2010-09-28

Doświadczenie Belvedere


Jest takie powiedzenie: Doświadczenie McDonald's.
Chodzi w nim o to, że każdy, kto wybiera się na hamburgera, wie, czego się spodziewać i to dostaje. Bez niespodzianek, nagłych zmian. To przewidywalność: wybierasz dowolnego McD i wiesz, że dostaniesz tam to, po co przyszedłeś.
Można lubić McDonald's lub nie, ale jeśli chodzi o procedury i utrzymanie stałego klienta, ta firma wie, jak to robić.
Kiedy mam swoją ulubioną restaurację, w której celebruję najważniejsze wydarzenia, w której od lat mogę spodziewać się wysokiego standardu, smacznych dań i doskonałej obsługi, to też jest dla mnie "doświadczenie". Idę tam, bo wiem, że mnie nie zawiedzie.
A kiedy mnie zawodzi, to czuję przede wszystkim żal.
I taki żal poczułam w weekend, kiedy zostałam zaproszona do restauracji Belvedere, o której pisałam dwa lata temu w samych superlatywach.
Pierwsze wrażenie: wielkie puste stoły nakryte białymi obrusami, a kelner mówi, że nie ma miejsc, powinno dać mi do myślenia, ale nie dało, więc brnęłam dalej.
Zostaliśmy poinformowani, że dzisiaj jest brunch* (dodam, że dochodziła godzina 16). Na stole położono nam menu brunchu i właściwie bez pytania, zaczęto polewać wodę, wino (wszystko w zestawie). Po 30 minutach na stół wjechały czerstwawe małe bułeczki. Kelner wlał na talerzyki resztki oliwy i odrobinę octu i zostawił nas na kolejne pół godziny.
Przy stoliku obok duża rodzina obchodziła rodzinną uroczystość i patrząc na talerze, jakie kelnerzy nieśli w ich kierunku myślałam w duchu: mam nadzieję, że to nie jest TO menu.
Miałam. Wątpliwości zostały rozwiane, gdy przed nami wyrosły talerze z "zimnym bufetem": sałatą z krewetkami polaną majonezem, szarawym tatarem z łososia rozłożonym na drugim kawałku sałaty, trzema kawałkami terriny koziej i kolejnej wersji tej samej sałaty, tyle że tym razem z kawałkami camemberta, figi i malin.
Ten, kto to przygotowywał w repertuarze przypraw miał jedynie dużo, bardzo dużo soli.
Czy wybrali Państwo pierogi?
Tak. Dostaliśmy po dwa rozgotowane pierogi: ze szpinakiem i białym serem oraz kapustą i grzybami. Pierogi były na jednym wspólnym małym talerzu, więc należało je prawdopodobnie jeść jednym widelcem.
Później była pomidorowa, a właściwie oliwno-pomidorowa. Oliwy ktoś nie pożałował, w przeciwieństwie do ziół. Mimo szczerych chęci - nie dałam rady tego zjeść.
Danie główne? Turbot. Płat obsmażonej w duuuużej ilości oleju ryby, następnie odgrzany, przysypany łyżką kaszy gryczanej, upstrzony podgrzaną marchewką mini, dwoma fasolkami. Plus dużo, bardzo dużo oleju i jeszcze więcej soli.
Wiesz, mam nadzieję, że chociaż kawa będzie taka, jak zawsze. Bo po deserach niczego się już nie spodziewam - szepnęłam do Towarzysza "Brunchu".
Smutno pokiwał głową i wtedy powitaliśmy desery: przepraszam, zestaw deserów: dwa kawałki czerstwego ciasta z malinami, gumowatego sernika, który obok zapowiadanych w karcie rodzynek zapewne nawet nie leżał, miniaturowe babeczki z wodnistym rabarbarem przykryte mokrym kleksem czegoś, co miało być bezą i - to był hit tego dnia - piernik, który udawał "fondant czekoladowy"**.
Zamówiłam kawę. Była taka jak zawsze, czyli dobra.
Podczas całego obiadu miałam wrażenie, że śnię. Że we śnie jestem w latach osiemdziesiątych, gdzie trafiłam na wesele, na którym kelnerzy za chwilę zapytają czy już podawać gorący bufet, bo bigos i flaki już są podgrzane.
Kelnerzy snuli się między stolikami, kiedy przez pół godziny smętnie patrzyliśmy na obeschnięte bułeczki i popijaliśmy wodę. Zastanawiałam się, gdzie się podział ten świetny szef kuchni, który potrafił z tradycyjnej kuchni polskiej wydobyć jej esencję, a inspiracje kuchni międzynarodowych zinterpretować tak, że miało się ochotę powiedzieć mu: jest pan genialny! Gdzie są pracujący od zawsze kelnerzy, zorientowani w daniach, które podają. Zniknęli jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki złej królowej. Nie ma. Ale może odpowiedzią były liczne samochody dostawcze z napisem "Belvedere Catering".
Stanowiliśmy w restauracji smutny widok, bo było nam smutno.
Restauracja, która chwali się tym, że gościła koronowane głowy i Marthę Stewart, w niedzielne popołudnie udaje, że piernik to fondant, późny obiad to brunch, bukiet przypraw to sól i pieprz. I pokazuje, że koronowana głowa zasługuje na menu z klasą, a przeciętny gość zadowoli się byle czym.
Zawsze zastanawiałam się, dlaczego ta restauracja, która dobrze karmi(ła) na miejscu, ma paskudne cateringi, bo za każdym razem, kiedy byłam na imprezach obsługiwanych przez Belvedere, jedzenie było niedobre. Dziś poczułam się tak, jak bym była na imprezie w Belvedere, którą obsługuje Belvedere Catering. Z tą różnicą, że tym razem trzeba było zapłacić 149 zł za osobę.
Nie było warto. Z całą pewnością nieprędko tam wrócę.


Restauracja i kawiarnia Belvedere
Łazienki Królewskie,
ul. Agrykoli 1
Warszawa

*jak mówi Wikipedia "Typically brunch is had at around 11 am, close to lunch time but still before"
**czekoladowy fondant to podawane na ciepło ciastko, które z zewnątrz ma cienką warstwę ciasta, w środku płynącą czekoladę

16 komentarzy:

lusesita pisze...

O Matko i córko! dla mnie nie ma NIC gorszego, niż nastawić się na przyjemny i smaczny pobyt ( relaks) w kawiarni bądź restauracji, a dostać przysłowiowym obuchem w łeb..Albo może lepiej " klopsem w łeb" .
Niestety w dzisiejszych czasach, kiedy to restauracje i kawiarnie się mnożą - trudno o dobrą kawę czy smaczny obiad. Sama prowadzę od lat kawiarnię i widzę , że przesada wręcz o każdy szczegół procentuje..Choć niestety ludzie doceniają to dopiero, kiedy zetkną się z czymś gorszym.
Pozdrawiam serdecznie, zapraszając także do siebie.

Krzysztof pisze...

Następnym razem zajrzyj do nieodległego Amber Room w Pałacyku Sobańskich. Współczuję takiego doświadczenia, a raczej rozczarowania...

Kamila pisze...

jakbyś czytała w moich myślach.. poszliśmy z mężem uczcić w belvedere rocznicę naszego ślubu i wesela 9poprzednio byliśmy tam około rok temu) i w trakcie kolacji zaczęliśmy się zastanawiać, czy przypadkiem główny kucharz nie jest na urlopie lub odszedł na dobre. Zmiana w smaku i wyglądzie potraw była po prostu piorunująca! Byliśmy zawiedzeni, bo spodziewaliśmy się tak doskonałej uczty jak rok wcześniej..

wielgasia pisze...

A ja myślałam że to jakiś mój kosmiczny pech- byłam w sobotę z córką i starsznie się wstydziłam. Byłyśmy na spacerze ze znajomymi i oczywiście ich też namówiłam na Belvedere... wstyd mi było...
Kawa była faktycznie dobra, ale to zasługa sprzętu, deseru nie zjadła nawet moja zdesperowana córka, bo stwierdziła że jest suchy( sernik).

to spice pisze...

Lisko skoro wiesz jak McD wie jak zatrzymać klienta dlaczego Belvedere?
W McD za 149 zł od osoby spędziłabyś wiele przepysznych chwil.
Można lubić albo nie, ale zawsze dostaniesz to czego się spodziewałaś.
Czyż nie? Wybacz ironię ale dziś całkowicie mnie zawiodłaś. Brak smaku, ale w innym znaczeniu.
Pozdrawiam

Alice Murder pisze...

Czytając Twoją notkę miałam szczerą nadzieję, że powiesz kelnerowi: 'Jedzenie było tak okropne, że nie zamierzam za nie płacić'. Niestety nic takiego się nie stało ;)
W Belvedere nigdy nie byłam (i mam nadzieję, że już nigdy nie będę)! Sprawdza się jednak moja teoria, że najsmaczniej jest w małych, przytulnych restauracyjkach, gdzie właściciele sami gotują wkładając w każdą potrawę cały swój talent i serce.
A co do pory podawania brunchu... Może obsługa lokalu działała wg innej strefy czasowej? Np tamtego dnia był dzień pod patronatem Ameryki :D

Pozdrawiam serdecznie!! :)

to spice pisze...

Wielgasia proszę jeśli choć raz ktokolwiek miał do czyninia z poważnym sprzętem do parzenia kawy wie że nawet ten najlepszy sprzęt może poddać się beztalenciu które przyrządzi kiepską kawę poza tym też dużo zależy od ziarna no chyba że piłaś z ekspresu ale automatu wtedy owszem kawa zawsze jest taka sama czy nie jest to w zasadzie meritum że może i w McD dostaniesz kawę jedzenie czy deser nawet jabłko które nie dość że będzie tak samo smakowało to i wyglądało a to za sprawą tego że niestety tam w McD ludzie pracują jak roboty maszyny itp. więc całe rozczarowanie Belvedere jest stąd że od zawsze był to przerost formy nad treścią i do tego za te niedogodności jeszcze musieliście zapłacić współczuję.

atelierpolonaise pisze...

Ja tam wolę bary mleczne, to dopiero coś.

Anna pisze...

"Brunch" to dwa w jednym: sniadanie i lunch razem, bardziej obfity posilek i zazwyczaj w towarzystwie znajomych. Widac, ze w Warszawie problem "upadajacych gwiazd kulinarnych" jest znacznie szerszy. Niestety, dosiadczylam tego sama i w przyszlym roku bedzie bar mleczny!

Amber pisze...

Rozczarowanie? Chyba raczej pomyłka, bo ta restauracja dawno już miała swoje 5 minut.Rok temu byłam tam na przyjęciu weselnym i powiedziałam sobie,że to będzie mój ostatni raz.
Jest tyle smakowitych miejsc na kulinarnej mapie Warszawy.

desperate pisze...

Współczuję. Mam nadzieje że nigdy się tam nie znajdę. Z waszych opowiadań można stwierdzić że to jest klapa.

granda pisze...

ostatnio byłam w łazienkach w kawiarni i również jedynie kawa była taka, jak być powinna. Deser lodowy składał się z dwóch gałek lodów, kleksa sztucznej śmietany i smętnej, rozmrożonej truskawki na szczycie, wraz z gumowatym wafelkiem. zapłaciliśmy prawie 100 i popadliśmy w rozpacz. Łypałam w stronę Belvedere, bo wygląda tak okazale. Ale myślę, że jedyne co wyróżnia te lokale, to dobra miejscówka. Zawsze się ktoś przyplącze, na ten przykład naiwny turysta (jakim w tym wypadku byłam ja:))

bozenas pisze...

Byłam,za colę zapłaciłam 25zł:(dobrze że nie zamówiliśmy jedzenia,ale tylko po zobaczeniu cennika:)do każdej potrawy dodano rok urodzenia kucharza:)całe szczęście ,bo jakbym miała stracic taką kupę forsy i jeszcze psioczyc to nie wiem:)))

Jollyville pisze...

No to podajcie adresy fajnych restauracji, gdzie mozna dobrze zjęść, a nie stracić całej zawartości portfela

Milka pisze...

Ojej, Lisko, strasznie mnie zmartwilas. Bylismy z mezem w zeszlym roku w Belvedere i bardzo nam sie podobalo. W tym roku chcialam tam wyslac rodzicow w ramach prezentu, ale z tego, co piszesz, dobrze, ze tego nie zrobilam. To smutne, co piszesz. Jaka restauracja w Warszawie jest wiec wykwintna i smaczna? Kiedys bylam w "Bazyliszku" na Starowce, ale nie mam wiesci, jak tam jest teraz.

marta pisze...

gastronauci.pl, tam można znaleźć opisy i recenzje restauracji w W-wie i innych miastach.
Co do Belwedere, nigdy tam nie byłam, wielokrotnie chciałam ze względu na niesamowite, piękne otoczenie. Może kucharz był nowy, może kelnerzy nie w sosie. Wiem, że to nie usprawiedliwia całej sprawy, ale każdy może mieć gorszy dzień, choć nie powienien. Gdybym miała wolne 1,5 stówy dałabym chyba jeszcze jedną szansę Belvedere.