej z mąki wykradzionej z domu kawalera - sic!).



Każdy, kto kiedykolwiek marzył o tym, żeby zobaczyć, jak wygląda praca w piekarni, ma okazję zajrzeć do niej dzięki tej książce.

Książka jest bogato ilustrowana - pokazuje zarówno ludzi, którzy zajmują się wypiekiem chleba, jak też dawne piece, narzędzia, miejsca.

To, czego mi brakuje, to zdjęć chlebów do poszczególnych przepisów. Receptur jest sporo, zdjęć do nich zaledwie kilka. To nie jest publikacja dla tych, którzy chcieliby nauczyć się piec chleb od podstaw, ale ciekawe źródło wielu informacji.

Dla mnie dodatkową zaletą tej publikacji jest zbiór adresów - piekarni i małych gospodarstw, które wypiekają chleb tradycyjnymi metodami.

Mnie ta książka przeniosła w inny świat. Przybliżyła mi wiedzę, której próżno szukać gdzie indziej. Pokazała mi ludzi, dla których dawne tradycje, wciąż są tak samo ważne i żywe, jak kiedyś.

Dla czytelników bloga mam niespodziankę - dwa egzemplarze Księgi Chleba.
Wystarczy w komentarzach pod dzisiejszym postem napisać o prezencie świątecznym, który sprawił Wam najwięcej radości. Komentarze można zostawiać do środy, do północy. Ze wszystkich wybiorę dwa, a ich autorom wyślę książki.

Pozdrawiam ciepło!

"Księga chleba" Kunda M, Fiedoruk A, Zarzycki A
Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
Rok wydania: 2009
Format: 21.5x21.5cm
Ilość stron: 204
cena: ok. 45 PLN

2010-01-01

Klasyka: Tarte aux pommes



Chętnie eksperymentuję z różnymi wypiekami. Właściwie teraz mam już tak, że wystarczy, że rzucę okiem na przepis i wiem, czego mogę się spodziewać. Wypróbowałam już tyle różnych kombinacji, a najchętniej wracam do klasyki. Do ciast, które od dawna robi się tak, a nie inaczej, a ich smak i wygląd - nieco ponadczasowy i oczywisty, nie rozczarowuje.
Dla mnie mistrzami sztuki cukierniczej są Francuzi. To właśnie we Francji zakochałam się w pięknych i smacznych ciastach, musach, słodyczach. W ich niezwykle dopracowanych połączeniach kwaśnego i słodkiego, słodkiego i słonego.
To, co we francuskich wypiekach najwspanialsze to fakt, że można je robić lepiej i lepiej. Każde następne ciasto według tego samego przepisu jest lepsze od poprzedniego.
Podoba mi się to, że wszystko jest obliczone, określone, niczego nie robi się na oko. Może się wydawać inaczej, ale to mylne wyobrażenie.

Chciałabym kiedyś mieć altanę z kuchnią w pięknym ogrodzie. Latem, tuż po śniadaniu, przynosiłabym z sadu świeże owoce, listki mięty. Z masła, mąki i cukru zagniatałabym kruche spody aromatyzowane wanilią, wypełniałabym formy śmietankowym kremem, karmelem, owocami. Mieszałabym różowe i żółte galaretki, morelowe dżemy.
Na środku kuchni ustawiłabym duży drewniany stół, na którym całymi dniami przygotowywałabym kolorowe tarty. Tylko klasyka.
To moje marzenie.
Jeśli się nie spełni, to przynajmniej się przyśni.



Jedna z najlepszych tart, jakie upiekłam. Połączenie musu jabłkowego, plasterków jabłek i delikatnie kruchego spodu jest tym, co wprawia mnie w dobry nastrój. Polecam gorąco!

Tarte aux pommes
/na podst. The fundamental techniques of Classic Pastry Arts, The French Culinary Institute/

Ciasto:
150 g masła
90 g drobnego cukru
szczypta soli
2 duże żółtka
250 g mąki pszennej
1 łyżka wody

Połączyć wszystkie składniki - można ręcznie lub mikserem. Należy jednak pamiętać, by ciasta nie zagniatać zbyt długo.
Jeśli jest zbyt suche, można dodać jeszcze jedną łyżkę wody.
Ciastem wylepić okrągłą formę do tarty o średnicy 25 cm. Wstawić do lodówki.

W tym czasie przygotować nadzienie:

400 g jabłek do szarlotki np. szarej renety (lub dowolnych)
sok z 1/2 cytryny
75 g cukru
1 laska wanilii, przecięta wzdłuż

Jabłka obrać i pokroić w małą kostkę (o szer. ok. 5 mm)
Wrzucić do garnka, wsypać cukier, z laski wanilii wyjąć nasionka i dodać do jabłek. Wlać 4 łyżki wody i dusić na małym ogniu ok. 15 minut.

Piekarnik nagrzać do 175 st C.
Ugotowane jabłka włożyć do formy z ciastem. Następnie na wierzchu ułożyć w okrąg, zaczynając od brzegu formy, cienko pokrojone plastry jabłka (2-3 jabłka), posypać łyżką cukru i wstawić do piekarnika na 50-60 minut.

Można ciasto psmarować gorącym, przetartym dżemem morelowym.

Smacznego!