2009-11-30

Śniadania: Placuszki kokosowe z syropem limonkowo-kardamonowym




Z kalendarza: Nigdy nie otwieraj lodówki z nudów.
Rzadko mi się to zdarza. Zazwyczaj, jak zaglądam, wiem, czego szukam.
A Wam?

Na śniadanie przygotowałam placuszki.
Dla tych, którzy nie mogą nabiału ani jajek, placuszki można przygotować na samym mleku kokosowym i bez jajek.
Są wówczas dosyć neutralne w smaku i ważne, by podać je z czymś wyrazistym - dobrym musem owocowym, doprawionym cynamonem twarożkiem czy innym dodatkiem.
Ja bardzo je lubię z orzeźwiającym syropem kardamonowo-limonkowym i borówką amerykańską.

Placuszki kokosowe z syropem limonkowo-kardamonowym

200 ml mleka kokosowego (mieszam pół na pół ze zwykłym mlekiem)
1 jajko
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżka cukru
2 łyżki oleju
125 g mąki pszennej
2 łyżeczki cukru waniliowego

Wszystkie składniki zmiksować.
Rozgrzać patelnię z odrobiną oleju (ja spryskuję olejem, nie wlewam oleju na patelnię).
Łyżką nabierać porcje ciasta i smażyć z obu stron na złoty kolor (ok. minuty z każdej strony).
Podawać z syropem klonowym, owocami, serkiem lub:


Syrop limonkowo-kardamonowy


100 ml syropu klonowegp
sok z 1 limonki
skórka z 1 limonki
nasionka z 3 łupinek kardamonu, ugniecione w moździerzu

Dokładnie wymieszać.

2009-11-28

Amaro



W pewnym sensie wszyscy Polacy są kulinarnymi emigrantami - odseparowani od pamięci o smakach, produktach, nazwach z dawnych książek kucharskich, które dzisiaj nie mówią nic albo niewiele, gdyż są archiwum nieistniejącego już świata. A zatem sny o niektórych potrawach prezentowanych w tej części powinny towarzyszyć większości z nas, tkwić gdzieś głęboko zapisane w naszym narodowym genotypie jako tradycyjne polskie smaki - zawieszone znowu między Wschodem a Zachodem, ustawione między bałtyckim łososiem i tatarem.*

Cudze chwalicie, swego nie znacie, jak mawiają.
Od kiedy otrzymałam zaproszenie na promocję tej książki, mogę szczerze przyznać, czekałam z niecierpliwością na ten dzień.
Niewiele spraw jest w stanie wyciągnąć mnie wieczorem z domu, ale wiedziałam, że tym razem będzie warto.
Trochę jak czekanie na Świętego Mikołaja.
Kiedy wiemy, że na pewno coś przyniesie i że nas nie zawiedzie.
Nim przyszłam na promocję, byłam po lekturze książki. Przejrzałam wszystkie przepisy, przeczytałam teksty, zaznaczyłam dania, które chcę wypróbować w swojej kuchni. Obejrzałam dostępne w internecie filmy na temat Wojciecha Modesta Amaro i wiedziałam, czego się spodziewać.

Do ludzi, którzy są nie tylko zwykłymi kucharzami, zwykłymi rybakami, zwykłymi listonoszami, podchodzę z wielkimi nadziejami poznania ich pasji. Tego zalążka, impulsu, który sprawił, że podążyli określoną ścieżką i są z tego zadowoleni. W świecie, gdzie większość narzeka, spotkanie pasjonata jest darem.
I przypadł mi w udziale taki dar, kiedy można rozmawiać o czarnym czosnku, targach ryb, na których nie można robić zdjęć, a przede wszystkim o tym, jak wielka wartość jest w naszym kulinarnym polskim dziedzictwie, gdzie dawno temu wpływy Wschodu i Zachodu odcisnęły swój ślad w postaci składników, smaków, przypraw, połączeń.
Wojciech Amaro podjął się tego, o czym mówię od dawna - odkrycia polskiej kuchni na nowo, pokazania jej od nowoczesnej strony, która niekoniecznie musi być tworzeniem na siłę.

Im mniej, tym lepiej, myślałam, próbując po raz trzeci ciepłego kremu z selera, w którym delikatne smaki przeplatały się tworząc subtelną całość. Podobnie pomyślałam jedząc sorbet z jabłek. Wojciech Amaro osiągnął rzecz niezwykłą - z prostych i znanych nam składników, jak jabłko czy seler, wydobył esencję smaku. To jest prawdziwa esencja smaku, nie przysłowiowa.
Niech Was nie zwiedzie nieco abstrakcyjna prezentacja tych dań - to nie są połączenia składników, których łączyć się nie powinno. To nie są dania, w których człowiek zadaje sobie pytanie, co jest w środku. Bo kiedy zmruży oczy i delektując się smakiem zada sobie pytanie, znajdzie odpowiedź. Trochę jak z muzyką - muzyk będzie wiedział, z jakich nut składa się to, czego słucha. Tutaj każdy uważny smakosz rozpozna smaki znane, może nieco zapomniane, ale podane w nowej i świeżej formie.



Wojciech Amaro uczył się od najlepszych, między innymi Ferana Adrii z hiszpańskiej restauracji El Boulli, która od lat, na liście pięćdziesięciu najlepszych restauracji na świecie, zajmuje pierwsze miejsce. Mógł podążyć śladem pomysłów Adrii i po prostu wprowadzić do swojej restauracji kilka tamtych dań. Nie zrobił tego. Poszedł swoją drogą, skorzystał z polskich składników i smaków. I dzięki mu za to.

I jeszcze na koniec to, co dla mnie jest niezwykle ważne - osobowość. To nie jest zmęczony życiem kucharz, który narzeka na pracę i liczy dni do urlopu. To nie jest bufon, który uważa, że posiadł wiedzę absolutną i jest najlepszy na świecie. Świadomy swojej wiedzy i celów człowiek, który doskonale wie, w którą stronę podąża.
I do tego przystojny.

Restauracja Amber Room
Aleje Ujazdowskie 13
00-567 Warszawa

O książce pisałam tutaj.
Kuchnia Polska XXI wieku
Wojciech Modest Amaro
Wyd. Wilga



*cytat i zdjęcia pochodzą z materiałów prasowych restauracji

2009-11-27

Rozwiązanie konkursu :)




Moje pierwsze doświadczenia z tym tortem miały miejsce wiele lat temu, kiedy zostałam poczęstowana kawałkiem ciasta prosto z tego hotelu.
Wiedziałam, że jest słynny na cały świat, toteż nieco dziwnie się czułam jedząc i myśląc, że nie do końca mi smakuje.
Kilka lat później, będąc w Wiedniu, obserwowałam ludzi jedzących Tort Sachera. Ten najsłynniejszy, w kawiarni hotelu Sacher, gdzie zwykle jest kolejka, gromadzi wielu Wiedeńczyków i - przede wszystkim - turystów.
Widziałam posępne miny nad skubanym kawałkiem tortu. Widziałam zaciekawienie. Może to nie do końca to, czego się spodziewali?
Nam, przyzwyczajonym do bardziej puszystych ciast, ten tort może się wydać za suchy, za wytrawny, zbyt zbity.
W oryginale najczęściej podaje się go z niesłodzoną bitą śmietaną, która przełamuje wytrawny smak gorzkiego kakao.
Skorzystałam z przepisu Sarah Wiener - Niemki, która napisała książkę o wiedeńskich deserach.
Mój tort jest mniej suchy, choć równie wytrawny. Mało słodki i... intrygujący.
To, co jest jego zaletą, to również krótki czas przygotowania. Zatem wszyscy, którzy przywykli do myśli o wielogodzinnych przygotowaniach tortu, powinni spróbować kiedyś domowego Tortu Sachera - wieczorem piecze się ciasto, które nazajutrz przekłada się szybką masą morelowo-migdałową i dekoruje polewą.
W oryginale wypiek nie jest niczym dekorowany za wyjątkiem czekoladowego znaczka z nazwą hotelu. Minimalistycznie i z klasą.



Chciałabym bardzo podziękować za tak liczne odpowiedzi na zagadkę. Przyznam szczerze, że zaskoczyła mnie ilość odpowiedzi, z których można czerpać wiele inspiracji. Nie wpadłabym na to, jak mnóstwo jest możliwości wykorzystania dżemu morelowego...
Nim minęło pięć minut od opublikowania postu, pojawiły się pierwsze prawidłowe odpowiedzi. I po raz kolejny przekonałam się, że nic nie jest za trudne!
Jest mi niezwykle miło, że przyłączyliście się do tej zabawy, z której i ja miałam dużo radości.

Na wrzosowisku i Kinga były najszybsze i to One otrzymują dzisiaj blogowe nagrody :)
Mam nadzieję, że nagrody przypadną Wam do gustu i przydadzą się w kulinarnych poczynaniach, nie tylko przed świętami :)
Bardzo proszę o wysłanie na mojego maila danych do wysyłki wałków.

Pozdrawiam serdecznie!


Tort Sachera
na podst. przepisu Sarah Wiener

Ciasto:

6 jajek
150 g masła, roztopionego i ostudzonego
2 łyżki gorącej wody
175 g cukru
1 op. cukru z prawdziwą wanilią
100 g mąki pszennej
70 g skrobii kukurydzianej (do nabycia m.in. w sklepach ekologicznych)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
80 g kakao

Masa:
200 g konfitury morelowej
50 g mielonych migdałów

Polewa:
30 g mleka kokosowego
2 łyżki gorącej wody
100 g cukru pudru
20 g kakao


Piekarnik nagrzać do 180 st C.
Tortownicę o średnicy 26 cm z wyjmowanym dnem wysmarować masłem, wyłożyć papierem do pieczenia, który również należy posmarować masłem.

Białka oddzielic od żółtek.

Żółtka wymieszać z gorącą wodą, powoli ubijać dodając 2/3 cukru i wanilię. Ubijać tak długo aż masa będzie puszysta i jasna, powinna wyraźnie zwiększyć objętość. Zajmie to ok.10-15 minut.

Białka ubić na sztywną pianę. Dodawać powoli cukier i ubijać aż wszystko się połączy.

Połączyć w misce obie mąki, proszek do pieczenia i kakao. Połączyć z masą żółtkową, wmieszać mąkę, pianę z białek i na końcu topione masło - należy to zrobić dokładnie, ale w miarę delikatnie, by zachować puszystość piany. To ciasto i tak będzie miało dosyć zbitą konsystencję.
Piec ok. 25-40 minut (sprawdzić drewnianym patyczkiem, czy nie jest surowe).
Wyłączyć piekarnik. Ostudzić w piekarniku przy uchylonych drzwiczkach. Odstawić na noc.

Nazajutrz podgrzać konfiturę morelową - jeśli ma kawałki owoców, zmiksować lub przetrzeć przez sitko. Połączyć z migdałami.
Lekko ostudzić.
Ciasto przekroić na pół i posmarować masą. Złożyć obie części i polać polewą:

Polewa:
Wszystkie składniki zmiksować lub utrzeć drewnianą łyżką na gładką masę.

Odstawić do czasu, aż polewa zastygnie.
Podawać z bitą śmietaną przygotowaną bez cukru.

Smacznego!

2009-11-26

3, 2, 1... start!



Pytanie:
Do czego wykorzystam konfiturę morelową?

Jeśli będą kłopoty z odgadnięciem i nikt nie zgadnie - podam dodatkowe wskazówki.

Ważne: Zasady wzięcia udziału w zabawie:

W konkursie mogą wziąć wszyscy zainteresowani, oprócz anonimowych użytkowników. Dwie pierwsze osoby, które zgadną i napiszą poprawną odpowiedź w komentarzach (nie mailu) pod niniejszym postem, otrzymają nagrody - wałek KitchenAid (pierwsza osoba otrzyma wałek z czerwonymi rączkami, druga - z czarnymi).
Z racji tego, że przygotowane nagrody są naprawdę ciężkie, mogę je wysłać tylko osobom mieszkającym w Polsce.
Jedna osoba może udzielić tylko jednej odpowiedzi.

Po zakończeniu konkursu skontaktuję się ze zwycięzcami.
Powodzenia i miłej zabawy!

2009-11-25

O... bigosie



W naszej kulinarnej tradycji jest szereg dań, których próżno szukać w menu restauracji. Dlaczego? Bo prezentują się gorzej niż sałatka caprese? Są zbyt banalne? Niemodne?
Jesienią, kiedy bywa smutniej niż latem, powoli odkrywam tę przyjemność, kiedy mogę zadać sobie pytanie Na co masz dzisiaj ochotę i nie zważając na gusta innych, zrobić coś tylko dla siebie.
Lubię gotować dla gości. Lubię dreszczyk emocji wyjdzie czy nie wyjdzie, przygotowania, planowanie. W takich chwilach mam wrażenie, że kompletnie nie potrafię gotować. Ryba jest niedopieczona, spód ciasta surowy. Komu się to nie zdarza?
Zazwyczaj każdy z nas bardziej się stara przygotować coś dobrego dla bliskich, dla gości, dla dzieci. Siebie zostawiamy gdzieś na końcu. Jedz, ja zjem jak pozmywam. Ja zjem, jak ją nakarmię. Ja zjem jutro. Ja nie zjem wcale.
Potem przez przypadek odkrywamy, że nasz niespodziewany gość idzie do kuchni, pyta co masz dobrego i nim zdążymy zaproponować mu coś (naszym zdaniem dla niego) lepszego, zajada się naszym daniem tylko dla siebie, pyta o przepis, bo nigdy nie jadł lepszego. Może jest tak dlatego, że gotując dla siebie, nie musimy iść na żadne kompromisy, wkładając w to energię, nie zastanawiając się, czy wyjdzie, bo tak naprawdę nie ma innego wyjścia: musi wyjść.
Zdarzyło mi się to wiele razy.



Mam kilka takich potraw, które potrafię zjeść sama, nie oczekując, że ktoś mi w tym pomoże. Że jak nie zjemy razem, to się zmarnuje.
Jednym z nich jest bigos. Czasem się zastanawiam, czy jest ktoś w Polsce, kto tego nie jadł? To trochę jak z sałatką jarzynową - podawanie na nią przepisu jest może bezcelowe, ale kiedy pomyśli się o tych wszystkich, którzy robią coś po raz pierwszy, sprawa wygląda zupełnie inaczej.



Na dania, gdzie jest wersji tyle, co ludzi, każdy ma swój sposób. Ja chciałabym zapytać Was dziś o ulubioną wersję bigosu.
Ten, który ja robię, jest na słodko - z wędzonymi śliwkami, pokrojoną w kostkę gruszką, z pomidorami i arabskimi przyprawami. Nie brakuje w nim majeranku, podsmażonej cebuli, grubo krojonych suszonych pomidorów i przynajmniej kilku suszonych grzybów. Jesienią dorzucam łyżkę żurawiny, innym razem dosypuję rodzynki. Doprawiam octem balsamicznym - im starszy, tym lepszy, bo z wiekiem nabiera słodyczy.
Jeśli ma być na święta, dodaję czerwonego wina i świeżej kapusty i gotuję go przynajmniej trzy dni.
W ekspresowej wersji przygotowuję go z tymi samymi składnikami, ale zajmuje mi to maksymalnie 30 minut, a czasem piętnaście.
W mojej głowie zawsze zostanie zapach bigosu gotowanego na początek i koniec turnusu w ośrodku wczasowym na Mazurach dwadzieścia lat temu. Ciężki, tłusty, mięsny.
Sama wolę lżejszą wersję, nie używam mięsa ani smalcu. Jedynie odrobinę oleju do podsmażenia cebulki.

Mój bigos całoroczny

1 cebula
3 łyżki oleju
50 dag kapusty kiszonej
3 łyżki octu balsamicznego (im starszy, tym słodszy)
1 słodkie jabłko
3-4 łyżki rodzynek
kilka wędzonych śliwek, drobno pokrojonych
3-4 pomidory suszone, drobno pokrojone
1 puszka pomidorów pelati
przyprawy: kminek, majeranek, czosnek - lubię dodawać również mieszanki arabskich przypraw

Olej rozgrzewam w garnuszku. Dodaję drobno pokrojoną cebulę i chwilę duszę na małym ogniu. Dodaję pozostałe składniki (oprócz pomidorów) i trochę wody (ok. 1/2 szklanki). Duszę na bardzo małym ogniu co jakiś czas mieszając. Kapusta musi zmięknąć - jeśli się przypala, dodaję jeszcze wody.
Kiedy kapusta zmięknie, dodaję pomidory z puszki i zwykle jeszcze dodatkową 1-2 łyżki octu balsamicznego. Duszę kolejne 20 minut.
I już.


O konkursie: tym wszystkim, którzy są nim zainteresowani - ogłoszę go jutro. Będzie wyglądał podobnie do poprzedniego - pokażę coś i będę prosiła o zgadnięcie, co przygotuję.
W konkursie mogą wziąć wszyscy zainteresowani, oprócz anonimowych użytkowników. Dwie pierwsze osoby, które zgadną i napiszą to w komentarzach (nie mailu), otrzymają nagrody.
Z racji tego, że przygotowane nagrody są naprawdę ciężkie, mogę je wysłać tylko osobom mieszkającym w Polsce.

2009-11-24

Poproszę zwykłą bułeczkę



Czy dzieci lubią razowy chleb?
Moje nie bardzo.
Odwykłam od zaopatrywania się w pieczywo w sklepie, ale ostatnio kilka razy zrobiłam wyjątek i kupiłam wieczorem bułki z myślą o kanapkach na drugie śniadanie. I zauważyłam, że, bez względu na to, w jaki sposób je przechowuję, rano odkrywam w kuchennej szufladzie coś gumowego, suchego albo zeschniętego na pumeks.
Nieważne, czy to bułki ze sklepu ekologicznego, "dobrej piekarni" czy hipermarketu.
Przez ostatnie kilka lat jadłam to, co sama upiekłam i liczyłam na to, że skoro rynek staje się bardziej wymagający, więc i pieczywo się poprawiło. Nie poprawiło się. To trochę jak z nieoglądaniem telewizji przez dłuższy czas. Wydaje nam się, że jak zatęsknimy, to będziemy oglądać z przyjemnością. Nic bardziej mylnego.
Te bułeczki robi się szybko i właściwie trudno je zepsuć. Można rownież uformować z nich jedną dużą bułkę. I to, co najważniejsze - nazajutrz nie będą jak kamienie.

Przepis na zwykłe, domowe kajzerki zamieściłam dziś w Pracowni Wypieków. Zapraszam.

2009-11-23

Antidotum na przedświąteczną gorączkę



Niby jeszcze do świąt daleko, ale... nie wiem, jak Wy, ale ja mam wrażenie, że przedświąteczna gorączka powoli się zaczyna.
Choinki w sklepach, stoiska z bombkami i szał robienia zapasów Mamo, czy kupiłaś już wystarczającą ilość szynki konserwowej na święta.
Z okazji nadchodzącego czasu przedświątecznej gorączki, przygotowałam kilka różnych konkursów z nagrodami. Mam nadzieję, że zabawa i nagrody Wam się spodobają i choć na chwilę oderwą od szału na ulicach i w sklepach.
Ja mam wiele radości z tych zabaw i wierzę, że stali czytelnicy mojego bloga również. Nie będę Wam proponowała tego, czego sama nie chciałabym otrzymać od Świętego Mikołaja. Już dawno doszłam bowiem do wniosku, że obdarowywanie prezentami ma sens tylko wtedy, gdy również sami jesteśmy zadowoleni z tego, co dajemy innym.
W najbliższym konkursie przygotowałam 2 wałki ceramiczne KitchenAid. Wierzę, że przydadzą się zwłaszcza przed świętami, do wałkowania ciasta na makowce i milion pierogów.
Szczegóły niebawem :)

2009-11-22

Co chcesz na śniadanie?



Na czystej kartce papieru piszę słowa
ręką, która zapomniała pisania,
czekam zbyt długo na świt, na ptaki, które zaczną świergotać
z boku na bok, noce bezsenne, po których niczego nie można się spodziewać
wędruję z kąta w kąt,
(jest zbyt zimno)
na niebieskim ekranie telewizora majaczą cudze sny
moimi nie potrafię zapełnić nawet pół kartki
jem konfiturę z cebuli,
z dna słoja wyjmuję ostatnie orzeszki
w książce, która leży obok łóżka szukam odpowiedzi

a potem postanawiam upiec babkę drożdżową na śniadanie.



Zamiast ciepłych bułeczek, drożdżówek albo chałki. Delikatna i puszysta, mało słodka. Łatwa i bezproblemowa. Ważne, by nie pozwolić ciastu rosnąć zbyt długo, wtedy nie opadnie w piekarniku.

Śniadaniowa babka drożdżowa

20 g świeżych drożdży
110 ml ciepłego mleka
240 g mąki pszennej
2 jajka
3 łyżki cukru
1 cukier waniliowy
100 g miękkiego masła


Drożdże wymieszać z ciepłym mlekiem. Odstawić na 15 minut.
Połączyć z mąką i jajkami, zagnieść luźne ciasto - ja robię to mikserem. Miksując dodawać po łyżce masła i cukier waniliowy. Kiedy składniki dokładnie się połączą, przykryć miskę folią spożywczą i odstawić do wyrastania na 1,5 godziny.
Formę do babki (użyłam formy z kominkiem) posmarować masłem, delikatnie oprószyć mąką. Przełożyć do formy ciasto, przykryć i odstawić na kolejne 30-40 minut - ciasto wyrażnie urośnie, ale należy uważać, by nie rosło zbyt długo, ponieważ może opaść w piekarniku podczas pieczenia.
Piekarnik nagrzać do 170 st C.
Wstawić babkę, (można wierzch posmarować żółtkiem wymieszanym z łyżeczką śmietanki) i piec 30-40 minut. Jeśli wierzch zacznie się za szybko rumienić, przykryć go folią aluminiową.
Jeśli ciasto jest upieczone, wbity w nie suchy patyczek będzie suchy.
Wyjąć z piekarnika, ostudzić.
Najlepsze pierwszego dnia, na drugi dzień idealne do tostów, na przykład takich.
Smacznego!

2009-11-20

Jabłka z daktylami i ciepłym sosem toffi.


Trzeci lutego, 1992 r. Godzina 7.29 rano. Płatki śniegu wirują między latarniami. Na ulicy ludzie śpieszą do swoich spraw pośrod zimowej szarówki.
Mimi Klej stoi na przystanku i czeka na autobus, który zawiezie ją do szkoły.
W jej głowie majaczą pojęcia z biologii, słówka z łaciny i strzępy wczorajszej kłótni rodziców. Tak, to pewne – jej rodzice się nie kochają.
Za tydzień nadejdą upragnione ferie zimowe, które Mimi spędzi u dziadków w starym młynie.
Zeszyty w różnobarwnych okładkach leżą już na dnie walizki przygotowane na to, że Mimi zapisze je swoimi zimowymi wrażeniami.
Tymczasem snuje się po szkolnym korytarzu, patrząc w podłogę – wielką taflę PCV i kolejny dzień mija jak wszystkie poprzednie – od lekcji do lekcji, urozmaicany liścikami od przyjaciółek.
Mimi czeka na jakiś cud.
I wtedy dostaje pierwszy list.
Droga Mimi,
Już wkrótce zdarzy się cud
Kiedy płatki śniegu roztopią się na twojej rękawiczce
Pies zaszczeka osiem razy
A potem umilknie
Następnie dzwon na wieży kościelnej wybrzmi tylko raz
A budzik
Zatrzyma się za pięć jedenasta
To będzie początek zmian.

Po szkole Mimi wraca do domu, z plastikowej misy wyjmuje jabłka. Przekraja jedno, a potem drugie. Do środka wkłada pokrojone w kostkę daktyle (3), cynamon (1/4 łyżeczki) i polewa je sosem toffi*. Zamyka jabłko jak pudełko pełne niespodzianek. Wstawia do piekarnika (170 st C) na pół godziny, a potem, wybierając łyżeczką ciepły miąższ pieczonego jabłka, zanurza się w lekturze.

Miłego popołudnia!

*W garnuszku wymieszać 1 łyżkę masła i 2 łyżki cukru. Topić na dużym ogniu cały czas mieszając do czasu aż zrobi się karmel. Trzeba uważać, by go nie spalić, wystarczy chwila nieuwagi. Dodać 2 łyżki śmietany (dowolnej, byle nie kwaśnej, najlepiej sprawdzi się kremówka), dokładnie wymieszać. Odstawić.

2009-11-19

Dobra szarlotka z kruszonką



Po nieudanej strucli przyszła pora na dobrą szarlotkę.
Kruche i delikatne ciasto i kilogram jabłek z cynamonem i wanilią. Czy może być coś lepszego?

Dobra szarlotka

Na ciasto kruche:
300 g mąki
180 g masła pokrojonego w małe kawałeczki
50 g brązowego cukru
4 żółtka

Na jabłka:
1 kg jabłek (używam szarej renety)
150 g cukru
2 łyżeczki przyprawy do piernika

Kruszonka:
1,5 łyżki miękkiego masła
4 łyżki mąki
2 łyżki cukru
1 łyżeczka cukru waniliowego

Do posmarowania: żółtko wymieszane z 2 łyżeczkami śmietany (dowolnej)

Kruszonka:
wszystkie składniki utrzeć przy pomocy łyżki.

Ciasto:
zagnieść wszystkie składniki na gładkie kruche ciasto i włożyć do lodówki na pół godziny.
Jabłka obrać, pokroić na małe kawałki, umieścić w garnku, dodać kilka łyżek wody i dusić do czasu, aż się rozpadną (10-15 minut). Dodać cukier, przyprawę do piernika. Odstawić do ostudzenia.
2/3 ciasta rozwałkować i wylepić nim dół tortownicy (26-28 cm) - ja wylepiem ciastem również 1/3 wysokości boku tortownicy.
Piekarnik nagrzać do 200 st C, ciasto ponakłuwać widelcem i wstawić na 15 minut (można również na wierzchu surowego ciasta rozłożyć kawałek papieru do pieczenia i wypełnić suchą fasolą - ma to zapobiec podnoszeniu się ciasta podczas podpiekania).
Wyjąć z piekarnika, wypełnić jabłkami. Z pozostałej części ciasta zrobić paski rownej szerokości i ułożyć na cieście (można również tę część ciasta zetrzeć na tarce).
Posmarować żółtkiem wymieszanym z 2 łyżeczkami śmietany, obsypać kruszonką i wstawić do piekarnika na ok. 30 minut.

Po upieczeniu ostudzić, oprószyć cukrem pudrem.

2009-11-18

O poszukiwaniach i ślepych uliczkach



W każdy eksperyment wkalkulowane jest ryzyko - zawsze coś może pójść nie po naszej myśli.
Opowiadałam Wam kiedyś o ośmiu chlebach, które upiekłam pod rząd, bo każdy był beznadziejny?
Cieszymy się z sukcesów, ale porażki dają nam nauczkę na przyszłość. Najlepiej uczyć się na własnych błędach, prawda?
A więc dziś popełniłam struclę, do której włożyłam tyle jabłek, że nie byłam jej w stanie pokroić.
To nie będzie popisowe ciasto na imieniny, oj nie.
Bo najlepiej zjeść je we własnym towarzystwie, przy lampce nocnej.
Jeśli ktoś wie, jak zrobić naprawdę dobrą struclę z jabłkami i maślaną kruszonką, która nie tylko jest dobra, ale jeszcze wygląda i kroi się jak ciasto, będę zobowiązana :)




cdn :)

2009-11-16

Odwiedził mnie Rademenes




...pomiauczał na klatce schodowej, wpadł do mieszkania, schował się pod łóżkiem, a kiedy spod niego wychodził, zjadł ciasteczko orzechowe.
I poszedł sobie.



Ciasteczka do szkolnego pudełka z drugim śniadaniem. I do maczania w kubku z ciepłym mlekiem.
Do metalowej puszki. Albo szklanego słoja. Kruche, delikatne i mało słodkie. W szczelnie zamkniętym pudełku można je przechowywać do dwóch tygodni.

Ciasteczka orzechowe
ok. 30 sztuk

100 g masła
100 g brązowego cukru
160 g masła orzechowego, lekko solonego (najlepiej z kawałkami orzeszków)
1 łyżeczka esencji waniliowej lub 1/2 op. cukru waniliowego (używam z prawdziwą wanilią)
1 jajko
150 g mąki pszennej
1/2 łyżeczki sody
dowolne orzeszki - użyłam niesolonych pistacji


Masło utrzeć z cukrem do białości. Ucierając dodać masło orzechowe, następnie jajko i wanilię.
Mąkę wymieszać sodą, dodać do masy, wymieszać.
Przykryć miskę folią spożywczą i schłodzić masę w lodówce przez godzinę (można też wstawić do lodówki na całą noc).

Piekarnik nagrzać do 175 st C.
Dwie blachy wyłożyć papierem do pieczenia lub matą silikonową. Łyżeczką formować porcje, układać je na blasze zostawiając 4-5 cm odstępy między ciasteczkami.
W każde ciastko włożyć pistację (lub dowolne orzechy, mogą to być np. fistaszki).
Ja swoje ciasteczka posypałam jeszcze kilkoma płatkami soli morskiej.

Wstawić do piekarnika i piec 12-15 minut.
Ostudzić na kuchennej kratce.

Smacznego!

2009-11-15

Kuchnia XXI wieku





O kuchni kreatywnej w kilku słowach.
Kilka dni temu w empiku pojawiła się nowa książka "Kuchnia polska XXI wieku" Wojciecha Modesta Amaro.
Zwróciła moją uwagę niecodzienna szata graficzna, która aspiruje do bycia inną od reszty.
Wprawdzie przepisy, jakie podaje autor, kierowane są raczej do zawodowych kucharzy (kto z nas ma w domu ciekły azot?), to książka intryguje pokazując nietypowe zestawienia i nowoczesne podejście do tego, co dotychczas zwykliśmy nazywać polską kuchnią.

Autor, laureat nagrody Chef de l'Avenir, przyznawanej przez Międzynarodową Akademię Gastronomiczną, proponuje oryginalne połączenia i nowoczesne techniki przygotowania dań. 
Klub Polskiej Rady Biznesu jest miejscem zamkniętym dla szerszej publiczności, zrzesza wąskie grono biznesmenów, jednak restauracja Amber Room działająca od pierwszego października, jest otwarta dla wszystkich. Jak tam karmią? Nie wiem, jeszcze nie byłam, ale mam nadzieję, że tak, jak obiecują niezwykłe opisy w "Kuchni Polskiej XXI wieku".
Trzymam kciuki za pierwszą gwiazdkę Michelin!


A w ramach kulinarnych wyzwań i eksperymentów, postanowiłam ugotować coś według niecodziennych przepisów W. M. Amaro. Szczegóły już wkrótce.

2009-11-13

Placuszki piernikowe z karmelizowanymi pomarańczami




Są takie chwile, na które jedynym lekarstwem jest coś słodkiego.
Zapach piernika i karmelizowanych pomarańczy.
Na długie wieczory i leniwe poranki.

Placuszki piernikowe z karmelizowanymi pomarańczami

260 g mąki
1,5 - 2,5 łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżeczki przyprawy do piernika
20 g drobnego cukru
1 jajko
320 ml mleka (jeśli ciasto jest zbyt gęste, można dolać nieco więcej)
75 g masła, stopionego i ostudzonego

1 duża pomarańcza i 3 łyżki cukru plus łyżka masła

Mąkę przesiać i połączyć z proszkiem do pieczenia i cukrem.
W drugiej misce zmiksować jajko, mleko i masło. Powoli wsypywać suche składniki, miksować do całkowitego połączenia się wszystkich składników.

Patelnię z powlekanym dnem (na stalowej mogą się przypalać) rozgrzać z odrobiną oleju. Łyżką wlewać porcje ciasta i smażyć na złoto z obu stron (ok. 1 minutę na stronę).
Najlepiej smażyć placuszki na prawie suchej patelni, bez tłuszczu.
Ułożyć na talerzu, przykryć folią aluminiową, żeby za szybko nie stygły i dokończyć smażenie.

Pomarańczę obrać ze skóry, pokroić na cienkie plastry.
Na patelni rozgrzać łyżkę masła i trzy łyżki cukru - kiedy się skarmelizuje, włożyć plastry pomarańczy i smażyć je ok. pół minuty z każdej strony.
Podawać z placuszkami.

Smacznego!

W Pracowni Wypieków przygotowałam dziś Pszenny chleb z makiem. Miłego wieczoru!

2009-11-12

Pissaladière




Kiedy czytam wieczorami, zdarza mi się zatracić w lekturze i wtedy jawa niepostrzeżenie przechodzi w sen
i czasem śni mi się jakiś targ, dawno dawno temu,
jest listopad, blady świt odszedł i nastał młody dzień, z ust rozmawiających ludzi wydobywa się para,
po kocich łbach toczą się zaprzężone w konie wozy, które wiozą to, co można sprzedać na targu
(czyli wszystko)
gdzieś z (nie)oddali dochodzi głos przekupki Pissaladière! Pissaladière! Pissaladière!
I ten sen, tak żywy, jakby był jawą, budzi mnie swoimi zapachami. Wtedy wiem już, co będzie na obiad.




Pissaladière robiłam już niezliczoną ilość razy. Czasem robię ją na grubym i puszystym cieście, innym razem na zupełnie cienkim, jak pizza. Uwielbiam smak skarmelizowanej, długo duszonej cebuli, która staje się delikatnie słodka i miękka. To mój smak na długie jesienne wieczory.

Pissaladière

Ciasto:

15 g świeżych drożdży (lub niepełna łyzeczka drożdży suszonych)
120 ml ciepłej wody
250 g mąki
1/2 łyżeczki soli morskiej

Wierzch:

5 łyżek oliwy z oliwek
2 łyżki masła
1 kg cebuli
1 ząbek czosnku
1 łyżeczka suszonego tymianku
sól i pieprz do smaku
12 filecików z anchois (1 mała puszka lub słoiczek) - do nabycia w większych sklepach
1/2 słoika czarnych, drylowanych oliwek

Drożdże rozkruszyć do miseczki, zalać łyżką ciepłej wody. Kiedy się rozpuszczą, połączyć z mąką, wodą i solą. Zagnieść sprężyste ciasto. Przykryć ściereczką, odstawić do podwojenia objętości (zajmie to ok. 1,5-2 h). W tym czasie przygotować nadzienie:

Cebulę obrać i pokroić w bardzo cienkie piórka (w tym celu cebulę przekrajamy na pół, układamy przekrojoną stroną na desce i kroimy wzdłuż).
Na patelni rozgrzewamy oliwę, dodajemy masło, a kiedy się rozpuści wrzucamy cebulę, drobno pokrojny czosnek i tymianek.
Dusimy na niewielkim ogniu przez godzinę, co jakiś czas mieszając. Cebula powinna być miękka, lekko skarmelizowana, w żadnym razie brązowa i chrupiąca.
Doprawiamy solą i pieprzem. Należy uważać z solą, pamiętając, że anchois są bardzo słone.
Wyrośnięte ciasto delikatnie wałkujemy lub bez wałkowania wykładamy nim delikatnie posmarowaną oliwą formę do pieczenia (może to być dowolna forma, w zależności od tego, czy chcemy uzyskać grubsze czy cienkie ciasto - ja użyłam prostokątnej formy o wymiarach ok. 20x30 cm).
Na wierzchu układamy lekko ostudzoną cebulę, na niej filety z anchois i oliwki.
Odstawiamy na ok. 30 minut w ciepłe miejsce, by podrosła.
Piekarnik nagrzewamy do 220 st C.
wstawiamy tartę i pieczemy ok. 20-25 minut.

Smacznego!

A Ty co dziś zjesz na obiad?



cdn

2009-11-10

Rozwiązanie konkursu :)



Wiedziałam, że to za łatwe zadanie!
Ale sądząc po poprzednich zabawach wiedziałam, że niektórzy nie potrzebują żadnych podpowiedzi, ba, nawet posta. Intuicja albo czytanie w myślach. Następnym razem będzie trudniej, już ja się o to postaram ;)
A było tak.
Pod koniec tygodnia dostałam przesyłkę.
Wiedziałam, czego mogę się spodziewać.
Gdybym mieszkała w Poznaniu, z pewnością nie piekłabym ich w domu. Bo po co?
Kiedy jadłam pierwszego, pomyślałam, że to jeden z najpyszniejszych wypieków. Od razu przypomniały mi się moje pytania: A co byś chciała na ostatnie danie. Hmn, zawsze myślałam o naleśnikach z jabłkami, ale zaczęłam mieć wątpliwości.
Jadłam już różne bułki i drożdżówki, ale te moim zdaniem mogą konkurować i z francuskimi croissantami i z dowolnymi innymi małymi wypiekami. Nie wiem, to jest chyba po prostu mój smak i już.
Kiedy zajrzałam do pudełka z cukierni i zobaczylam, że został ostatni rogal marciński, schowałam go na wzór i zabrałam się do roboty. Zwłaszcza, że wciąż miałam biały mak, którego kiedyś kupiłam zdecydowanie za dużo. Na zapas, oczywiście, jak to ze mną bywa.

Przepisów na rogale marcińskie jest bez liku. Te prawdziwe powinny być na cieście półfrancuskim. Ale nie miałam cierpliwości do zagniatania, wałkowania, chłodzenia, wałkowania, chłodzenia, czekania. To może kiedy indziej. Ja chciałam je mieć szybciej.
I zrobiłam je po swojemu.
Kiedyś myślałam, że idealne rogale mają idealnie schowane nadzienie, ale oryginalne marcińskie rogaliki, które otrzymałam prosto z poznańskiej cukierni, miały nadzienie również po bokach. To mnie zachęciło i zrobiłam tak samo.

Przedstawiam zatem moją wariację na temat rogali marcińskich.
Chciałabym kiedyś poznać oryginalną recepturę, Wierzę, że to jeszcze przede mną.

Dziękuję wszystkim za udział w zabawie!

Jako pierwsze odpowiedziały Zofia i Ela, które otrzymują:

Kubek - Zofia
Talerz - Ela.
Zofio, Elu, proszę o kontakt na adres whiteplate5 (małpa) gmail.com.
Nagrody ufundował i wyśle Wam sklep Wonderhome

Gratuluję!



Rogale z okazji Świętego Marcina

Ciasto:

400 g mąki pszennej
30 g drożdży plus 1 łyżeczka cukru
150 g masła
1 cukier waniliowy
2 jajka
2 żółtka
50 g cukru

Nadzienie:
200 g białego maku
100 g migdałów
600 ml mleka
200 g cukru
2 łyżki miodu
drobno pokrojona laska wanilii
50 g kandyzowanej skórki pomarańczowej
80 g masła
kilka kropli aromatu migdałowego
kilka kropli aromatu cytrynowego
sok z 1/2 cytryny

Ciasto:
Drożdże zasypać cukrem, wlać łyżkę ciepłej wody. Odstawić na 15 minut.
Wszystkie składniki połączyć i zagnieść ciasto - ja robię to przy pomocy miksera z hakiem do zagniatania. Ciasto na początku jest bardzo lejące, potem klejące. Pod żadnym pozorem nie należy dosypywać mąki, ponieważ będzie twarde.
Ciasto zagniatamy tak długo, aż zacznie odstawać od ścianek naczynia i nie będzie się kleiło do rąk.
Przykryć ściereczką i odstawić do wyrastania na ok. 1,5 h.

Nadzienie:
Mleko zagotować z wanilią. Zalać nim mak i gotować ciągle mieszając na bardzo małym ogniu ok. 30 minut.
Mak zmielić w maszynce do mielenia mięsa trzykrotnie (używamy sitka o najmniejszych oczkach). Migdały drobno posiekać, dodać do maku.
Masło rozpuścic w garnku, dodać zmielony mak, migdały i pozostałe składniki. Gotować ok. 10 minut - cukier powinien się rozpuścić.
Ostudzić.

Ciasto rozwałkować na grubość ok. 1/2 - 3/4 cm.
Z ciasta wykrawać trójkąty równoramienne (moje miały podstawę 10 cm). Ramiona powinny być na tyle długie, by łatwo było zwijać rogale.
Na każdy trójkąt układać łyżeczką nadzienie u podstawy i po bokach trójkąta. Po bokach zostawiamy ok 1-1,5 cm margines. Zwijać rogale zaczynając od podstawy w kierunku wierzchołka trójkąta. Zlepić ramiona. Układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Przykryć ściereczką, by ciasto nie wysychało.
Odstawić do wyrastania na ok. godzinę.
Piekarnik nagrzać do 170 st C (lub 150 st z termoobiegiem).
Rogale posmarować jajkiem wymieszanym z 1 łyżeczką wody lub śmietany.
Wstawić do piekarnika i piec 20-30 minut, do czasu zrumienienia.
Ostudzone rogale polukrować i posypać siekanymi migdałami lub orzechami.

Ja robię lukier mieszając cukier puder z sokiem z cytryny.

2009-11-09

A dziś do wygrania



Pytanie konkursowe: Co przygotuję?

Jestem często pytana w mailach o naczynia, które pokazuję na zdjęciach, z tym większą radością mogę poinformować, że do wygrania są jedne z moich ulubionych, które zostały ufundowane przez Wonderhome.
Wizyta w tym sklepie zawsze powoduje u mnie przyspieszone bicie serca, więc cieszę się, że mogę zaproponować dwie nagrody marki Green Gate.
Sama mam identyczne naczynia, które są piękne i doskonałej jakości i używanie ich sprawia mi wiele przyjemności.

Pierwsza osoba, która udzieli prawidłowej odpowiedzi otrzyma porcelanowy Kubek do kawy latte Chloe off white

Druga osoba porcelanowy Talerz Chloe off white.


Jedna osoba może udzielić tylko jednej odpowiedzi.

Po zakończeniu konkursu skontaktuję się ze zwycięzcami. Nagrody zostaną wysłane przez sklep internetowy Wonderhome, który ma w ofercie wiele pięknych naczyń i dodatków do dekoracji domu.

Powodzenia!

2009-11-08

A jutro


Jutro chciałabym zaproponować mały konkurs z nagrodami :)
Nagrody będą dwie i otrzymają je dwie pierwsze osoby, które zgadną, jakie danie będę przygotowywać.
Aby uniknąć nieporozumień, w zabawie będą mogli wziąć udział wszyscy, którzy mają konta na Gmailu, tym samym możliwość pozostawienia na blogu komentarza anonimowego będzie tego dnia zablokowana.
Konto można założyć tutaj
Założenie konta trwa tylko chwilę, więc zachęcam wszystkich do zabawy.
Szczegóły już jutro. Zapraszam :)

A w Pracowni Wypieków przygotowałam dziś Chleb z suszonymi śliwkami.

2009-11-07

Pochwała prostoty: Biszkopt.




Towarzysze dzieciństwa:
Kanapka z żółtym serem startym na tarce.
Dżem truskawkowy.
Jabłko przed snem.
Szklanka mleka z miodem.
Cebulowy syrop na kaszel.
Biszkopt.


Biszkopt

5 jajek
120 g mąki
150 g cukru

Tortownica o średnicy 20-22 cm

Jajka ucieramy z cukrem na kogel mogel, do białości. Zajmuje to zwykle 10-15 minut. Masa powinna się wyraźnie powiększyć.
Mąkę przesiać przez sitko i wmieszać w ciasto.
Tortownicę wysmarować masłem, wysypać bułką tartą. Wlać ciasto. Surowe ciasto powinno wypełnić formę mniej więcej do połowy.
Piekarnik nagrzać do 170 st C.
Wstawić biszkopt i piec ok. 45-50 minut. Podczas pieczenia nie wolno otwierać piekarnika, bo biszkopt opadnie.
Drewniany patyczek należy wbić w ciasto - jeśli jest suchy, to znak, że ciasto jest upieczone.

Smacznego!

P.S. Zapamiętałam jedną zasadę: ubijać jajka maksymalnie długo, do białości, do pokazania się na powierzchni pęcherzyków powietrza. To ważne. Podobnie jak to, by podczas pieczenia nie otwierać piekarnika. Można co najwyżej podglądać ciasto przez szybkę, patrzeć, jak rośnie.
I jeszcze mąka - musi być przesiana, nie może być w niej grudek.
Czasem jest tak, że to, co proste, trudno zrobić dobrze, dlatego warto pamiętać o tych zasadach.
Ja jem go w wersji najprostszej, prosto z piekarnika, pokrojony na kawałki, popijając ciepłym kakao. Albo z dżemem truskawkowym. Używam go też jako bazy do szybkich tortów.
Zapach ciepłego biszkopta jest nie do podrobienia.

2009-11-05

Pomidorowa. Moja ulubiona.



Przepis na tę zupę pochodzi z czasów mojej fascynacji Kuchnią Pięciu Przemian i medycyną chińską.
O jednym i drugim przypominam sobie zwykle jesienią, kiedy zmienia się w moim domu jadłospis. Teraz jemy mniej sałatek, więcej ciepłych i pożywnych dań, które wymagają gotowania. Zresztą, należę do ludzi, którzy zupy mogą jeść od rana do wieczora, niezależnie od tego, czy jest pora śniadania czy też kolacji.
Od kiedy mam dziecko, które trudno nakłonić do jedzenia, codziennie gotuję pożywną zupę.
Mogę nie mieć w domu drugiego dania, ale zupę mam zawsze.
Nie lubię gotować wywarów warzywnych, dlatego najchętniej wybieram przepisy, w których nie trzeba tego robić.
Dzisiejsza pomidorowa jest słodka i aromatyczna dzięki cynamonowi. Jeśli kogoś nią częstuję, zwykle prosi o dokładkę. Nie wspominając o niejadkach. Polecam, robi się ją bardzo szybko.

Więcej na temat kuchni Pięciu Przemian pisałam tu.

Zupa pomidorowa
/na podst. przepisu z kuchni "Odżywianie wg Pięciu Przemian" B. Temelie/
dla 2 osób


1 cebula
3 łyżki oliwy
szczypta cynamonu (1/2 łyżeczki)
szczypta pieprzu cayenne (1/4 łyżeczki)
szczypta soli (1/2 łyżeczki)
5-6 pomidorów (obieram ze skóry i kroję. Poza sezonem korzystam z pomidorów w puszce typu pelatti)
szczypta słodkiej papryki (1/2 łyżeczki)
3 łyżki śmietany
1-2 łyżki masła

dowolne świeże zioła: bazylia, koperek, itp

W garnuszku rozgrzać oliwę, dodać drobno pokrojoną cebulę. Poddusić ok. 5 minut, dodać cynamon i pieprz cayenne oraz sól. Po chwili dodać pomidory i, jeśli zajdzie taka potrzeba, wodę. Gotować ok. 10 minut. Dodać słodką paprykę, śmietanę. Zestawić z ognia. Dodać masło.
Wlać do talerzy, podawać ze świeżymi ziołami lub innymi dodatkami (ryżem, makaronem). Ja dodaję na końcu łyżeczkę śmietany.

Smacznego!

2009-11-04

Ulubione lektury: Tanie polskie książki. Część 1.


Dziękuję Wam bardzo za to, że podzieliliście się ze mną opiniami na temat swoich ulubionych książek kucharskich.
Te, które ja lubię, należą do tak wielu kategorii, że trudno zamknąć je w jednej grupie.
Ostatnio wydzieliłam na półce z książkami jedną, na te najbardziej ulubione. Ale do tych, które są wciąż numerem jeden, dokładałam kolejne i kolejne i w końcu zabrakło na nie miejsca.

Postanowiłam się dzisiaj skupić na książkach wydanych w Polsce - o wiele łatwiej jest mi bowiem wskazać moich obcojęzycznych faworytów z prostego powodu - mam ich po prostu więcej, są bardziej zróżnicowane i z całą pewnością mogę więcej od nich oczekiwać.
To mój konik, mam na jego temat wiele do powiedzenia. Skupię się dziś na kilku książkach całkowicie polskich, a oprócz tego tanich. Oczywiście, można w antykwariacie kupić i książkę za 3 zł i z niej gotować, ja jednak chcę pokazać te, które moim zdaniem łączą ciekawą treść i przystępną cenę.

Na rynek polskich książek kucharskich patrzę trochę jak na poczynania pierwszoklasisty, który stawia pierwsze litery (teoretycznie, bo przecież większość dzieci trenuje pisanie już w przedszkolu).
A więc - mam wprawdzie nadzieje i oczekiwania, ale nie chcę być zbyt krytyczna, ponieważ wierzę, że może być lepiej.
Bardzo się ucieszyłam, kiedy na polskim rynku pojawiły się pierwsze Nigelle, pierwsze Gordony i Oliviery - życie stało się prostsze, a nasze okno na kulinarny świat nieco się uchyliło. Mogliśmy zobaczyć, jak gotują inni, którzy dzięki swojej pracy zdobyli rzesze zwolenników i naśladowców.

W polskich książkach nie szukam jednak polskich Nigell czy Gordonów. Szukam czegoś, co będzie bliskie naszym polskim smakom, które niekoniecznie kojarzą mi się ze schabowym i kompotem. Szukam pomysłu, pasji, jakiegoś poświęcenia (bo pisanie książek jest rodzajem oddania). Lubię książki, które są nietypowe, inne, niepowtarzalne. Chętnie sięgam po takie, po których widać, że ktoś wydał je własnym kosztem, dzięki czemu nie musiał iść na wszystkie kompromisy, które narzuciłby mu duży wydawca. Wadą takich publikacji jest jednak często wyjątkowo słaba jakość zdjęć, która nie zachęca, a odstrasza. I nie chodzi mi tu o specjalne stylizacje - wystarczy bowiem dobre światło, prosty talerz i jedzenie, które nie udaje apetycznego, ale w rzeczywistości takie jest.
Mam jednak kilka książek, gdzie zdjęcia są albo kompletnie abstrakcyjne albo żadne albo paskudne, a i tak zaglądam do przepisów, lubię je i czuję inspirację za każdym razem, kiedy je czytam.

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam książkę Taste, nie spodobała mi się właśnie z powodu dziwacznych (jak wtedy uważałam), zdjęć. Ponieważ nie są to fotografie pod tytułem: Zjedz mnie! Ugotuj mnie! To bardziej abstrakcyjne obrazy, czasem wręcz odbierające apetyt. Ale kiedy kilka lat później, podczas jakiejś wyjątkowo nudnej imprezy, na półce gospodarza znalazłam egzemplarz tej książki i zagłębiłam się w jej treść - przepisy mnie po prostu zaintrygowały i postanowiłam je wypróbować.
Później zdobyłam swój własny egzemplarz i okazało się, że każda ugotowana potrawa była strzałem w dziesiątkę: kartoflanka ze świeżymi ziołami, sola z imbirem i szczypiorkiem (tylko 6 składników!), sernik cytrynowo-imbirowy.
Lekko wydumane, ale łatwe, czyli coś dla mnie ;)
Do dziś chętnie sięgam do tej książki, gdzie inspirują mnie składniki i ich kombinacje. Dodatkowo zachęcająca jest jej cena - jakieś 20 zł w antykwariacie. Po prostu nikt jej nie chce, bo zdjęcia są brzydkie.


Smaku życia zapewne nigdy bym nie kupiła, gdyby nie wakacje i namiot z tanią książką. Owszem, przeglądałam ją wcześniej w księgarni, ale... jakoś mnie nie zachęciła zarówno jej szata graficzna, jak i wysoka cena (49 zł). Na wakacjach jednak niektórzy, jak ja, potrzebują różnej maści literatury, więc okazało się, że ta książka nadaje się nie tylko do oglądania, ale również i do czytania. Nie ugotowałam z niej nic, ale po lekturze postanowiłam robić swoją własną aromatyzowaną oliwę, upiec pomidory z tymiankiem, przestałam bać się świeżych muli co właściwie mam z tym zrobić i przede wszystkim ile tego kupić.
Ta książka jest osobista, lekka, domowa, polska, ale z domieszką egzotycznych smaków z dalekich podróży. Jest sympatyczna. Tak, to dobre słowo. Sympatyczna. Książka zainspirowała mnie do własnych poszukiwań i zaopatrzenia spiżarni w zapasy domowej roboty.
Agnieszka Maciąg pokazała, że jest piękną i ciepłą osobą. Wizerunek różny od tego, który przypisuje się modelkom. Książkę kupiłam za 19,90 zł.

Gdyby moja Babcia miała napisać książkę kucharską dla mnie, chciałabym, żeby zrobiła to tak, jak Nela Rubinstein. To była jedna z moich pierwszych lektur kulinarnych, nie tyle kupionych, jako pierwsze, co wykorzystywanych do celów innych niż tylko oglądanie i planowanie. To od Neli uczyłam się robić pierwsze kruche ciasto i właśnie tu kierowałam swoje pierwsze poszukiwania dań typowo polskich - zawsze sprawdzam, czy ona ma na ten temat coś do powiedzenia. Dla mnie Nela jest sto razy lepsza niż na przykład Julia Child, ponieważ pokazuje podstawy i niemal za rękę prowadzi dalej, do bardziej wyszukanych smaków. To jedna z niewielu książek, w których nie przeszkadza mi brak zdjęć. Ba, myślę nawet, że fotografie byłyby tu niemile widziane. Oprócz przepisów są tu anegdoty, które chodzą za mną od lat. Chciałabym, by ktoś nakręcił film o Arturze Rubinsteinie i jego gotującej z miłości żonie (którą w wieku 90 lat opuścił dla Annabelle Whitestone).
Cena - ok. 27 zł

Przed świętami często sięgam po klasyk: W staropolskiej kuchni i przy polskim stole autorstwa Lemnis i Vitry.
Historia staropolskiej kuchni i niezawodne przepisy. W dzieciństwie traktowałam ją jak ulubioną lekturę do poduszki. To stąd pochodzi przepis na słynny staropolski piernik świąteczny, na który ciasto przygotowuje się 4 tygodnie przed świętami.
Cena: 2-9 zł
Koniec części 1. Ciąg dalszy nastąpi :)