2010-08-16

IV Ogólnopolski Festiwal Dobrego Smaku w Poznaniu

Krówki-ciągutki w kilkunastu smakach, tradycyjne lody (tak, jak to było kiedyś: śmietankowe, czekoladowe i truskawkowe), piróg biłgorajski, sery i niezliczone (naprawdę niezliczone) ilości pięknych i pachnących wędlin i chleba. Gdzie? Na Festiwalu Dobrego Smaku w Poznaniu. Przyjechałam tu na zaproszenie, specjalnie po to, by na własne oczy przekonać się, jak to wszystko wygląda i jak smakuje. Pomimo upału nie mogłam oprzeć się pokusie próbowania smakołyków, kupowaniu drewnianych łyżek i delektowaniu się widokiem tego, czego zjeść po prostu nie dam już rady.
Gdyby tego było komuś mało, organizatorzy zadbali o inne rozrywki - pokazy kulinarne poznańskich szefów kuchni, spotkania autorskie, promocje książek kulinarnych i konkursy na najlepsze produkty regionalne (nie wiedziałam wcześniej czym jest poznańska szneka...), a wieczorami koncerty.
Do hotelu wracałam obładowana siatkami z chlebem, miodami i nalewkami. Festiwal trwał od 12 do 15.08. i właśnie na weekend organizatorzy zaplanowali najciekawsze atrakcje, między innymi Laboratoria Smaku - spotkania, na których eksperci opowiadali o zagadnieniach związanych z takimi tematami jak polskie sery zagrodowe, wielkie wina węgierskie czy mistrzowskie nalewki.


Wzięłam udział w promocji nowej książki Andrzeja Fiedoruka "Kuchnia Lwowska". Mam kilka poprzednich książek tego autora, który pisze o kuchniach kresowych, tak bliskich memu sercu. Autor opowiadał o kulisach powstawania nowej książki, a wśród publiczności dostrzegłam chyba najbardziej znaną autorkę współczesnych książek o kuchni polskiej - Hannę Szymanderską siedzącą nieopodal Piotra Bikonta. Udało mi się nawet odpowiedzieć na jedno z pytań konkursowych i wygrać dwie książki (niestety nie pana Fiedoruka).
Festiwal trwał kilka dni, od czwartku do niedzieli. Ja miałam okazję być na nim we czwartek i piątek - zeszłam wszystkie miejsca wzdłuż i wszerz.
Przy okazji wzięłam udział w pogawędce na temat pszczół (stali czytelnicy bloga wiedzą zapewne o mojej słabości do pszczelarzy ;) i miałam okazję na własne oczy zobaczyć matkę pszczół i przekonać się, czym różni się od pozostałych. Moja córka z zębami zatopionymi w plaster miodu usiłowała nakłonić nas do złożenia obietnicy, że kupimy łąkę i zbudujemy na niej ule. Cóż, może na emeryturze ;)

Świątek, piątek i niedziela... W ulu jest 60 tysięcy pszczół.
Z kaszą gryczaną w cieście drożdżowym. Chyba spróbuję taki upiec...
Byłam pod dużym wrażeniem organizacji festiwalu, który nie był, jak to zwykle bywa, jedynie zbiorem kilku sklepików sprzedających swoje wiktuały. Każdy znalazł coś dla siebie. Po paskudnym jedzeniu w hotelu Sheraton w dniu poprzedzającym Festiwal, ruskie pierogi prosto z termosa były prawdziwą ambrozją.

Spotkanie z andrzejem Fiedorukiem, autorem książki Kuchnia Lwowska

Wielu sprzedawców opowiadało o produkcji sprzedawanych przez siebie serów, piwa czy wędlin. Można było próbować, pytać, oglądać. Tu poczułam, że nasze tradycje wcale nie są zapomniane. Wręcz przeciwnie, wielu jest pasjonatów, którzy tworzą niesamowite produkty - nasze sery to nie tylko oscypki. Potrafimy tłoczyć olej, wędzić dziesiątki rodzajów ryb, wyplatać kosze wiklinowe (wciąż!) i niekoniecznie zajmują się tym wiekowi panowie.
Lubię pisać o pozytywnych doświadczeniach, ten festiwal bez wątpienia do takich się zalicza. Chciałabym, byśmy mieli podobny w Warszawie...
A nawet jeśli nie, to i tak mam nadzieję, że ten Festiwal będzie początkiem ciekawych imprez kulinarnych. Za granicą producenci wiśni organizują spotkania, gdzie oprócz prezentacji swoich sadów, odbywa się pieczenie wiśniowych placków. Może i u nas ktoś wpadnie na podobny pomysł, bo jak pokazał Festiwal, naprawdę nie mamy się czego wstydzić: nasze lokalne wyroby są wspaniałe i warto je pokazać. Żyjąc w mieście i mając dostęp do wiecznie tych samych produktów, nawet w sklepach ekologicznych, które sprzedają ciągle to samo, nie wiemy, że jest firma, która tłoczy na zimno olej rzepakowy, który należy zużyć w sześć miesięcy. Olej, który kupiłam, był rozlany do butelek zaledwie tydzień przed festiwalem. Jaka miła odmiana w porównaniu z olejami stojącymi miesiącami na sklepowych półkach.
Jedyne, co mnie powstrzymywało przed kupowaniem tych smakołyków była świadomość, że mam tylko dwie ręce i będę musiała wtarabanić się z tym wszystkim do pociągu. Na szczęście nie sprzedawano żywych kur, bo, kto wie, czy nie przypominałabym wówczas wiejskiej przekupki jadącej pociągiem w siną dal.

Zachęcam Was do odwiedzania Festiwalu Dobrego Smaku. Kolejny już za rok :)
Więcej informacji i program IV Ogólnopolskiego Festiwalu Smaku w Poznaniu znajduje się na stronie www.



Konkurs na najlepszą nalewkę. Na zdjęciu: Księżycówka.

Tylko 3 smaki, ale jakie...

Truskawkowe, śmietankowe czy czekoladowe?





27 komentarzy:

Mimi pisze...

Tu w Poznaniu jest więcej takich festiwali samkowych...zapraszam częściej! No i każde są przygotowane z istnie "niemiecką" dokładnością!
Bardzo miłe dla oka nowe logo.

Gula pisze...

Witam,
podczytuję i korzystam z Twoich blogów już od jakiegoś czasu. Dopiero teraz piszę i mówię prawdę: Jesteś dla mnie inspiracją do czarowania w kuchni:)
A o festiwalu żałuję, że dopiero dzisiaj przeczytałam. Żałuję tym bardziej, że jestem z Wielkopolski:) Ale jak pisze Mimi, trzeba przyjechać na następny.
Mam nadzieję, że się nie gniewasz, ale dodałam Twojego bloga jako obserwowany na moim:
http://kucharzenie-guli.blogspot.com/
Pozdrawiam,
Gula

Wiosanna pisze...

Super. Dobrze wiedzieć, że jest coraz więcej kulinarnych spotkań w Polsce

m. pisze...

moja kochana wielkopolska
muszę tam być za rok, koniecznie!!!

pani kozak pisze...

A ta dziewczyna z serami to osoba, którą często spotykam na cotygodniowych, sobotnich ekobazarach we Wrocławiu.Kozia Łąka przygotowuje chyba najpyszniejszą chrzanicę (zupę chrzanową na serwatce) jaką jadłam w życiu:)

Patrycja pisze...

Uwielbiam olej rzepakowy tłoczony na zimno:) U nas pojawia się tylko w okolicach Bożego Narodzenia, w malutkich buteleczkach, wtedy się nim zajadamy i rzeczywiście ma krótki termin przydatności. Sery spowodowały u mnie burczenie brzucha, piękne i na pewno pyszne. Zgadzam się, że zdecydowanie mamy się czym pochwalić i takie festiwale powinny odbywać się częściej...

monikucha pisze...

Mialam ogromne szczescie odwiedzic Poznan w tym czasie i oczywiscie polowe piatku spedzilam na Starym Rynku. Po festiwalu spodziewalam sie kolejengo jarmarku i bylam bardzo pozytywnie zaskoczona. Polecam wszystkim !

pani kozak pisze...

ps Kozia Łąka to oczywiście nazwa gospodarstwa:)nie wynikało to jednoznacznie z mojego poprzedniego posta:)

Agnieszka pisze...

Pozdrawiam z Wilna! U nas, niestety, nie ma jeszcze takich festiwali (albo ja o nich nie wiem), ale, na szczęście, mamy bazary ekologiczne i kilka grządek za miastem u rodziców. Dziękuje za blog! Z przyjemnością czytam i korzystam z przepisów.

Ewelosa pisze...

Lisko wspaniale opisujesz swoje przeżycia - lubię takie lokalne festiwale i jarmarki :)

serdecznie pozdrawiam

Marta pisze...

Kochana Lisko! Tak mnie ucieszył Twój dzisiejszy wpis! :) Jestem poznanianką mieszkającą od kilku lat w Nowym Jorku. Bardzo mi brakuje mojego rodzinnego miasta, szczególnie w takich dniach... Tak bardzo chciałam tam być! Nikt nie potrafiłby mi tego lepiej opisać, wprowadzić w ten nastrój... Dziękuję! Cudowne zdjęcia!

Jul pisze...

Jestem rodowitą poznanianką i strasznie chciałam wybrać się na ten festiwal, ale na złość w środę wieczorem zaatakowała mnie grypa zoladkowa i trzymala do wczoraj... to sie nazywa miec pecha. Mam nadzieje, ze na przyszly uda mi sie dotrzec. Wtedy moze sie spotkamy;) pozdrawiam!

copywaitress pisze...

Rewelacyjne zdjęcia!!! Fajnie, że czasem wychodzisz z kuchni ;)

Olciaky pisze...

Zazdroszczę:*
Nam może uda się wybrać na winko do Zielonej Góry.

lo pisze...

Jakże bliskie są mi takie imprezy, z "prawdziwymi" produktami, tradycyjnymi smakami. Co do pszczół, mam takiego małego pszczelarza w domu, który chciałby mieć własny ul.Pisałam o tym u siebie na blogu (http://pistachio-lo.blogspot.com/2010/08/na-upay-malinowe-semifreddo-z-miodem-i.html) Na razie zdecydowaliśmy się na adopcję roju. Pozdrawiam.

blog niedzielny pisze...

napewno bylo bardzo interesujaco, nigdy nie bylam w poznaniu,jak mieszkalam w opolsce to bylo za daleko na wycieczke jednodniowa :) te pszczoly w takim skupisku wygladaja przerazajaco :)

Magdalena pisze...

Dobrze, ze organizowane sa tego typu imprezy. Oby bylo coraz lepiej i oby te wszystkie produkty mozna bylo w niedalekiej przyszlosci kupowac w sklepach :)
Dodam, ze w Krakowie pod koniec sierpnia odbedzie sie final Malopolskiego Festiwalu Smaku, zas juz ten weekend - w Grucznie - najwiekszy w Polsce (i podobno jeden z wiekszych w tej czesci Europy) festiwal smaku - http://www.festiwalsmaku.pl/festiwal-smaku,article,0,1,145,program-festiwalu-smaku-w-grucznie.html

Bareya pisze...

Zapraszam na Festiwal Smaku w Grucznie blisko Bydgoszczy 21-22.VIII.2010. Masa wystawców w przepięknie położonej dolinie przy osiemnastowiecznym młynie.
http://www.festiwalsmaku.pl/
Jest bardziej "eko" - nie ujmując nic poznaniakom. Świetna inicjatywa, takie festiwale w miastach.
pozdrawiam

Ania pisze...

Przyjemnie o takich przedsięwzięciach czytać - że nam zależy, że można; z pomysłem i werwą. Szkoda, że mnie tam nie było, akurat czytałam o tym festiwalu w kalendarium "Kuchni" - na wakacjach odrabiam zaległości w lekturze :)

creative_asik pisze...

Jako poznanianka muszę zapytać czy smakowała Ci szneka z glancem ? :) Prawda, że Stary Rynek jest jeszcze piękniejszy w takie dni ... ? Uwielbiam gdy tak wiele się dzieje ... W sercu miasta pyszności, a tuż nieopodal, w jednej z bocznych uliczek Starego Rynku, rozpoczęły się Międzynarodowe Warsztaty Tańca Współczesnego, do których przyciąga muzyka płynąca z okien... Uwielbiam to miasto :)

Amber pisze...

Bardzo lubię poznańskie organizacje.Pozazdrościć. Na imprezie niestety nie mogłam być.Bardzo żałuję.
dziękuję za relację!

Przypraw mnie pisze...

O tak piróg biłgorajski zwany również kaszakiem to jest to co lubię. Najbardziej na słodko z miętą odgrzewane na maśle na drugi dzień.

Azzahar pisze...

Byłam w sobotę i zupełnie nie podzielam pozytywnej opinii. Po pierwsze, festiwal był malutki, nawet nie objął całego rynku, więc obejście go nie było specjalną sztuką; po drugie, były dokładnie te same stragany, co zawsze, i na żadne specjalne atrakcje trafić mi się nie udało. Wyglądało to jak jakikolwiek inny jarmark, tyle że okrojony do samego jedzenia.

karoLina pisze...

Tak sobie czytam i myślę o tym, że ostatnio byłam na czymś podobnym, ale nie napiszę gdzie, bo tam organizacja pozostawiała wiele do życzenia, a naprawdę szkoda. A tak naprawdę, to do komentarza zmobilizowała mnie uwaga o wiklinowych koszach, bo ostatnio uczestniczyłam w, tym razem świetnych, warsztatach, gdzie nawet kilkulatki radziły sobie z wyplataniem, jest więc szansa, że tradycja przetrwa. A zrobiona przeze mnie, jeszcze ciągle nie do końca wyschnięta wiklinowa kula do dziś napełnia pokój nieco kontrowersyjnym zapachem. To zupełnie nie na temat, ale będzie też małe chwalipięctwo, w ciągu ostatnich trzech dni upiekłam dwa chleby z Twoich przepisów, obydwa na zakwasie – pierwsze takie w moim życiu i mogę tylko powiedzieć łał!

etrala pisze...

Ach piróg...dałabym się pokroić za taki jaki robi Babcia S.
próbowałam, ale to jednak zawsze nie ten smak. Babcia daje jednak więcej ziemniaków a mniej kaszy niż w typowym biłgorajskim. Jak jadłam go po raz pierwszy to mi nie smakował, dziwne :)) Świetna impreza i piękne zdjecia !

Iza pisze...

Cudo, niestety przeoczyłam:(

Leszczynka pisze...

Piróg biłgorajski znam pod nazwą kartoflaka. Od dawna robi go moja rodzina z okolic Przemyśla.
Ja go robię w ten sposób: http://zleszczonakuchnia.blogspot.com/2009/04/kartoflak.html
Pyszności!