2009-12-31

Dedykacja na koniec roku


Jedni lubią podsumowania na koniec roku, inni nie.
Ja należę do pierwszej kategorii.
Lubię myśleć o tym, czego się nauczyłam i czego nie udało mi się zrobić. To dla mnie trochę takie święto dziękczynienia, tyle że bez indyka. Gdyby człowiek był na tym świecie sam, nic by go nie cieszyło. Patrzenie na księżyc w towarzystwie ważnych nam osób, raduje bardziej niż oglądanie go w pojedynkę.
W tym roku spotkałam wielu ludzi, którzy mieli wpływ na moje zainteresowania. Dzięki ich konstruktywnym uwagom, przyjaźni, wspólnej pasji, udało mi się odkryć kolejne zakamarki świata.
Spotkało mnie wiele życzliwości, radości. Mogłam podzielić się tym, co byłam w stanie dać i sama otrzymałam wiele.
Zobaczyłam piękne miejsca, ugotowałam setki dań i jadłam grzanki zrobione specjalnie dla mnie.
Niczego w życiu nie cenię tak bardzo, jak ludzkiej bezinteresowności i życzliwości.
Nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli, nie zawsze jesteśmy dobrze zrozumiani - bywa i tak.
Chciałabym życzyć wszystkim pomyślności w Nowym Roku. Spełnienia marzeń. Dobroci i uśmiechu.
Byśmy zawsze mieli z kim świętować.
I dziękuję tym wszystkim, dzięki którym jestem, jaka jestem.

Liska

2009-12-29

Dlaczego dzieci nie lubią brukselki?



Te, które znam, nie lubią. I kiedy sama byłam dzieckiem, moi rówieśnicy na hasło brukselka reagowali podobnie jak na szpinak.
Moja Mama nieczęsto gotowała ją w domu, więc jeśli się to zdarzyło, byłam w siódmym niebie.
Niektórym z nas odpowiada bowiem niepokojący gorzko-słodki smak tego warzywa. Trochę orzechowy, nieco staroświecki.
Po powrocie z wakacji zastałam pustą lodówkę i ucieszył mnie ten fakt podwójnie świetnie, kupię tylko tyle, ile potrzebuję na dziś.
Jeśli nie lubicie brukselki, pewnie Was nie przekonam. Jeśli nie jesteście pewni, może. Dzisiejsza zupa jest połączeniem dwóch smaków - duszonej do miękkości, słodkiej cebuli, identycznej jak ta, którą przygotowuje się do tradycyjnej zupy cebulowej i brukselki. Ale w nieco nowej odsłonie.
Przede wszystkim nikt nie każe nam gotować brukselki tak długo, że zacznie przypominać tę z przedszkola. Przeciwnie. Zachowa swój kształt i konsystencję.
Ta zupa mnie ujęła.
Ale ja lubię zupy i niecodzienne smaki.
Dziecko się krzywiło (ale zjadło). Nie każdemu będzie smakować, ja wzięłam sobie dokładkę.



Zupa cebulowa z brukselką
Przepis: Sophie Grigson

450 g cebuli, obranej i pokrojonej w piórka
30 g masła
1 łyżka cukru (użyłam trzcinowego)
1,2 litra wywaru z warzyw lub kurczaka (ugotowałam wywar na 1 włoszczyźnie, przyp. L)
450 g brukselki, umytej, odcięte końce, główki przekrojone na pół
1 łodyga tymianku (użyłam 1/2 łyżeczki suszonego i kilka gałązek świeżego oregano, przyp. L)
sól i pieprz do smaku,
szczypta pieprzu cayenne
grecki jogurt lub kwaśna śmietana

W garnku roztopić masło, wrzucić cebulę i dusić ją pod przykryciem 30-40 minut. Ogień powinien być malutki, cebulę należy co jakiś czas mieszać, by miękła ale się nie przypalała.
Dodać cukier, wymieszać i dusić bez przykrycia 10-15 minut.
Dodać brukselkę, wywar, tymianek. Gotować jeszcze ok. 15 minut - brukselka powinna być miękka, ale nie rozgotowana.
Wyjąć tymianek, jeśli używaliśmy świeżego.

Autorka radzi zupę zmiksować, ja jednak wolę ją w wersji niemiksowanej.

Doprawić solą, pieprzem. Podawać z jogurtem.

Smacznego!

2009-12-28

Teneryfa. Północ-Południe.



Kiedy wracam po dłuższej podróży do domu, poznaję na nowo wszystkie kąty. Dziwię się, że zakwitły kaktusy, a królik ma dwa razy tyle futra.
Na śniadanie gotuję miskę kaszy gryczanej z masłem. I kubek herbaty, której mi brakowało.
To był dobry i ciepły czas, z dala od domu i zimy.
Byłam na Południu i Północy, rozkoszując się przede wszystkim pogodą, która była jak nasz polski czerwiec po południu - ciepły wiatr przynosił zapach oceanu i kwiatów. To była moja pierwsza wizyta na Teneryfie, wyspie, którą można polubić lub nie. Ja odnalazłam tam swoje miejsca i ścieżki.
Południe - cieplejsze i bardziej słoneczne, z hotelami wbitymi w skały, z miastami dla turystów, gdzie nawet najbardziej ekskluzywne sklepy zbite w jedno tworzą atmosferę okropnego bazaru. Kto kupuje chińskie figurki, chińskie torby na chleb z napisem Tenerife, chińskie magnesy, chińskie wszystko? Chińskie wszystko było elementem krajobrazu Teneryfy bez względu na nasze położenie. Ale oprócz niego jest jeszcze magia miejsc, przyrody, smaków i mojego odkrycia: cafe cortado leche y leche. To espresso z dwoma rodzajami mleka - zwykłego i skondensowanego. Podawane w małej szklaneczce. Mocne, aromatyczne i zaskakujące.

To właśnie tutaj okazało się, że lubię kalmary, pokrojone w cienkie paski, podduszone z szafranem i podane z pieczonym słodkim ziemniakiem.
Tu zjadłam najlepsze na świecie brownies i obejrzałam niesamowite rośliny.

Wracam do rzeczywistości.
Kiedy rozpakuję walizki, wrócę tu, by opowiedzieć więcej.

Dziękuję za wszystkie świąteczne życzenia i maile.
Dobrze znów być z powrotem.

Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego dnia!

2009-12-25

Kiedyś



Kiedyś trzymałam się kurczowo starych zapisków, pocztówek z końców świata
suszyłam kwiatki w żółtych pamiętnikach
nakrywałam kołdrą głowę tuż przed godziną duchów
niosłam ze sobą worek marzeń, cięższy niż tak naprawdę byłam w stanie unieść
chwytałam za rękę przyjaciół na chwilę, wierząc, że zostaną ze mną na zawsze




dziś lubię ukryć się nocą w zakamarkach hotelu
rozsiąść się na niczyjej kanapie
patrzeć jak przygasają lampki, a stłumione głosy ostatnich gości gonią się po korytarzach
(na dole w recepcji jakiś podchmielony jegomość budzi śpiące w klatkach kanarki, ale te, odpowiadają na zaczepki pojedyńczym ti-tit i zapadają w nieprzytomny sen)

Kiedy się budzę, idę na wzgórze, skąd widzę pejzaż ujęty w ramy oceanu i gór,
tam daleko drogi i autostrada plączą się i prowadzą dookoła wyspy
migawki zimy, samolotów, które nie odlatują i ludzi, którzy wciąż mają nadzieję dotrzeć do domu na święta, są jak nierzeczywisty obraz wyświetlany wśród setek innych poprzedniego wieczoru
kiedy uchylam na oścież balkon i słucham, jak szumi miasteczko w oddali
migają tysiące lampek, telewizory, uliczne latarnie, świąteczne ozdoby

jemy śniadanie patrząc jak rodzina myszy porządkuje swoje domostwo
i nim zgasną światła, pójdzie spać, najedzona i zaspokojona
prostym być tu i teraz

Miłego świętowania!

2009-12-23


Wszystkim Wędrowcom, Przyjaciołom, Znajomym
szczęśliwych i spokojnych świąt,
by magia miłości i radości towarzyszyła nam nie tylko od święta.

Dziękuję, że jesteście.

Liska

2009-12-21

Rolada orzechowa



To już moja ostatnia propozycja ciast świątecznych w tym roku.
Łatwa i szybka rolada z nadzieniem orzechowym.
Warto pamiętać o tym, by przejrzeć dokładnie orzechy przed przygotowaniem nadzienia, by uniknąć kawałków skorupek.
Pozdrawiam serdecznie wszystkich czytelników bloga i przesyłam Wam moc serdeczności i słońca!




Rolada orzechowa
na podst. "Kuchnia kresowa z Podlasia" A.E. Stawska

Ciasto:
3 szklanki mąki (użyłam 500 g)
250 ml mleka (użyłam 200 ml)
50 g świeżych drożdży (użyłam 30 g)
4 łyżki cukru
3 żółtka (użyłam 4)
4 łyżki oleju
1/2 łyżeczki soli (użyłam 1/4)

Masa orzechowa*:
400 g zmielonych orzechów włoskich
3/4 szklanki cukru (użyłam 200 g)
1 jajko

Lukier:
1 szklanka cukru pudru
4 łyżki gorącej wody



Masa:
Jajko utrzeć z cukrem. Dodać orzechy, dokładnie wymieszać.

Ciasto:
Mąkę przesiać do miski.
Drożdże rozetrzeć z cukrem, wlać ciepłe mleko. Mleko wlać do mąki i pozostawic na ok. godzinę, aż drożdże się spienią, miskę przykryć ściereczką (pominęłam ten etap, przyp. L)
Do rozczynu z mąką dodać resztę składników i wyrobić lśniące ciasto. Ciasto przykryte ściereczką odstawić do wyrastania na ok. godzinę (powinno podwoić objętość).
Ciasto wyłożyć na stolnicę (oprószoną mąką, przyp. L) i rozwałkować na kwadrat grubości 1-2 cm.
Na rozwałkowane ciasto wyłożyć nadzienie. Zwinąć w rulon i wyłożyć na posmarowaną olejem blachę. Pozostawić do wyrośnięcia na 15-20 minut. (Ja posmarowałam ciasto żółtkiem wymieszanym z łyżką wody, L.)
Wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 st C i piec 35-40 minut.
Po ostudzeniu polać lukrem:

Lukier:

Do cukru wlać gorącą wodę i utrzeć do białości.

*Przy tej ilości ciasta, można spokojnie podwoić ilość składników do masy.

2009-12-18

O książkach dla dzieci. Na co dzień i od święta.





W moim domu są setki książek dla dzieci, a powód posiadania takiej ilości jest prozaiczny:
Książki dla dzieci to moja kolejna po literaturze kulinarnej, słabość.

Kiedy byłam mała, z niecierpliwością czekałam na Mamę, która wracając z pracy przynosiła mi książki. To chyba wtedy zaszczepiła we mnie miłość do słowa drukowanego. Choć wiem, że świat idzie naprzód i coraz więcej ludzi zachwala elektroniczne książki, dla mnie nie ma nic bardziej przyjemnego niż pójście do księgarni, wybranie lektury i zatapianie się w jej zapach i treść. Lubię czytać na dworcu, w głośnej kawiarni, w samochodzie i kiedy stoję w korku. Nie przeszkadza mi hałas. Od kiedy mam bardzo gadatliwą córkę, nauczyłam się czytać między jej licznymi opowieściami.
Na początku kupowałam z myślą o dziecku. Później doszłam do wniosku, że kupuję również dla siebie. Uzupełniam luki z dzieciństwa, w które mogłam wpisać wówczas mniej niż chciałam. Kiedyś Sophie Marceau powiedziała, że wspaniale jest mieć dziecko, ponieważ jego posiadanie jest pretekstem do tego, by samemu się uczyć i poznawać to, na co nie miało się wcześniej czasu (albo ochoty).
I tak nikt nie zdziwi się, kiedy kupię globus i postawię go na kuchennym stole.
Ani kiedy przyniosę książkę o origami.
Dwa opakowania gliny.
Zestaw mini-filiżanek z kompletem farb do malowania po szkle.
Ale najwięcej ze wszystkiego, przynoszę do domu książek dla dzieci.

Niedaleko naszego domu jest księgarnia dziecięca. Kiedy chodzę tam, by zapaść się w jednym z wielkich foteli, a na stoliku obok piętrzy się stos książek, z których co najmniej połowa warta jest kupienia, marzę o tym, by stać się mała jak elf, przycupnąć na jednej z półek i niezauważona poczekać na koniec dnia, kiedy drzwi zostaną zamknięte na klucz. A wtedy nadejdzie noc, a ja będę mieć czas do rana, by czytać, czytać, czytać.
Mylą się ci, którym się wydaje, że pisanie dla dzieci to pestka. Myślę, że najpoczytniejsi autorzy literatury dziecięcej mieli w sobie wiele mądrości i dojrzałości, dzięki której potrafili opisać świat w sposób, który zrozumie i zainteresuje dziecko.
Współcześnie pisane książeczki dla dzieci niosą ze sobą zbyt wiele mędrkowania, częstochowskich rymów, koniecznie chcą czegoś uczyć, podają na tacy morały. Ja lubię czytać dla czytania, dla przyjemności, dla chwili, w której można popuścić wodze fantazji i pozwolić wyobraźni pracować na najwyższych obrotach.
Nawet najlepszą książkę może zepsuć fatalny przekład. Ile już miałam w rękach książek, pięknie wydanych, ambitnych, zepsutych przez kiepskie tłumaczenie. Jednym z przykładów jest seria literatury Roalda Dahla, autora między innymi “Matyldy”, “Charliego i Fabryki czekolady”.

Od pięciu lat staram się podążać za tym, co pojawia się na półkach naszych księgarni. Dziś, trochę z okazji nadchodzących świąt, a trochę z powodu chęci zanotowania tego, co mnie ujęło, postanowiłam podzielić się z Wami subiektywną listą kilku dziecięcych książek, po które z przyjemnością sięgnęłam w tym roku. Może kogoś z Was zainspiruje ta lista podczas świątecznych zakupów?
Moja córka ma dopiero pięć lat. Zatem niektóre z lektur zaczynamy czytać razem, a potem kończę je sama (bo żal mi się z nimi rozstać) odkładając je dla niej na później.

Pluk z wieżyczki
Annie M.G. Schmidt
cena ok. 50 pln

Zanim kupię książkę, lubię poczytać o jej autorze. Annie M.G. Schmidt jest dla mnie drugą Astrid Lindgren, zresztą z jej rąk odbierała nawet nagrodę za swoją twórczość. Początkowo pracowała w czytelni, później w gazecie amsterdamskiej, gdzie ukazywały się jej dowcipne wierszyki dla dzieci. Kiedy podjęła współpracę z rysowniczką Fiep Westendorp, zaczęły razem tworzyć komiksy. Pluk, jej najbardziej znana książka, powstał, kiedy miała sześćdziesiąt lat, czyli pewnie mniej więcej tyle, ile mają ukochane babcie, które potrafią opowiadać najwspanialsze bajki.
Moja córka, kiedy jej powiedziałam, że piszę o najfajniejszych książkach dla dzieci poprosiła, by napisać, że Pluk jest najlepszą ze wszystkich.
Na czym polega jego fenomen? To historia chłopca o imieniu Pluk, który jeździ dźwigiem i pewnego dnia wprowadza się do wieżyczki domu. Skąd się wziął i kim są jego rodzice, niewiadomo. Wiadomo jednak, że w tym samym domu mieszkają pani Czyścicka, która bez przerwy sprząta, pan Tupalski, samotnie wychowujący sześciu synów.
W książce występują jeszcze takie postaci jak dyrektor muzeum ornitologicznego, pan Ociężalski, ptaki: mewa Karol z drewnianą nogą, gołębica Gruba Gercia, karaluch Zaza i jeszcze wielu innych charakterystycznych bohaterów.
Pluk wprowadza się do Wieżyczkowca i powoli zdobywa kolejnych przyjaciół, którzy wspólnie postanawiają uratować ogród Turkawek, pokonując po drodze wiele przeszkód.
To, co mnie urzekło, to bezpretensjonalność tej historii, normalny język, przygody - niby da dorosłego nierzeczywiste, ale w oczach dziecka jak najbardziej realne i zapierające dech w piersiach. Ogromne brawa dla tłumaczki polskiego wydania, Joanny Boryckiej-Zakrzewskiej, która zrobiła go naprawdę koncertowo.
Codziennie przed snem czytałyśmy jeden odcinek, by starczyło na dłużej...
Mamy też inne książki tej autorki. W tym roku jednak Pluk zajął zasłużone pierwsze miejsce.

Tydzień pełen sobót
Paul Maar
cena: 17-20 pln

Z przyjemnością czytam książki o niestworzonych historiach, gdzie nie ma wytłumaczenia, jak to możliwe, że ktoś taki istnieje albo coś takiego ma miejsce. Bardzo lubię ten margines dla dziecięcej wyobraźni, w którym można sobie dowolnie zinterpretować daną rzecz, dopowiedzieć historię i spróbować odgadnąć, jak to się stało.
W Tygodniu pełnym sobót, główny bohater, pan Piwko, znajduje na ulicy piegowatego człowieczka, z dziwnym ryjkiem, w bliżej nieokreślonym wieku i postanawia się nim zaopiekować.
Bohater nie lubi swojej pracy, ani szefa, który w obawie przed włamywaczami tak ukrywa klucz do biura, że najczęściej sam nie potrafi go znaleźć.
Pan Piwko nie od razu orientuje się, że jego nowy przyjaciel (a raczej synek o imieniu Sobek, jak każe na siebie mówić), spełnia wypowiedziane przez niego życzenia i rozwiązuje przy okazji problemy ze wścibską właścicielką wynajmowanego przez nich pokoju, robiąc przy tym wiele dowcipów i żartów.
Ten, kto zna Karlssona z dachu (kocham Karlssona!), w tej książce znajdzie wiele podobieństw do tamtego bohatera stworzonego przez Astrid Lindgren.
Jeśli kiedykolwiek marzyłeś o tym, żeby wydarzyło się coś, dzięki czemu nie będziesz musiał iść do pracy i chcesz wierzyć, że na świecie istnieją istoty spełniające wszystkie życzenia, sięgnij po tę książeczkę.
Paul Maar napisał pięć książek o przygodach Sobka (prosimy o ich tłumaczenie!), a trzy z nich sfilmowano. Bardzo chciałabym je zobaczyć.

Czekoladki dla sąsiadki
Dorota Gellner
cena ok. 20 pln


Bardzo chętnie sięgam po rymowane wierszyki dla dzieci, ale nie ma nikogo wśród współczesnych pisarzy, kto pisałby tak, że nie mogłabym się od tego oderwać. Niestety, moim zdaniem, Brzechwa czy Tuwim, wciąż pozostają na literackim piedestale i nie ma dziś nikogo, kto przynajmniej próbowałby dorównać ich kunsztowi.
Czekoladki dla sąsiadki nie są może wybitne, ale są... fajne. Ciekawie zrymowane, ładnie zilustrowane, dowcipne. O rany, musiałam je przeczytać pewnie ze sto razy, bo moje dziecko się tego domagało...


Seria o Mikołajku
Rene Goscinny, Jean-Jacques Sempe
Cena: 28-36 pln

Z Mikołajkiem było tak. Długo się przed nim wzbraniałam, bo jak wszyscy mówią, że coś jest świetne, jest bestsellerem i w ogóle “trzeba”, to jestem ostatnią osobą, która go kupi. Lubię, kiedy szał wokół danego dzieła nieco ostygnie i wówczas sięgam po niego na spokojnie. Wprawdzie moda na Mikołajka jest od lat pięćdziesiątych, ale gorączka wokół niego powstała ostatnio, kiedy z plakatów na przystanku i głośników w Empiku atakują nas okładki i fragmenty historyjki napisanej i zilustrowanej przez duet Goscinny/Sempe.
Moja córka zachwyciła się nim od razu - czytałyśmy codziennie fragment którejś z książek, a w samochodzie słuchałyśmy niezwykle udanych interpretacji Macieja i Jerzego Stuhrów. Początkowo i mi udzieliło się mikołajkowe oczarowanie, jednak po pewnym czasie poczułam się znużona kwestiami “I wtedy się rozpłakałem”, “I wtedy mama się rozpłakała” , “Alcest to mój kolega, który dużo je” oraz niekończącymi się kłótniami między sąsiadami i kolegami.
Mikołajkowi w małej ilości mówię zdecydowane tak, bo to historyjki zabawne, trafnie podsumowujące zachowania dorosłych widziane oczami dziecka. Przypominające, jak to było w czasach, kiedy kupowało się dziecku buty wtedy, kiedy zniszczyło stare, jak żyło się w świecie bez telewizora i w grze pozorów. Nie jest to jednak lektura (przynajmniej dla mnie), którą można czytać od rana do wieczora, pędząc do księgarni po kolejny tom, bo właśnie skończyliśmy poprzedni dziś rano.

Fistaszki zebrane 1953-1954
Charles M. Schultz
cena ok. 56 pln


Fistaszki kupiłam oczywiście dla siebie, sentymentalnie sięgając pamięcią wstecz do czasów, kiedy Mama kupowała mi Wesołe Minutki (czy coś takiego), gdzie były drukowane fragmenty o psie Snoopym i jego przyjaciołach.
Po pierwsze zachwyciło mnie, nie waham się użyć tego słowa, niezwykle staranne wydanie tej książki, począwszy znakomitego przekładu Michała Rusinka (którego nazwisko jest reklamą samą w sobie, bo człowiek ma dystans do siebie i do świata, potrafi świetnie pisać i tak samo tłumaczyć, a przy okazji jest zabawny), poprzez papier, druk, oprawę. Jednym słowem, sięgając po tę książkę wiedziałam, że dwadzieścia lat temu była świetna, dziś jest świetna i za jakiś czas, kiedy moja pięciolatka będzie gotowa do tego, by zrozumieć subtelny humor autora, również znajdzie swoich wiernych czytelników. Jednak okazało się, że proste historyjki rozumie nawet dziecko i jest w stanie się przy nich nieźle bawić, udając, że czyta i męcząc rodzica, by po raz setny wypowiadał kwestie: Hau? Mniam mniam! Hau?! Mniam... Hau!!! Te historyjki są po prostu ponadczasowe i ten, kto nigdy nie miał do czynienia z Fistaszkami, powinien choć zajrzeć do tego zbioru i poświęcić mu dziesięć minut. Gwarantuję, że uśmiech murowany!

Afryka Kazika
Łukasz Wierzbicki
cena: ok. 30 pln

Tę książkę, podobnie jak Pluka, poleciła mi mama przyjaciela mojej córki, który jest również pięciolatkiem. Uważam, że Afryka Kazika jest idealnym wstępem do poznania literatury podróżniczej, jest jak wrota, przez które warto przeprowadzić dziecko, by w tego typu książkach umiało odnaleźć radośc podróżowania i ciekawość świata. Ucieszyłam się, bo jej autor jest Polakiem i o Afryce i Ryszardzie Kapuścińskim, którego można spotkać w tej książce, potrafi napisać fantastycznie i interesująco uwzględniając wrażliwość małego czytelnika.
W Afryce Kazika znajdziemy opowiadania dla dzieci napisane na podstawie reportaży Kazimierza Nowaka, który w latach trzydziestych XX wieku przemierzył Afrykę na rowerze. Są to spotkania z mieszkańcami Afryki - ludźmi i zwierzętami, okraszone prawdziwymi zdjęciami i mapą kontynentu z zaznaczoną trasą, którą pokonał podróżnik.

2009-12-17

Pochwała prostoty: Orzechowiec Nutinki.



Są takie przepisy, które zawsze się udają. Smaki, które są proste i oczywiste. Nadajemy im rangę świątecznych z takiego czy innego powodu. Dla mnie ten orzechowiec, od kiedy upiekłam go po raz pierwszy kilka lat temu, jest jednym z tych, których nie brakuje przed świętami. Co roku powtarzam sobie - a może by go zmodyfikować i coś zmienić? Ale nic nie zmieniam, niczego nie muszę ulepszać i odkrywać. Kto zrobił to za mnie.
Jedno z najpyszniejszych ciast. Dla mnie, miłośnika orzechowych, niczym nie zagłuszanych smaków, to klasyk sam w sobie. I taki łatwy i mało pracochłonny.


Ciasto orzechowe Nutinki
źródło przepisu tutaj

Składniki:
25 dag zmielonych orzechów włoskich, 5 dag mąki pszennej, 1 szklanka cukru, 1/2 łyżeczki suszonej skórki z cytryny, 1/2 łyżeczki suszonej skórki z pomarańczy, 5 jajek, szczypta soli, kilka połówek orzechów do dekoracji;
na polewę: tabliczka gorzkiej czekolady (10 dag), 3-4 łyżki mleka, cukier waniliowy

Sposób przygotowania:
Oddzielić żółtka od białek. Żółtka utrzeć z cukrem i skórką. Białka ubić z solą na sztywną pianę. Mąkę wymieszać z orzechami. Wszystko delikatnie połączyć. Przełożyć do tortownicy wysmarowanej masłem. Piec 45 minut w temperaturze 190°C. Ostudzić.

Czekoladę podgrzać na małym ogniu razem z mlekiem, wymieszać z cukrem waniliowym.
Lekko przestudzoną posmarować zimne ciasto, udekorować orzechami.

Dodatkowe informacje:
Proporcje na tortownicę o średnicy 24 cm.
Ja piekłam swoje w formie na babkę z kominkiem (przyp L.)

2009-12-16

Daleko od kuchni


Uciec od przedświątecznej gorączki.
Na parapetach mojego warszawskiego mieszkania topi się śnieg, a ja, daleko od niego, zrywam hibiskusy.
Pożyczam od Orhana Pamuka zdania, które opisują jego dzieciństwo, w którym próbuję się przejrzeć i dostrzec te same elementy dziecięcej wiary i naiwności.
Każda ucieczka od świąt wygląda inaczej.
W jednej jest tęsknota.
Jak wtedy, gdy w upale spaceruje Święty Mikołaj, a palmy przebrane są za świąteczne drzewka. Na kolację podają nam curry, a potem idziemy na spacer ciepłą plażą.
W innej jest spokój.
Tym razem spaceruję po mokrej trawie, jem gofry i piję herbatę w małej herbaciarni prowadzonej przez Niemca. Moja córka tarza się pod stołem ze starym, srebrnym psem twierdząc, że zwierzak jest szczeniaczkiem i na pewno suczką.
Na wyciągnięcie ręki jest ocean. Teraz lśni srebrzyście. Nad nim ciężkie chmury.
Plantacje bananów, hotele wtopione w szary brzeg kamiennej plaży.

Potrzebowałam niczym nieskrępowanego oddechu. Bez muszę, powinnam i trzeba.
Od wiadomości o kolejnych ofiarach świńskiej grypy. Od komputera, telefonu, piekarnika.
Od nowych i starych znajomości. Od tego, co się wypaliło i tego, co się rodzi.
Przeczytałam ostatnio w gazecie, że ilość wiadomości, słów, wydarzeń, przekracza znacznie normy, przy których jesteśmy w stanie zdrowo funkcjonować. Słyszałaś o tym, słyszałaś o tamtym. Widziałaś i musisz to obejrzeć.
Dziś nic nie muszę.

Na czas mojej nieobecności przygotowałam kilka świątecznych propozycji, które będę publikować, jak tylko nadarzy się sposobność skorzystania z internetu.
Proszę jednak o wyrozumiałość w kwestii odpowiedzi na komentarze i maile.

Pozdrawiam ciepło :-)

Polecam Azjatyckie bułeczki z krewetkami, na które przepis opublikowałam dziś w Pracowni Wypieków.

2009-12-12

Keks pomarańczowy



Miłość rodzi miłość, a przyjaźń rodzi przyjaźń.
Jedna dobra chwila jest jak kostka domina, która popycha do działania milion kolejnych.
Na szkolnych świątecznych kiermaszach odkrywam magię łowickich wycinanek i dziwię się, ile wzorów produkuje współcześnie Bolesławiec. W radiu słucham o ekologicznych ozdobach na choinkę - jak będzie pachnieć, gdy zamiast plastikowych chińskich bombek powiesimy pierniki albo mandarynki. I stare ozdoby, które pamiętają jeszcze nasze dzieciństwo?
W tym roku celebruję Wigilię bez prezentów. Poczułam się wyzwolona niczego nie oczekując i na nic nie musząc polować, szukać, zamawiać. W dzisiejszych czasach brak prezentu na święta jest jak miła fanaberia - podczas gdy inni zastanawiają się co podarować, ja włączam nową płytę, jem ciasto i piję cynamonową herbatę. I nie chcę więcej.

Rok temu dostałam słoik domowej kandyzowanej skórki pomarańczowej, która, w przeciwieństwie do tej ze sklepu, jest miękka i aromatyczna. Do tego ciasta można użyć jednak dowolnej.
Jego smak jest intensywnie maślany, a dzięki syropowi rumowemu, ciasto długo pozostaje wilgotne.
Ostrzegam jednak lojalnie - przy zachowaniu oryginalnych proporcji, keks jest bardzo słodki.

Keks pomarańczowy
Cake aux Fruits
/na podst przepisu z paryskiej cukierni Ladurée/

Ciasto:

150 g miękkiego masła
100-120 g cukru(w oryginalnym przepisie było 150 g)
3 duże jajka
200 g mąki pszennej
2 łyżeczki proszku do pieczenia
150 g kandyzowanej skórki pomarańczowej
50 g rodzynek

Polewa:

50 g cukru
60 ml wody
2-3 łyżki rumu


Piekarnik nagrzać do 175 st C.
Keksówkę o wymiarach 20x10 cm wysmarować masłem i wysypać tartą bułką.
Masło utrzeć z cukrem, podczas ucierania dodawać po jednym jajku.
Mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia, pokrojoną skórką i rodzynkami. Połączyć z masą maślaną - ja wszystko miksuję, dzięki czemu skórka pomarańczowa podczas pieczenia rozpuszcza się, nadając ciastu pomarańczowy kolor.
Masę wlać do keksówki. Wstawić do piekarnika i piec 55 minut.
Kiedy będzie gorące, wyjąć z formy i nasączyć syropem:

Syrop:
w garnuszku podgrzać cukier z wodą. Po ok. 4 minutach, kiedy cukier się rozpuści, zdjąć z ognia, wlać rum i dokładnie wymieszać.

Smacznego!




2009-12-10

Rozgrzewająca zupa z kalafiorem i serem cheddar




A gdyby tak zapomnieć na chwilę o świątecznych wypiekach i zjeść talerz ciepłej zupy?
Czy wiecie, który ser w Wielkiej Brytani jest najbardziej popularny?
Jeśli otwieramy pierwszą z brzegu angielską książkę kucharską, od razu znajdziemy odpowiedź.
Cheddar, bo o nim mowa, ma żółtopomarańczową barwę, jest ostry, lekko kwaskowaty i orzechowy. Bardzo szybko go polubiłam ze względu na jego smak i łatwość topienia.
Często wykorzystuję go do jesiennych zup, a w tej mariaż cheddara i kalafiora, doprawiony łagodnym curry i szafranem, wydaje się niezwykle udany.
Przepis Gordona Ramsaya.

Rozgrzewająca zupa z kalafiorem i serem cheddar

1 kalafior podzielony na różyczki
2 cebule, drobno pokrojone
4 łyżki oliwy
sól i pieprz
łyżeczka curry
kilka nitek szafranu
300 ml bulionu warzywnego lub drobiowego
300 ml mleka
100 g startego sera cheddar

2 łyżki oliwy rozgrzać w szerokim rondlu.
Dodać cebulę, podsmażyc 4-5 minut. Wsypać curry i szafran, dodać kalafior. Smażyć 5 minut uważając, by przyprawy się nie przypaliły. Doprawić solą i pieprzem.
Wlać bulion. Doprowadzić do wrzenia, wlać mleko - jeśli mleko nie przykrywa warzyw, należy uzupełnić wodą.
Gotować ok. 10 minut - warzywa powinny zmięknąć.
Zmiksować - jeśli zupa jest za gęsta, dolać wody. Wsypać starty ser.

Smacznego!

2009-12-08

Przystojny sernik Amaro





Ostatnio obiecywałam Wam, że wypróbuję któryś z przepisów z opisywanej przeze mnie książki "Kuchnia polska XXI wieku".
Jak obiecałam, tak zrobiłam.
Ponieważ czas jest przedświąteczny i większość z nas przegląda głównie przepisy, które można wykorzystać na Boże Narodzenie, mój wybór padł na sernik.
Bardzo cenię przepisy, które są proste i konkretne. I tak jest też i tym razem.
Wszystkie składniki można kupić w pierwszym napotkanym sklepie spożywczym, bez długich poszukiwań.
Ponieważ w książce przepis na wykonanie sernika był nieco ogólny, poniżej podaję moją jego interpretację.



Jeden z najsmaczniejszych serników, jakie jadłam. Intensywny, ciężki, tradycyjnie polski. Podczas studzenia wierzch sernika delikatnie popękał, ale w żaden sposób nie wpłynęło to na jego smak.

Przystojny sernik Amaro
przepis z książki Kuchnia polska XXI wieku

1 kg sera trzykrotnie mielonego
450 g cukru (użyłam 350 g. przyp. L)
100 g miękkiego masła
40 g mąki pszennej
8 całych jaj
4 białka
100 g borówek
(ja dodałam jeszcze cukier z prawdziwą wanilią, przyp. L)

Białka ubić na sztywną pianę. Dodawać stopniowo cukier, wciąż ubijając. (Na końcu dodałam wanilię).
W drugiej misce ubijać ser dodając po jednym jajku. Kiedy masa będzie gładka, dodać rozpuszczone i ostudzone masło i mąkę. Wymieszać dokładnie. Dodać pianę z białek i dokładnie połączyć z serem, ale nie miksować.

Formę do ciasta (użyłam tortownicy o średnicy 26 cm), wysmarować masłem, dno wyłożyć papierem do pieczenia, który należy posmarować masłem. Całość oprószyć mąką. Wlać ciasto.
Piekarnik nagrzać do 170 st C.
Wstawić sernik, wsypać na wierzch borówki i piec 2 godziny. (po godzinie zmniejszyłam temperaturę do 150 st C, sernik przykryłam folią aluminiową i dopiekałam w ten sposób, przyp. L)

Uwagi:
jak zwykle przy sernikach, tak i przy tym przepisie radzę nie otwierać piekarnika podczas pieczenia. Po upieczeniu ciasta, uchylić nieco drzwiczki i pozwolić sernikowi stygnąć w cieple. Dzięki temu opadnie tylko minimalnie.

W Pracowni Wypieków przygotowałam dziś przepis na Pszenno-piwny chleb z orzechami krok po kroku. Zapraszam i miłego dnia!

2009-12-07

Miodownik białostocki



Większość świąt mojego dzieciństwa wiąże się z Podlasiem.
Mroźnym powietrzem, które szczypało w nos, gdy uchylałam frontowe drzwi, by zawołać koty.
Śniegiem, który tylko tam był niebieskawy i błyszczący.
Zapachem dymu z komina - tym charakterystycznym dla pieca opalanego węglem.
Bardziej od prezentów, interesowały mnie ciasta schowane w spiżarni. Jedno z nich pamiętam szczególnie - piernik. To nie był piernik, jaki zwykle piekę w domu, puszysty i delikatny. Tamten był raczej twardy, miodowy, mało słodki, a każda kromka smakowała najbardziej posmarowana masłem albo powidłami ze śliwek.
Dla mnie właśnie ten miodownik, a nie puszysty piernik, jest ciastem na święta.

Miodownik białostocki
/na podst. przepisu na "Miodownik pierny": Kuchnia kresowa z Podlasia, A.E. Stawska/

50 dag mąki
20 dag cukru
30 dag miodu
1 szklanka śmietany (użyłam szklanki 200 ml. przyp. L/
3 jajka
1 łyżka przyprawy do pierników /używam Kotanyi/
2 łyżeczki proszku do pieczenia


Żółtka utrzeć z cukrem. Dodać śmietanę, podgrzany miód, przyprawy i mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia.

Białka ubić na sztywną pianę i dodać do ciasta, delikatnie wmieszać i wlac do wysmarowanej masłem formy (użyłam keksówki o długości 30 cm, przyp. Liska).
Piekarnik nagrzać do 180 st C i piec ok. godziny (autorka zaleca piec 30 minut, ale mój piernik po tym czasie był surowy w środku). Aby upewnić się, że ciasto jest upieczone w środku, należy w jego środkową część wbić drewniany patyczek - jeśli jest suchy to znak, że ciasto się upiekło.
Wystudzić w formie. Ostudzony zawinąć w folię spożywczą. Najlepszy następnego dnia.

Smacznego!

2009-12-05

Świąteczne inspiracje. Świąteczne frustracje. Makowiec.



Święta to bez wątpienia czas smakołyków. Tradycyjnych dań, które tego dnia smakują jednak inaczej. Bardziej zapadają w pamięć, łączą się ze wspomnieniem osób, które robiły to najlepiej, tak jak nikt dzisiaj nie potrafi.
Osobiście jestem zwolenniczką mniej a lepiej.
Stół, który jest moim wymarzonym, nie ugina się pod ciężarem niezliczonych potraw, których nie jestem w stanie nawet spróbować, które nie mieszczą się później w lodówce. Zawsze przypomina mi się scena z Wojny Domowej, gdzie główni bohaterowie dzwonili do znajomych i sąsiadów, by ci przyszli pomóc im zjeść to, co zostało ze świąt.

To czas, kiedy dobrowolnie narzucamy sobie milion obowiązków i do ostatniej chwili gotujemy albo przynajmniej biegamy po sklepach w poszukiwaniu rękawiczek dla wujka Staśka lub pszenicy na kutię (której, swoją drogą, prawie nigdy nie ma).

Niektórzy z nas na święta po raz pierwszy próbują przygotować wigilijny stół albo śledzie czy piernik.
Są potrawy, których nikt nas nie uczył, a które postanawiamy zrobić na ten dzień. Wśród nich są dania frustrujące. Niby łatwe, a tak naprawdę trudne.
Dla mnie taką rzeczą był zawsze makowiec. Kiedy już zrozumiałam, co powinnam zrobić, żeby nie pękał po bokach, żeby nie był surowy w środku, żeby nie rozjeżdżał się po blaszce, żeby się nie rozpadał, żeby miał wystarczającą ilość nadzienia, żeby... żeby... upłynęło wiele czasu.
Lubię kulinarne wyzwania, wydaje mi się, że niewiele jest dań, których przynajmniej nie chciałabym spróbować zrobić we własnej kuchni, a to spędzało mi sen z powiek. Wiem, że są ludzie, którym wychodzi od razu. Ale więcej znam takich, którym nie wychodzi. Więc kupują.
Pomyślałam więc o alternatywie. O łatwym przygotowaniu tego samego, ale w nieco innej, bezpiecznej formie.
Wiem, że najsmaczniejszy jest makowiec z własnoręcznie przygotowaną masą makową, ale jeśli brakuje Wam czasu albo maszynka do mielenia się zepsuła, skorzystajcie z gotowej masy makowej.



Makowiec na 2 sposoby

Ciasto:
450 g mąki pszennej
20 g świeżych drożdży
130 ml ciepłego mleka
100 g cukru pudru
4 żółtka (białka będą nam potrzebne do masy makowej)
150 g miękkiego masła
1 cukier waniliowy

Drożdże zasypać łyżeczką cukru. Kiedy się rozpuszczą, dodać ciepłe mleko i odstawić na 15 minut.
Mąkę wsypać do miski, zrobić w niej dołek, wlać rozczyn, dodać pozostałe składniki i wyrobić gładkie ciasto. Należy to robić tak długo, aż ciasto będzie gładkie i nie będzie się kleiło do rąk (można zrobić to używając miksera).
Miskę przykryć folią spożywczą i odstawić w ciepłe miejsce na 1,5-2 godziny - powinno podwoić objętość.

W tym czasie przygotować nadzienie:

500 g maku
3/4 szklanki cukru
2 łyżki miodu
50 g masła
bakalie (ok. 150 g - rodzynki, skórka pomarańczowa, itp)
3 białka

Mak opłukać, wsypać do garnka, zalać gorącą wodą i zagotować. Następnie odstawić do ostygnięcia. Odsączyć na sicie i zemleć w maszynce na najmniejszych oczkach trzy razy.
W garnuszku stopić masło, miód i cukier. Dodać do zmielonego maku wraz z bakaliami i pianą ubitą z białek. Dokładnie wymieszać.

Wyrośnięte ciasto podzielić na 2 części. Każdą rozwałkować na prostokąt o grubości ok. 0,5-1 cm. Posmarować białkiem. Następnie nakładać mak zostawiając po bokach ok. 3 cm odstępy i zwijać dość luźno wzdłuż długiego boku.
Ja rozwałkowane ciasto przekładam na arkusz papieru do pieczenia i zwijam przy jego pomocy, dzięki temu łatwiej go później upiec.

I teraz:
jeśli ciasto pieczemy w formie makowca - zawijamy je w papier do pieczenia - dosyć luźno, na tyle, by ciasto mogło swobodnie rosnąć. Ja spinam boki wykałaczkami tak, by ciasto miało ograniczoną możliwość rozrastania się na boki.
Wzdłuż boków nakłuwamy makowiec kilkakrotnie wykałaczką i odstawiamy do ponownego wyrastania na 1 h.

2 metoda:
zwinięte w rulon ciasto kroimy na 1,5 cm plastry i układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Każdą z bułeczek smarujemy jajkiem wymieszanym z łyżeczką wody i odstwiamy do wyrastania na 30-45 minut.

Piekarnik nagrzać do 180 st C.
Wstawić bułki i makowiec. Piec ok. 50 minut (makowiec), ok. 20-30 minut (bułeczki).

Po upieczeniu i ostudzeniu lukrujemy:

Lukier:

3/4 szkl cukru pudru utrzeć z sokiem z 1/2 cytryny. Jeśli jest zbyt rzadki, dosypać więcej cukru.

2009-12-03

Jest taka scena, która jest odpowiedzią na zagadkę



Jest taka scena, kiedy w środku nocy do drzwi Vianne puka Josephine.
Nazajutrz, z samego rana robią czekoladki - ciemne stożki zanurzają w białej czekoladzie i kiedy chwilę później pojawia się burmistrz miasteczka, Vianne sięga w jego kierunku pytając: Sutek Wenus?
Ta scena i wiele innych zainspirowała mnie do odkrycia czekoladowych deserów, a przede wszystkim tego, który jest odpowiedzią na wczorajszą zagadkę.
Oryginalne Sutki Wenus, znane nie tylko za sprawą książki i filmu "Czekolada" są zrobione z masy powstałej z wymieszania ciemnej czekolady i śmietanki. Po uformowaniu i schłodzeniu na chwilę zanurza się je w płynnej gorzkiej czekoladzie, a kiedy zastygnie, czubek macza się w czekoladzie białej.
Te, które były w filmie są dziełem cukiernika i to zapewne niezłego. Albo Vianne. Ona też była niezła.
Po sukcesie tej pięknej książki, Joanne Harris, jej autorka, wydała kolejną, z przepisami kulinarnymi, wśród których znalazł się dział z czekoladą. A w nim przepis na sutki Wenus.

Mam słabość do domowych pralinek obtaczanych w gorzkim kakao. Zatem te, które zrobiłam, zamiast w czekoladzie, zanurzyłam w kakao.



Sutki Wenus
Nipples of Venus
/przepis: Joanne Harris/

Pralinki:
225 g gorzkiej czekolady 70% (użyłam Valrhona)
300 ml śmietanki (użyłam 36%)

Do obtoczenia:
100 g ciemnej czekolady
50 g białej czekolady

Pralinki:
Połamać czekoladę na kawałki.
Garnek z wodą ustawić na płycie grzewczej. Na garnku postawić miseczkę z czekoladą (nie powinna dotykać wody). Podgrzać, cały czas mieszając, aż czekolada się rozpuści.
W drugim garnuszku podgrzać śmietankę. Dokładnie połączyć z ciepłą czekoladą. Odstawić na 2 godziny.
Następnie używając rózgi (ja zrobiłam to przy pomocy miksera) ubić masę do czasu, aż będzie sztywna.
Masą wypełnić rękaw cukierniczy (można w tym celu wykorzystać mocną, plastikową torebkę, ucinając rog na szerokości 1 cm).
Na pergamin wyciskać czekoladki w kształcie stożka. Schłodzić w lodówce - czekoladki powinny zachować swój kształt i stężeć. Zajmie to ok. 30-60 minut.

Ciemną i białą czekoladę rozpuścić w dwóch miseczkach.
Schłodzone czekoladki maczać w ciemnej czekoladzie, a kiedy zastygnie, czubek zanurzać w białej.
Ponownie odstawić do zastygnięcia.

Moje uwagi:
1. Ważne, by czekoladę topić w kąpieli wodnej a nie bezpośrednio w garnku, gdyż dzięki temu ma odpowiednią konsystencję i się nie przypala
2. Masa powinna być dokładnie ubita i lekko schłodzona, co pozwoli jej zachować kształt podczas wyciskania przez rękaw cukierniczy.
3. Ja nie moczyłam pralinek w gorzkiej czekoladzie, zamiast tego każdą z nich obtoczyłam w gorzkim kakao i następnie czubek zanurzałam w białej czekoladzie - jeśli czekolada jest za gęsta, można dodać do niej odrobinę ciepłej śmietanki
4. Wszystkie czynności związane z obtaczaniem czekoladek, warto wykonywać w rękawiczkach, chłodnymi rękoma. Ułatwia to znacznie pracę.


* * *

Zagadka kulinarna:

Tym razem zadanie było nieco trudniejsze, ale, podobnie jak poprzednio, nie potrzebne były dodatkowe podpowiedzi.
Dziękuję wszystkim za udział w zagadce.
Osoby, które jako pierwsze odpowiedziały prawidłowo, podając nazwę Sutki Wenus, to:

Lula Lu (tarka z pojemnikiem)
eM (nóż do sera)
Shinnes (łopatka do naleśników)

Bardzo proszę o maila w sprawie danych do wysyłki nagród. Czekam na niego przez dwa tygodnie.

Jeszcze raz dziękuję za udział w zabawie, a zwycięzcom gratuluję!

2009-12-02

Zagadka kulinarna



Pytanie: Co dziś przygotuję?

Jeśli będą kłopoty z odgadnięciem (w co wątpię...), podam dodatkowe wskazówki.
Dla trzech pierwszych osób, które jako pierwsze podadzą poprawną odpowiedź w komentarzach pod dzisiejszym postem, przygotowałam nagrody marki KitchenAid

1. Tarkę z pojemnikiem
2. Nóż do sera i czekolady
3. Łopatkę do naleśników

Nagrody są w kolorze czerwonym.
W konkursie mogą wziąć wszyscy zainteresowani, oprócz anonimowych użytkowników.
Nagrody mogę wysłać tylko osobom mieszkającym w Polsce.
Jedna osoba może udzielić tylko jednej odpowiedzi.

Po zakończeniu konkursu skontaktuję się ze zwycięzcami.
Powodzenia i miłej zabawy!

2009-12-01

A jutro




Jutro zapraszam na nową zagadkę kulinarną.
Mam nadzieję, że tym razem będzie nieco trudniej niż tydzień temu, ale wierzę, że będzie równie dużo zabawy.
Dla tych, którzy zgadną jako pierwsi, przygotowałam nagrody marki KitchenAid.
Zapraszam :)