Nie ma znaczenia, czy jest ona w Polsce czy gdzieś bardzo daleko.
Może uda mi się którąś z nich odwiedzić :)
Zasady są następujące:
1. Jedna osoba może zostawić jeden komentarz pod dzisiejszym postem (proszę o nieprzesyłanie maili z komentarzami).
Na komentarze czekam do środy, 02.06.2010 r, do godz. 24.00
2. Z wybranych komentarzy wybiorę sześć, a ich autorom wyślę jeden z akcesoriów.
3. Na adresy autorów wybranych komentarzy czekam pod adresem: whiteplate5(małpa)gmail.com przez tydzień od daty ogłoszenia autorów wybranych przeze mnie komentarzy
4. Nagrody mogę wysłać jedynie na adresy w Polsce
A gadżety są następujące:
3 obieraczki:

3 szpatułki:

Miłej zabawy :)
163 komentarzy:
"Pod Samsonem" na ulicy Freta w Warszawie.
Jak chodziłam do szkoły w pobliżu to przybiegałam tam w czasie "okienek" na paschę, szarlotkę i cymes :)
Wiedziałam, że chcę żeby obiad po moim ślubie odbył się właśnie "Pod Samsonem" - i tak się stało - cudowna obsługa, przyjęcie zapięte na ostatni guzik, a jedzenie urzekło wszystkich gości.
Gdy tylko jestem w pobliżu odwiedzam tą wspaniałą, niesamowicie klimatyczną restaurację.
świetny pomysł z tym wymienianiem miejsc dla nas ciekawych, sama pewnie spiszę sobie ciekawe propozycję i będę nimi podążała.
A ja od siebie mogę zaproponować niepozorną kafejkę w samym sercu Krakowa. Magiczne miejsce, w którym swego czasu ciągle bywałam, bowiem pracowałam w jednym budynku.
Miejsce to Cafe Magia (http://www.cafemagia.pl/magia_miejsca) - niepozorna kawairenka z takim klimatem jaki sobie w Krakowie wymarzyłam, z caffe latte takim jakie uwielbiam, rewelacyjnym wystrojem (zupełnie innym niż w komercyjnych miejscach), ciszą i kotem-przynależącym do kamienicy...;) W tej samej kamienicy jest Muzeum Historyczne i .... cudowna galeria "Dom Polski", w której miałam okazję pracować. Świetny klimat... naprawdę polecam... dobrze poznać Kraków z takiej strony.
Obecnie mieszkam i studiuję w Łodzi. Tutaj panuje moda, by na kawę w przerwie w pracy czy między zajęciami wyjść do którejś z kawiarni na Piotrkowskiej bądź skoczyć do Manufaktury. Ja jednak preferuję zupełnie inną miejscówkę... Mowa tu o maleńkiej kawiarni Jaga, która mieści się na ul. Rewolucji. Trudno ją znaleźć, ponieważ umiejscowiona jest w podwórzu między kamienicami. Warto jednak poszukać, bo już samo wnętrze jest przyjemnie zaskakujące: klimatyczna muzyka w tle (czasem jazz, czasem reggae), zimą ogień w kominku, na ścianach zawieszone filiżanki, na antresoli stare walizki, stolik z maszyny Singera... Można się tam napić nie tylko kawy (latte, espresso, cappuccino), ale i czekolady czy herbaty. Studenckim przebojem jest duża latte z syropem za symboliczne 5 zł! :) A na prawdziwych łakomczuchów czeka coś słodkiego - to tam pierwszy raz w życiu jadłam browni! Wspaniałe, klimatyczne miejsce na pogaduchy między zajęciami, tym bardziej, że kawiarnia mieści się na przeciwko wydziału, na którym studiuję. To taka oaza życiowych rozmów socjologów :)
Pierwsze miejsce poznałam kiedy byłam nastolatką i dlatego wiąże z nim mnóstwo wspomnień: Bar Górnik w Krakowie - bywalcy krakowscy pewnie wiedzą, że można tam zjeść nieśmiertelną pomidorową z makaronem i najlepsze (jak dla mnie) na świecie ruskie pierogi. Dzięki temu miejscu moje pobyty w Krakowie zawsze wydłużały się o kilka dni, bo stać mnie było na wyżywienie...To miejsce zainspirowało mnie tez do tworzenia swoistego rankingu miast - wedle tego - w którym podają w "byle jakim barze" najlepsze ruskie pierogi. Wracam tam i zarażam tym miejscem znajomych.
A drugie miejsce to efekt ciut późniejszych wyjazdów do Krakowa...
Krakowska Alchemia. Poznałam je po zapachu i tylko tak kojarzę...nie umiem opisać go słowami.
Jeste jeszcze maleńka piekarnia w moim mieście gdzie przy dobrej choć nie zachwycającej drożdżowce z dżemem mogę spokojnie nakarmić piersią córkę i wymienić kilka plotek z panią sprzedawczynią. To miejsce pozostawię w tajemnicy, bo dzięki jego intymności ma dla mnie swoją funkcję podczas spacerów po mieście.
Aga
Moja ulubiona cukiernia jest nietypowa, bo byłam w niej tylko raz. Ale bardzo często jem z niej ciastka, ciasta i TORT BEZOWY. Absolutna rewelacja. W kilku miejscach w Warszawie beza też jest dobra, ale nie taka pyszna jak w Łomiankach. W cukierni Tiramisu. To chyba jedna z nielicznych cukierni gdzie jest ciągle kolejka. Mimo, że panie obsługują bardzo sprawnie. Polecam.
Piekarnia Pana Ciochonia w Przemyślu ... dlaczego? Bo to moje wspomnienie z dzieciństwa. Jako podlotki szykowałyśmy się z kuzynką na wyjście do piekarni i zawsze jak były świeże bułki to stało tam większość ludzi mieszkających w pobliżu. Długa kolejka, dużo śmiechu z kolegami i koleżankami. Uwielbiam ten zapach świeżego pieczywa, ciepłych bułek ... to jest coś niesamowitego, w tej piekarni intensywność zapach jest ogromna bo pieczywo jest pieczone na miejscu (nie jest to sklep do którego są dowożone bułki). Co chwilę przychodził któryś z piekarzy ubrany na biało, umorusany mąką i przynosił świeżą dostawę bułek, chleba, obwarzanków, rogali i sztangli. A po staniu w kolejce wracałyśmy z reklamówkami pełnymi ciepłych bułek. Oczywiście każda z nas jadła jedną cieplutką bułkę już po drodze ... to był tak zakazany owoc bo babcia nie pozwalała nam jadać ciepłego pieczywa ;)
A teraz lubię zaglądnąć do tej piekarni właśnie po taką ciepłą bułkę oraz obwarzanki (bo lubi je Tato i zawsze razem się nimi zajadamy) I zawsze gdy przechodzę obok tej piekarni to uśmiecham się pd nosem na te wspomnienia :-)
Dzień dobry Lisko!
Twój blog był w zasadzie pierwszym polskim blogiem kulinarnym, który znalazłam, gdy kilka miesięcy temu odkrywałam przebogaty świat takich blogów, i do tej pory jest moim ulubionym (na drugim miejscu jest blog Twojej siostry :)
Jak przeczytałam Twój dzisiejszy wpis, to pierwsze miejsce, które przyszło mi do głowy to była herbaciarnia Dobra Cajovna w czeskim Cieszynie. Uwielbiam to miejsce! Gdybym miała środki finansowe, to otworzyłabym taką herbaciarnię w Poznaniu i chociaż kawiarni Ci u nas dostatek, jestem pewna, że nie zbankrutowałabym, bo klimat tam i powiedzmy pomysł są niby niezupełnie, a jednak zupełnie inne. A klimat jest niezobowiązujący, cichy i kontemplacyjny, ze wschodnią muzyką i wystrojem, grami planszowymi i fajką wodną (mają świetny wybór i jakość - ja co prawda nie palę, ale lubię zapach :) i z niezliczoną ilością herbat z różnych stron świata, przygotowywanych odpowiednio do każdego gatunku, w różnych czajniczkach, które można kupić w mini sklepiku przed wyjściem. I z przekąskami typu pita z serkiem i cynamonem albo baba ghanoush. To jest raj dla miłośników herbaty i wyciszenia! Gdyby była w Poznaniu bywałabym tam przynajmniej raz w tygodniu :)
Moja ulubiona jest... na pomoście. Nawet nie wiem dokładnie gdzie... Na pomoście w małej wiosce, przez którą przepływa Czarna Hańcza. Na tym pomoście - z paru desek skleconym zaledwie - zasiada Starsza Pani - i w sezonie sprzedaje bułeczki drozdżowe przepływającym kajakarzom. Takich bułek, psze państwa, to nie ma na calusieńkim świecie. Ich smak mam w ustach do dziś. Nigdy więcej już takich dobrych nigdzie nie jadłam.
Trochę już lat minęło od czasu, gdy spróbowałam ich po raz pierwszy. Nie wiem, czy pomost się nie rozleciał, czy Pani Od Bułek jeszcze żyje i czy chce jej się jeszcze je piec. Ale jedno jest pewne - jak popłynę jeszcze kiedyś kajakiem Czarną Hańczą, to będę jej wypatrywać. Ze wszystkich sił.
:)
obecnie chyba lubelski Złoty Smok. Kuchnia chińska i mieszana. Może nie jestem ogromnym znawcą tego tematu jednak wydaje mi się, że jest to miejsce z bardzo dobrze przyrządzanymi potrawami tego gatunku. :) poza tym fajna atmosfera i klimat miejsca oraz miła obsługa :)
W tym miejscu po prostu nie sposób się nie zakochać, jeśli zagościsz tam chociaż raz, gwarantuję Ci, że na pewno jeszcze tam wrócisz! Położona na jeziorze, ze stolikami na pomoście - idealne latem, zimą przystań zapewnia ciepłe miejsce wewnątrz, gdzie przez duże okna widać całą taflę jeziora. Wystrój kapitański, ogromne akwarium z pięknymi rybami przy wejściu, drewniane stoliki, jasny wystrój, dwa piętra, winiarnia obok i klub Sushi naprzeciwko. Gorąco polecam rybę Barramundi, która cieszy podniebienie delikatnym, białym mięsem i maślaną strukturą - mi najbardziej smakowała pieczona w całości w pergaminie, nadziewana warzywami i masełkiem czosnkowym, do tego chrupiące, pieczone łupiny ziemniaków, z mięs polecam filet z kurczaka w złocistej panierce np. z frytkami, które też są wyjątkowe ( krótkie, chrupiące, złociste i szerokie paski ziemniaków ). Przepyszna jest też zupa rybna - Pomidorowa, pikantna z ogromną ilością warzyw i kawałków ryby. Ach, zapomniałabym o małym prezencie - na sam początek do stolika podany zostaje talerz z chlebem własnego wypieku i pastą rybno jajeczną ze szczypiorkiem. Zakochałam się w tym miejscu.
Churasco do landa na ul. Próżnej w Warszawie. Za atmosferę, za cudne mięsko ze szpad i bajecznego grillowanego ananasa na deser. Spędzamy tam wszystkie ważne daty w naszym życiu. Pierwszy raz moje 18 urodziny - kelnerzy śpiewali mi 100-lat po brazylijsku, 25 urodziny i zaręczyny zarazem, świętowanie pojawienia się na świecie naszego Bąbla... i pewnie będzie tych okazji jeszcze wiele...
Cudna.
Witam,
Z racji miejsca zamieszkania pozostaję wierna wspomnianej już cukierni Tiramisu w Łomiankach, ale...
Wakacje, słońce, piaszczysta plaża nad polskim morzem, Jastarnia i kawiarnia Weranda...
Wnętrze z klimatem (podobnym zresztą do tego panującego na tym blogu:), przytulnie i ze smakiem, a co do smaków... Cudowne ciasta (wśród moich ulubionych tort bezowy z daktylami), pyszna kawa, śniadania, dania "obiadowe", właścicielka prawie zawsze na miejscu, skora do rozmów. Po prostu czuje się serce włożone w istnienie tego miejsca.
Czasami trudno o stolik, ale nie dziwi mnie to - kiedy już uda się tam zaszyć trudno wyjść.
PS: Miejsce przyjazne dzieciom (sama mam 3 więc wiem jak to jest kiedy nie czujemy się gdzieś mile widziani).
Podsumowując: 100% zadowolenia za każdym razem gdy tam jesteśmy, gorąco polecam (kawiarnia zndjduje sie przy głównej ulicy/ deptaku, koło skweru przy stacji kolejowej).
Pozdrawiam gorąco,
Dominika
Ganders tea room na Francuskiej w Warszawie. Urocze miejsce przypominające dom babci-dziergane obrusy, różne fotele i starodawne sofy, komody i biblioteczki. Taras odgrodzony zielenią od Saskiej Kępy, w którym można się zrelaksować i wybrać coś z pośród kilkudziesięciu rodzajów herbat, wspaniałych kaw, deserów z prawdziwą bitą śmietaną-widziałam i różnych przekąsek. Obsługa jest miła i sprawna, a ponadto można tam kupić sypane herbaty i akcesoria do ich parzenia. Zawsze lubie tam wracać bez względu na pogode i nastrój, bo wychodząc jest on zawsze jeszcze lepszy. Polecam.
I ja witam :-)
Moją ulubioną kawiarnią, cukiernią, restauracją i piekarnią jest... mój dom. No, dobrze, moje/nasze malutkie mieszkanie.
Gdy z dziećmi (synami) zagniatamy ciasto, gdy stawiam mężowi kawę z pianką, do tego najlepsze na świecie ciasto domowe....
I zapach chleba o poranku. Nawet woń zakwasu lubię...
Tak, ciągle tworzymy to NASZE MIEJSCE, pełne twórczych zabaw, smaków i zapachów.
Nie znalazłam w pamięci lepszego miejsca.
Ulubieńcy co chwilę się zmieniają, ale obecnie będzie to Behemot w Poznaniu. Dlaczego? Zacznę od miłych skojarzeń z uwielbianą książką "Mistrz i Małgorzata" oraz z kotami ogólnie. A po wejściu do środka może nieco skromny, ale jakże przyjazny sercu kociarza wystrój - fotografie z kotami plątają się na wszystkich ścianach. W menu cuda - desery lodowe, kawy cynamonowe, karmelowe, naleśniki owocowe...
Do Poznania mam z Krakowa trochę daleko, dlatego Behemota odwiedzam rzadko, ale pozwala mi to cieszyć się jeszcze bardziej z każdej wizyty :)
ulubiona kawiarnia? Długo szukałam. Ponieważ jestem "młodą" matką i często zabierać muszę mę dziecię ze sobą potrzebowałam miejsca, które spełni wszelkie mje i dziecka zachcianki... Są wygodne sofy dla rodziców, mebelki dla dzieci, kolorowe maty, zabawki, muzyka spokojna w tle. Są przepyszne ciastka, kawa, picie ze słomką w kolorowych kubkach, kruche ciasteczka. Toaleta odpowiednia dla Dużych i Małych. Jest też miejsce do czytania (po cichu i na głos), do rysowania (nie tylko dla dzieci), jest miejsce do przewinięcia i nakarmienia dziecka... tak, to moje miejsce, które chcę odwiedzać. Gdzie się znajduje? W mojej głowie! Bo mieszkam w małym mieście, gdzie niestety nie ma takich magicznych miejsc. Chciałabym otworzyć takie miejsce. Żeby mamom i tatom (bo coraz więcej tatusiów się dziećmi zajmuje) czas mijał szybciej, weselej, magiczniej z ich pociechami.
Wiem, nie oto chodzi w tym konkursie, ale zazdroszczę wielkim miastom, które mają takie miejsca :)
pozdrawiam
..ja polecam PiKawę w Gdańsku..kawa i inne łakocie np. jabłecznik ciepły z bitą śmietaną, nie mają sobie równych..no i do tego ten klimat..każdy stolik i krzesło są inne,ten klimat.. duże akwarium z rybkami..miejsce na prawdziwy relaks po ciężkim dniu :)
Mój wybór pada na Herbaciarnię "U Dziwisza" w Kazimierzu Dolnym. Choć ciężko wybrać... chętnie napisałabym również o knajpce "U Fryzjera" i o chowaniu się w pomieszczeniu zwanym przez nas "Narnią" ;)
W Kazimierzu wszystko wspaniale smakuje i zawsze jest to miła ucieczka z "pędzącej" Warszawy. Jednak wracając już do samej Herbaciarni "U Dziwisza", gdzie popijając aromatyczne herbaty podawane w finezyjnych dzbanuszkach i zajadając się pysznymi ciastami można poczuć się bezpiecznie i ciepło. Można tam spotkać przechadzającego się kota, którego widok rozleniwia jeszcze bardziej a "babciny" pokój pełen bibelotów sprzyja i zachęca do zatopienia się w wygodnych kanapach... i czas zwalnia, zapewniam Was:)
Czytając wpisy powyżej byłam w szoku, jak ludzkie ścieżki się przeplatają... "Pod Samsonem" na Freta, byłam raz na przecudownej kolacji z grupą Brytyjczyków i byłam dumna jak paw, gdy zajadali się serwowanymi tam daniami.
Dobra Cajovna w czeskim Cieszynie kojarzy mi się z cudownym wakacjami na południu, pierwszy raz widziałam tak urządzone miejsce, miałam 16 lat i myślałam, że herbata nie może być niczym więcej niż tylko herbatą. Dobra Cajovna pokazała mi, że to nieprawda.
Churasco do landa wybrał mój mąż, aby się oświadczyć, zawsze będę wspominać smak tego ananasa...smakował jak miłość.
Jednak w konkursie opiszę mój kochany Wrocław z herbaciarnią, która kiedyś nosiła nazwę K7 (siedem kotów), obecnie nazywa się K2.Na ulicy Kiełbaśniczej, z schodami ostro pnącymi się do góry, z herbatą z konfiturą, która zawsze smakuje latem, z malowaną szafą jak łąka. Z widokiem na małą ślepą uliczkę. Będąc w samym centrum masz wrażenie, że uciekłam od całego gwaru. Bardzo kobieca...
Do zobaczenia na :http://www.herbaciarniak2.wroclaw.pl/k2/onas.html
Polecam!
Witam, a ja trochę na odwrót napiszę o tym jak moja ulubiona piekarnia straciła na jakości. Znajduje się ona w Katowicach na 3 Maja pana Pawlaka. Jeszcze przed ogłoszeniem informacji o światowym kryzysie można w niej było znaleźć pysznie nawet zakwasowe pieczywo. ciasta, drożdżówki, bułeczki. Gdyby tylko cena się zmieniła zrozumiałabym ale pieczywo straciło na jakości składników kiedyś można było tam kupić tzn chleb gruboziarnisty z ziarnami na zakwasie i mące razowej. Teraz pod tą samą nazwą jest pieczywo robione na mące pszennej chlebowej, ziaren w niej jest tyle co kot napłakał a na dodatek stał się on gliniasty. Podobnie stało się z innym razowym pieczywem. Jedynie dobre pozostały tak paluchy maślane. W tym momencie zdecydowałam się na spróbowanie samej zbudowania zakwasu i wypieku chleba i co okazało się że aż tak trudne to nie jest a jakie satysfakcjonujące,co nie oznacza że nie trafiały mi się gnioty. Im dłużej piekę tym rzadziej mam takie sytuacje :-). Utrata ulubionej piekarni pozwoliła na odkrycie że ja sama też potrafię i mogę piec chleb. Dodatkowo moja przyjaciółka też na tym zyskała gdyż ma alergię pokarmową na pszenicę i też teraz piecze sama chleby :-). Pozdrawiam M.
chińska herbaciarnia na ul. Więziennej wr Wrocławiu. prowadzona przez Jen (Yen?), rodowitą Chinkę, która kultywuje kuchnię inną niz kantońska. Jadam tam pysze pierożki "Sensie" (znane w naszym gronie jako "pierożki w sensie" :) ), zupę ryżową, piję herbate po tybetańsku. Niewiele potraw, ale wszystkie godne polecenia, niedrogie i zdrowe. Opisy w menu to na przykład: "herbata wzmacniająca śledzionę", albo: "pierogi oczyszczające krew". Dla postronnych nieco makabrycznie, dla znawców - niebo chińskiej kuchni bez glutaminianu.
A ja z dala od kraju, stęskniona za polskimi smakami trafiłam zupełnie przypadkiem na miejsce, które przypomniało mi polskie smaki...w pobliżu miejsca w którym pracowałam odkryłam małą angielską piekarnię, gdzie pośród angielskich przysmaków odnalazłam kawałki polskiego sernika, makowca, polski chleb...odtąd niemal każda przerwa na lunch kończyła się wizytą tam :)) A gdy poznałam właściciela piekarni, którego rodzice byli Polakami i który zatrudniał polskich piekarzy, to nawet angielskie przysmaki zaczęły mi jakoś tak po polsku smakować :) Znalazłam mały kawałeczek Polski tutaj :)
Witajcie:) Ja chcę napisać o najcudowniejszej na świecie cukierni z najwspanialszymi w całym wszechświecie pączkami... cukiernia Magiery w Krakowie. Być może i nie jest piękna i magiczna, ale ...
nigdzie nie ma lepszych pączków! Naprawdę polecam wszystkim, którzy jeszcze do niej nie trafili!pozdrawiam ciepło i życzę miłej niedzieli:)
Samanta w Zakopanem. Moją świetną czekoladę do picia(jest nawet biała). Zawsze gdy tam jestem zamawiam deser truskawkowo- czekoladowy a moi znajomi kawę. Gdybym mogła zamienić warszawskiego Bliklego na Samantę zrobiłabym to.
"Jazz Cafe" - restauracja w Świnoujściu, awangardowa. Dlatego, że kocham to miasto i dlatego, że była to pierwsza knajpka, którą w nim odwiedziłam. To miejsce ma jakąś niepozorną moc. Atmosfera sprzyja poczuciu szczęścia :) a śniadanie zjedzone w Jazzie pozostaje na zawsze w pamięci, chociaż jest nim tylko jajecznica popijana czekoladą... Tęsknie! Czy będę miała sposobność odwiedzić cię raz jeszcze ? ;-(
hmm.. chyba Wesoła Kawka w Kielcach. Jest to malutka kawiarenka z pysznym sernikiem z sosem truskawkowym i wieloma rodzajami kawy i herbaty. Wystrój jest zbliżony do bohemy i kiczu, ale to właśnie nadaje jej cały urok:) Motywem przewodnim jest kawka (ptak), o której najwięcej można się dowiedzieć ze ścian w toalecie...:)) Nad stolikiem, przy którym siedziałam ujęły mnie dwa obrazki: "wesoła kawka" i "wesoły Kafka". W Wesołej czuję się jak w innym świecie, wyluzowana i oderwana od codzienności.
Kilka lat temu pojechaliśmy na romantyczny weekend do Kazimierza Dolnego. Byliśmy tylko we dwoje w tym cudownym miasteczku. Spacerowaliśmy znajomymi uliczkami, odwiedzaliśmy znane miejsca: herbaciarnię u Dziwisza, restauracje, kawiarenki i knajpki. Podczas jednego ze spacerów odkryliśmy nowe miejsce, w którym zakochałam się od pierwszego spojrzenia. Kilka kroków za znaną Herbaciarnią, przy ulicy krakowskiej 6b, znajduje się Faktoria zwana też Czekoladarnią.
Po przekroczeniu progu wkraczamy w magiczny świat. Mamy wrażenie, że czas zatrzymał się tam dawno temu. Niezwykły klimat tego miejsca tworzą stylowe meble, lustra i bibeloty. Na okrągłych stolikach leżą zwisające do samej ziemi koronkowe serwety, a na nich, w szklanych wazonach, stoją świeże kwiaty. Mnóstwo świeżych kwiatów. Dawne meble są tak ustawione, że tworzą przytulne kąciki, pozwalające każdemu przybyszowi stworzyć swój własny, intymny zakątek, odizolowany od spojrzeń innych. Z przyjemnością można zatopić się w oparciu mięciutkiej sofy i delektować znakomitą kawą lub cudowną czekoladą na gorąco o dowolnym smaku. Kawa w Faktorii jest niesamowita: aromatyczna, wspaniale skondensowana z oryginalnymi dodatkami, zadowoli największego smakosza. A czekolada…. Po prostu brak słów. Przygotowywana z kuwertury, gęsta, pachnąca ziarnami kakaowca wzbogaconymi o wybrane składniki, które na oczach gościa mieszane są w mosiężnym tygielku i serwowane od razu po przygotowaniu. Oczywiście ze szklaneczką wody, aby można było oczyszczać kubki smakowe i dzięki temu jeszcze dokładniej poczuć niezwykły smak napoju.
Dodatkiem do magicznej kawy i czekolady są desery. Wybór ciast, tortów jest naprawdę wystarczający. Pyszne wypieki doskonale uzupełniają smak kawy i , serwowane na kruchej porcelanie, świetnie wpisują się w klimat tego miejsca.
Próbowaliśmy w Faktorii wielu smakołyków. Wprawdzie zawsze kuszą one swą urodą i smakiem, ale ja odwiedzam to miejsce będąc w Kazimierzu, aby napić się prawdziwej kawy lub prawdziwej czekolady. A ostatnio doskonałym dodatkiem do filiżanki z napojem są cudowne czekoladowe pralinki własnej roboty.
Polecam i pozdrawiam, Aleex.
Ja zdecydowanie polecam kawiarnię Camelot w Krakowie. Idealna biała czekolada na gorąco... Jedyna taka :)
Moją ulubiona restauracją jest ta, która znajduje się w moich ukochanych Deutschland, blisko Augsburga - "Leonardo da Vinci". Cudowny klimat tej włoskiej, ale bardzo niemieckiej restauracji przypominającej bardziej niemiecką gospodę. Bardzo miła obsługa - wszyscy kelnerzy to boscy Włosi z niesamowitym poczuciem humoru, którzy żegnają swoich klientów -Arrivederci- z akcentem Brada Pita z "Inglourious Basterds" :-) Nigdy nie zapomnę mojej pierwszej wizyty tam - zobaczyłam bardzo starą, niemiecką kobietę na wózku inwalidzkim, która sączyła piwo ze swoimi dziećmi i ich rodzinami, czekając na swoje zamówienie. Ach... cała urokliwa Bawaria :-)
Mała piekarnia, a właściwie okienko urządzone przy wejściu na klatkę schodową na ulicy Kotlarskiej we Wrocławiu - kompletnie niepozorna - dzięki niej moje studia we Wrocławiu smakują domowo, pysznie, chrupiąco. Na zmianę można tu dostać kminkowy oraz z czarnuszką. Jest tradycyjny, jest żytni, jest graham - chlebki ciepłe, wyrośnięte i pachnące. Zanim dojdę do domku skubię palcami, przytulając do brzucha. Parę rodzajów bułeczek, rogali i te słodkie bułki z owocami sezonowymi (teraz rządzi rabarbar, potem będą truskawki i jagody). Prosto i swojsko - uwielbiam śniadanka! Pan czasem odkłada dla mnie kminkowy, bo wie, że jestem śpiochem :)
hm...moim ulubionym miejscem jest Kawiarnia u Hrabiego w Dworku Sierakowskich w Sopocie:) http://www.dworek.art.pl/
Genialne miejsce-przede wszystkim błogi spokój- bądź co bądź kawiarenka leży parę kroków od Monciaka- bardzo przyjemny wystrój, przepyszne zapachy, które czuć od razu na wejściu- głównie kawy i herbaty:)), pyszne herbatki, kawki, dobre ciasta...ale co głównie dodaje uroku temu miejscu są koty:)zazwyczaj jeden lub więcej kotów kreci się po kawiarni, parę razy nawet mi na kolana wskoczył jeden, pieszczochy...ale też nie do każdego podejdą- więc to taki mój achievement ^^w samym dworku przy kawiarni urządzane są co czwartek koncerty- zazwyczaj muzyki klasycznej- szkoda, że jak na razie, mieliśmy z narzeczoną czas tylko na jeden koncercik- a także prawie zawsze jakaś wystawa galeria.
Także ogólnie jest to miejsce bardzo spokojne, przyjemne miejsce do posiedzenia i do zabaw z kotami:)
Na szczęście coraz więcej słoneczka do nas dociera... wobec czego proponuję wybrać się całą rodziną na lody... :)
Moim faworytem jest Consonni, oferująca przepyszne lody, ciasta, ciasteczka a także świeże pieczywo:)
Mam do niej raptem 7km, a położona jest w Kamyku, k. Częstochowy, w samym mieście znajdziecie 'córki Consonni';) Latem dość często wybieram się z moimi znajomymi na rowerku w tamtą właśnie stronę:) Najchętniej zajadamy lody waniliowe, bakaliowe z dodatkiem wisienek w syropie, w sezonie malinek:)
Szeroki asortyment zadowoli każdego kto przekroczy próg tejże Cukierni:)
A co najważniejsze panuje tam bardzo miła atmosfera, wnętrze zaprojektowane jest z wielkim wyczuciem i gustem:)
Bardzo lubię to miejsce, jedyny minus to kolejki.
Zapraszam więc pod Częstochowę na pyszne, tradycyjne lody, które cieszą się w mojej okolicy wielkim uznaniem:)
Pozdrawiam i miłej niedzieli życzę,
ilka_86
:-) kawiarnia BOHEMA Szczawno Zdrój.
Nie wiem dokładnie, czym mnie urzekło to miejsce. Nie ma jednego, określonego powodu. Być może dlatego, że jest to kawiarnia, do której zawsze zaglądam z moją kochaną Mamą, jak jesteśmy w tej maleńkiej miejscowości. Ktoś mógłby pomyśleć, że jest tam sporo niepotrzebnych rupieci, ale nic bardziej mylnego! Trudno mówić o przesycie, czy graciarni, każdy przedmiot ma tam swoje, magiczne miejsce. I jest klimat, który naprawdę sprawia, że czujemy się bezpiecznie i dobrze. A przecież to jest tak ważne! Kawiarnia przy deptaku, którym spacerują ludzie, i wesoło rozprawiają o rzeczach mało ważnych i tych, bez których świat nie byłby taki sam.
Kawa zwykła, czarna gorzka. Bo to wtedy czuję ten prawdziwy smak kawy. Jak pisał Żeromski,kawa, kawusia prawdziwa, nie ersatz:) A na talerzyku, obfity jabłecznik o takiej wysokości, jakiej wcześniej nie widziałam. Kto by pomyślał, ze można dać tyle startych jabłek i cynamonu na kruche ciasto! Oczywiście na ciepło, z gałką lodów waniliowych i ubitą śmietaną.
I tak skubiąc wcale dużą porcję ciasta i popijając prawdziwą do granic możliwości kawę, można obserwować małe, jakby wyjęte z nieznanego kontekstu życie tej maleńkiej miejscowości. Albo rozmawiać z Mamą, o tym, jakimi jesteśmy szczęściarami, że mamy siebie i jak to dobrze, że tu znów przyjechałyśmy. :)
Blog wspaniały, jestem pod wrażeniem i korzystam z szerokiej gamy przepisów!:) Cudowna odskocznia od moich studenckich trosk:)
Pozdrawiam!!!
Ja bardzo lubię odwiedzać małą restauracyjkę "Zaułek smaków" przy ul. Felińskiego w Warszawie, niedaleko Placu Wilsona. Można tam zjeść domowej roboty pizze i najróżniejsze pasty, ale też i inne smakowite potrawy. Poza tym mają tam duży wybór wina i smaczne desery. No i to stary Żoliborz, więc ma swój klimat :)
pozdrawiam
Moim ulubionym miejscem w Trójmieście jest kawiarnio-lodziarnia Grycan w Sopocie. Uwielbiam smak ich lodów. Są takie gęste, nie za słodkie, jeśli mają być czekoladowe to naprawdę takie są, jeśli biorę sorbet to naprawdę czuję w nim kawałki truskawek. Te lody rozpływają się w ustach. Obsługa jest zawsze sympatyczna. Uwielbiam też kawę karmelową u nich, jak również sezonowe pyszne koktajle. Grycan jest prowadzony z pokolenia na pokolonie, mam nadzieję, że kiedyś będę mogła zabrać tam swoje dziecko i udowodnić, że sprzedają tam, wszystko co najlepsze ;)
o będzie powtórka (przeczytałam wcześniejsze komentarze :) ) drugi głos za PIkawą, o której zresztą kiedyś bardzo ciepło pisałaś.
uwielbiam to miejsce z wielu powodów. po pierwsze czuję się jak u siebie. pewien czas pracowałam tam zanim w tym miejscu powstała PIkawa, znam część ludzi tam pracujących no i trochę moich rzeczy tam jest. po prostu oswojone wnętrze. smakołyki? oczywiście! mimo że łasuchem nie jestem, to zawsze kusi mnie pascha, malinowa ekstaza.... i kawa.
kiedyś dziewczyny uratowały moje zdrowie (właśnie atakowało mnie przeziębienie) na zmianę serwując mi wszelkie herbaty nadziane sokami, imbirem, owocami.... cudowny sposób leczenia.
Tam idę gdy chcę poplotkować z koleżanką, gdy chcę pozaglądać głęboko w czyjeś oczy, gdy z babcią wędruję po mieście - nigdy nie zapomnę widoku absolutnie rozanielonej babci nad pucharkiem lodów!
od lat jestem uzależniona od Pikawy.
:)
Tylko jedno ;)?
To lubię na Freta. Za nasze weekendowe śniadania, twarożek z ziołami, krzesła nie od pary, stolik pod oknem, dużo dobrych wspomnień. I panią Basię, właścicielkę :)
Nowy Świat w Warszawie to ulica obfitująca w cudowne restauracje, kawiarnie i miejsca "do posiedzenia", ale żeby dotrzeć to tego jedynego, najwspanialszego trzeba uzbroić się w cierpliwość i nie kończyć spaceru już przy pierwszej nadarzającej się okazji (albo pierwszym napotkanym wolnym stoliku). Idąc dalej w stronę Starego Miasta, na wysokości pomnika Kopernika należy zejść z wytartego i jakże tłumnie uczęszczanego szlaku i skręcić w ulicę Oboźną. Idąc w dół mijamy grupy studentów biegnące z jednych zajęć na kolejne, ale wśród nich są też tacy, którzy niespiesznie udają się w dół ulicy do tego, jedynego miejsca. Idziemy w dół a tam, po prawej stronie... leżaki, tak,w centrum miasta na trawniku rozstawione są właśnie leżaki. Takie, jakie rozkładamy będąc na działce albo nad morzem. To alternatywa dla tych, którzy nie chcą siedzieć przy stoliku, ale pijąc pyszną i niezwykle aromatyczną kafkę wygrzewać się w słońcu. Kafka to kawiarnia urządzona z niezwykłym gustem. Każdy poczuje się tam, jak u siebie. Na ścianach można obserwować zmieniające się wystawy fotografii, rysunku i innej twórczości początkujących artystów.
Jest to miejsce idealne na zjedzenie małego co- nieco albo rozkoszowanie się pyszną kawą z ciachem. Zamówionej przez nas latte zawsze towarzyszy zdrowy dodatek w postaci garstki rodzynek i orzechów włoskich (idealne do podskubywania). Ale miejsce (świetna lokalizacja- centrum, ale na uboczu, z dala od turystycznego gwaru) , wystrój (przytulna zbieranina książek na ścianie, plastykowych poroży i fotografii), pyszna kawa (jest na prawdę fenomenalna!) to nie wszystko. Kawiarnia Kafka stanie się także i Twoim ulubionym miejscem dzięki obsłudze, która sprawia, że za każdym razem, kiedy tam przychodzę czuję się, jakbym przychodziła do miejsca w którym czas się zatrzymuje, rozmowy się nigdy nie kończą a smutki i zmartwienia odchodzą w zapomnienie jak wśród najlepszych przyjaciół. Brzmi jak coś niemożliwego?, jak opis miejsca, które istnieje tylko w filmach? To miejsce istnieje na prawdę! Możesz sprawdzić sam/sama, ale ostrzegam- już po jednej wizycie zakochasz się w nim tak jak i ja :)
to ja uwielbiam restauracyjkę Ozelian w Słoweni za najlepszą pizzę na świecie, fantastyczne kalmary nadziewane gorgonzolą i szpinakiem, tamtejsze wina i zapachy, którymi jest to miejsce przesiąknięte; poza tym jest to miejsce, w którym po ketchup do pizzy trzeba się ruszyć samemu bo tam takiej profanacji nie uznają :)
Witam,
hmmm... jako, że ostatnio jestem świeżo "upieczoną" fanką serników, moją ulubioną obecnie cukiernią jest Sowa. Do jej uwielbienia przyczyniła się moja koleżanka z Inowrocławia, która zachwalała ich sernik domowy. Poprosiłam więc, by przywiozła mi kawałek (nie wiedziałam wtedy, że mają swój punkt w Łodzi). Specjalnie czekała od ósmej rano (tegoroczna Wielka Sobota) aby kupić ten sernik. Była bodajże piąta w kolejce a jeszcze godzina pozostawała do otwarcia! Kawałek sernika wydarła swojej rodzinie i przywiozła mi do Łodzi. Mimo że spróbowałam go po 6 dniach! to i tak stwierdziłam, że nigdy w życiu lepszego sernika nie jadłam. Od kiedy odnalazłam tę cukiernię w Łodzi jestem stałą bywalczynią. Tradycyjnie zawsze kupuję ich sernik domowy, choć moje oczy pożerają wszystko, co znajduje się w ich ofercie. Zawsze duża kolejka, tłum ludzi w ogóle mi nie przeszkadza, bo widocznie inni też wiedzą co dobre ;)
Moim ulubionym miejscem jest Faust w Krakowie. Za każdym razem, kiedy jestem w Krk nie obędzie się, zebym tam nie zajrzała :) lubię tamtejszą atmosfere, nie da sie jej opisac slowami. Ten kto tam pojdzie lub to miejsce zna - wie o co mi chodzi. Lubie tam przyjsc jak nie ma duzo ludzi, wtedy jest tak cicho, odcina sie czlowiek od zgielku na krakowskim rynku i zupelnie od swiata. Szkoda, ze to miejsce jest tak daleko ode mnie:( ale ile radosci mi sprawia jak tam pojde i posiedze sobie nad filizanka z kawka:))
Ta maleńka piekarnia niedaleko mojego domu nie ma nawet swojej nazwy, szyld jest niepozorny, podobnie jak budynek w którym się mieści, od dawna już nie odnawiany. Gdy dwa lata temu, zamieszkałam na styku dwóch łódzkich parków, martwiłam się, że nie mam tu nigdzie swoich ulubionych sklepów, ani zaprzyjaźnionych sprzedawców. Do maleńkiej piekarni trafiłam po zapachu, także po zwyczajnie ludzkim zainteresowaniu 'a co tam dają?', bo kolejka ciągnąca się przed sklepem zwiastowała co najmniej hit na miarę prl-owskiego papieru toaletowego sprzedawanego na sztuki.
W środku urodzaj pieczywa, chleby z ziarnami, z soją, cebulą, słonecznikiem, makiem i dynią. Okrągłe, długie, foremkowe wiejskie, pieczywo włoskie, orkiszowe, tureckie. Pyszne ciasta drożdżowe, bułeczki z rodzynkami i ciabatki. Za każdym razem gdy staję w długiej kolejce, niemal nie starcza mi czasu na decyzję, co wybrać. Za dużo tego, oczy za bardzo chciałyby zjeść wszystko. W kolejce toczą się rozmowy, słychać żarty pań sprzedających chleb. Te kobiety to prawdziwa dusza tej małej piekarni. Towar sprzedają w tempie Orient Expressu, z każdym zamienią małe słowo, z tłumu wyłaniają starsze panie, które obsługują poza kolejką. Nie tak jak gdzie indziej, z chęcią słuchają wskazówek swoich gości, który chleb wolą, ten z przypieczoną skórką, czy może z pękniętym wierzchem. Tam nie trzeba wstydzić się swoich fantazji, tym bardziej że i nazwy zachęcają. Królewski, Słoneczko, Balzak.
Minus jest tylko jeden, niestety przez tę piekarnię jakoś nie mogę zabrać się do pieczenia własnego chleba...
Dzięki mojemu Tacie w podróże zawsze jeżdżę przygotowana, z wieloma przewodnikami i książkami dotyczącymi danego regionu. Nie znoszę biernego odpoczywania, wcześniej zawsze dokładnie wiem co chcę zwiedzić, zobaczyć, spróbować.
Z ciastkami o których chcę napisać było inaczej. We wszystkich przewodnikach o Toskanii skupiano się na czymś zupełnie innym, te tylko wymieniając jako jedną z rzeczy charakterycznych dla Sieny.
Tamtego gorącego dnia, kiedy weszłam do sklepiku z ciastkami na placu Il Campo w Sienie wiedziałam, że nawet wysoka cena mnie nie odstraszy i spróbuję czegoś zupełnie innego niż wychwalane przez wszystkich cantucci czy panforte.
Ricciarelli to bardzo słodkie, lekkie jak puch migdałowe ciasteczka. Cudowne, rozpływające się w ustach. Idealne do kawy. Szczególnie smakują w upalny dzień w najpiękniejszym toskańskim mieście jedzone na głównym placu i popijane espresso.
Niestety nazwy miejsca nie pamiętam, ale w praktycznie każdej kawiarni czy sklepie można ich spróbować.
http://www.pasticcerie-sinatti.it/EN/pasticcerie-artigianali/prod_det.asp?c=1&sc=1
Warto!
Nie jest to dokładnie odpowiedź na zdane przez Liskę pytanie, ale...:)
Jeśli chodzi o ulubione kawiarnie, czy cukiernie, to są trzy. Problem jest tylko taki, że jedna przeszła w cudze, "sieciowe" ręce i już nigdy nie będzie taka sama, druga jest na drugiej półkuli, no więc zostaje mi trzecia - cukiernia Adama Sowy, którą kocham miłością dozgonną za jego tort truflowy. Ale nic nie zastąpi mi tej pierwszej. "Cukierni koło szkoły", jak zwykłam ją nazywać. Obowiązkowy punkt postoju podczas powrotu do domu, kiedy jeszcze chodziłam do podstawówki. Miałam wtedy z koleżanką do przejścia ponad 2 km piechotą, więc nic dziwnego, że małe słodkości skutecznie skracały tę drogę. Najczęściej lody. Tak dobrych lodów już nigdy później nie jadłam. "Poproszę dwie gałki - śmietankową i jagodową". Uśmiech pani ekspedientki, dwie ogromne gałki na wafelku. Brzęk dwóch zlotych i 40 groszy na ladzie. Czasami drżenie z niepokoju, kiedy śmietankowych zostawało już tylko na dnie. Czy starczy dla mnie? Pani widywała nas prawie codziennie, co owocowało pewnymi profitami - np. mieszanymi gałkami. 5 smaków w jednej. Na spróbowanie.
A zawsze w czerwcu pchała ogromną zamrażarkę w kierunku szkoły - na festyn.
A zimą były eklery. Nie takie, jakie widuję teraz często za szybami rożnych cukierni. Takie duże, prawdziwe, oblane gęstą, czekoladową polewą. Pojedynek - "kto jest teraz brudniejszy na brodzie", "kto ma więcej kremu".
Uśmiech tamtej pani, smak lodów, zapach eklerków zawsze przypominają mi dzieciństwo. Drogę do domu, przerywaną wycieraniem rąk, brudnych od kapania z wafelka. Stanie w kolejce po niedzielnej mszy, kiedy wszystkie dzieci pędziły w tym samym kierunku. Czuję ukłucia w sercu, kiedy wchodzę tam teraz: zimna lada, białe ściany, buczenie wentylatora. Nie ma uśmiechu. A ja bałabym się nawet spytać, czy mogę dostać 5-smakową gałkę. I nie widzę tam już dzieci.
Oderwana od zeszytów twym nowym wpisem, muszę pozostawić tu komentarz.
W zasadzie zaproponuję bardziej pub, niż cukiernie, czy kawiarnie.
Czeski Film we Wrocławiu.
Gdy nadchodzi dzień, gdy nie muszę lecieć po lekcjach uczyć się na następne sprawdziany, idę tam z przyjaciółkami i rozpływam się do późnego wieczora.
Miejsce do którego wchodzi się przez bramę... nieco niepozorną, przed wejściem na małym podwórku można usiąść przy stoliku, ale ja zawsze wchodzę do środka, stoliki, żółte ściany, drewniany bar, iście czeski klimat, schodzę w dół po stromych schodach, a tam w piwnicy wielki korytarz dzielący się na małe komory, w których stoją rozwalające się stoliki, fotele, w których nawet trzydziestokilogramowe chucherko zapada się niemalże pod samą podłogę, wszystko odcięte od cywilizacji, żarówkowe światła, cudne malunki na ścianach, muzyka. Na chwiejącym się stole menu, z czeskim słowniczkiem, a w środku ogromny wybór napoi, najróżniejsze kawy, ulubiona - kawa w kubku, w wielkim ceramicznym kubku. z kopcem bitej śmietany. Milion grzańców na chłodniejsze wieczory, ulubiony - rumowy, z białym winem, miodem i sokiem z cytryny, czekolady, nawet biała z czekoladową bitą śmietaną. Po za tym cudowne pierogi, najlepsze naleśniki - chociażby czekoladowe, z czekoladowego ciasta, z białym serkiem, czekoladową zastygającą polewą, bitą śmietaną. Pyszne pistacjowe, kawowe szejki. A najlepsze w tym wszystkim.... czekoladowe ciasto - przeogromny kawał brownies. Polany czekoladowym sosem. Nie pozostaje nic innego jak rozpłynąć się w tym rozklekotanym miejscu.
Cafe Camelot - zaukek świętego Tomasza w Krakowie
Przeurocza knajpka o której istnieniu nie wiedziałam, dopóki nie zaczęłam w niej pracować :)
W czasie studiów fotograficznych dodatkowy budżet był potrzebny, więc kiedy chodząc po mieście szukając pracy natrafiłam na kartkę weszłam bez wahania. Okazało się że przekroczyłam magiczne drzwi magicznego Camelota.
Przepyszny smak dań od śniadaniowych po kolacyjne twarożki, niezapomniane bagietki z fetą i bazylią. Cudowny barszcz czerwony z paluszkami, pierogi, i przepyszne ogromne sałaty z bundzem, marynowanymi warzywami, łososiem, wszystko starannie przygotowane i doskonałej jakości o czym wiedziałam "od kuchni". Przepyszne ciasta - najwspanialsza pod słońcem szarlotka z lodami, nigdzie nie jadłam pyszniejszej, tarta z malinami i płatkami migdałowymi, do tego przepyszna kawa late a na sam koniec lody z prawdziwą bitą śmietaną i brzoskwinia z brusznicą. A w zimowe wieczory rozgrzewała mnie wraz ze znajomymi po pracy nalewka z wiśniami, cudowne herbaty z czajniczków i na koniec przepyszne drinki. Całość uzupełnia jedyny w swoim rodzaju wystrój Camelota, dziergane obrusy, miedziane świeczniki, unikatowe rzeźby zbierane przez właścicielkę.
Szkoda, że tak rzadko udaje mi się odwiedzać kraków i wracać do tych cudownych smaków i zapachów.
"Kawiarnia Lalek" przy Białostockim Teatrze Lalek. Miejsce na wskroś sentymentalne dla mnie, jedna z pierwszych kawiarni do których zabrał mnie tata jak miałam naście lat. Potem przychodziłam tam cały ogólniak, całe studia i chodzę do dziś. Daleko jej do typowej kawiarni, to raczej zadymiony lokal bardziej przypominający te z książek Millera. Tam aktorzy wpadają między próbami, tam oblewali premiery. Na ścianach grafiki Dworakowskiego, piękne stare zdjęcia. Każde krzesło i stół z innej bajki...
Tam mieliśmy przyjęcie ślubne dla znajomych. To miejsce gdzie można napić się do upadłego, wypalić tonę papierosów, tańczyć na stole i po prostu smakować życie. Tam mogłam zawsze wpaść sama, złapać zastrzyk energii od niesamowitego Barmana. Dostać kawę w kubku.
Dla mnie to miejsce numer jeden.
W samym centrum Poznania na ulicy Ratajczaka 18, paradoksalnie z dala od zgiełku i hałasu, mieści się wyjątkowa kawiarnia... a raczej Ekowiarnia, która swoimi organicznymi pysznościami podbiła moje moje podniebienie i serce. Odwiedzając to miejsce po raz pierwszy niecałe dwa lata temu, nie spodziewałam się, że zwiążę się z tym miejscem tak bardzo. Począwszy od dań obiadowych kończąc na deserach wszystkie potrawy smakują wyśmienicie, a na dodatek są w 100% ekologiczne, czyli zdrowe. Wspaniałe uzupełnienie całości stanowi wystrój wnętrza, które sprawia, że łatwo jest się tam oderwać od rzeczywistości...
Ja zapraszam do Pikawy w samym centrum Gdańska. Podają tam najlepszą szarlotkę z lodami na świecie. Spory kawał szarlotki o chrupiącej skorupce podawany na ciepło z lodami waniliowymi i bitą śmietaną...niebo w gębie. Do tego wiele przepysznych kaw, herbat i czekolad do picia. Być może ze gdzies podają rownie smaczne ciacha ale klimat tej knajpki jest wyjątkowy. To jedyne miejsce-knajpka w ktorej moglabym zamieszkać:) Starych meble z duszą, szydelkowe firanki, w gablotach rękodzielo na sprzedaz, na parapetach ceramiczne ozdoby i nastrojowe lampki. Na polkach ksiazki i gazety do czytania. W kąciku kosz z zabawkami dla dzieci. Na ścianie aniołki-kazdy z innej parafii z dedykacjami od autorów. Klimat naprawde godny polecenia. Mniam.
Miejsce, do którego powracam z niesłabnącą przyjemnością, to kawiarnio-księgarnia w Sopocie - Bookarnia. Lubię tam wpadać w zaprzyjaźnionym damskim gronie. Nazywamy te nasze spotkania "eventami". Zamawiamy którąś z pachnących herbat (np. rooibos Jesienne Liście) albo na sok świeżo wyciśnięty z pomarańczy i grapefruitów. Czasami skusimy się na ciasto le negre albo marchewkowe z małymi marcepanowymi marcheweczkami na wierzchu, a jak któraś jest na diecie - na płaskie, mocno czekoladowe ciasteczka bez żadnych dodatków. ;-) Przez pierwszą godzinę siedzimy na pięterku i rozmawiamy. Potem któraś rzuca hasło: "To co, teraz książki?". Porzucamy stolik i niedopite herbaty i ruszamy do regałów, które ustawione są wzdłuż wszystkich prawie ścian lokalu. Każda wraca z kilkoma książkami, z których następnie układa sobie kupkę na stoliku koło siebie. Przeglądamy, wymieniamy się, czytamy na głos. Niektóre, wybrane, dołączamy do rachunku za herbatę i ciasto. Za każdym razem ten sam scenariusz. Jeszcze nam się nie znudziło. :-)
Moim magicznym miejscem jest wrocławska Mleczarnia na ul. Włodkowica. To wspaniałe miejsce na wieczorne pogaduszki z przyjaciółkami przy pysznej filiżance caffe latte i kawałku domowego sernika z bakaliami. To także alternatywa na leniwe niedzielne przedpołudnia aby zjeść pyszne śniadanko w towarzystwie najbliższych, z gazetką w ręku:) Ale lubię tu też przychodzić sama, zatopić się w klimacie tego miejsca, poczytać książkę, napić dobrej herbaty z rumem i skosztować pysznego cookie z czekoladą...Tak, to jest moje miejsce:)
"Pędzle i szcotki " na Tamce w warszawie bo gdy juz wejdzie sie przez malenkie drzwiczki obok parasola w niebiesko-biale paski zaglebiajac sie w sliczne lekko wakacyjne retro wnetrze , z wiszacymi wszedzie plakatami niezaleznego kina i nowych miejsc w wawie . Zawsze pelne studentow siedzacych przed oknem na ktorym lezy ogrom ulotek ale takich naprawde ciekawych : teatru wielkiego , info o wystawach nowych sklepach vintage . Z szalona muzyka czesto francuska i przede wszystkim jedzonko absolutnie najlepsze tosty w miescie z suszonymi pomidorkami w super niskich jak na centrum cenach w dodatku pyszne ciasta i moja ulubiona herbata harney & sons w cenie 7 zl ! ;) bardzo mila obsluga rozne gry ksiazki sprzed wiekow i gazety z roznych panstw, rowniez dla dzieci jest to idealne miejsce jest duzo zabawnych stworkow i np, gazetki czarodziejska kura, to wszystkok tworzy miejsce idealne do dlugich rozmow i do spedzenia cudownego czasu ktory jakos tak niespodziewanie szybko mija ;) mam nadzieje ze uda Ci sie odwiedzic jesli jeszcze nie znasz tej szalonej kawiarenki , pozdrawiam O.
Wyjazd na studia do Szczecina z małego miasteczka położonego na Kaszubach był wielkim przełomem w moim życiu. Byłam przyzwyczajona do tamtejszych smaków i zapachów, tylko tam chleb miał "właściwy" zapach. I tylko tam rozumiano co chcę kupić, gdy prosiłam o "szneka z glancem". Długo nie mogłam zaakceptować smaku szczecińskiej wody, nie wspominając już o chlebie z tamtejszych piekarni. Spacerując kiedyś bardzo późnym wieczorem w okolicy Placu Sprzymierzonych (obecnie Pl. Szarych Szeregów), poczułam zapach pieczonego chleba i zamarłam. Był jakby żywcem przeniesiony z Kaszub! Piekarnia znajdowała się w piwnicy jednej z kamienic, przez gęste kraty w piwnicznym okienku ujrzałam mężczyznę formującego zgrabne bochenki. Następnego ranka zaspokoiłam w końcu to ciągłe pragnienie zjedzenia swojskiego chleba. Tęsknota za rodzinnym domem już nie była tak ciężka do zniesienia.
Pamiętam, że kiedy pierwszy raz weszłam do tarterii Tart Yvonne na ul. Królewskiej w Lublinie od razu wiedziałam, że jest to miejsce, do którego będę często wracać. Tart Yvonne jest inne niż wszystkie lokale w Lublinie, jest po prostu wyjątkowe. Czas umila gościom francuska muzyka, w środku znajdziemy również francuskie książki oraz prasę. Bardzo urzekło mnie to, że panie, które pracują w tarterii traktują gości indywidualnie oraz pamiętają imiona osób często odwiedzających ich lokal. Jeśli chodzi o menu to możemy spróbować tart słodkich oraz słonych, jednak nie sposób ich wszystkich wymienić. Oto niektóre z moich ulubionych: słodkie- cytrynowa, cytrynowa z bezą, z kremem patissiere oraz owocami sezonowymi, rabarbarowa oraz tarta tatin, słone – z kurczakiem, brzoskwiniami oraz serem camembert; z porem duszonym w białym winie oraz z serem roquefort i tarta prowansalska. Bardzo lubię spędzać tam czas z moim narzeczonym, na chwilę zatrzymać się, zjeść magdalenki lub rewelacyjną zupę brokułową i po prostu odpocząć.
Herbaciarnia "Smok" w Pobierowie na Grunwaldzkiej - obłędne miejsce, widać to już na pierwszy rzut oka. Gustownie urządzona, w tle zawsze subtelna muzyka i częste wieczorki jazzowe, podczas których niestety znalezienie wolnego stolika było wielkim osiągnięciem. Uwielbiałam tam siedzieć jedząc szarlotkę z lodami i korzennym ciasteczkiem, popijając zieloną herbatą Sencha Sakura i słuchając Katie Melua, która w tamtym okresie najczęściej była tam grana. Bardzo dawno tam nie byłam, ale to miejsce uzależniło mnie od zielonej herbaty i szarlotki :)
Lisko,
absolutnie najsympatyczniejszym miejscem w okolicach Warszawy jest GOSPODA POD DĘBEM w Kamieńczyku!!! Nie ma miesiąca, żeby 'młodsza' część mojej ogromnej rodzinki się tam nie spotkała - obsługa jest przemiła, jedzonko jak u mamy, a desery fantastyczne! Polecam placki ziemniaczane z sosem kurkowym,pyszny smalec ze swojskim chlebkiem i gorącą gęstą czekoladę! Jest tam przytulnie i swojsko, nie ma tego specyficznego warszawskiego nadęcia.Co weekend gra kapela na żywo, co miesiąc babskie wieczory od dawna wpisały się w kalendarz naszych rodzinnych spotkań. A po jedzonku, przespaceruj się z dziećmi nad rzekę - w Kamieńczyku spotyka się Narew z Bugiem :) POLECAM! :)
Moja ulubiona restauracja jest bardzo daleko, bo aż w Istanbule. Maleńka lokanta prowadzona przez wąsatego Kurda z dwoma stoliczkami na krzyż. Zaglądaliśmy tam rano aby zjeść pożywną zupę z soczewicy mercimek corbasi. Zaglądaliśmy późno wieczorem na obfitą kolację, na którą składała się sałatka, kotleciki z soczewicy z ziołami i adana kebab z grillowanymi ostrymi papryczkami i chlebem ekmek właśnie co upieczonym w piekarence na przeciwko. Zaglądaliśmy o dowolnej porze na mocną turecką herbatę. Ale to nie tylko doskonałe i świeże jedzenie sprawiło, że dzisiaj mogę nazwać tą lokantę ulubioną restauracją. Sprawił to właściciel, Pan Usta, tak bardzo serdeczny, ciepły i otwarty. Mogliśmy porozumiewać się tylko po turecku przy pomocy małego słowniczka, ale zawsze przemile spędzaliśmy tam czas, na prostych rozmowach i uśmiechach. Zawsze dostawaliśmy herbatę gratis i nigdy nie czuliśmy się jak turyści, tylko jak przyjaciele. Gdybym miała spędzić jeden dzień w Istanbule, moje pierwsze kroki skierowałabym tam i wiem, że zostałabym przywitana jak dawno niewidziany krewny.
A wczoraj znalazłam mały bar gruziński w Warszawie, który ma szansę stać się takim moim ulubionym warszawskim miejscem. Ale o tym kiedy indziej :)
Witaj Lisko, moją ulubioną cukiernią w Gdyni gdzie mieszkam jest lokal T.Dekera. Chwile, kiedy stoję i patrzę na te słodkie przyjemności bez problemu odrywają mnie od rzeczywistości- rozważanie czy tym razem będzie to kawałek Tortu czekoladowego czy może mała Malinowa Rozkosz stanowią wtedy największy problem, niemalże egzystencjalny.. Czasami- banalnie może to zabrzmi, ale lubię ot tak po prostu kupić najzwyklejszą drożdżówkę, przysiąść gdzieś na ławce - nawet wśród miejskiego zgiełku, aby po chwili oblizywać palce ze słodkiego lukru, strzepać okruszki ze spodni i ruszyć dalej.Pozdrawiam Kamila
Moja ulubiona kawiarnia?
Jest ciepłe, letnie przedpołudnie.
Znajduję się w starej kamienicy i równie starej kawiarni..
przepełnionej aromatem świeżej kawy.Tam nikt się nie śpieszy, Pani przy ladzie kroi porządny kawał sernika, takiego najprawdziwszego, ciężkiego i uśmiecha się pod nosem.
W tle słyszę wolną muzykę.
Pan czyta gazetę, obok pani wyjmuje książkę. A ja zatapiam się w rozmowie z przyjaciółką o wszystkim i o niczym.
Pozdrawiam, Lisko.
duzym sentymentem darze Pikawe w Gdansku. Moze dlatego ze od chyba 7 lat niezmiennie mozna zjesc te same pyszne rzeczy, a moze dlatego ze Wlasciciele sa sympatycznymi dobrymi ludzmi. Moze tez dlatego ze znam kawiarnie od poczatku i od zaplecza tez, nie jedno popoludnie spedzilam na zmywaku gdy brakowalo rąk, byla przez pewien czas moim drugim domem. Milym dla oka bylo gdy w kawiarni tej pierwszej ,maciupkiej na 8stoliczkow przy 4 siedzialy mamy karmiace piersia. Takie zwyczajne miejsce, z pyszna kawa, z ciastami.tyle milych chwil gdy probowalismy nowe kawki,desery. I przyjaciele i znajomi krolika... Chyba najbardziej uroczy jest nastroj, a w polaczeniu z wnetrzem, z kawka z bananem plus wspomnienia,no az sie rozmarzylam, cofnelabym czas do wtedy...
Jednym z najbardziej magicznych miejsc, które chyba na zawsze pozostaną w mojej pamięci, jest warszawska restauracja "Jazzownia Liberalna". Lokalizacja banalna, można by rzec - typowo turystyczna (Stare Miasto). Jednak po przekroczeniu progu Jazzowni znajdujemy się w zupełnie innym, niesamowitym świecie. Być może to dlatego, że zarówno muzyka, jak i jedzenie, to chyba największe z moich słabości, a połączenie jazzu na żywo w mistrzowskim wydaniu i przepysznego, pięknie podanego jedzenia wprowadza mnie w stan błogości. No i wystrój... to trzeba zobaczyć.
Miejsce to odkryłam zupełnie przypadkiem - szukałam kameralnej, romantycznej knajpki, w której pewnego zimnego, lutowego wieczoru mogłabym zjeść kolację i wypić lampkę wina z najwspanialszym mężczyzną świata, którego wspaniałość dopełnia fakt, iż jest muzykiem (w dodatku przecudnej urody). No i trafiłam perfekcyjnie - on, ja, delikatne dźwięki fortepianu i wspaniała kolacja. Być może gdyby nie tamten wieczór, wcale nie zwróciłabym uwagi na to miejsce, ale wspomnienie tak wspaniałych chwil będzie prowadzić mnie do Jazzowni chyba zawsze, gdy tylko znajdę się w okolicy warszawskiego rynku. Gorąco polecam!
Witaj Lisko :).
Moim ulubionym gastronomicznie miejscem jest krakowska Czajownia. Jest to herbaciarnia usytuowana na Kazimierzu, o niesamowitym klimacie Wschodu, doskonale dobranej nastrojowo muzyce, niesamowitym zapachu oraz ogromnym wyborze najróżniejszych herbat ze wszystkich zakątków świata oraz idealnie dobranych przekąskach, które pasują do każdego serwowanego rodzaju herbaty. Uwielbiam to miejsce. Jest niepowtarzalne i cudowne. Można tam spędzić wiele godzin, a i tak nie ma się zamiaru wychodzić, tylko kusi, żeby zamówić kolejny dzbanek herbaty i następny deser.
Ojej :)! Ulubionych kawiarni może być wiele: każdego dnia można mieć szanse na taką wyjątkową kawę w wyjątkowej kawiarni bo wszystko tak naprawdę zależy od naszego nastroju. Osobiścia mam wiele wspomnień związanych z wieloma miejscami z Warszawy ale chyba najmilsze są z Cafe Colombia gdy w grudniu zeszłego roku, po dość długiej nieobecności w kraju, własnie tam zostałam zabrana na "siedzenie na kolanach swojego faceta i picie kawy gdy pada śnieg". Wnętrze jest nowoczesne, niebardzo romantyczne, ale dla mnie najsłodsze na świecie! Właśnie wtedy czułam miłośc, radość i smutek że niedlugo znów musze wyjechać ale że wrócę znów na tąkawę i na te ukochane kolana. To była poteżna mieszanka uczuć i emocji przyprawiona puszną kawą :). Do Cafe Colombia zabrałam także moją przyjaciółkę i przegadałyśmy tam całe godziny tak jakbyśmy niegdy nie musiały za sobą tesknić i tak jakbyśmy nie widziały że nasze życia tak się zmieniają.
Tak więc jak mam polecić miła kawiarnię na dzień dzisiejszy to Colombia na Nowym Swiecie :)
Magiczna.
Wiosną i latem pełna kwiatów na tarasie, jesienią wrzosów. Zimą przytulna w środku - blaty na maszynach Singera, fotele, krzesła i poduchy, poduszki, poduszeczki.
Druga sala kinowa - z Merlinką wysyłającą buziaki, siedzeniami kinowymi z lat 50. Obie z widokiem na olsztyńską starówkę.
Dla mnie jest kwintesencją tego, do czego wracam: do domu, do przyjaciół, do herbat z mamą, do gorącej czekolady z przyjaciółkami, do kawy w samotności. I do zakochanych spojrzeń nad imbrykiem:-)
Olsztyńska "Awangarda".
Moja.
Magiczna.
Może zaczaruje i Ciebie Lisko? :-)
"To lubie"
Jest taka mała, lecz bardzo przytulna i nastrojowa kawiarenka w Warszawie na ul. Freta 10. Pewnego dnia przechadzając się po Starym Miście moja uwagę przykuła niewielka kawiarenka o nietypowej nazwie. Zajrzałam przez okno i moim oczom ukazało się pomieszczenie utrzymane w romantyczno-rustykalnym klimacie. Weszłam do środka i odurzył mnie zapach świeżo parzonej kawy, ciasteczek maślanych i pierniczków. Zajęłam miejsce na pięterku przy pięknym starym drewnianym stole. Czułam się jak w powieści Jane Austin "Rozważna i Romantyczna"... Z bujania w obłokach wyrwał mnie intrygujący zapach pierniczków... Okazało się że specjalnością "To lubie" jest szejk Pierniczkowy (z lodami waniliowymi). Od tej pory gdy chcę się oderwać od rzeczywistości czy spędzić mile czas z bliskimi wpadam na ulubionego szejka lub świeże bułeczki z konfiturą z płatków róż... Polecam
'nowa prowincja' pana grzesia turnaua na krakowskiej brackiej, gdzie wbrew dźwięcznym stereotypom nie zawsze pada deszcz. za szarlotkę z orzeszkami pinii i sosem waniliowym pod pierzyną cukru pudru, jedną z lepszych jaką miałam okazję jeść, numer dwa zaraz po szarlotce mojej mamy. za miłą i tolerancyjną obsługę, która się nie dąsa i nie protestuje gdy proszę o zieloną herbatę, koniecznie z jaśminem i koniecznie z gorącym spienionym mlekiem. za stoliki na atresoli, za ten przy oknie które obejmuje fragment brackiej i za ten intymny nad kontuarem, zza którego przy odrobinie szczęścia można wypatrzeć samego wspomnianego pana grzesia t. z filiżanką cappucino w dłoni. za muzykę, za prasę, za zapach książek i kurzu, za mądre i piękne słowa w powietrzu. bez 'prowincji' kraków nie smakowałby tak magicznie.
a także podpisuję się obiema dłońmi pod wrocławską 'mleczarnią' i herbaciarnią pana dziwisza w kazimierzu dolnym nad wisełką, ciepło czułości rozczulenia.
Dziś znowu pada deszcz, egzamin tuż tuż, a ja dzięki Tobie Lisko pomyślałam sobie o Ibizie, o takiej małej, brudnej pasteleria, gdzie nie przychodzi nikt poza miejscowymi. Można tam zjeść prawdziwe flao, napić się cafe con leche i porozmawiać z uśmiechniętymi Hiszpanami, nie znając słowa w tym języku.
Dla mnie nic nie jest w stanie konkurować z flao, słodką tartą serową z ziołami: miętą, majerankiem, rozmarynem i moim ulubionym tymiankiem. Może i bardzo słodką, ale złamaną smakiem tych ziół. Nikt nie jest w stanie zrobić takiego flao ja to na Ibizie. Może to i dobrze, bo trzeba tam po prostu pojechać.:)
Latem to będzie Taqueria Mexicana na Starówce, skromnie reklamują się plakatem: Najpiękniejszy ogródek na świecie. Tak mnie zwabili. Powinno się okazywać paszport po wejściu w bramę i na podwórko starówkowej kamienicy. Kolorowe światełka, pluskająca fontanna w której pływają sobie nenufary. Truskawkowa Margarita wielkości solidnego wazonu z ciocinej etażerki. Muzyka na żywo. Idealna letnia randka w Meksyku dla tych, którzy tak jak ja boją się latać na wakacje.
mleczarnia! pełno tam małych stołów, wyświeconych od ciągłego stawiania filiżanek, czasami znajdzie się też na nich jakiś mały ornament lub szufladka, albo niepojęcie cienkie nogi, cienkie jak nóżki pająka. każda cukiernica inna, czekolada gęsta, z zastygłym na górze kożuszkiem i ciastkiem w kształcie serca. cicha muzyka snująca się pod sufitem, a ostatnio zauważyłam też, że jeden sufit wymalowany jest w kwiaty. idealny do bezmyślnego błądzenia wzrokiem. na ścianach pożółkłe fotografie niekochanych babek, kupione na jakichś targach staroci. maszyny singera i studenci, którzy budują barykady z pustych filiżanek po kawie. siny dym z papierosa i świeczki, wszystko takie, że nikt mi jeszcze nie wyperswadował, żebym tam nie leciała za każdym razem, kiedy jestem we wrocławiu. ;)
D.
Proza życia - restauracja w Ikea i najlepsza na świecie golonka (w menu występuje czasowo) - pycha! Poza tym lubię to ich "stołówkowe" żarcie, powtarzalne ale zdrowe :)
Super obieraki, od dawna poszukuję takiego, podobny ergonomicznie kupiłam dawno temu w szwedzkim sklepie, teraz teściowa męczy mnie o podobny, przypadkiem tu weszłam i znalazłam kuchennego gralla ;) Dla mnie bomba! :*
ps. graala oczywiście ;)
W Lublanie przy Placu Rewolucji Francuskiej jest wciąż i nieustająco, bo w Lublanie jak już coś jest, to trwa, knajpka o nazwie akuratnej Le pettit cafe z genialnymi kanapkami na ciepło, sałatkami, rozmaitymi quiche'ami, a tej porze roku ze szparagami, o niezapomnianym smaku. (są też i inne rzeczy, ale wymienione rzeczywiście zapadają w pamięć kubków smakowych). I oczywiście wino ze słoweńskich winnic, oprócz cabernetów i merlotów etc. godne polecenia lokalne wytrawne, ciemne, esencjonalne i gęste – refoszk i teran, pochodzące z Krasu. I oczywiście w kącie drugiej sali stały gość – pewna niemłoda już pani w ogromnych ciemnawych okularach nad lampką wina i kawą, codziennie o tej samej porze. I zawsze ci sami kelnerzy. Piszę – codziennie, bo przecież w Le pti-ju bywa się prawie codziennie, bo to rzut beretem od uczelni, biblioteki, bo to w centrum miasta, nieustająco po drodze, bo można przysiąść na chwilę, bo można siedzieć godzinami, samemu, w towarzystwie, zawsze w sam raz.
Najmilej chyba wspominam ostatnią wizytę w Jazz Caffee w Warszawie, niedaleko Placu Konstytucji.
Miejsce jest w samym centrum, ale po wejściu czujemy się od razu wydzieleni od miasta. Bardzo uprzejma obsługa, można polegać na ich takcie i poleconych potrawach.
No i pyszności przygotowują!
Najlepiej chyba wspominam deser Tiramisu!
Niebo w gębie. Ale i sałatka grecka była przepyszna, świeżutka i do schrupania!!!
Trzeciego dania nie pamiętam dokładnie, ale był to na pewno stek półkrwisty z sosem bodajże pieprzowym.
Wyszłam stamtąd bardzo zadowolona, a moje podniebienie dopieszczone!
Nie mówiąc już o koncertach na żywo muzyki głównie jazzowej. Ale i ta puszczana w tle jest doskonała, na wysokim poziomie, a jednocześnie pozwalająca na spokojną rozmowę, jeśli nie przyszliśmy na koncert, tylko porozmawiać.
Pozdrowienia Lisko! :))
Witam!!
Ja polecam w Szczecinie Cukiernie Malek. Mają przepyszną struclę malinową bez której nie ma u nas w domu żadnej uroczystości.pozdrawiam
A moim Lisko ulubionym miejscem a raczej miejscem do ktorego bym powrocila w kazdej chwili mojego zycia jest malutka wioseczka a raczej 2 domki koło Alanii w Turcji ktore przypadkiem odkrylismy wloczac sie na wlasna reke z mezem po tym kraju. Mały domek przy ulicy domowe jedzenie zero turystow smak przygody, dzikosc natury z malymi dziecmi zaryzykowac? troche sie balismy , odludzie nie wiadomo co bedzie...podlecial do nas maly chlopczyk ryba swiez krzyczal, weslzismy..pani podala nam slodziutenka herbatke i kazala poczekac na swieza rybke...siedielismy chwilke i jakie bylo nasze zdiwienie jak z okna p( pozbawionego szyb , firanek ) spostrzeglismy Pana domu wracajacego z wiadrem ryb z rzeki ktora plynela obok domu....
Turczynka przygotowala nam rybke z grila..nigdy jeszcze nie jadlam takiej pysznej ryby zlowionej minute przed podaniem, nie probowalam autentycznej regionalnej kuchni w zaciszu domowego ogniska...od tego czasu poszukuje ciagle nowych doznan kulinarnych omijajac szlaki turystyczne i zachwalane przez przewodniki lokale kierujac sie intuicja..to sa moim zdaniem najlepsze restauracje , knajpy , bary- kuchnia domowa!
W Toruniu, ulica PCK - mała piekarnia, czynna w nocy.
Teoretycznie otwarte do 22, ale często byliśmy nawet po północy - dopóki pieką chleb, dopóty piekarnia jest czynna...
A chleb za każdym razem kupuję inny - czasem żytni, czasem pszenny z amarantusem, czasem bochenki, czasem z foremki, czasem spychany...
I bułki dla dzieci do szkoły - zawijane, z ziarenkami, razowe ...
Mają też pyszne paszteciki z kapustą i placek wiosenny - z owocami i bezą.
W dzień są kolejki aż na dwór, ale w nocy - bez kolejki i wybór jeszcze większy :)
polecam.
Moje ukoane miejsce to Cafe Manekin w Krakowie, na ulicy Św.Tomasza. Miejsce wielkości skorupki orzecha i w takiej też kolorystyce. Zawsze siadam na piętrze na które prowadzą wąsko zakręcone drewniane stopnie. Stolik przy oknie, częściowo na ażurowej antresoli, nieco klaustrofobiczny. Miękkie poduszki rzucone od niechcenia. Zapach zaparzanego espresso nęci unosząc się z dołu delikatną wstęgą. Małe ciasteczko do kawy. Latte jeżynowe, jedyne w swoim rodzaju, zawsze przywołujące smak poźnego lata. Powolny sobotni poranek, stali bywalcy "na kreskę".
Ja poza konkursem.
Kasiek przywołałaś wspomnienia z dzieciństwa. Cały Kazanów chodził wieczorami po ciepłe pieczywo do piekarni pana Ciochonia. Kupowało się nawet po 20 bułek, zjadajac po drodze 2-3. Ostatnio, kiedy byłam w Przemyślu kupiłam pieczywo w tej piekrni, ale to już nie było to samo. Tamte bułki były takie wystane, wyczekane.W kolejce rozmawiało się o wszystkim, można było poznać plotki z całej. okolicy.
Ja największym sentymentem darzę cukiernię w moim mieści. Cukiernia Piast w Wałczu. Zawsze chodziło się tam na drożdżówki na długiej przerwie. Ale najlepsze tam były pączki. Pamiętam je jeszcze z wczesnego dzieciństwa. Pączki przy odrobinie szczęścia można było dostać jeszcze ciepłe. Są z lukrem i dżemem w środku, uwielbiałam jak się rozpłaszczały podczas gryzienia.
Drugie w kolejce są moje ulubione eklerki, jedyne jakie uznaję to z masą budyniową, tam jest optymalna, na wierzchu z warstwą czekolady.
Były jeszcze napoleonki, w dzieciństwie to moja mama je uwielbiała, ja zjadałam tylko pojedyncze warstewki ciasta, takie najbardziej kruche, nienasiąknięte wilgocią z masy budyniowej. Napoleonki były przepyszne, niestety te się dość dawno temu popsuły.
A cała cukiernia chyba niewiele się zmieniła przez te wszystkie lata i nadal ma stylistykę socjalistyczną. Z przodu długa lada, z tyłu kilka stolików z krzesłami, herbata w szklankach.
Przez te wszystkie wspomnienia każdej innej cukierni ciężko jest dorównać, z resztą startują w zupełnie innej kategorii, ta cukiernia to moja matka smaku pączków, napoleonek i eklerków. Dawno tam nie byłam. Przy następnej wizycie w domu trzeba sprawdzić czy się nie zmieniła :)
Nie ma lepszej kawiarni/restauracji/piekarni niż.... moja kuchnia. Nie mówię o tym, że świetnie gotuję, tylko o atmosferze, o tym że czuję się tu najlepiej. Że na talerzu wszyscy zaproszeni nie znajdą tylko potrawy ale serce i pasję. To w kuchni spędzam najlepsze chwile i nie ma znaczenia czy jest w niej ze mną pięć, siedem, dwie osoby czy jestem w niej sam, bo zawsze odcinam się od rzeczywistości. Nie ma nic lepszego niż utonąć w morzu aromatów i smaków tego co się samemu przygotowuje. Bo kocham kuchnię ale nie francuską czy włoską, kocham swoją kuchnię jako miejsce.
Najlepsze miejsce?? To takie, gdzie zatrzymuje się czas i można się rozpływać... dosłownie, najlepiej jak czekolada! Dlatego moim ulubionym miejscem jest pijalnia czekolady Wedla. Jeśli dodam do tego, że miejsce znajduje się na klimatycznym rynku w Krakowie, każdy zrozumie mój wybór. Za każdym razem odkrywa się nowe, niepowtarzalne smaki, które można zabrać ze sobą w postaci małych arcydzieł: listków, różyczek i innych uroczych pralinek. W tym miejscu działa magia. Czas się zatrzymuje, a zmartwienia znikają szybciej niż gorąca czekolada z filiżanek:))
"Lwowska" w Szczecinie, obok dawnego "śwoata dziecka" - za wspomnienia, za ulubioną babkę mojego dziadka, za to, że dzięki "Lwoskiej" będę się czuć w Szczecinie zawsze jak w domu. Za to, że mój Dziadek się uśmiechał...
Ja nie mam swojego ulubionego miejsca. W kawiarniach bywam czasami. Za to jak tylko jestem w Toruniu muszę iść na naleśniki do Manekina. Podają tam pyszne jedzenie, różnorodne farsze. Pychota. Za to zabawna anegdotka. Nowa obsługa w Pink Fleming. Zamówienie whisky z colą. I co dostaje zamawiający ? Szklaneczkę whisky i szklaneczkę coli. :).
Pozdrawiam
W Sopocie, jest kawiarenka , do której trafiają z reguły tylko miejscowi. Trudno znaleźć Art Deco. Znajduje się ona na parterze budynku mieszkalnego na wewnętrznym podwórzu przy Monte Cassino. Posiada jedynie 8 starych jak świat stolików ,kawę można wypić w przedwojennych filiżankach.
Okładka menu zawiera tajemniczy list o Afryce i podprogowo zachęca do zamówienie Robusty.
I to jest właśnie moje ulubione miejsce, spokojne, ciche, ukryte i na dodatek z najlepszą Paschą , jaką do tej pory jadłam.
Kawiarnia "Stacja" w Poznaniu, niedaleko starego Rynku. Niesamowity klimat, pyszny wybór kaw, przemiła obsługa oraz tory wkomponowane w podłogę to niewątpliwe zalety tego miejsca. Jeśli kiedyś będziesz w okolicach Starego Rynku w Poznaniu, to nie siadaj w ogródkach na rynku, lepiej zapuść się kawałek dalej na ulicę Woźną 1 (a raczej Klasztorną, bo to od tej ulicy jest wejście)!
Dla milosnikow Sushi polecam KOBE House w Amsterdamie. Prawdziwe Sushi, rewelacyjna i wyrozumiala obsluga :) W takich warunkach nawet przelkniecie sushi z osmiorniczka nie wydawalo sie takie strasze ;)
Wiecej: http://www.kobehouse.nl/
Lodziarnia i kawiarnia zarazem - 'Roma' przy ulicy Rydgiera we Wrocławiu czyli o tym jak Włoch z Polakiem tuż po wojnie utworzyli na gruzach miasta odrobinę luksusu. Uwielbiam ten zupełnie nie-trendy wystrój, piankowe sorbety (promocyjnie kupując jedną gałkę dostaje się dwie), lody marchewkowe, codzienne zaskoczenie wyborem smaków, kawę co stawia na baczność i cały 'schowany' klimat tego miejsca.
"Le Cher" w Otwocku
Już sama nazwa zaciekawia, a jest rzeka przepływająca przez miasto we Francji - Saint-Amand-Montrond (bliźniacze miasto Otwocka).
Jeżeli chodzi o samą cukiernię, jest tam świetny klimat, skąd nie chce się wychodzić. Wystrój wnętrza stylizowany na wnętrze domu (kredensiki, pufy, szafy itp.). Stoi też stary słup z ogłoszeniami i wielki obraz na ścianie stylizowany na ulicę, co stwarza wrażenie otwartej przestrzeni połączonej z niezykle klimatycznym domwym zaciszem, sama potrafiłam tam spędzić pare godzin - plusem jest to, że można zjeść również pyszny obiad. A ciastka - poezja - polecam Ciastko Czekoladowe i Budapesztka.
jej, wszysscy się tak rozpisują, rozsmakowują, a ja tylko chciałam napisać.... ze najlepsze lody są w Puszczykowie pod Poznaniem, obok przejazdu kolejowego. Jeżdzimy na nie juz ponad 30 lat i nic a nic się nie zepsuły. Najlepiej na rowerach, w upalny dzień, przy zamkniętym przejeżdzie, gdy jedzie parowóz. aha, w Puszczykowie jest jeszcze zabytkowa stacja PKP :)
L'india to kawiarnia w Vic, małym katalońskim miasteczku. Stylizowana jest na angielski pub- drewniany sufit, ciemne skórzane kanapy, stare reklamy producentów piwa. Serwują tam najlepszą kawę i herbatę, jaką do tej pory piłam. Wszystko na pierwszy rzut oka jest proste i zwyczajne, ale jedno spojrzenie w stronę baru i wiemy, że nie jest. Setki małych filiżanek, dziesiątki imbryczków świadczą o tym, że tutaj herbata nie jest napojem dla schorowanych tak, jak to bywa w innych katalońskich i hiszpańskich kawiarniach. L'india to jedyna kawiarnia do której lubiłam chodzić sama, w której czytanie książki czy pisanie listu dziwiło gości tak, że podchodzili i pytali czy robię to często. A pytali po katalońsku, bo innego języka w kawiarni używać się nie powinno o czym informuje napis na drzwiach. Nie znając katalońskiego odważyłam się zostać stałym bywalcem i był to strzał w dziesiątkę, bo nic tak nie łamie bariery językowej jak dobra kawa i croissant z czekoladą. Jeśli będziecie w katalonii, koniecznie odwiedzcie l'india. I radośnie powiedzcie, ze jesteście z Polski, bo Polacos dla hiszpanów to nie tylko my, ale też oni. Katalończycy.
Z czasów studiowania we Wrocławiu została mi miłość do Mleczarni. Zawsze będę kochać to klimatyczne miejsce.
Teraz mieszkam w Kilkenny i kocham większość tutejszych pubów i kawiarni, szczególnie The Playwright ;)
Jest takie miejsce w Krakowie, dwa kroki od Rynku Głównego, gdzie w czynnym przez cały rok ogródku z przeszklonym dachem można zjeść pyszny, szybki posiłek, skomponować własny zestaw na lunch wybierając z kilkunastu rodzajów sałatek i dań ciepłych, wypić świeżo wyciśnięty sok z marchwi, poczęstować się pieczonym ziemniakiem z żeliwnego pieca stojącego w kącie i spotakć nie widzianych dawno przyjaciół, którzy "wyskoczyli z biura tylko na 10 minut". Menu codziennie się zmienia (tarta szparagowa, kulebiak z kapustą, naleśniki ze szpinakiem...), sałatki komponowane są w oparciu o sezoneowe produkty (sałątka z mniszkiem lekarskim, soja z soczewicą, botwinka z pomarańczą...), a koktajle przyrządzane ze świeżych owoców. Dania wybieramy z bufetu, a dla koneserów dostępne są piwnice z daniami restauracyjnymi serwowanymi z karty. Ja sama bywam tam kilka razy w tygodniu.. zapraszam:) Chimera, ul. Św. Anny, Kraków.
Czekoladziarnia w...
Restauracja przy...
Piekarnia kogo...
Niestety nie mogę podać przykładów bo nie mam takich ulubionych miejsc.
Ja wolę:
- chleb upieczony przez przyjaciółkę, bo pachnie jak żaden inny, a zjedzony przy jej kuchennym, wiejskim stole, smakuje jak najlepszy rarytas. Bez niczego. Smak chleba sam w sobie.
- obiad, który zrobię wraz z mężem, bo uwielbiam te chwile spędzone razem w kuchni i wystarczy proste danie by poczuć później przyjemność wspólnego posiłku.
- ciasto, które sama upiekę, bo lubię patrzeć jak znika z blaszki z prędkością światła :-)
Minęło jakieś 7 lat od wyprawy rowerowej z mężem po górach stołowych. Piękny to był czas... Do dziś wspominamy z rozrzewnieniem jedno z najcudowniejszych miejsc, gościnnych, uroczo magicznych, które spotyka się przypadkiem, które spadają z nieba całkiem nieoczekiwane... Zagroda Czarny Koń w Szczytnej. Mała zagroda, właściwie agroturystyka z kilkoma miejscami dla gości, łowisko pstrąga obok, miejsca dla głodomorków wewnątrz i na świeżym powietrzu. Zapachy które rozchodziły się z kuchni spowodował ze nasze żołądki zwariowały. Karta kusiła propozycjami, ale jako ze uwielbiamy ryby oczywiście skusiły nas świeże pstrągi. Chwil kilka w oczekiwaniu i są! Chrupiące, obsmażane na własnym smalcu ze świeżymi ziołami w środku, a do tego sosik czosnkowy o klarownej konsystencji, którego nie potrafiłam rozszyfrować - tajemnica właścicielki :) Niebo w gębie. To były najcudowniejsze pstrągi jakie jadłam w życiu!!! Ciągle je wspominamy... i wiecie co? w tym roku znów tam jedziemy na rowery i zajedziemy na pewno do tej zagrody z niebiańskim pstrągiem :) Już nie mogę się doczekać!!!
Cześć Lisko, ja chciałabym napisać o najlepszej na świecie lodziarni. Jest to lodziarnia na kółkach (mieści się w przyczepie kempingowej) w Wyszkowie, pojawia się zawsze w tym samym miejscu wyłącznie w sezonie letnim. W swojej ofercie posiada tylko kilka smaków: śmietankowe, truskawkowe, czekoladowe, orzechowe i czasem jagodowe. Nigdzie indziej nie jadłam lepszych lodów śmietankowych. Są delikatne, nie za słodkie (Pan który je robi pamięta, że cukier nie jest głównym składnikiem lodów), orzeźwiające, ale jednocześnie takie … śmietankowe! Nie potrafię opisać tego smaku. Jak tylko odwiedzam moich rodziców jedziemy po lody na wynos z termosem :). Ostatnio zastanawialiśmy się, czy nie najmłodszy już Pan R. odstąpiłby nam swoją recepturę. Ktoś przecież będzie musiał kontynuować jego dzieło!
Moje miejsce to żadna firmówka, ani miejsce w którym można się polansować. W zasadzie jedynym produktem tam dostępnym są pączki, a właściwie Pączki. Małe, wielkości orzecha włoskiego, o delikatnej barwie ciasta drożdżowego smażonego w świeżym oleju, smażone w dobudowanym do uroczego domku jednorodzinnego aneksie, przystosowanym do bycia cukiernią - pączkarnią. To miejsce znajduje się w Karwii, nad morzem, niedaleko Jastrzębiej Góry. Tam właśnie co roku decyduję się spędzić urlop, między innymi dlatego, aby rozkoszować się smakiem ulubionych mini pączków serowych.
"Moje" miejsce nie jest w egzotycznym miejscu, ani nie jest modnym i ekskluzywnym lokalem. To piekarnia rodziny Garbulewskich w Radzyminie. Prowadzona od ponad 70 lat słynie z tradycyjnego pieczywa pieczonego bez polepszaczy i według starych receptur. Miejsce niezwykłe, pachnące chlebem i kojarzące się ze światem, który po trochu odchodzi w niebyt. Mieści się w pięknym budynku, przed którym stoi zabytkowy wóz do rozwożenia pieczywa. Po pieczywo tutaj przyjeżdżają ludzie także i ze stolicy, a sława bułeczek z żurawiną sięga baaardzo daleko :-) Coraz mniej takich magicznych miejsc i tak wspaniałych ludzi jak właściciel piekarni Pan Marek. Kocha to co robi i w tym pewnie tkwi tajemnica sukcesu. Zapraszam gdyby ktoś przejeżdżał przez Radzymin!
Dorota z beaglem
Uwielbiam przesiadywać w kawiarniach! Zawsze, kiedy kelnerka podaje mi zamówioną kawę z wielką pianą mleka i ciastko, którego sama nie potrafiłabym tak bajecznie podać - to wszystko sprawia, że moje oczy przybierają kształt oczu Kota w Butach ze Shreka. :)
Ale kawiarnia, a właściwie herbaciarnia, z którą wiążę najprzyjemniejsze wspomnienia to kaliska "Chimera" na ul. Złotej. Chodziłam tam na wagary (i nie tylko!) w czasach liceum, kiedy zabawiałyśmy się z przyjaciółkami w młodopolskie dekadenckie filozofki. :) Teraz się uśmiecham, kiedy myślę o tych ciężkich tomach Norwida, czy tomikach poezji Stachury nad porcelanowym dzbanuszkiem z parującą herbatą "Kapitan Morgan", czy "Jesienny wieczór" (to akurat pasowało do naszej "aury";)). Do tego zawsze malutkie korzenne ciastko. W głośnikach boska Edith Piaf... Wystrój taki, który dziś nazywam babcinym - obite miękkim materiałem fotele, stylowe stoliczki, lampki, świeczki i kwiatek w małym wazoniku. Ogólnie, zaniżałyśmy średnią wieku klienteli dość radykalnie. ;) Ale jakbym ironicznie nie patrzała z perspektywy czasu na to miejsce, to zawsze będę pamiętać, że jakimś magicznym sposobem czas tam po prostu zwalniał. Wiem, że to dość banalne stwierdzenie, ale przysięgam, że nieraz byłyśmy przekonane, że zaraz trzeba uciekać do domu na obiad, a zegarek wskazywał dopiero porę drugiego śniadania. :) Więc siedziałyśmy dalej...
W podwarszawskiej Podkowie Leśnej, gdzie mieszkałam całe dzieciństwo, jest taka malutka kawiarnia 'Mili Moi'. Jeżeli nie wie się gdzie iść można nie trafić, nie znajduje się bowiem w centrum miasta, raczej na uboczu, wśród domków jednorodzinnych. Zresztą, samo "mili Moi' jest wydzieloną częścią czyjegoś domu, takiej starej, drewnianej willi, przywodzącej same miłe wspomnienia. Wchodzi się po schodkach, przez taką jakby werandę, prosto do przytulnego pomieszczenia pełnego niedopasowanych, a przez to tak harmonijnie współgrających mebli. Od wejścia wita miły zapach domowego ciasta i świeżo mielonej kawy. Na ścianach obrazy, zdjęcia, bo Mili Moi jest jednocześnie galerią, gdzie delektując się pyszną kawą czy koktajlem można obejrzeć twórczość młodych (i nie tylko ;)) artystów. Miejsce przyjazne dzieciom(z wyjściem na ogród latem) i zwierzakom, które można tam zabrać ze sobą. Przytulne, ciepłe, takie rodzinne, gdzie z dużego słoja wybieramy sobie pyszne owsiane ciastka do kawy i rozmawiamy godzinami. Naprawdę, polecam, jeżeli kiedyś wybierzecie się do Podkowy Leśnej, to miejsce ma w sobie magię.
Najukochańszą, najcieplejszą, po prostu MOJĄ knajpą jest Esencja Smaku. Robiona przez ludzi z pasją, z charakterem. Najwspanialszym momentem było dla mnie poznanie kucharza... kiedyś zrobił przepyszne szparagi.. i poprosiłam kelnerkę aby mu przekazała podziekowania... i w tym momencie kucharz wyszedł na chwilę PO COŚ z kuchni..i podszedł do nas. podziekowałam mu,a on zrobił się taki zmieszany, taki mały, ale jednocześnie uradowany i szczęsliwy. ta prostota mnie urzekła... i miłość, którą pachnie każde miejsce!!
Wielki stół nakryty śnieżnobiałym obrusem stojący w ogrodzie posiadłości Frances Mayes, Bramasole.
To właśnie moje ulubione miejsce. Wymarzone królestwo kulinarnych doznań...
Pozdrawiam Cię Lisko.
Dla mnie jest jedna restauracja w Warszawie, o której chyba nigdy nie zapomnę. To Freta 33 na ulicy Freta. Nie ma jednoznacznie określonego typu kuchni, ale za każdym razem potrafi mnie zaskakiwać. Kiedyś uwielbiałam ją za gnocchi z owocami morza i sałatę z kurczakiem w sosie aioli. Teraz biegnę tam na rigatoni z pesto z pietruszki, czerwoną cebulą, kaparami i parmezanem. No i do tego cudowne czerwone winko, bardzo miła obsługa. Nie mogę zapomnieć o wnętrzu. Teraz co prawda kusi ogródek, otoczony roślinnością. Zimą jednak w oryginalnie urządzonym wnętrzu zupełnie inaczej smakuje Sernik 33 i grzane wino:)
Moje ulubione miejsce to CZEKOLADZIARNIA ŚWIAT MAŁO ZNANY w Olsztynie (ul.Mazurska 6). Jest to bardzo klimartyczne miejsce z cudownie cipłym kominkiem, z pięknymi, olbrzymimi fotelami, stylowymi meblami, nastrojową muzyką... Miejsce, w którym można napić się prawdziwej, PYSZNEJ czekolady. Z dodatkim aromatycznych przpypraw, lub klasyczną. To miejsce, w którym mozna delektować się boskimi czekoladkami... To miejsce na spotkanie z przyjaciółką, miejsce na poczytanie ksiązki czy gazety, czy też miejsce, w którym można posiedzieć i pomyśleć...
szczerze polecam
ooj jest kilka takich do których wracam ale najbardziej lubię chyba "guliwer" na brackiej w Krakowie... w każdy czwartkowy ranek przyjezdzam specjalnie godzinę wczesniej przed wykłądem by usiasc na wyglądających niewygodnie ale tak naprawdę wygodnych masywnych krzesłach, sluchac spokojnej muzyki, i zjesc pyszną cytrynową tartę (którą potem sama nauczyłam się robic), szarlotkę, creme brulee, a jeśli nie zdazyłam zjesc w domu sniadania to francuskie lub angielskie śniadanie albo po prostu jajecznicę... i obowiązkowa duża ilosc zielonej herbaty, po której zawsze na wykładzie obiecuję sobie że nigdy wiecej jej w tedy nie wypiję gdyż moczopędnie działa bardzo :D a i tak za tydzien znowu zamawiam dzbanuszek zielonej herbaty... i coś czego jeszcze nie próbowałam z tamtejszego menu :)
Kawiarnia literacka "Józef K." w Sopocie :)
uwielbiam te miejsce za magiczną atmosferę, gdzie czuję się bezpiecznie... tak jak w domu, do którego zawszę chętnie wracam.
Pozdrawiam i uśmiech przesyłam :)
Nika
Gdy myśli Ci zmarzły na lód – rozgrzejesz je tam czekoladą
Gdy dobre sny zmorzył Ci głód – nakarmisz je tam tartą cytrynową
Gdy na Brackiej pada deszcz -przykleisz się tam do ściany
Niech zagadka tego kawiarnianego istnienia, zmusi Cię drogi czytelniku do myślenia.
Powinno być łatwo, bo ani to miejsce nowe, tylko raczej (na nieszczęście) znane i lubiane przez wielu,
ani nie na prowincji, tylko raczej (na szczęście) w samym centrum królewskiego miasta!!!!
P.S. Post składa się z fragmentów piosenki Grzegorza Turnaua, co dla niektórych może być dodatkową podpowiedzią, o jaką kawiarnię mi chodzi.
Pozdrawiam serdecznie!!!!
Oczywiście każdy ma kilka swoich ulubionych miejsc.. Ja powiem tylko o swoich trzech...
Pierwszym miejscem jest Restauracja Stary Port - nigdy nie jadłam lepszej polędwicy wołowej, tatara, ryb grillowanych cudnie marynowanych.. poza jedzeniem miejsce ma niesamowity klimat.. są w środku małe młyny wodne, podłogi z desek utrzymanych w stylu reszty restauracji - stare piękne z urokiem wspomnień, pod deskami woda z pływającymi rybkami, przy wyjściu wielki kosz ze świeżymi jabłkami do zabrania na deser do domu :) Tam czas się zatrzymał :)
Kolejnym miejscem, które zakradło się do mojego serca i moich wspomnień jest cukiernio kawiarnia w Sarti- Halkidiki/ Grecja - niedaleko morza - z jednej strony widok na góry z drugiej szum morza, ratanowe wielkie i wygodne fotele, urocze stoliczki, piękne pachnące kwiaty, aromotyczna kawa i ciastka, które można sobie tylko wymarzyć.. ja uwielbiam babeczki z wiśniami z migdałami z nadzieniem niby budyń, niby panna cota, niby śmietana, niby krem.. babeczka naszączona syropem z wiśni, prażone migdały na zewnątrz.. uwierzcie mi NIEBO W GĘBIE ;)
Kiedy ugryzie się kęs samoistnie zamykałam oczy aby delektować się smakiem wsłuchując się w szum morza i zapach kwiatów drzew i otoczenia :)
Trzeci miejscem jest kawiarnia w Bydgoszczy na Starym Rynku u Sowy... i lody czekoladowe z ciepłymi wiśniami z cynamonem.. uwielbiam :)
Ulubione miejsce - kawiarnia filmowa Awangarda na olsztyńskiej starówce. Znajduje się tam również sala kinowa, gdzie są typowo "awangardowe" seanse. Można tam napić się pysznej kawy pod patronatam Marylin Monroe, cieszyć oczy starymi, cudnymi zdjęciami tej i innych gwiazd starego kina. Przymocowane na stałe podwójne siedzenia wyciągnięte wprost z sali kinowej są najwygodniejsze na świecie. I ta gorąca, gęsta czekolada z chilli, która jest prawdziwą czekoladą a nie wodą z kakao. Zakochałam się w tym miejscu i w chłopaku, którego tam zabierałam aby smakować kolejne pozycje z długiej listy cudownych kaw z przeróżnymi dodatkami, często procentowymi. To najlepsze miejsce w Olsztynie, gdzie można zabrać ukochaną osobą jak i bliską przyjaciółkę. A połączenie kawy i wspaniałych lodowych deserów lub kawałka świeżego jabłecznika na każdym zrobi najlepsze wrażenie. Do tego niepowtarzaly klimat, nastrojowa muzyka... To moje miejsce!
Let's get together and feel all right... takimi słowami zaprasza moja ulubiona pubo-restauracjo-kawiarnia w boliwijskiej Jamajce - Copacabanie. Podczas ulewnego deszczu, strajku transportowców to właśnie w niej przy mate de coca znalazlismy schronienie. Nazwy restauracji nie pamiętam, a raczej nigdy nie poznałam, ale jeśli zobaczysz rowerzystę z dredami, kolczykami jak z kości słoniowej sięgających ramion oraz wiozącym siatki wypełnione ananasami, zieleniną, świeżym pstrągiem i pieczywem to koniecznie udaj się za nim... Między innymi z tych składników zrobiona była najlepsza pizza hawajska jaką do tej pory jadłam. Składniki na Twoje zamówienie przyjadą "kolejnym transportem" i stworzą świeże danie, którego smak będzie Ci nieustannie zadawał pytanie dlaczego ta Boliwia jest tak daleko...
"Piecuch Cafe" - mała knajpka w Grajewie (woj.podlaskie). To bardzo trudne zadanie otworzyć i utrzymać klimatyczne miejsce w małej miescinie. A jednak! Udało się! Bywam tam z wielką przyjemnością. Wcianm ze smakiem dania pieczone w prawdziwym piecu opalanym drewnem, delektuję się pyszną szarlotką i tiramisu sporzadzanym przez przemiłą właścicielkę Panią Kasię, a to wszystko popijam niepasteryzowanym piwem miodowym Ciechan. Z głośników sączy się muzyka, pachnie drzewo palone w piecu i przyrządzane jedzenie... czas zdaje się nie płynąć... aż szkoda, że jednak przychodzi ta chwila, że trzeba wyjść i otrząsnąć się z magii.
"O słodkości iskro Bogów!!!"
Wrocław, ulica Więzienna, czekoladziarnia CHOCOFFEE.
Już sama droga do tego miejsca wprowadza mnie w bezmiar spokoju i przynosi ukojenie po dniu ciężkiej pracy;) W progu wita mnie niebanalna, nastrojowa muzyka, znajoma mi;) Zapach i ciepło niemniej ważne, wabią do środka, by w końcu zasiąść przy stoliku i napić się gorącej czekolady - takiej od serca czekolady czekoladowej, nie czegoś na miarę czy podobieństwo czekolady. A kiedy już słodycz dotrze głęboko, podziwiam wystrój, ludzi wkoło tak swobodnie dyskutujących śmiało i nieśmiało zarazem, z brązową obwódką na ustach;) I zawsze za ladą jest jakaś ładna, miła pani, nienagnnie ubrana, ciekawie uczesana taka bajkowa, nie z tego świata - krząta się.
Ja mam dwa ulubione miejsca, do których wracam przy każdej nadarzającej się okazji. Pierwsze dla oszczędnych, lubiących dobrze i tanio zjeść - Bar Grodzki mieszczący się przy ul. Grodzkiej w Krakowie. Wyprawa do Grodu Kraka od dawna kojarzy mi się ze smakiem prostego jajka sadzonego z ziemniakami i fasolką szparagową. Drugie miejsce odkryłam przypadkowo parę lat temu będąc w Kazimierzu nad Wisłą. Miejsce polecone przez przypadkowo spotkanego miejscowego. Zapytany, gdzie można tu dobrze zjeść powiedział krótko: "U Fryzjera". Po przekroczeniu progu tej knajpy, miałam mieszane uczucia. Tłoczno i gwarno. Ale jak człowiek głodny, to zniesie wszelkie niedogodności byle by tylko zapełnić brzuch. Z zamówionych wtedy dań za każdym następnym razem niezmiennie proszę o goldene joich - rosół z knedlikami. Niebo w gębie.
Pozdrawiam serdecznie,
Enyo
Hmmm...trudno tak podać jedno miejsce...to jedyne...jest ich wiele. Myśląc o ulubionych kawiarniach czy restauracjach myślę w kontekście pór roku. I tak zaczynając od wiosny, która kojarzy mi się z weekendowymi rowerowymi majówkami przychodzi mi na myśl niewielka Gospoda pod Modrzewiem w miejscowości Krynki na Podlasiu. Można tam zjeść regionalne przysmaki takie jak: kiszka ziemniaczana, kartacze czy przepyszny placek cygański. Myśląc o lecie przywołuje w myślach Sopot i niewielkią, urokliwą kafejkę Józef. K znajdującą się w starej kamienicy nieopodal dworca kolejowego. W tym miejscu można napić się pysznej kawy i herbaty a także skosztować smacznej szarlotki bądź sernika. Kawiarnia jest pełna książek i ciekawych przedmiotów różnego rodzaju. Polecam miejsce na antresoli:)Kiedy nadchodzi jesień chętnie wybieram się w bieszczady. Gdy już tam jestem zaglądam do Wetliny do winiarni Stare Sioło. Duży wybór win z całego świata, pyszne jedzenie,domowe nalewki, ciekawe kameralne koncerty jezzowe. To wszystko w przytulnym wnętrzu starej chaty z kominkiem i przesympatycznymi gospodarzami. Zimową porą bardzo lubię przesiadywać w kawiarni To Lubię na Freta przy kościele św. Jacka. Siadam na górze przy stoliku przy oknie zamawiam aromatyczną korzenną herbatę a do tego zapiekane jabłka pod kruszonką. Ależ to wszysto pyszne...Pozdrawiam
Dla samego polecenia miejsca warto się wpisać, w wiec wpisuję - moje magiczne miejsce to poznańska Poema Cafe. Dawniej była to herbaciarnia "Za parawanem", potem zmienił się właściciel i nazwa, ale klimatu tylko przybyło. Mieści się ona na ulicy wodnej, to boczna uliczka od Starego Rynku, skręca się koło fary. Nigdzie nie piłam lepszej czekolady na gorąco! A ogródek z tyłu lokalu to idealne kameralne miejsce w sercu miasta. Zawsze wracam tam z sentymentem...
Po zadanym temacie wertowałam w głowie wszystkie odwiedzone przez siebie kawiarnie, te bardziej eleganckie, i mniej, większe i mniejsze, sieciowe i nie i starałam się wybrać wśród nich tą jedną jedyną, która zrobiła na mnie jakieś niepowtarzalne wrażenie. I nagle, wpadło mi do głowy - KORONOWO! Że też od razu nie pomyślałam.. Koronowo to mała mieścina niedaleko Bydgoszczy, mojego rodzinnego miasta, znajduje się po drodze do Pieczysk - miejsca, gdzie wakacje spędza połowa Bydgoszczy, jakoże działkę tam ma i mój dziadek spędziłam tam połowę dzieciństwa.. a podczas tego dzieciństwa - smak niepowtarzalnych, jedynych w swoim rodzaju lodów - naturalnych, mlecznych bardzo truskawkowych albo bardzo waniliowych. Cukiernia w Koronowie stała się niemal kultowym miejscem, które odwiedzaliśmy z rodzicami ilekroć przejeżdżaliśmy przez Koronowo żeby tylko znów poczuć smak wakacji. Niepowtarzalne lody koronowskie można znaleźć w dwóch miejscach, na małym ryneczku "U Kazia" i na drodze wyjazdowej z Koronowa. Ilekroć chcę zrobić sobie naprawdę dużą przyjemność, wsiadam do samochodu, jadę 20km, i zapominam się jedząc najlepsze lody pod słońcem, wdychając wakacje :)
O tak! Już je widzę, te piękne szafirowe drzwi, tam na końcu… we wzory ręcznie malowane i z mosiężną klamką. Schowane w małym zaułku centrum miasta. To one zapraszają do miejsca, o którym już nigdy nie zapomnisz… ”Con Lill”
Dominuje tu odcień brązu szmaragdu i szafiru. Przeważają elementy drewniane, i miękkie tkaniny. Gdzieniegdzie zauważysz piękne donice z ziołami, i flakony ze świeżymi kwiatami. Nawet w dzień otuli Cię światło z urokliwych lampioników, zawieszonych nad stolikami. Jest przestrzennie, bez trudu możesz przemieścić się miedzy stolikami.
Gdy już tam zawitasz, trudno Ci wybrać idealne miejsce, bo każdy fotel, siedzisko, czy stolik przykuwają bardzo mocno uwagę. Każde z nich jest niesamowicie wygodne, miękkie, stabilne i oryginalne. Są gwarancją ogromnej wygody. To bardzo ważne, podczas konsumpcji, tego, co zamówisz, aby móc w pełni oddać się smakom i aromatom.
Już na wejściu, cudowny zapach kawy, ciasta i kwiatów jakby podstępem owija nozdrza i wargi. Bez wahania, zamówiłabyś wszystko, co tylko zawarte w kaligrafowanej karcie. Nie ma tam pośpiechu, odczuwasz to zaraz po wejściu. Tam świat bynajmniej nie pędzi…lecz nie czekasz długo na zamówienie.
Wyjątkowo miła i rodzinna obsługa, wykonuje swoje zadania perfekcyjnie, jakby robili to od bardzo dawna. Masz ochotę na Cappucino, to zamów je!!! Będzie takie, jakie powinno być, bez przesadzonej ilości mleka. A wzór na piance zachwyci oraz przypomni Ci same miłe chwile. Oczywiście jeszcze obowiązkowo ciasto. Najlepiej sernik, lub czekoladowy torcik. On naprawdę rozpłynie się w ustach. Wypieki są cudowne, bo przepisy na nie zna tylko Pani Amelia, starsza kobietka, która receptury trzyma w drewnianej skrzyni, ale tak naprawdę ich nie potrzebuje, bo pieczenie ma we krwi.
Gdy spojrzysz dookoła, zaczniesz podziwiać piękne kredensy i szafki, które nadają niepowtarzalny klimat. W jednej witrynce stoją najpiękniejsze filiżanki, jakie w życiu widziałam. Przygotowane specjalnie dla gości. Każda inna, możesz wybrać swoją ulubioną.
Obrazki na ściany, maluje artysta z pobliskiej, kamienicy, co rano wpada tu na kawę.
Obłędne miejsce do wypoczynku, relaksu i oderwania się od rzeczywistości, choć na chwilę. Możesz poczytać książkę, porozmawiać z normalnymi ludźmi, bo tylko tacy tu przychodzą, lub po prostu posiedzieć i poczuć się jak gdzieś w odległym przyjemnym miejscy lub w saloniku Twojej ukochanej babci.
A ta muzyczka w tle…idealna, nie potrafię wyrazić mojego stanu błogości.
„Con Lill” z pewnością ma w sobie magię.
NIESTETY JESZCZE NIE ISTNIEJE!!!, ale o takiej kawiarni właśnie marzę… Może kiedyś:)
Nie opiszę tu żadnej z klimatycznych herbaciarni ani kawiarni Szczecina, Poznania ani Krakowa, które miałam okazję odwiedzić. Świętowanie rzecz ważna, ale dzień powszedni - ważniejsza. A w dni powszednie już od prawie siedmiu lat niezmiennie towarzyszy nam rzetelny razowy chleb na zakwasie, z pyszną chrupiącą skórką, chleb z piekarni "Almir" mieszczącej się w peryferyjnej dzielnicy Szczecina - Podjuchach. Kilka minut spacerem od naszego domu. Sakramentalne pytanie "Z dynią czy ze słonecznikiem?" - najczęściej wybieram ten z pestkami dyni. W "Almirze" szanuje się chleb; trzeba się spieszyć, bo choć piekarnia czynna do osiemnastej, nierzadko już w południe odchodzi się z kwitkiem. Piekarz piecze tylko tyle bochenków, ile jest pewien, że sprzeda. Lubię tam przychodzić, chyba najbardziej dla tego cudownego zapachu. Kiedy mam ochotę na pizzę, oprócz razowca kupuję kostkę porządnych piekarskich drożdży, które jeszcze nigdy mnie nie zawiodły. A w chwilach słabości dorzucam kilka "ptyśków" - rozkosznych kulek z ptysiowego ciasta, z których każda jest wypełniona pysznym, nienazbyt słodkim kremem.
Lisko, muszę przyznać, że to właśnie przez tę moją piekarnię nie zaopatrzyłam się jeszcze w gliniany garnek i nie upiekłam niczego z Twojego drugiego bloga...
Uwielbiam… kiedy przekraczając próg kawiarni do moich nozdrzy dopływa niesamowity zapach kawy i świeżego ciasta, kiedy do uszu dochodzą łagodne dźwięki muzyki i rozmowy ludzi, którzy z uśmiechem na ustach rozkoszują się tym, co im podano na talerzu, kiedy nabieram inspiracji do kolejnych działań patrząc na pięknie urządzone wnętrze, kiedy otwierając menu, nie wiem co wybrać, bo każda potrawa jest tak bajkowo opisana, że trudno się zdecydować, kiedy kelner przynosi talerz, który wygląda jakby go dotknął pędzlem sam Picasso, kiedy biorąc pierwszy kęs, myślę: chwilo trwaj… i powracam tam nieustannie na poranne tosty z serem brie, orzechami i winogronami, na talerz pełen makaronu z tuńczykiem i brokułami, a przede wszystkim na kawę z nutką chilli i pyszne domowe ciasta.
Uwielbiam… Ptasie Radio na ulicy Kościuszki 74 w Poznaniu.
Moja ulubiona cukiernia mieści się w parku Skaryszewskimn Misianka Panie pieką cudowne wypieki do moich ulubionych należą torty bezowe :) jeśli chodzi o kawiarenki to Małe literki na Wilczej mają cudowny klimat i kawę :). Coś z polskiej kuchni to słynny na świecie bar mleczny Bambino na Hożej polecam :)
Jest takie miejsce w Łodzi, o którym trzeba WIEDZIEĆ. Nie mieści się w centrum, więc nie trafiają tam przypadkowe osoby. Na posiłek czeka się dłużej niż 15 minut, ale to dobrze, ponieważ to znaczy, że nie podgrzewa się go w mikrofalówce, a naprawdę przygotowuje przed podaniem. W środku jest ciepło i przytulnie, gra spokojna muzyka, a na stół wjeżdżają świeże, pachnące i pyszne potrawy. Moi faworyci: sałatka z awokado, rosół pavese, semifreddo... Ciągoty i Tęsknoty w Łodzi. Miejsce dla smakoszy. manzanilla
Herbaciarnia "Pod sukniami" w SZCZECINIE. "Pod sukniami" bo wyżej znajduje się sklep z sukniami ślubnymi. Przychodzę tam na najlepszą na świecie "czekoladę pełnomleczną czterojajeczną". Siadam przy drewnianej solidnej ławie. Zwyczajna herbaciarnia, w piwnicy, wyłożona czewoną cegłą. Regularnie odbywają się tam wystawy prac osób niepełnosprawnych. Przy sąsiednim stoliku ktoś gra w warcaby. W odległym końcu sali, gdzie półmrok spowija twarz, widać zakochaną parę. Na stoliku parujący imbryczek. Dwie białe filiżanki i ciasteczko. Przy mini barze ktoś zamawia zestaw sałatek. Tak czuję sie tu jak u siebie:. Herbaciarnia nie jest nastawiona na zysk, ceny sa tam przystępne. Bardziej zależy im na propagowaniu prac młodych artystów. Pozdrawiam Lisko i zapraszam
Wesoła Kawka na ul. Wesołej w Kielcach - wiem, że już pojawiła się w poprzednich wpisach, ale nie zaszkodzi o niej przypomnieć :) Naprawdę niesamowicie przytulne miejsce z przepyszną szarlotką na ciepło z lodami, śliwkami maczanymi w czekoladzie i mlecznymi koktajlami (polecam truskawkowy!). Kawiarnia, w której czas płynie dużo wolniej niż zazwyczaj, obsługa jest bardzo miła, a ceny nie odstraszają właściwie nikogo. Wybierającym się tam proponuję wcześniej zarezerwować stolik, ponieważ chętnych do rozmów popołudniami wśród mnóstwa bibelotów nigdy nie brakuje. Dodatkowe plusy - niestandardowe menu stylizowane na "gazetę" (z wieloma zabawnymi rysunkami) oraz klimatyzacja działająca na tyle sprawnie, że dymu z części dla palących nie czuć w pozostałej części lokalu. Jak dla mnie - wizyta w Kielcach bez zaglągnięcia choćby na godzinkę do "Kawki" nie jest możliwa. Gorąco polecam!
agata
Za oknem ciężkie chmury, szare niebo zupełnie nie przywodzące na myśl pięknych majowych poranków.
Dobrze, że choć ptaki z pobliskiego lasu się nie poddają defetystycznym nastrojom i z uporem godnym lepszej sprawy promują swoje trele na wszystkie strony.
W taki poranek jak dziś, człowiek naprawdę przeniósłby się do jakiegoś pięknego miejsca, gdzie o tej porze roku świeci słońce i oddycha się pełnymi piersiami.
Przeniósłby się na sarajewskie wzgórza do przytulnej restauracji "Kod Bibana".
Trafiłam tam dwa lata temu, zupełnie przypadkowo, za namową mojej przyjaciółki, która o tym lokalu również dowiedziała się "od znajomych znajomych".
Wygląda na to, że właściciel restauracji zupełnie nie dba o standardowe działania reklamowe poprzestając na przekazywaniu sobie informacji o restauracji pocztą pantoflową.
A warto o restaurację „Kod Bibana” rozpytać się wśród mieszkańców. Większość stolików znajduje się na szerokim tarasie, z którego rozpościera się oszałamiający widok na położone w dolinie Sarajewo. Skromny domek, w którym przygotowywane są potrawy, mieści zaledwie kilka stolików, ale w chłodne wieczory pomieści większą grupę gości.
Potrawy, głównie z kuchni regionalnej, proste w przygotowaniu, zaskakują jednak doborem przypraw i bogactwem dodatków. Ze względu na wieczorową już porę zamówiłyśmy "lżejszą" dla naszych żołądków potrawę: "ustipci". Otrzymałyśmy solidną porcję okrągłych hm.. powiedzmy, racuszków, smażonych w głębokim tłuszczu, do których podano nam domową konfiturę (w wersji słodkiej) oraz regionalny ser, kajmak (jeśli naszłaby nas chęć na „słoną” wersję).
Zajadając się baklavą na deser, mogłyśmy podziwiać z tarasu cudowny zachód słońca, a wieczorem, odbijający się blask setek świateł domków położonych w dole, które sprawiały wrażenie, jakby gwieździste niebo postanowiło zejść do doliny.
Czego chcieć więcej?
Ja bym poleciła restaurację SevernShed w Bristolu, UK. (http://www.shedrestaurants.co.uk/) . Jest to śliczne i stylowe miejsce, a jednocześnie dość przytulne. Bardzo elegancka restauracja gdzie obsługa naprawdę stara się żeby klienci poczuli się specjalnie. Niezbyt duży wybór jedzenia, ale to co znajduje się w menu jest fantastic! Restauracja znajduje się na łodzi zakotwiczonej na jednym z Bristolskich kanałów, pewnie dlatego w menu dominują ryby. Świetna atmosfera, pyszne jedzenie, duży wybór koktajli, piękny wystrój. Czego więcej można chcieć :)
Pozdrawiam z Bristolu!
GOODIES, Warszawa
Byłaś tam mamo? Nie. Przecież to tuż obok twojej pracy. Niesamowite miejsce, idź tam koniecznie! W końcu tam poszłam. Malutka dziupla. Przemiła, uśmiechnięta dziewczyna-właścicielka i równo w rzędach ustawione śliczne muffiny. Słone i słodkie w kolorowych czapkach z kremu, jeszcze ciepłe, które dostaję zapakowane w pudełko. I przyjazna aura, która cię otacza.
GOODIES, trzymam za Was kciuki
- Spotkajmy się na rogu Więziennej...
Wziął mnie za rękę i weszliśmy po schodkach. Miły letni wiatr, późne popołudnie po pracy.
Więzienna 21
Pogładziłam blat stołu i patrzyłam jak czyta kartę. Wdech - zapach ciepłego pieczywa i sosów do makaronów. Uśmiechałam się, trochę do siebie, trochę do niego, a trochę do tego trzeciego.
Zamówiliśmy.
Małe kremowe pudełeczko podałam mu nad drewnianym stołem. Chłonęłam każdą chwilę tego popołudnia. Dotknął w przelocie mojej dłoni odbierając je ode mnie.
Otworzył, zaglądnął i zobaczyłam szczęście.
Jestem - czuję jak zapach opiekanego chleba miesza sie z bezgraniczną czułością.
My.
Ja, on i ten trzeci - maleńka fasolka.
Moja ulubiona piekarnia… Panera Bread. Była oazą dobrego pieczywa: pełnoziarnistego, ciemnego, takiego jakie kocham najbardziej, na Wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych w Massachusetts, gdzie na każdym kroku atakowały obrzydliwe, napompowane białe buły. Panera Bread nie tylko uratowała moje kubki smakowe, żołądek, dobrą wagę, pozwoliła rozkoszować się ciemnymi bagietkami, a to wszystko w niepowtarzalnej atmosferze piekarnio-lunch baru z przemiłą obsługą. Pieczywo pakowane było wyłącznie w torby papierowe, co oddawało charakter ekologicznych przekonań właścicieli. Poszerzyły się również moje horyzonty myślowe… pyszne, zdrowe pieczywo w USA?!… jak najbardziej!
Z całego serca chciałabym polecić "Karczmę Przykiec". Karczma znajduje się na trasie do Zakopanego, między Makowem Podhalańskim, a Jordanowem. Uwielbiam tam przyjeżdżać. W środku kominek zrobiony jak piec kaflowy. Pani Basia, czy raczej Sobolowa jak na nią wołamy, kocha anioły. Ta karczma to najcudowniejszy zakątek na ziemi. Na ścianach wiszą pamiątki z podróży. Czasem odbywają się kameralne koncerty na żywo. Latem można zjeść na zewnątrz, a w zimie przy piecu. Jedzenie palce lizać. Do tej pory pamiętam śniadanie o poranku, kiedy rosa jeszcze lśniła w słońcu, a my wszyscy po 12h jazdy pociągiem wdychaliśmy górskie powietrze, a zaraz potem podali jajecznicę śmieciuchę, biały ser...nie da się opisać, trzeba pojechać! Ach, a jajecznicę podają w takich starych żeliwnych patelniach. Cudo! Poza tym to miejsce ma dla mnie szczególną wartość, ponieważ właścicieli znam i wiem jak wiele serca wkładają w swoją karczmę. POLECAM!!
Nowa Prowincja na Brackiej w Krakowie. Za najlepszą na świecie tartę cytrynową, za przepyszny humus, za pierwsza w Krakowie salę dla niepalących ukrytą na pierwszym pietrze, z miekkimi kanapami i ladnym kilimem. Za duży wybor herbat i domową atmosferę. Za niewygodne szkolne lawki przed wejściem. Za stalą klientelę i cudownego barmana, który podlewa mi kwiatki kiedy wyjezdżam na urlop.
Pozdrawiam!
Piekarnia "Sarzyńscy" w Lublinie (Choiny). Jest to piekarnia prowadzona przez rodzinę TYCH Sarzyńskich z Kazimierza Dolnego. Pieczywo prawie tak dobre jak domowe, cudowne cebularze, jest też nawet chleb na zakwasie (bez drożdży - wiem bo dopytałam), przepyszne drożdżówki z morelami czy z toffi oraz przeróżne odmiany naprawdę dobrego pieczywa. Jeśli nie mogę upiec sama w domu kupuję tylko tam.
A do tego sentyment. Jeszcze za czasów szkolnym (czyli dobrze ponad 15 lat temu) biegaliśmy w niedzielne popołudnia do piekarni skąd pachniało świeżym chlebem i kupowaliśmy po cebularzu albo po bułce. Do tej pory po niedzielnej wieczornej mszy kolejka pod piekarnią ciągnie się i ciągnie. A to chyba o czymś świadczy.
Na ul. Puławskiej w Warszawie jest takie miejsce, któremu nie mogę się oprzeć. To gruzińska restauracyjka TBILISI. Sam lokal jest niepozorny, zaledwie trzy albo cztery stoliki, menu dnia to kilka dań do wyboru, ale za to przez okienko z kuchni uśmiecha się gruzińska babcia, a zapachy jakie się z tej kuchni wydobywają są nie do opisania. Zawsze jest tam gwarno, a język polski przeplata się z gruzińskim (i paroma innymi zresztą też). Warto tam wstąpić na przepyszne aromatyczne zupy, na przykład moją ulubioną lobio z fasoli z dodatkiem włoskich orzechów, albo na chaczapuri z prawdziwym gruzińskim serem. A jeśli ktoś chciałby zabrać kawałek Kaukazu do domu, może kupić gruzińską oranżadę estragonową albo konfitury z pigwy. Szczerze polecam ten kawałeczek Gruzji w Warszawie i kaukaską kuchnię, ciekawą, aromatyczna i bogatą, jak sam ten region.
Moją ulubioną kawiarnią, ale też miejscem ważnych spotkań i rozmów w moim rodzinnym mieście Gdyni jest Cafe Strych.
Jest to miejsce wyjątkowe. Wnętrze urządzone jest wyjątkowo przytulnie, w ciepłym stylu, jaki tak bardzo lubię. W jej wnętrzu panuje przyjemny półmrok, rozświetlony płomykami świec i staromodnych lampek. Oryginalny wystrój tworzą zebrane unikatowe stare meble i różnego rodzaju sprzęty. Stoliki zrobione są często z maszyn do szycia, usiąść zaś można na przepięknych kanapach, z których każda jest tą jedyną i ma swoją własną historię. Ściany udekorowane są pięknymi kinkietami oraz zdjęciami sprzed niemal wieku, pokazującymi miasto oraz jego mieszkańców w różnych codziennych chwilach, tych ważnych i tych mniej ważnych, zwykłych ludzi, z którymi się identyfikujemy.
W rogu pod ozdobnymi metalowymi kręconymi schodami na piętro stoi stare pianino, na którym grają miejscowi artyści.
Wnętrze pełne jest rzeczy mających duszę. Można znaleźć tu piękne lustra, mandolinę, babcine świeczniki, a także takie ciekawostki, jak dziecięce wózki sprzed kilkudziesięciu lat, a także mnóstwo pamiątek po mieszkańcach tej niegdyś rybackiej chatki.
Najciekawsze jest to, że większość tych eksponatów podarowali właścicielom właśnie goście i przyjaciele tej kawiarenki, co powoduje, że każdy może mieć swój wkład we wnętrze ulubionego lokalu.
Obsługa w tym miejscu jest urocza. Właściciel zna swoich stałych gości, utrzymuje z nimi świetny kontakt, a kelnerki są bardzo otwarte i sympatyczne, dlatego tak często mam wrażenie, że jestem tam "u siebie".
Serwują przy tym wyśmienite domowe wypieki, swojskie specjały takie jak chleb ze smalcem i ogórkami :) oraz bardzo smaczne oryginalne drinki, przy których można przegadać cały wieczór.
Jest to "moje miejsce", które było świadkiem wielu ważnych rozmów, w którym ważyły się losy moich miłostek i przyjaźni :).
Uwielbiamy chodzić tam z przyjaciółką, gdy jest nam źle, w mroźne zimowe wieczory, napić się grzanego wina i zaczerpnąć tej miłej atmosfery oraz porozmawiać z gospodarzem, który zawsze potrafi poprawić nam humor :). Często też wpadamy do Strychu na filiżankę pysznej kawy, w ciągu dnia, by odetchnąć od zgiełku miasta.
W jednej z izb można rozsiąść się na miękkiej kanapie, posłuchać kojącej muzyki i ukryć za parawanem największe tajemnice. Jest to także świetne miejsce na spotkanie z przyjaciółmi, gdyż grupa wesołych młodych ludzi jest tam zawsze mile widziana.
Charakter lokalu powoduje, że ta kawiarnia ma jedyny w swoim rodzaju klimat, który przyciąga wiernych temu miejscu gości w różnym wieku, spragnionych przytulnego, intymnego kącika, jak i dobrej zabawy.
Rozmarino w Suwałkach. Kiedyś pierwsza taka kawiarnia, a teraz pizzeria - galeria w naszym co raz piękniejszym mieście. Wspaniała pizza, pyszna kawa,piwo Guinness, ale przede wszystkim klimat podobny do praskich knajpek umieszczonych w bramie z ogródkiem u podwórku. Do tego wiele koncertów znanych wokalistów i jazzmanów. Hania
Café Majestic przy Rua da Santa Catarina 112 w Porto, Portugalia
http://www.cafemajestic.com
Jest doprawdy „majestatyczna”, jak przystało na miejsce z niemal stuletnią tradycją. To nie przytulna kafejka jak te w Paryżu, lecz kawiarnia pełną gębą – przestronne miejsce spotkań elit intelektualnych, gdzie ongiś odbywały się tertulie* z prawdziwego zdarzenia, a nad kawą i kieliszkiem porto lub aguardente (miejscowej odmiany grappy) toczyły się burzliwe dyskusje w myśl przekonania, iż wymiana słów ma w sobie siłę zdolną zmienić świat. Lubię tu... czekać na zamówienie – w ogromnych kryształowych lustrach przesuwają się cienie Belle Époque, a w powietrzu unosi się delikatny szmer wygasłych głosów i – aromatyczny zapach kawy. W porze lunchu kelner zawsze zaczyna od zasłania stolika obrusem i przyniesienia koszyka z pieczywem, świeżym i chrupiącym, i miseczki oliwek. Serwetki przy nakryciu wzruszają: są lniane, sprane, ale dobrego gatunku, rasowe. A jeśli nie znamy jakiegoś dania, kelner nie traci czasu na lingwistyczne łamańce, po prostu idzie do kuchni i przynosi na małym talerzyku kęs potrawy do spróbowania.
W Portugalii kawa jest rodzaju męskiego, podobnie jak samba w Brazylii (tylko w Lizbonie mała czarna to „ona” – uma bica). Ale w kawiarni właściwie nigdy nie zamawiamy… „kawy”. Wystarczy, że powiemy: uma bica czy cheio, pingado (z kroplą mleka lub alkoholu) albo meia de leite, um galão, carioca czy garoto… Lista nazw zwyczajowych praktycznie nie ma końca. Kawa uważana jest tutaj za cudowny lek, napój, który uzdrawia ponoć wszystko: od kamieni żółciowych i raka po cukrzycę, depresję i chorobę Parkinsona. I niemal wszędzie jest pyszna, „negro como o inferno, doce como o pecado, quente como o amor” – czarna jak piekło, słodka jak grzech i gorąca jak miłość.
* Pojęcie podobne do naszego „salonu literackiego”, ale typowa tertulia odbywała się w miejscach publicznych jak bary czy kawiarnie, gdzie uczestnicy wymieniali swoje spostrzeżenia i opinie na temat tekstów literackich, malarstwa czy muzyki.
ps. A na ich stronie, w tle – Chopin, którego tu wielbią.
Tam gdzie Alpy przeglądają się w lustrze wody, tam moja ulubiona kawiarnio-piekarnia Aran Brotgenuss & Kaffeekult. Już z witryny wejściowej i zza lady uśmiechają się do nas okrągłe, jak słońce odbijające się w taflii j. Bodeńskiego, bochny chleba. Ich chrupiąca, popękana skórka zaprasza by spróbować pajdy chleba z ciepłą pastą rozmarynowo-ziemniaczaną. Zaś zapach świeżo mielonej kawy nie pozwoli odejść od kasy bez wypełnionego kubka. Na deser Aran oferuje nam bogatą bibliotekę albumów i książek kulinarnych, zaś w lecie pozwala wspomóc chłód bryzy miseczką lodów. To wszystko przy dźwiękach soulowo-swingujących, doniczkach pełnych hortensji, poduszkach na kanapach i drewnianych sześciano-stołkach... Dla mnie tytułowy genuss & kult. Pysznie, przyjemnie, polecam.
Aran Brotgenuss & Kaffeekult, Friedrichshafen
To lubię! Lubię ciasto marchewkowe, lubię koktajl grejpfrutowy z miętą, lubię ciasteczka maślane, cynamonowe, czekoladowe, lubię herbatę karmelową, lubię gorącą czekoladę z syropem piernikowym... A to wszystko proszę zapakować w kameralną, delikatną atmosferę w stylu vintage. Taka właśnie jest kawiarnia "To lubię" na obrzeżach warszawskiej starówki.
Zimą lubię się tam ogrzać przy filiżance gorącej, pachnącej korzennie herbaty, a latem posiedzieć przy otwartym oknie z widokiem na ulicę Długą ze szklanką chłodnego koktajlu o aromacie mięty.
Miejsce z najlepszym klimatem na świecie. :)
Przypadkowe miejsce z nieprzypadkowym towarzystwem, róg słynnej Piotrkowskiej i 6 Sierpnia w Łodzi. Dość wąskie wnętrze przypominające tramwaj. Miła szybka obsługa i doskonały wybór naleśników które przyrządzane sa na naszych oczach. W karcie mozna znaleść nietuzinkowe połączenia smaków. Naleśnik z porem, cukinią, krewetkami, zapiekany w sosie z porów z dodatkiem sera wyglądał znakomicie. Dopełnieniem fantastycznego smaku był sposób podania oraz harmonijnie urządzone wnętrze które nie pozostawiało nic do życzenia. Na pewno odwiedzę jeszcze kiedyś do "manekina" nawet jesli miałabym wybrać sie po to specjalnie do Łodzi. Polecam :)
Ulubionych knajpek mam kilka, lecz jeśli tylko zajrzysz do Lublina polecam "U Szewca"! Super miejsce, dobre jedzenie :) fantastyczny wystrój :)! Polecam i pozdrawiam
Lisko ja podziele się z Tobą i wiernymi czytelnikami miejscem, w którym capuccino i croissant z czekoladą to prawdziwa uczta, to raj dla podniebienia, to zestaw który -gdybym mogła - jadłabym codziennie:) Jest to cukiernia-kawiarnia BAZZANI. Włosi do takich miejsc chodzą sobie codziennie na swoje śniadania, mieści się w sercu Toskanii w CERTALDO przy VIA AGNOLETTI MARIA ENRIQUEZ 42:) Natomiast kolację jadłabym w L'ANTICO SIGILLO przy Via DEGLI ANGELI w LUCE. Co byście nie zamówili będzie pyszne.
Dla fascynatów kuchni włoskiej, akurat będących w Londynie, polecam wspaniałą restauracje River Cafe (http://www.rivercafe.co.uk/rc_page.php). To przykład kulinarnego perfekcjonizmu dla każdego kto gustuje w smakach Italii. Dania przyrządzane są z najlepszych skladników (szczerze powiedziawszy wlasciciele mają bzika na tym punkcie:-) co wspaniale o nich swiadczy.) Dla kolekcjonera wrażeń kulinarnych najlepsze produkty to warunek konieczny, oczywiscie nie wystarczający, by doswiadczać kulinarnej wirtuozerii. W River Cafe to jest (łatwo przekonac się probując ich frittate czy dania zawierającego ricotte.) Oprocz wspanialych skladnikow, swietna egzekucja, obsluga i atmosfera. Typowy koszt magicznego lunchu dla dwoch osob - okolo 100 funtow. Moje rekomendacje: Tagliatelle Al Bosco, Aqua Pazza, Granchio con Finocchio. Pasjonaci pieczywka powinni zaliczyc Pagnotta, chleb na zakwasie na bazie semoliny (zakwas poczatkowo startuje sie z ugotowanych ziemniakow, maki i wody, i dokarmia, przechowuje nastepnie podobnie jak jestesmy do tego przyzwyczajeni - zreszta polecam sprobowac.)
A ja opiszę kawiarnię, do której zawsze wpadam jak tylko jestem w Poznaniu;) Odkryłam ją dzięki znajomym, a że z ogromną przyjemnością spaceruję po uliczkach Starego Rynku nie sposób skusić się na przepyszną czekoladę podawaną tamtejszej czekolaterii;) Wybór jest bardzo szeroki. Delikatność czekolady czule pieści się z podniebieniem. Bardzo lubię, tę z odrobiną chilli gdzie słodycz przeplata się z nutą pikanterii;) Niebo w buzi!:) Jeśli będzie mi dane zamieszkać w Poznaniu w każdy wolny weekend będę grzeszyć słodkością właśnie tam!:) A, że łasuch ze mnie przeogromny do tego frajdę będę mieć niesłychaną!:) Dodam też, że sam klimat kawiarni jest bardzo aromatyczny, wystrój, ludzie kochający właśnie czekoladę, czego chcieć więcej?:)
Pozdrawiam cieplutko, Kasia:)
Pod koniec mojej przygody ze szkołą podstawową rodzice zabrali moją małą siostrę i mnie do słowackiego Popradu. A tam, w rynku Spiskiej Soboty Mama pokazała nam Cukrarenie Domenico.. małą kawiarenkę na ścianie której, wysoko pod sufitem zawieszone były tory. Po torach z kolei krążył drewniany Vlacek Domenico. Co jakiś czas aktualizowana jest informacja o tym, ile vlak ów kilometrów już przejechał.
Nie pamiętam, co jedliśmy, nie pamiętam, co piliśmy, nie pamiętam, jaka grałą muzyka, ani ile dzielny pociąg juz krążył wokół, ale pamiętam, że było ślicznie, czarownie, dla małych dzieci, jakimi wtedy z siostrą byłyśmy- było magicznie- jak w teatrze kukiełkowym. Wokół stolików porozwieszane i poustawiane były kolorowe drewniane zabawki i szmaciane lalki. A to wszystko można było nie tylko dotknąć- ale na wzór dzisiejszej gazety w wielu kawiarnich- wziąć ze sobą do stolika i się w to zapaść. Czeskie cukiernie kojarzą mi się z maleńkimi, bardzo słodkimi kolorowymi ciastkami, przekładańcami, kostkami, rurkami, omletami i prawdopodobnie coś takiego tam zjadłyśmy- coś bardzo kolorowego i zbyt słodkiego.
Pamiętam tylko tamto oczekiwanie-idziemy z Mamą po raz pierwszy w miejsce dla dorosłych- a w środku okazało się, że jest to oaza dla dzieci wypełniona zabawkami.
Do dziś moja ulubiona kawiarenka- a raczej najbardziej udany pobyt w takowym miejscu.
nie mam ulubionej kawiarni już... był jednak taki czas kiedy razem z koleżankami zaraz po szkole(podstawowej) bieglyśmy do cukierni , jedynej w mieście na truskawkowa galaretkę z bitą śmietaną i strartą czekoladą. Nie pamiętam jej wystroju tylko aromat pieczonego na miejscu ciasta i nasze poczucie "dorosłości". Cukierni już nie ma, koleżanki gdzieś w świecie a ja z nostalgią patrzż na sklep obuwniczy w miejcu naszej kawiarenki
W samym centrum Gdyni na Skwerze Kościuszki znajduje się restauracja, pub „Zielona Tawerna”, miejsce to jest dobrze znane mieszkańcom miasta i słynie z serwowanych śniadań. Co może być lepszego niż smaczna jajecznica jedzona o poranku, gdy z okien restauracji można obserwować samo serce Gdyni - fontannę, statki, kino i w oddali Sea Tower.
Już tylko miesiąc dzieli nas od wielkiego wydarzenia, które co roku gości w Gdyni. Na Opener festiwal bo o nim mowa, nad polskie morze ściąga olbrzymią ilość fanów muzyki. Osobiście bardzo lubię te lipcowe dni, w tym czasie Gdynia zapełnia się ludźmi, których z charakterystyczną opaską na ręku można spotkać na każdym kroku. I właśnie na te dni, uczestnikom festiwalu chciałabym polecić Zieloną Tawernę. Niestety z tego co pamiętam menu w tych dniach może być okrojone i trzeba liczyć się z dużą liczbą gości ale i tak warto wybrać się o poranku do Zielonej Tawerny by w gronie innych uczestników festiwalu zjeść smaczne śniadanie.
Nie od razu przypomniałam sobie tę kawiarenkę, bo właściwie na codzień nie bywam. Miejscem, które utkwiło mi w pamięci jest kawiarnia w pobliżu kościoła w niewielkim Ustroniu Morskim. Nie pamiętam jej nazwy-pewnie była związana z tematyką morską-jakaś "Muszelka" czy coś takiego. Będąc w dzieciństwie na wczasach w pobliskich Sianożętach odwiedzaliśmy z rodzicami Ustronie w niedziele w celach "sakralnych" ;) ale też rozrywkowych. Po spacerze brzegiem morza do Ustronia i mszy rytuałem była wizyta w pomalowanej na biało niewielkiej kawiarence o nadmorskim klimacie, a tam: desery lodowe, ciasta z owocami i obowiązkowo kawa mrożona-z lodami, bitą śmietaną-mój przysmak. Siadaliśmy przy stoliku przed kawiarenką i staraliśmy się jak najbardziej przedłużać tę chwilę niedzielnego święta, obserwując spacerowiczów, plażowiczów, łowców pamiątek. Do dziś mam ogromny sentyment do tamtego klimatu, a do Ustronia i tamtej kawiarenki wrócę na pewno.
ja mam dwie piekarnie, obie związane ze wspomnieniami.
Jedna jest w Radomiu, ale nie wiem gdzie, pamiętam tylko, że znajdowała się gdzieś pomiędzy działką pod miastem moich dziadków a domem; gdzieś po drodze z autobusu, a może przy przesiadce z jednego autobusu do drugiego... nie pamiętam. Miałam wtedy może cztery lata. Babcia kupowała gorący, pachnący bochenek i na moje pytanie "czy mogę" [a chodziło mi o zjedzenie skórki, oj jak pysznej!] kiwała głową, na "tak". Chleb był mocno "okrojony" po dotarciu do domu. Może babcia przewidywała taką ewentualność i od razu kupowała więcej, nie wiem :)
Druga piekarnia to Piekarnia Mojego Taty, znaleziona dzięki Tobie Lisko. Byłam w pewny grudniowy weekend w Krakowie z moją ówczesną miłością; szukałam piekarni, ale nie miałam ze sobą mapy Krakowa [do tego przekręciłam nazwę ulicy], a napotkani przechodnie nie bardzo wiedzieli o czym mówię. Moja ówczesna miłość nie rozumiała aż tak bardzo dlaczego zależy mi aż tak na dotarciu tam [a ja po prostu uwierzyłam TOBIE]. I prawdę mówiąc oboje zrozumieliśmy to gdy zjedliśmy ichniejszy, doskonały chleb z ziemniakami. Tak pyszny, że można się było zakochać. I w Krakowie i w chlebie :)
Jest w Krakowie jedno miejsce, w którym za cenę 3,30 zł dostajesz dwa talerzyki surówek( około 10 rodzajów, nawet buraki są dostępne na 2, a czasem i na 3 sposoby), dwie gałki ziemniaków i kompot! I dam sobie rękę uciąć, że nigdzie nie jedliście tak dobrze zrobionej marchewki, sałaty czy ogórków. Wszystko to znajduje się w „Restauracji u Romana” mieszczącej się na terenie Politechniki Krakowskiej. Fakt, lokal o wiele bardziej przypomina stołówkę. Fakt, kelner nie przynosi karty dań, ale obsługa jest na tyle sprawna (i miła!), że dzierżąc tackę w rękach nigdy nie czeka się dłużej niż 5 minut. Sałatki to nie jedyny plus jadłodajni. Codziennie mamy do wyboru 3 dania dnia. Na miejscu pierwszym kawałek mięsa, który bez względu na sposób przyrządzenia, najczęściej przypomina schabowy. Na drugiej pozycji figuruje znów mięso, ale podane w bardziej wymyślny sposób, np. jako składnik strogonowa. Trzecia rzecz, którą można zjeść, to coś, o czym osoby żywiące się w tradycyjnych stołówkach mogą tylko pomarzyć. Trzecia pozycja zawsze prowokuje w mojej głowie pytanie „Kim jest ten człowiek?” mając oczywiście na myśli kucharza. W przeciągu 3 lat studiowania na PK zdążyłam zachwycić się wyśmienitymi meksykańskimi zapiekankami, tartą szpinakową, spaghetti bolognese i ostatnim hitem carbonara czy choćby tortillą, która bije na łeb te z budek przy Rynku. Całości dopełnia fakt, że "u Romana" zawsze jest czysto, stoliki nigdy się nie lepią, a na widelcu jeszcze nie zdarzyło mi się znaleźć zaschniętego ziemniaczka należącego do poprzedniego użytkownika.
Kiedy zaczęłam myśleć o odpowiedzi na Twoje pytanie ze zdziwieniem odkryłam, że pierwsze co przychodzi mi na myśl w temacie "kulinarne niebo dla podniebienia" to podróż na Kubę. Sama zdziwiłam się, kiedy sobie to uświadomiłam. Żadne wyrafinowane restauracje, urocze knajpki we Francji czy Włoszech, ulubione miejsca na spotkanie z przyjaciółmi w Warszawie. Nawet nie mała pizzeria na Powiślu, gdzie jadłam najlepszy makaron - spaghetti spinacci - pierwszy kęs dosłownie rozpłynął mi się w ustach i patrzyłam na kucharza, który osobiście nam go zaserwował z niedowierzaniem. Do dziś ten smak jest dla mnie wzorcem, wyznacznikiem. Jedzenie smakuje? Jest dobre? Ale czy aż tak jak tamto we wspomnieniu? Odpowiedź zawsze brzmi "nie"!
Zaczęłam się więc zastanawiać, czemu wybrałam właśnie Kubę. Ludzie, którzy wracają stamtąd często twierdzą, że jedzenie jest nudne i monotonne, nieciekawe. Ja ze swojej podróży mam wiele różnych wspomnień. A w zakładce "kulinarne" znajdują się zarówno te dobre, jak i złe. Dość pod kilku dniach miałam śniadań - na Kubie nie uświadczysz raczej wędlin, serów, na śniadanie Kubańczycy z reguły jedzą jasne, miękkie bułki z marmoladą, a turystom serwują jajka pod każdą postacią. I przez 3 tygodnie dzień w dzień jedliśmy jajecznicę, omlet, jajecznicę, omlet.... kiedy uświadomiliśmy sobie, że do Polski wrócimy akurat na Święta Wielkanocne było jeszcze gorzej. Ale może tu postawię kropkę i przejdę do tego, co mnie tam zauroczyło.
W wszystkich miastach, poza osławionym Varadero, korzystaliśmy w trakcie podróży z kwater prywatnych - tzw. casas particulares. Często poza noclegiem można w nich również zamówić posiłek. Czasami te "domowe restauracje" przypominają te profesjonalne. W pokoju kilka stolików przykrytych obrusami, na nich przygotowane nakrycia z serwetkami. Po kolacji dostaje się ręcznie wypisany rachunek. Tak było w Hawanie. W Baracoa korzystaliśmy z oprawionego menu z pełnym wyborem potraw. Najczęściej jednak gospodarze pytali się, na co mamy ochotę albo sami coś proponowali. Gdy zamykam oczy widzę niektóre miejsca i przypominam sobie smak potraw - świeżo wyciskanych soków z egzotycznych owoców, kawa z podgrzanym leche na śniadanie w Hawanie, krewetek w salsie i flanu na deser w Trynidad, ryb, a przede wszystkim dodatku w postaci chipsów bananowych, a właściwie to smażonych platanów czyli zielonych bananów w Santiago de Cuba. Właścicielka domu, z którą zresztą rozmawialiśmy po rosyjsku, na naszą prośbę serwowała nam je codziennie. I nigdzie indziej tak nie smakowała mi pitna czekolada jak w Baracoa - u naszego przewodnika Manuela. W dżungli pokazywał nam owoce kakaowca, a potem z ciemnobrązowej kuli przyniesionej pod pachą jego żona wyczarowała gęsty napój.
Te wspomnienia i smaki są tak żywe w mojej pamięci! Zaskakujące jest dla mnie to, że z ograniczonej liczby składników można wyczarować proste i pyszne dania. Na stole właściwie cały czas powtarzały się te same składniki - biały ryż, fasola, kurczak, ryby, krewetki, zdobywane na czarnym rynku langusty, podstawowe warzywa i owoce. W kubańskich sklepach półki są puste, a większość podstawowych - z naszego punktu widzenia - składników można kupić tylko w 'peweksach". Tam zobaczyłam, że mniej znaczy lepiej, że prościej często znaczy smaczniej i zdrowiej. Tam przekonałam się też, że mój organizm czuje różnicę między tym co naturalne, a tym, co wspomagane chemią.
Nie wiem, czy te miejsca jeszcze istnieją, ale ja bardzo chciałabym jeszcze raz je odwiedzić!
Zdory. Miejscowość o dziwnej nazwie położona nad Jeziorem Seksty, oddzielonym od Szlaku Wielkich Jezior Mazurskich groźnym Jeziorem Śniardwy. Niewielu żeglarzy zapuszcza się w te strony, zwłaszcza teraz kiedy jachty są dużo większe i podatne na uszkodzenia powodowane przez podwodne głazy niż kiedyś. Stąd też wydaje się, przynamniej na pierwszy rzut oka, że czas się tam zatrzymał. Pomost do którego przybijamy jest zwyczajny, drewniany, częściowo ukryty w trzcinie. Domy są skromnę, a przez drogę niekiedy przebiegają kury, lubiące często przesiadywać w rozłożystych koronach jabłoni. Wejście do sklepu prowadzi przez salę, w której przy stolikach przykrytych ceratą w kratę siedzą miejscowi i sączą piwo. Za ladą czeka ta sama pani od lat, w tym samym fartuchu i z tym samym wyrazem twarzy mówiąca "Niech poczeka". Zawijając do Zdor zawsze lubiłam je pokazywać najpierw od tej strony. Zwykle po pobycie w sklepie, na hasło "Chodźmy do Remizy na kawę" załogi prawie pierzchały do jachtu i zaciągani byli siłą na tą kawę. Tymczasem, po otwarciu drzwi już wiedzieli po co był cały wcześniejszy spacer po okolicy. Remizka to knajpa, która miała zawsze wspaniałe jedzenie w bardzo rozsądnych cenach. Wiedząc, że mamy tam jeść później, rano dzwoniłam i rezerwowałam zupę kurkową, ponieważ w czasie obiadu lubiło jej już nie być. Wspaniałe były także placki ziemniaczane z kurkami, pieczony pstrąg i pierogi z kurkami, lepione na świeżo. Na deser w porze obiadu zwykle czekał sernik świeżo wyjęty z pieca i kawa z ekspresu. I do tego uśmiechnięty właściciel patrzący z radością, jak zajadamy się wszystkim ze smakiem.
Nie byłam z Zdorach od conajmniej 7 lat, więc nie wiem jeszcze czy to miejsce istnieje i czy jedzenie i atmosfera są nadal tam samo dobre. Próbowałam w zeszłym roku, ale ponieważ jacht był duży, o sporym zanurzeniu i bardzo nowoczesny to na dźwięk śłowa "Śniardwy" kapitan odmówił i popłynęlismy w innym kierunku na bardziej bezpieczne wody.
Czy ktoś zna to miejsce? Czy ono dalej istnieje?
THE SHOP w Phnom Penh w Kambodży to miła odmiana od azjatyckiej kuchni - mimo, że jest fantastyczna, czasem jednak tęsknimy do czegoś "europejskiego". W THE SHOP zjemy na lunch przepysznego sandwicza robionego na poczekaniu ze świeżych organicznych warzyw, pysznego sera (niejadanego przez Azjatów), świeżej szynki czy domowej terrine. Fantastyczne bagietki, ciabatty i chlebki pieczone są na miejscu. Do tego może surówka z serem pleśniowym, świeżymi buraczkami i orzechami? Obowiązko świeży koktajl z ananasa, mięty i cukru trzcinowego. Po kilku tygodniach,miesiącach w Azji nic tak nie smakuje jak jajecznica ze pysznymi plastrami wędzonego łososia, masło i kawałek najprawdziwszego zwykłego chleba razowego. W bonusie do genialnego, prostego i nieprzekombinowanego jedzenia dostaje się fantastyczną obsługę, proste i przewiewne (o tak!!) wnętrze urządzone z niezwykłym smakiem. Byłam tam kilka razy na przestrzeni ostatnich czterech lat, ale zawsze jest takie samo - daje odrobinę wytchnienia i ucieczkę od zgiełku i kurzu rozpalonych słońcem ulic Phnom Penh.
Korzystając z pięknego słońca i wolnej niedzieli bywamy w Dunmore East. Jest to małe i bardzo urokliwe miasteczko, polożone na południowo-wschodnim wybrzeżu Irlandii, w hrabstwie Waterford. Plaża jest kameralna i fotogeniczna. Miejsce w sam raz na weekendowy relaks po ciężkim tygodniu pracy. Przypadkiem, zaskoczeni ... deszczem ... i skuszeni nazwą (w samochodzie towarzyszył na Paolo Conte ze swoim Azzurro) trafiliśmy do Azzurro At The Ship ... wnętrze skromne ale z miłą atmosferą, za to obsługa i kuchnia nie pozwalają zapomnieć a nawet każą wracać ... Kuchnia włoska i śródziemnomorska ... to właśnie tam jadłam najlepsze gnocchi i pasty :) Uroku dodaje jeden z kelenerów, rodowity Włoch, który zawsze dobrze doradzi :) Do Azzurro zabieram wszystkich odwiedzających mnie gości a sami wracamy bardzo często. Czasami zwyczajnie na pyszną kawę z kawałkiem tiramisu ... ot tak by nastroje były lepsze. Najlepsza rekomendacją będzie opinia mojej włoskiej przyjaciółki, która nie dość że mogła swobodnie zamówić danie w ojczystym języku, to na koniec oblizując palce powiedziała, ze kuchnia jak u mamy :)
Zatem gorąco polecam zarówno wszystkim zamieszkującym jak i odwiedzającym Zieloną Wyspę!
http://www.azzurro.ie/
Kiedy przyjdzie mi odpowiadać na pytanie "Jaka jest Twoja ulubiona...", zazwyczaj mam problem z określeniem jednej konkretnej odpowiedzi. W tym przypadku jest podobnie. Nie miałam w swoim stosunkowo krótkim życiu zbyt wielu okazji do podróżowania i na pewno moje "numery 1" jeszcze zdążą się zmienić... Jednak w moim rodzinnym Wrocławiu na pewno znajdzie się parę ciekawych miejsc. Jedni najbardziej cenią wystrój wnętrza, inni smak, jeszcze inni miłą obsługę. Dla mnie te wszystkie czynniki po trochu są ważne, ale nigdy nie byłam wybredna i najważniejsze jest to, z kim się spotykam i jakie z tego spotkania wynoszę wspomnienia. Restaurację Marche poznałam parę lat temu na jednym z wypadów z moją mamą na miasto. Tej zimy dość często zaglądałyśmy do tej stosunkowo nowej restauracji. Od pierwszego momentu zachwycił mnie wystrój - drewniane sosnowe meble, kucharki i kasjerki chodzące w francuskich strojach ludowych, ściany przyozdobione różnymi wiejskimi motywami. Co ciekawe, restauracja jest samoobsługowa - w dużym pomieszczeniu na parterze mieszczą się stanowiska z potrawami kuchni polskiej, włoskiej i chińskiej, ponadto osobno jest stoisko z sałatkami i osobno z deserami oraz napojami. Wędrując z tacą między nimi wszystkimi można mieszać różne smaki, smacznie zjeść i się odprężyć. Mimo, że w tym lokalu brak klasycznej obsługi, nie trzeba wcale się wiele natrudzić, by dobrze zjeść, a sprzątanie już za nas wykonają :) Pod koniec wizyty przedstawia się kartę z pieczątkami nabitymi na różnych stoiskach i najzwyczajniej w świecie płaci. Z potraw smakowała mi lasagne ze szpinakiem, ale i tak nic nie przebije pysznego sernika z kokosową pianką. Gdy tam jestem, nie umiem go nie zamówić. Ale apropos wspomnień - ta zima była wyjątkowym czasem, bo nigdy przedtem i nigdy potem nie miałam tak dobrych stosunków z mamą.
Wspomnienie numer dwa to Piramida w Rynku - wyjście z Niemcami z wymiany i pożegnalna kolacja. Naleśniki po węgiersku zdały swój test.
Wspomnienie numer trzy - Lulu Cafe w Arkadach Wrocławskich. Nie próbowałam tam wszystkiego i może się zdarzyć, że nie wszystko jest idealne, ale takiej czekolady z amaretto jak tam, nigdy nie piłam. Ta gęsta konsystencja - aż ślinka mi cieknie...
Wspomnienie numer cztery - Graciarnia, czyli knajpka pełna staroci. Nie tylko tam można spotkać stoły w postaci starej maszyny do szycia, ale nie byłam w żadnej innej knajpie, gdzie można siedzieć w szafie, a na ścianie obok wiszą wiekowe suknie. No i pyszna korzenna herbata przed seansem filmowym z siostrą...
Wspomnienie numer pięć... kawiarnia Barton w Arkadach Wrocławskich (ale widziałam też w innych zakamarkach Wrocławia). Ta w Arkadach może nie ma bardzo nastrojowego wnętrza, ale uwielbiam tamtejsze lody Rafaello i spotkania po lekcjach z przyjaciółką z obozu tanecznego. Przy cieście zdarzyło mi się nawet tłumaczyć jej trygonometrię :)
Wspomnienie numer sześć... Kolejna restauracja w Arkadach Wrocławskich, tym razem w stylu chińskim. Tam o klimat nie trudno, a już na pewno o śmiech. Nigdy jeszcze nie spotkałam tak śmiesznego kelnera, jak tam. Zdawało się, że na przekór szefom, a być może ze zwykłej zaradności i ekonomicznego podejścia do życia, odradzał zamawianie dwóch porcji mi i mojej koleżance. I tak oto skończyłyśmy z jedna porcją różanych pierożków na pół - nadzienie było pyszne i rzeczywiście nie zmieściłybyśmy więcej.
Wspomnienie numer siedem... Klub Grawitacja, osiemnaste urodziny mojej koleżanki i pierwszy w życiu koktajl z Malibu. Od tej pory wiem, że kokos to drugi produkt po cynamonie, który jest w stanie wprawić mnie w błogi nastrój. Przy okazji zabawa przednia, wrażenie robi półmrok rozświetlony klimatycznymi lampkami i ściana z wypustkami na świeczki. No i jedyny taki bar z huśtawkami!
Wspomnienie numer osiem to każda chwila spędzona w domowym zaciszu z kadzidełkiem i pysznymi herbatami ze sklepu "Czas na herbatę" :)
Witam
Moją ulubioną cukiernią czy restauracją jest ten blog. Pamiętam jak pierwszy raz trafiłam tutaj, jaką przeżywałam fascynację, każdy dzień rozpoczynałam od wizyty u Ciebie, sprawdzając co nowego i pysznego zrobiłaś. Zaczarowałaś mnie opowieściami z cyklu Dziad i Baba (których teraz tak brakuje). To stąd brałam pierwsze przepisy i czy sama czy z córką a teraz z córkami i próbowałyśmy (z różnym skutkiem- jak to u początkujących :)). Jestem wdzięczna za Twój blog, za Twój styl, w jakim piszesz i opowiadasz i za piękne zdjęcia.
Dziękuję jeszcze raz.
Pozdrawiam Magda
Chciałam początkowo pisać o gdańskiej PIKAWIE, która jak już pewnie niejedna osoba wie - koi wszystkie nerwy, rozluźnia, ba, nawet małe dzieci czują się tam fantastycznie. Chodzimy tam regularnie od trzech lat - jak tylko potrzebujemy lekkiego oddechu po pracy. Mają tam najlepszą na świecie paschę, która dosłownie rozpływa się w ustach, a którą Ja, osoba nie lubiąca serników najchętniej zjadałabym codzień, do tego te wszystkie herbaty, kawy, lody i wspaniała atmosfera, którą tworzy i miejsce i goście, którzy tam zaglądają. Jest też wspaniałą szarlotka z przypieczoną cynamonowo-cukrową górą. Mnóstwo książek, również tych dla najmłodszych (co bardzo cenię, bo nie wszędzie dba się o rodziców z dziećmi), zabawki, zdjęcia itd.
Ale przyszło mi do głowy, że warto wspomnieć inne miejsce. Miejsce w którym udało mi się zjeść deser, który do tej pory śni mi się po nocach, a który zapamiętałam też i z innych powodów. Podczas zeszłorocznych wakacji w Krakowie spacerowaliśmy z mężem i synem wokół rynku. Ja miałam wielką ochotę na coś super słodkiego, coś niesamowitego, co przywiozę z podróży jako pocztówkę smakową. Strasznie chciałam tego dnia pójść do Bliklego, ale mąż uparł się na Zaułek Niewiernego Tomasza. Oczywiście naburmuszona i obrażona dałam się zaciągnąć do CHERUBINO. Siedziałam tam zła jak osa, na wszystko kręciłam nosem i ogólnie rzecz biorąc, chciałam żeby wszystko okazało się niesmaczne, bym mogła powiedzieć: A NIE MÓWIŁAM?. Oczywiście atmosfera w tej restauracyjce była rewelacyjna, ale moje ego nie chciało się do tego przyznać. Od niechcenia zamówiłam Crummble czyli wg. CHERUBINO - zapiekane jabłko z kruszonką, śliwkową konfiturą, sosem waniliowym i prażonymi migdałami. I oniemiałam, nie miałam siły więcej udawać obrażonej księżniczki. Deser był poprostu olśnieniem. Moja mina wyrażała wszystko. Połączenie smaków: lekko-kwaskowatej konfitury ze słodko winnym jabłkiem, do tego pyszna domowa kruszonka i niesamowicie aksamitny sos waniliowy. Zakochałam się od pierwszego kęsa. Jadłam aż mi się trzęsły przysłowiowe uszy. A mąż był cały zadowolony, że wyszedł zwycięsko z tej wojny.
Cherubino nie jest oczywiście kawiarnią, to świetna toskańska restauracja. Zjadłam tam jeszcze zupę ogórkową i jakieś lekkie zapiekanki, ale deser powalił mnie zupełnie na kolana. Do dziś szukam miejsca, w którym serwują coś podobnego, bez skutku. Chyba trzeba będzie wrócić do grodu Kraka. Przesyłam pozdrowienia z 3city.
Kiedy myślę o ulubionej kawiarni czy cukierni, pojawia mi się przed oczami obraz-chyba z jakiegoś filmu : album starego typu, taki ze zdjęciami do wklejania i oglądająca go postać. Potem zbliżenie zdjęcia, ożywienie postaci i początek nowego wątku.
Tak się przypadkiem złożyło, że wszystkie ważne momenty w moim życiu (a właściwie mojej rodziny) w ciągu ostatnich kilku lat wiążą się z „Imbir Cafe” w Rzeszowie. Pierwszym zdjęciem w moim rodzinnym albumie byłaby pewna zimowa randka z moją żoną. Zielona herbata w filiżankach i długie rozmowy…
Kolejne zdjęcie to my i menedżer- pan Darek, z którym próbujemy i wybieramy ten najlepszy tort weselny.
Następne, będę Tatą :) Tort marcepanowy (ulubiony).
Potem zdjęcie z naszą Córeczką, która najpierw tylko nam towarzyszyła, a teraz samodzielnie pije „przez rurkę” świeżo wyciskany sok marchewkowy.
Ostatnie – niedługo dołączy do nas kolejny dzidziuś. Całą trójką wznosimy toast sokiem pomarańczowym.
Pozdrawiam serdecznie :)
Mojej wymarzonej Cukierni nie ma. Po prostu. Nie ma jej na żadnej z map, na których palcem zakreślamy swoje
przyszłe wyprawy i osiągnięte już podróżne zdobycze. Nie ma jej na żadnej z wybrukowanych tłustymi kocimi
łbami uliczek Miasta, nikt nie przechadza się nieśpiesznie obok jej witryny, za którą chowa się zapach świeżo
krojonego marcepanu, żaden z mieszkańców Miasta nie tęskni też do jej kruchych rogalików z czekoladą, do ciepłych
i zwinnych rąk właścicielki, która miękkimi ruchami dłoni kroi masywne bloki czekoladowe i z aptekarską czułością
odmierza sekretną porcję kakao do...Moja wymarzona Cukiernia błąka się na granicy świata snu i wyobraźni. Pewność
jej bytu stoi na niepewnym gruncie sennego, maślanego zapachu ciasta z kruszonką i ulotnym smaku wypitej
zimowym rankiem - gorącej czekolady...Fasada Cukierni ma swój urok dziewiętnastowiecznych kamieniczek, zaś
jej wnętrze wypełnia ciepłe, drżące powietrze - "powietrze" wyjętych przed chwilą z pieca okrągłych bułeczek.
W tym powietrzu unoszą się wszystkie tęsknoty mieszkańców Miasta, którzy bladym świtem wstają by na nowo wygładzać,
polerować, reperować powszedniość swoich trosk, bólów i zmęczeń...Tej Cukierni nie ma (jest zmyślona).
Zmyślam ją od co najmniej 10 lat wciąż na nowo. Odkąd po raz pierwszy przeczytałam powieść Joanne Harris
("Czekolada"), odkąd świat Vianne i Anouk (i Pantoufla) stał się moim światem, odkąd pojęłam czym jest dar
wyobraźni w konfrontacji z rzeczywistością mojego szarawego miasta i jego dusznych, "przemysłowych" cukierni.
Moja ulubiona cukiernia. Do głowy przychodzi mi tylko jedna. Nie cukiernia, nie nawet sklep. Bo nie mam tam dachu, krzesełek, stolików czy nawet podłogi. Jest za to lada, drewniana ławka, brudna ziemia pod nogami i właściciel, który nagle zjawia się z oddali, pędząc na swoim prawie rozpadającym się skuterze. Mówię o miejscu w Tajlandii, na wyspie Koh Samet, gdzie jadłam najlepsze pączki. Sprzedawane jeszcze ciepłe, bez nadzienia, obficie posypane cukrem, który oblepia palce i buzie. Nikogo nie dziwi czy gorszy jak przyjdziesz w mokrym kostiumie i z włosami ociekającymi piekielnie słoną wodą. Możesz przyjść na bosaka, lub w klapiących klapkach. Nie ma wyboru, jest tylko jeden rodzaj pączka. I tyle zdecydowanie wystarczy. Do tego uśmiech pana, dla którego wypiekanie pączków to sposób na życie, promienie gorącego słońca dotykające ramion i szum morza, które jest przecież niedaleko. Tam właśnie wracam myślami moknąc w deszczu na przystanku. Marze tylko o ciepłym pączku.
Gorąco pozdrawiam,
Agata.
Zamknij oczy, Lisko, oraz Wy, czytelniczki i czytelnicy tego bloga - zabieram Was na wycieczkę w pewne bajeczne miejsce:)
Wąska uliczka. Ludzie podążający gdzieś w pośpiechu, być może to studenci spieszący na zajęcia na pobliskim uniwersytecie? Niektórzy z pewnością zmierzają ku księgarni, ukrytej po drugiej stronie ulicy. Nieśmiała kamienica zaprasza nas do środka, obiecując smakołyki wypisane białą kredą na stojącej przed wejściem tablicy. Spiralne, kamienne stopnie w kolorze słomy, wieczorami oświetlone świecami, prowadzą nas na górę, do drzwi, zza których ciepłe, delikatne światło zdaje się mówić, że oto znaleźliśmy miejsce, w którym czas się zatrzymał. Zapach, roznoszący się w tej oazie spokoju, przywodzi na myśl wycieczki do babci. Domowe ciasto i rodzinne ciepło. Siądźmy przy jednym z jasnych, rustykalnych stolików.. Co powiecie na jaśminową herbatę podaną w imbryczku, ciasto domowe czekoladowe z karmelem i bitą śmietaną? A może wolelibyście ciepłą szarlotkę, której słodycz ujarzmiają śmietankowe lody? Nie martwcie się, jeśli akurat macie ochotę na coś sycącego - tutaj powstaje najwspanialszy kurczak w gorgonzoli na całym świecie. I mimo, że całego świata nie zwiedziłam, to jestem pewna, że taki właśnie jest. Najlepszy. Delikatny i soczysty, zatopiony w pysznym sosie pokrywającym wstążki makaronu tagliatelle, podany z różyczkami brokuł. Tak, Ptasie Radio na ulicy Kościuszki 74 to zdecydowanie najlepsze, co Poznań ma do zaoferowania.
Z okna krakowskiej księgarnio - kawiarni Bony, można oglądać fasadę pojezuickiego kościoła Piotra i Pawła, Instytut Historii Sztuki, plecy wzbudzającego kontrowersje pomnika Skargi, który wskazuje nam gdzie został pochowany. Turysta odpoczywa tu na drodze z Rynku na Wawel, student historii sztuki ucieka tu od nadmiaru dat i teorii przepełniających bibliotekę jego pobliskiego instytutu, jakaś starsza Pani zamiast napiwków daje kelnerce kartki ze swoimi wierszami. Ja piję tu gorącą czekoladę marząc o tym żeby moja przyszła domowa biblioteka miała regały z takiego pięknego ciemnego drewna, drabinę, obraz starej królowej Bony. Wyobrażam sobie,że w wielkich słojach ustawionych tu wysoko na półkach trzymam kruche ciastka. W myślach kupuję wszystkie albumy fotografii, sztuki włoskiej i literacki dorobek Kapuścińskiego. Jeśli nie stać mnie akurat na to żeby powiększyć swoją biblioteczkę, kupuję przy wyjściu czarno – białą kartkę. Będę sobie nią zakładać strony książek i myśleć o tych masywnych regałach z ciemnego drewna które kiedyś będą moje.
Prześlij komentarz