2009-10-30

Sernik czekoladowy




Lubię zatapiać łyżeczkę w ciastach czekoladowych. O tym serniku myślałam już dawno, szukałam tylko pretekstu, a kiedy się znalazł, nie czekałam ani chwili na to, by go zrobić.
To bardziej deser niż ciasto. Niezwykle ważne jest jednak to, by po pierwsze, nie piec go zbyt długo czekając, aż będzie twarde, po drugie koniecznie odstawić do lodówki na przynajmniej kilka godzin, a potem kroić schłodzone.
Uprzedzam, że nie jest to sernik do postawienia pod ciepłą lampą.
Intensywnie czekoladowy i kremowy.


Sernik czekoladowy

Spód:
180 g biszkoptów (można zastąpić dowolnymi ciastkami, ja czasem używam tu ciasteczek amaretti)
120 g masła
2 łyżki kakao

Masa:
1 kg białego sera, zmielonego
200 g drobnego cukru
1 cukier waniliowy
4 jajka
200 g gorzkiej czekolady (70%), połamanej na kawałki i roztopionej w garnuszku lub w kąpieli wodnej
2-3 łyżki amaretto, rumu lub innego likieru (to opcja, ale warto!)

Forma do pieczenia: Tortownica o średnicy 23 cm, wysmarowana masłem


Spód:
wszystkie składniki dokładnie zmiksować.
Powstaną okruchy, którymi należy wykleić spód tortownicy i 1/3 wysokości jej brzegu.

Masa:
Ser zmiksować z cukrem i wanilią, dodawać po jednym jajku, na końcu rozpuszczoną i ostudzoną czekoladę i alkohol.
Nie należy miksować zbyt długo, ponieważ masa stanie się zbyt płynna.
Wlać masę na spód z biszkoptów.

Piekarnik nagrzać do 160 st C.
Wstawić sernik i piec 40-60 minut - sernik jest upieczony, kiedy masa jest ścięta, ale niezbyt twarda. Warto sprawdzić stopień upieczenia ciasta po 40 minutach i w razie potrzeby przykryć wierzch formą aluminiową i dopiekać jeszcze kilka minut.

Ostudzić w ciepłym piekarniku z uchylonymi drzwiczkami. wstawić do lodówki na kilka godzin, a najlepiej na całą noc. Wówczas będzie się lepiej kroił.

Smacznego!

Czasem pytacie mnie w mailach o zwierzaka - ponad rok temu pisałam o nowym futrzaku, który dziś wyrósł na pokaźny kłębek futra, a u progu zimy jest go jakby... dwa razy tyle.
Pozdrawiam ciepło, uważajcie dziś na drogach!


2009-10-29

Martwa natura z curry


Chciałabym móc myśleć dziś pozytywnie.
Dostrzec za oknem nastrój, upatrywać w pogodzie głębszych doznań.
Zatopić twarz w białych chryzantemach i dumać nad przemijaniem.
Ale głowa mnie boli, bo ciśnienie skacze.
Przez okno samochodu widzę dwa kulawe psy, biegną jeden za drugim. Czarny i czarny.
Jesiennej chandry czasem nic nie przegoni. Trzeba ją przespać, przeczekać, przetrwać.
To curry to mój pomysł na takie dni. Jest bardzo łatwe, aromatyczne, pożywne. I kto mówił, że kuchnia indyjska jest skomplikowana i wymaga wielu przypraw?

Curry z łososiem, w sosie pomidorowym

Porcja dla ok. 3 osób

700 g fileta łososia
2 łyżki oliwy
1 średniej wielkości cebula, obrana i drobno posiekana
1 łyżeczka curry w proszku
1 łyżeczka kurkumy
1 łyżeczka nasion kminu indyjskiego
1 łyżeczka kminu w proszku
1 puszka (400 g) pomidorów - pokrojonych
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka cukru
1/2 szklanki wody

Do podania: ugotowany ryż, roszponka, ćwiartki limonki lub cytryny

Oliwę rozgrzać w garnku. Dodać cebulę. Podsmażyc na małym ogniu ok. 3-4 minut. Dodać curry, kurkumę, oba rodzaje kminu. Smażyć na średnim ogniu 2 minuty. Dodać pomidory, sól, cukier i 1/2 szklanki wody. Po ok. 5 minutach dodać łososia obranego ze skóry i pokrojonego na 2-3 cm kęsy. Gotować 3 minuty. Zdjąć z ognia i potrzymać w garnku kolejne 3-4 minuty (bez gotowania).
Podawać z ryżem, roszponką. Z czym, kto lubi.
Ja jem je czasem z odrobiną gęstego jogurtu i chlebkami pitta.

Smacznego!

2009-10-28

Kobieta na krańcu świata


Wyczyściła konto do cna, a następnie zaginęła
Sekciarze wykorzystywali 13-latki; miał 20 żon
Wielkopolska: brutalnie zabił gościa hotelowego


gdybym czytała tylko wiadomości, świat by mnie przerażał jeszcze bardziej niż dziś
bałabym się wyjść z domu
złe prognozy, jeszcze gorsze notowania

jak dobrze, że gdzieś daleko i jeszcze dalej ktoś szuka w ludziach czegoś ciekawego, gdzie paradoksalnie odmienność pokazuje, że jesteśmy do siebie podobni. W podstawowych uczuciach, doznaniach, reakcjach.
Pewnego razu obejrzałam program o kobietach w Kambodży, które były saperkami. Daleko od domu i bliskich, miały pragnienia tak podobne do naszych: być obok kogoś bliskiego, móc trzymać za rękę swoje dziecko. Usiąść do kolacji z matką.
Później trafiłam na artykuł o zapaśniczkach, które walczą z mężczyznami. Po to, by przeżyć.
Więc kiedy szukając w księgarni czegoś do czytania, zobaczyłam książkę, wiedziałam, że oto mam przed sobą bezsenną noc.
Noc, kiedy świeci tylko mała lampka, a ja dopijam resztki zimnej herbaty i zjadam okruchy scones.

By móc poznać historię 75-letniej kobiety, która od ponad pięćdziesięciu lat ratuje małe słonie, które trafiają do jej ośrodka przez kłusownictwo - najczęściej bowiem jest tak, że matka ginie z rąk kłusowników, a obok niej zostaje słonik, który, podobnie jak ludzkie dziecko, do osiągnięcia samodzielności potrzebuje wielu lat. W obliczu śmierci rodzica jest bezradny i w większości przypadków po prostu umiera.

"Wszyscy specjaliści od słoni na świecie piszą do mnie z pytaniem o tę tajemniczą recepturę na mleko, bo faktycznie procentowo więcej zwierząt przeżywa w naszym ośrodku niż w innych. Owszem, udało mi się ustalić, że słonie muszą jeść jak niemowlaki.(...)
Ale to, co jest naprawdę ważne, to opiekuńczość i empatia - niezwykłe relacje, jakie opiekunowie nawiązują ze słoniami, i miłość.
Jeśli mały słoń nie jest szczęśliwy, nie będzie mógł żyć. I to jest najważniejsze, to główny sekret mojego sukcesu - zrozumienie, że słonie są bardzo ludzkimi zwierzętami oraz interpretowanie ich zachowań w ludzki sposób.

Słonie potrzebują przede wszystkim stałej obecności człowieka - dzień i noc, i tym opiekunem musi być ktoś, kogo kochają... Ale jednocześnie musimy być absolutnie pewni, że słonik nie przywiąże się zbyt mocno do jednej osoby, bo kiedy ten człowiek ma wolne (które przecież musi mieć), słoń mógłby przeżyć wielki stres, który może kosztować go życie."
*
Krańce świata to nie tylko słonie i miny. To również wychowywanie przyszłych miss świata w Wenezueli, gdzie klinik piękności jest więcej niż czegokolwiek innego, a botoks w wieku dwudziestu lat to standard i norma.

Książka jest świetnie napisana, dobrze się ją czyta. Jest wzruszająca, ciekawa, dająca do myślenia.
Czytałam fragmenty, zaznaczałam je ołówkiem, czytałam kolejne odcinki, a potem wracałam do tych zaznaczonych.
Wiem, że ten program jest w telewizji.
Ale ja nie mam telewizora, a od programów okraszonych reklamami czy też raczej reklam okraszonych programami, wolę poczytać w spokoju te wszystkie historie, gdzie jest miejsce na pytania, które tylko kobiecie przystoi zadać drugiej kobiecie. Bo mężczyźnie nie odpowie.

Więc jeśli chcecie wiedzieć, co naprawdę czują i myślą obie żony tego samego mężczyzny, co zrobić, by zostać miss świata albo dlaczego kobiety nie nadają się na opiekunki słoni - sięgnijcie po tę znakomitą książkę.
Nie pozwoli Wam usnąć do rana. Lektura zostawi po sobie myśli, a może ktoś z Was zechce adoptować małego słonika?

Lubię takie książki, które pokazują mi świat. Cieszę się, że są ludzie, którzy jadą daleko, by opisać dla mnie te historie.
I zawsze będę czytać je z wielką przyjemnością.

* Kobieta na krańcu świata
Martyna Wojciechowska
Wyd. National Geographic 2009

cena: 49,90 pln

2009-10-27

Takie nie wiadomo co. Scones.


Są czasem takie dni (jak dziś), kiedy zaglądam piąty raz do lodówki. Drugi do szuflady ze słodyczami (nie ma słodyczy, tylko gorzka czekolada do pieczenia, parę ciasteczek amaretti, zagubione opakowanie tic-tac'ów).
Wyjadam z dna szklanego słoja kilka ostatnich orzechów.
Obieram jabłka.
W takich chwilach lubię zjeść scones.
Scones to takie nie wiadomo co. Trochę bułka. Trochę ciastko. Popularne przede wszystkim w Wielkiej Brytanii. Do herbatki.
Wypróbowałam wiele przepisów. Jedne były za suche, inne bez smaku, jeszcze inne za słodkie. Niektóre z ogromną ilością proszku do pieczenia.
Scones muszą być podane z masłem. Niektórzy mieszają w miseczce miękkie masło z dżemem truskawkowym.
I ja tak robię.
Moje scones są na jogurcie bałkańskim albo na kefirze. Wszystko zależy od tego, co akurat mam w lodówce.
Robi się je błyskawicznie, ponieważ pieką się zaledwie 12 minut.
A potem można wyjść z kuchni i czytać o skandalach bankowych. Albo obyczajowych. Sensacjach. Delegacjach.
Albo zagłębić się w miłej lekturze i chłonąć ją do rana.
Ale o tym jutro.
Dobranoc.



Scones

260 g mąki pszennej
150 g greckiego jogurtu lub jogurtu naturalnego
1 jajko
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
70 g zimnego masła, pokrojonego w kostkę
40 g drobnego cukru
garść rodzynek (opcjonalnie)
2-3 łyżki jogurtu do posmarowania bułeczek przed pieczeniem

Mąkę wymieszać z proszkiem. Posiekać z masłem, dodać pozostałe składniki. Wyrobić ciasto łyżką lub mikserem (wystarczą 2-3 minuty).
Na oprószonej mąką stolnicy rozwałkować ciasto na grubość ok. 3 cm. Wykrawać kółka o średnicy 4-5 cm (lub mniejsze, jak kto woli). Wierzch posmarować jogurtem.
Piekarnik nagrzać do 220 st C.
Blachę wyłożyć papierem do pieczenia, ułożyć placuszki.
Wstawić do piekarnika. Piec 12-14 minut.

Smacznego!

2009-10-26

Nie mam czasu nic zjeść



Czasem droga do lodówki wydaje się wyjątkowo daleka.
Jeszcze dalej jest do sklepu z arabskimi przekąskami, zwłaszcza do pasty z bakłażanów czy hummusa.
A ja bardzo lubię takie przekąski. Wtedy, kiedy nie mam czasu nic zjeść.
Pasta z fasoli. W siedem minut.
Do chleba pitta albo innego, na przykład pszennego, na który przepis podaję dziś w Pracowni Wypieków.



Pasta z fasoli

1 łyżka sezamu, uprażonego na suchej patelni
1 łyżeczka kminu indyjskiego, delikatnie podprażonego na suchej patelni
1 puszka (400 g) białej fasoli
1 ząbek czosnku, posiekany
1 łyżeczka papryki w proszku (używam wędzonej)
kilka gałązek świeżego tymianku
1 łyżeczka soli
30-40 ml oliwy z oliwek
sok z połowy cytryny
1-2 łyżki jogurtu naturalnego lub jogurtu greckiego

Wszystkie składniki oprócz jogurtu zmiksować. Doprawić jogurtem. Jeśli dip jest za gęsty, można dodać więcej jogurtu lub trochę wody.

Podawać posypany sezamem i papryką.
Smacznego!

2009-10-25

Krajanka piernikowo-czekoladowa z rumowym lukrem.



Z początkiem października w sklepach pojawiły się świąteczne akcenty.
Mam wrażenie, że co roku ten dzień przesuwa się bliżej lata i niedługo się okaże, że idąc pierwszego września do szkoły, dzieci będą widzieć dookoła zapowiedź świąt.
Ale są też plusy.
Kiedyś październik i listopad kojarzyły mi się z chandrą, deszczem, szarością, światłem, którego brakowało. Czekało się na jakiś przełom, zmiany i nadzieje i wtedy przychodziły święta. A po świętach styczeń, kiedy to dni stawały się minimalnie dłuższe. I mogło być już tylko lepiej.
Jedni lubią święta, inni nie.
Jeśli myślę o maratonie po sklepach w poszukiwaniu prezentów, kolejkami po mleko w spożywczym, w którym wszyscy inni mają kosze wypełnione po brzegi żeby niczego nie zabrakło, to chciałabym wyjechać jak najszybciej i o tym nie myśleć.
Spędzałam już Boże Narodzenie w ciepłym kraju, na Sri Lance, kiedy podczas upału widziałam i świętego Mikołaja, i choinki, i nawet Wigilię dla tych, dla których było to ważne.
I to jednak nie dla mnie.
Niektórzy mówią Nie lubię świąt, bo nic innego się wtedy nie robi, tylko je.
Ja sobie celebruję co roku to samo, obejrzę (może...) Samych Swoich po raz nie wiem, który. I będę myśleć o tych, którzy odeszli, którzy tego dnia zawsze mówili obyśmy za rok spotkali się w tym samym gronie.
Więc kiedy idę po mleko i widzę świąteczne talerze w sklepie, a oczami wyobraźni choinkę, której wystawienia nie mogą się doczekać sprzedawcy, to przestaję w tym dostrzegać wieczną chęć zysku i sprzedania wszystkiego na prezenty.
Mam wtedy potrzebę przybliżenia sobie tych świąt, namiastki zimy, ciepłego ciasta, choćby trochę zwiastującego coś lepszego niż brodzenie w kaloszach po ulicach.




Kto nie lubi krajanki? Ciepły zapach piernika i rumowy likier to coś dla mnie. Zwłaszcza dziś. I na święta też. Dla dzieci można zrobić wersję z lukrem cytrynowym, zastępując rum sokiem świeżo wyciśniętym z cytryny.

Krajanka piernikowo-czekoladowa z rumowym lukrem

Ciasto:

100 g miękkiego masła
3 jajka, białka i żółtka osobno
100 g drobnego cukru
100 g ciemnej czekolady 70% rozpuszczonej i ostudzonej
2-3 łyżeczki przyprawy do piernika
80 g mąki
80 g mielonych orzechów (można też bardzo drobno posiekać)
30 g skórki pomarańczowej (opcjonalnie)

Masło utrzeć z 50 g cukru, dodać żółtka i czekoladę.
Mąkę wymieszać z orzechami i przyprawą do piernika.
Białka utrzeć na sztywną pianę, dodawać powoli cukier i miksować do czasu aż piana połączy się z cukrem i będzie lśniąca.
Do masła dodawać na zmianę mąkę i pianę z białek oraz skórkę pomarańczową, wymieszać łyżką.
Formę do pieczenia (20 x 33 cm) wysmarować masłem i wysypać mąką.
Wlać ciasto.
Piekarnik nagrzać do 200 st C. Wstawić blachę i piec 20 minut.
Ostudzić w formie. Pokroić na kwadraty. Kiedy ostygnie, polukrować:

Lukier:
100 g cukru pudru
30 g rumu

Cukier puder wymieszać dokładnie z rumem (można przy użyciu łyżki lub mikserem).

Czekam dziś na święta



i piekę sobie.
cdn

2009-10-22

Jak nie smakuje francuski makaronik. Saint Honoré





Mamusiu, makaroniki, kupisz mi?
Zwykle ulegam czarowi francuskich makaroników zapakowanych w przezroczyste pudełko przewiązane wstążeczką,
niestety te nie były do kupienia, ale dostałam wizytówkę do cukierenki na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie.
Została otwarta we wrześniu, zastąpiła studencki bar.
Słyszałam o niej wiele dobrego, ale na początku zwykle tak jest, że wszystko jest dopięte na ostatni guzik, dopilnowane, uśmiechnięte i pyszne. Wszyscy są zadowoleni i pełni nadziei.
Ja też wykazuję wiele nadziei, kiedy słyszę o nowo powstałych miejscach w Warszawie. Wciąż mam ten niedosyt, kiedy chciałoby się, żeby u nas było tak, jak tam.
Do Saint Honoré wybrałam się w pewną wietrzną i zimną sobotę, przed śniadaniem. Miałam ochotę próbować i się zachwycać.
Wnętrze jest przytulne, czyste, bardzo wygodne i ciepłe. Obsługa na najwyższym poziomie - miła, uśmiechnięta, pomocna, nie nadąsana, nie robiąca łaski, ani też przesadnie nadskakująca.
Miałam w pamięci wizyty w Cafe Vincent, więc od początku zastanawiałam się, gdzie jest lepiej. Dla mnie. Czy będę chciała wrócić tu czy tam. A może nigdzie?
Zamówiłam kawę - wypada zdecydowanie lepiej niż u Vincenta. Aromatyczna, dobrze zaparzona. A reszta?
Cóż, eklerki (7 zł/szt) z płynącą polewą - dziwną, naprawdę dziwną, nie przypadły mi do gustu, nie byłam w stanie zjeść nawet połowy. Smaczne były koszyczki z brokułami i serem (10 zł/szt) - czyli quiche na ciepło.
Najbardziej zawiodłam się na makaronikach - francuskich bezikach przekładanych kremem (12 szt za 35 PLN). Ciasteczka były mokre, bardzo słodkie, a wszystkie rodzaje były w smaku niemal identycznie. Jadłam dobre macarons i wiem, jak powinny smakować. Zwłaszcza, jeśli te warszawskie kosztują niemal tyle samo, co te paryskie.
Po eklerkach i makaronikach nie miałam ochoty na dalszą degustację. Szkoda.
Jedno wiem na pewno, to nie jest moje wymarzone miejsce. Z dwóch podobnych, ale jednak zupełnie innych, wybieram Vincenta. Mimo że ma gorszą kawę.


Saint Honoré
ul. Krakowskie Przedmieście 20/22
Warszawa

2009-10-21

Babka z marcepanem i gruszkami




Wracam do domu z gruszkami, których tak naprawdę nie potrzebuję.
Kupiłam, bo żal mi się zrobiło pana, który je sprzedawał.
Mój Towarzysz Podróży twierdzi, że biedne staruszki są w stanie sprzedać mi wszystko.
Coś w tym jest.
Piekę więc ciasto z gruszkami i kremem marcepanowym.
Na podwieczorek.




Babka z marcepanem i gruszkami

na podst. przepisu: Rose Levy Beranbaum

Ciasto:

200 g mąki
200 g cukru (można dać 120-150 g, przyp. L)
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
170 g masła

1 jajko
2 żółtka
160 g kwaśnej śmietany
cukier waniliowy

1 gruszka o wadze 200 g, obrana, pokrojona na małe plasterki, które należy skropić 2 łyżeczkami soku z cytryny


Krem migdałowy:

60 g masy marcepanowej lub migdałowej
60 g cukru
60 g masła
jajko
1/2 łyżeczki esencji waniliowej
1 jajko
15 g mąki


Krem migdałowy:
Wszystkie składniki zmiksować.

Ciasto:
Jajka, żółtka, wanilię i 3 łyżki śmietany wymieszać w misce.
W drugiej misce wymieszać mąkę, cukier, proszek, sodą i sól. Miksując dodawać masło, następnie śmietanę. Miksujemy tak długo, aż masa będzie wilgotna. Powoli dodawać masę jajeczną.
Formę (z kominkiem) do babki wysmarować masłem i wysypać dokładnie tartą bułką.
Wlać ciasto. Szpatułką zrobić wgłębienie (okrąg) mniej więcej na środku ciasta i wlać we wgłębienie krem marcepanowy tak, by nie dotykał brzegów formy.
(Przyp L: Nie udało mi się to, gdyż ciasto było zbyt rzadkie. Wlałam więc krem marcepanowy na wierzch ciasta i drewnianym patyczkiem wymieszałam je delikatnie z ciastem)
Na wierzchu ułożyć plasterki gruszek.
Piekarnik nagrzać do 175 st C.
Wstawić ciasto i piec je 50-50 minut.

Smacznego!

Do kiedy będą gruszki?




cdn :)

2009-10-19

Zdrowo



Ostatnie promienie słońca łapię do kaptura i niosę wiewiórkom z garścią tegorocznych orzechów.
Zmierzch lata nieubłaganie dobiegł końca. Żeby nie dać się smutkom, czekam na święta. Oglądam przepisy na wigilijne ciasteczka i filmy.
Soczewica to mój przyjaciel w dniach, w których mam potrzebę zjedzenia czegoś dobrego, a przede wszystkim zdrowego.
Mam zawsze przynajmniej kilka jej rodzajów i wykorzystuję ją na różne sposoby.
Ostatnio chętnie korzystam z pieczonego squasha, o którym pisałam trochę tutaj. Doskonałe warzywo: można je piec, nadziewać, gotować.
Nie wiem, jak nazywają się poszczególne rodzaje dyni - kupuję te, które znajdę, które wpadną mi w oko. I próbuję.



Sałatka z brązową soczewicą i squashem (lub dynią)

500 g squasha, lub dyni
1 mała cebula, najlepiej czerwona
2 łyżki oliwy
kilka gałązek świeżego rozmarynu
pół szklanki ugotowanej soczewicy (brązowej, czarnej lub zielonej)
100 g koziego sera (można zastąpić fetą)

Sos:
2 łyżki oliwy
1 łyżka octu balsamicznego
1 łyżeczka musztardy
2-3 łyżki świeżych ziół (używam mięty, bazylii, estragonu, koperku itp)
sól i pieprz do smaku

kilka liści sałaty lub ich mieszanki (użyłam mieszanki różnych sałat)

Dynię obrać, pokroić na kawałki 2-3 cm. Cebulę obrać i drobno posiekać.
Piekarnik nagrzać do 180 st C.
Cebulę i dynię ułożyć w formie do pieczenia, spryskać oliwą, posypać solą i pieprzem. odać gałązki rozmarynu.
Wstawić do piekarnika. Piec ok. 15-20 minut - dynia powinna być miękka.

Soczewicę wymieszać z połową sosu.
Na talerzu ułożyć porwane liście sałaty, następnie soczewicę, dynię. Na wierzchu ułożyć ser, wlać pozostały sos.
Podawać z pieczywem.

Smacznego!


2009-10-18

Różowy tydzień




Dzisiejszym wpisem chciałabym zwrócić uwagę na problem profilaktyki w chorobach nowotworowych.
Każdy z nas ma lub miał w swoim otoczeniu kogoś, kto zmagał się z tą chorobą.
Profilaktyka i zdrowe, świadome życie mogą  przynajmniej dać nam nadzieję na to, że zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, by ustrzec się przed rakiem.
Swój dzisiejszy post dedykuję wszystkim tym, którzy zmagali się lub będą zmagać z tą straszną chorobą.
Ja sama straciłam przez nią kogoś bliskiego, a bezradność, jaka towarzyszyła mi w tych dniach sprawiła, że zawsze będę pamiętać o ludziach, którym nie dane jest cieszyć się życiem bez bólu i cierpienia.
Po raz kolejny uzmysłowiłam sobie jego ogrom czytając niezwykle poruszającą książkę Kena Wilbera Śmiertelni Nieśmiertelni.
Cieszmy się każdą chwilą, bo nie wiemy, co przyniesie nam jutro.
Różowy tydzień-baner

Dziękuję Szarlotkowi, która podjęła się przeprowadzenia akcji Różowy Tydzień na blogach kulinarnych.

Czekoladowe ciasteczka z płatkami róż w cukrze

150 g ciemnego cukru muscovado (do nabycia w większości hipermarketów i sklepach eko)
90 g miękkiego masła
1 jajko
cukier waniliowy
150 g mąki pszennej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
30 g kakao
100 g białej czekolady, pokrojonej na małe kawałki

Do dekoracji: lukier i płatki róż w cukrze

Cukier utrzeć z masłem, dodać jajko i wanilię.
Mąkę wymieszać z proszkiem i kakao, dodać do masła i dokładnie wymieszać razem z połąmaną czekoladą.
Pikarnik nagrzać do 180 st C. Dwie blachy wyłożyć papierem do pieczenia.
Pomagając sobie dwoma łyżeczkami do herbaty, ukłądać porcje ciasta na blasze, zostawiając między nimi 4 cm odstępy.
Wstawić do piekarnika i piec 8-10 minut - ciasteczka twardnieją po ostudzeniu, więc nie trzeba ich piec zbyt długo.
Po ostudzeniu udekorować lukrem i płatkami róż.

Smacznego!

2009-10-16

Międzynarodowy Dzień Chleba/World Bread Day 2009






Dziś będzie krótko. Z okazji Międzynarodowego Dnia Chleba.
Oby nikomu na świecie go nie brakowało i byśmy umieli docenić to, że go mamy.
Pozdrawiam w ten piękny dzień.

Polski chleb na zakwasie
Sourdough Polish bread

150 g aktywnego zakwasu żytniego*
400 g mąki pszennej, najlepiej chlebowej
100 g dowolnej mąki żytniej
2 łyżeczki soli
10 g świeżych drożdży (opcjonalnie, jeśli zakwas jest bardzo aktywny, drożdże można pominąć)
300-350 g wody (jeśli używamy mąki żytniej razowej, zwykle trzeba dodać ok. 350 g wody, jeśli jasnej, wystarczy 300 g)


Jeśli używamy drożdży, należy rozetrzeć je w miseczce z 2-3 łyżkami ciepłej (nie gorącej), wody.
Połączyć z pozostałymi składnikami - wodę wlewamy stopniowo. Ciasto powinno mieć dosyć gęstą konsystencję, ale będzie się kleiło do rąk. Ja wymieszałam swoje ciasto w mikserze na średniej prędkości przez 5 minut.
Miskę przykryć folią spożywczą i odstawić do wyrastania na 2-4 godziny (ciasto musi w tym czasie podwoić objętość - czas wyrastania będzie zależał od tego, jak aktywny jest zakwas, czy dodaliśmy do ciasta drożdże oraz jaka jest temperatura otoczenia).
Następnie przełożyć ciasto na blat oprószony mąką (lub ścierkę) i uformować z niego bochenek - radzę dłonie posmarować oliwą lub oprószyć mąką, będzie wówczas łatwiej. To dosyć luźne ciasto, ale formowanie bochenka nie powinno być tu trudne.
Bochenek można przełożyć do koszyka do wyrastania chleba lub zostawić je do wyrastania na ściereczce (ja swój bochenek zostawiłam na ściereczce i przykryłam miską, by nie wysychał). Czas wyrastania: ok. 1 godziny.

Metoda pieczenia:

ponieważ jestem na 'fali' pieczenia w garnku żeliwnym, swój chleb upiekłam w ten sposób:
Metoda 1:
Żeliwny garnek z przykrywką wstawiłam do zimnego piekarnika, rozgrzałam do temp. 230 st C. Trwało to ok. 20-30 minut. Następnie zdjęłam przykrywkę, przełożyłam do garnka wyrośnięty chleb, przykryłam garnek przykrywką i wstawiłam do piekarnika na 30 minut. Zdjęłam przykrywkę i dopiekałam kolejne 15 minut. Czas pieczenia zależy od stopnia zrumienienia skórki i może się wydłużyć do ok. 30 minut.
Chleb wyjęłam z garnka i ostudziłam na kuchennej kratce.

Jeśli chcemy upiec w tradycyjny sposób:

Metoda 2:
piekarnik nagrzewamy do 230 st C, a blachę wykładamy papierem do pieczenia. Przekładamy na gorącą blachę bochenek, spryskujemy dno i drzwiczki piekarnika wodą i pieczemy najpierw 10 minut, następnie zmniejszamy temp. do 210 st C i dopiekamuy kolejne 20-30 minut.
Upieczony chleb, popukany os spodu wydaje głuchy odgłos.

Można jeszcze inaczej, najłatwiej:
Metoda 3:
ciasto po wyrastaniu przełożyć do keksówki (o dł. np. 26-30 cm), wierzch oprószyć mąką, przykryć folią i odstawić do wyrastania na ok. godzinę - ciasto powinno wypełnić całą blaszkę.
Wstawić do piekarnika i piec jak w metodzie 2.

Smacznego!

*zakwas należy dokarmić nie później niż 10-12 godzin przed planowanym pieczeniem

Dla wszystkich chętnych, którzy chcieliby spróbować wyhodować swój własny zakwas i piec chleby na zakwasie, przygotowałam dokładny przepis, który znajduje się tutaj.

world bread day 2009 - yes we bake.(last day of sumbission october 17)

2009-10-15

Czekając na Święto Chleba



Czekając na jutrzejsze coroczne międzynarodowe Święto Chleba, trenuję...
W tym roku po raz trzeci będę piec wspólnie z innymi blogerami, w akcji zapoczątkowanej przez Zorrę. To wspaniała okazja do tego, by upiec swój pierwszy chleb, więc gorąco zachęcam do tego wszystkich, którzy kiedykolwiek o tym myśleli.
Domowy bochenek daje wiele satysfakcji, a świadomość, iż potrafimy go zrobić samodzielnie przynosi radość w najprostszej postaci.
Do tego nie potrzeba specjalnych urządzeń, wystarczą dobre chęci, mąka, drożdże, sól i woda.
W Pracowni Wypieków przygotowałam dziś jeden z najprostszych wypieków - Jasny chleb pszenny (na zdjęciu w środku). Wszystkich zainteresowanych przepisem zapraszam tutaj.

Miłego wieczoru :)

2009-10-14

Zima, zima, zima, pada, pada śnieg!




Obecnie nie ma napięcia w tramwajowej sieci trakcyjnej na ulicach Kawęczyńskiej, Ząbkowskiej i Targowej. Tramwaje kierowane są na inne trasy. Na ul. Radiowej awarii uległ tramwaj linii 5; tramwaje nie jeżdzą też ul. Zgrupowania AK Kampinos - tam drzewo oparło się o sieć trakcyjną; uruchomione zostaną autobusy zastępcze. Na skrzyżowaniu ulic Siedmiogrodzkiej i Skierniewickiej wykoleił się tramwaj linii 26, który zjeżdżał do zajezdni.
Zima zaskoczyła drogowców.

Jestem pewna, że każdy z nas miał w dzieciństwie danie, na które czekanie ciągnęło się w nieskończoność.
Mamo, czy to już? Babciu, kiedy?
Kiedy ślęcząc nad pracą domową albo oglądając Arabellę, Czterdziestolatka czy Dynastię - czekamy. A zapach dochodzący z kuchni przyprawia o zawrót głowy.
Mam Ciocię, która była boginią Babki Ziemniaczanej, zawsze piekła ją w prodiżu. Kiedy ostatnio zapytałam, jak to robi, podała mi kilka sposobów. Czyli można ją robić, jak się chce. Właściwie nie ma przepisu.
Kilka lat temu wymyśliłam swoją własną wersję, która daleka jest od pierwowzoru z dzieciństwa, przede wszystkim z powodu braku boczku, prodiża i nastroju dzieciństwa.
Piekę ją sobie, potem kroję na plastry, odsmażam i włączam Arabellę.
Cudowny powrót do przeszłości.

Babce ziemniaczanej daleko do tytułu miss. Ale nie raz już się przekonałam o tym, że brzydkie, szarobure rzeczy, są pyszne. Weźmy taki sos grzybowy, żurek, bigos, rybę po grecku...
Ciekawa jestem, jacy są Wasi faworyci wśród brzydkich a pysznych. Podzielicie się ze mną?


Babka ziemniaczana
Przygotowuję różne wersje - czasami dodaję do masy duszone pieczarki albo grzyby, marchew tartą na tarce albo robię ją w najprostszej postaci, tylko z ziemniakami i cebulą. Najbardziej jednak smakuje mi babka z suszonymi grzybami i pomidorami, dzięki którym nabiera ładnego koloru.

1 kg ziemniaków
3-4 średniej wielkości cebule
2 łyżki oleju lub oliwy
1 łyżka sosu sojowego
3 jajka
3 łyżki bułki tartej
2 łyżeczki suszonego majeranku
2 łyżki suszonych płatków czosnku (opcjonalnie, można zastąpić 1 ząbkiem czosnku drobno posiekanego)
1 łyżeczka suszonego tymianku
1 łyżka świeżego estragonu,posiekanego
2 łyżeczki soli
5-6 suszonych pomidorów, namoczonych w ciepłej wodzie
5-6 suszonych grzybów namoczonych w ciepłej wodzie
1 puszka pomidorów w puszce lub 1 mały koncentrat pomidorowy
pieprz do smaku (ok. 1/2 łyżeczki)
plasterki masła do obłożenia wierzchu babki


Ziemniaki obrać i zetrzeć na drobnej tarce.
Wrzucić na durszlak i odstawić, następnie odcisnąć nadmiar płynu
Połowę cebuli zetrzeć na tarce, dodać do ziemniaków. Resztę pokroić drobno i dusić na oleju tak długo, aż cebula zmięknie (ok. 10-15 minut). Dodać zioła, czosnek, sos sojowy, połączyć z ziemniakami. Dodać jajka, bułkę tartą, sól, suszone pomidory i grzyby pokrojone w cienkie paseczki. Wymieszać z pomidorami, doprawić pieprzem.
Dowolną formę (tym razem piekłam w keksówce o długości 30 cm) wysmarować olejem, oprószyć tartą bułką. Przełożyć masę - jeśli pieczemy w formie z wyjmowanym dnem, należy owinąć ją folią, by nie wyciekał z niej płyn. Na wierzchu ziemniaków ułożyć plasterki masła.
Piekarnik nagrzać do 190 st C.
Wstawić formę. Piec ok. 1,5 godziny. Czas pieczenia zależy od głębokości formy i może dochodzi do 2 godzin. Gdyby babka za bardzo rumieniła się z wierzchu, trzeba przykryć ją folią aluminiową, zmniejszyć temperaturę do 180 st C i dopiekać w ten sposób.
Przed podaniem lekko ostudzić. Wspaniale smakuje z sosem grzybowym albo pokrojona w plastry i odsmażona na patelni.
Smacznego!

Brzydkie, ale dobre.




Niefotogeniczne.
W starym stylu.
Absolutnie nie do pokazania.
Jedno z dań, które są taaaakie dobre. A takie brzydkie.
I zawsze wychodzi.

cdn :)

2009-10-12

Owoce w stylu retro. Pigwa.




A co to w ogóle jest pigwa? Jak to jeść? Jak jabłko? Pigwa to owoc w stylu retro. Zapomniany i niedoceniany.
Babcie w bujanych fotelach, którym do szczęścia wystarczy trochę spokoju, zdrowie, wnuki na niedzielnym rosole, ciepła herbata i spodek z konfiturą. Z pigwy.
Zbyt kwaśna i za twarda by jeść ją na surowo. Idealna by zrobić z niej dżem. Nalewkę albo galaretkę. Zawiera bardzo dużo pektyny, która nadaje się do zagęszczania owocowych przetworów. Świetna do ciast, pod warunkiem, że ją lekko podpieczemy.
W tym roku uparłam się, że ją kupię (to nie jest takie proste) i odkryję na nowo.
Pigwa cieszy się u nas tak małym zainteresowaniem, jakby była owocem z innej planety. Szkoda.
Jeśli uporamy się z jej obraniem i pokrojeniem na małe kawałki, reszta pójdzie jak z płatka.
A nawet jeśli schowamy owoce do lodówki i o nich zapomnimy, nic im nie zaszkodzi, ponieważ są niezwykle trwałe i doskonale się przechowują.



Dżem z pigwy

1 kg pigwy, obranej i pokrojonej na małe kawałki (a najlepiej starte na tarce)
150 g cukru (tak naprawdę cukier należy dodawać do smaku)

Pigwę wrzucamy do garnka lub na szeroką patelnię, dusimy do czasu aż kawałki zaczną się rozpadać. Dodajemy cukier i smażymy jeszcze chwilę.
Wypełniamy słoiki (ja pasteryzuję je w piekarniku w temperaturze 120 st C).

Smacznego!

2009-10-10

Eksperymentowania ciąg dalszy: chleb z orzechami.




Wygląda na to, że wpadłam na dobre.
Okazało się, że metoda tak bardzo przypadła mi do gustu, że codziennie piekę według niej chleb. Efekt jest zawsze ten sam - super chrupiąca, popękana skórka, puszysty miąższ.
Próbowałam też piec go w zwykłej formie, bez użycia garnka glinianego czy żeliwnego i również się udawał, choć przyznam szczerze, nie był tak efektowny.
Jim Lahey pisze o dwóch metodach pieczenia - jedna przy użyciu kamienia do pizzy i glinianego garnka, druga - garnka żeliwnego. Garnek nagrzewa się wraz z przykrywą w piekarniku, następnie wrzuca do niego ciasto na chleb i piecze. Nic nie przywiera do dna, nic nie rozlewa się na boki. Nie trzeba spryskiwać piekarnika ani martwić się o bladą skórkę.
Dziś piekłam w garnku żeliwnym.
I jeszcze jedno - ten sposób zachęca do dalszych eksperymentów. Wygląda na to, że bez względu na rodzaj użytej mąki i dodatków, każdy tak upieczony chleb jest pyszny.
Gdybym wiedziała o pieczeniu tyle co dziś i miała udzielić rady sobie sprzed pierwszego własnoręcznie upieczonego bochenka, powiedziałabym: kup sobie garnek gliniany albo żeliwny, kilogram mąki pszennej, paczkę świeżych drożdży i piecz. Jest łatwiej niż ktokolwiek mógłby się spodziewać.
To dobry sposób na chleb na drożdżach.

Zainteresowanych przepisem zapraszam do Pracowni Wypieków.
Pozdrawiam weekendowo.

2009-10-09

Jak się robi motyla?




Jak się robi motyla? Nie ma człowieka, który by to wiedział. Od czego należałoby zacząć? Jedno jest pewne, trzeba mieć do dyspozycji najbardziej finezyjne narzędzia i niewyczerpane zapasy osobliwości.
Na łuski na jego skrzydełkach mógłbyś użyć ścianki tak delikatnej jak babie lato, bańki mydlanej zrobionej przez najpiękniejszą dziewczynę z VII B. Ale skąd wziąć te kolory? Skąd odpowiedni niwelator grawitacji? Przede wszystkim potrzebny jest detal. Z niego bowiem składa się motyl. Tu nawet najlepszy modelarz nie pomoże. Motyl nie jest modelem. Czego odbiciem może być coś idealnego?

Kto zrobi motyla, może uważać się za boga. Ale ten, kto go stworzył, nie poprzestał na tym. Jak by jeszcze motyl nie był za trudny. Dodał do niego gąsienicę. Dwa w jednym. To jest dwujednostka, jak jin i jang, dzień i noc, kobieta i mężczyzna, śpiący i czuwający, dr Jekyll i Mr Hyde.
Tak niebiański jest motyl, jak ziemska jest gąsienica.
Przykuta do ziemi, oddaje się najbardziej ziemskiej z ziemskich czynności: pożeraniu. Na swoich karykaturalnie krótkich kończynkach i posuwkach nieprzerwanie siedzi z głową tuż nad jedzeniem, jak majster, który w kanciapie wcina zupę. Ciało gąsienicy jest napakowane jelitami, łebek wypełnia szczęka tak wielka, że prawie nie ma już w nim miejsca na rozum. A jednak gąsienica jest równa bogom.
Gąsienica wie, jak się robi motyla.
*

*
Midas Dekkers
"Poczwarka - od dziecka do człowieka"
Wyd. WAB 2007,
tłumaczenie: Agnieszka Bienias

2009-10-08

Lekach & Karmel



Deszczową jesienią zazdrościłam kotu, który nie musiał iść do pracy. Czekał tylko aż wyjdę, by zwinąć się na świeżo wyprasowanej pościeli i śnić kocie sny.
Ale latem to kot zazdrościł mi, kiedy mogłam iść przed siebie, podczas gdy jemu zostawało wpatrywanie się przez okno.
To głupie zazdrościć czasem zwierzętom, wiem.
Tego, że mogą polecieć na koniec świata. Albo spać, kiedy chcą.
Mój kot znał przepisy na wszystkie potrawy, które gotowałam - siedząc na butli z wodą sprawiał wrażenie, że przyglądanie się temu, co robię jest najbardziej interesującą czynnością na świecie. (No, może za wyjątkiem oglądania japońskich filmów, które wabiły go przed telewizory w domach, w których bywał podczas wakacji).
Ten kot od dawna ma inny dom.
* * *
Jesienią oglądam filmy, które czekają na swoją kolej przynajmniej od wiosny.
A kiedy oglądam, czasem jem. Zwłaszcza, kiedy w filmie jedzą. Na przykład karmel.
"Karmel" przypomniał mi o filmach Ozpetka i o prostych wartościach. O przyjaźni, intuicji, różnorodności. O tym, że niezależnie od wieku ludzie są ciekawi, mający te same problemy i pytania.
To film, w którym ilość pięknych kobiet przypadających na każdą minutę projekcji, bije na głowę inne filmy.
To film o tym, jak kobiety porozumiewają się bez słów. I o tym, co w życiu ważne.


Lekach

Źródło przepisu: Le Petrin

200 g przesianej mąki Typ 550
45 g cukru
1 łyżeczka sody oczyszczonej
imbir, cynamon, przyprawa do piernika - do smaku (ja użyłam 2 łyżeczki, przyp. L)
60 g oleju roślinnego
250 g miodu (akacjowy, pomarańczowy itd. ..)
3 jajka
60 g soku jabłkowego


Rozgrzej piekarnik (180 ° C). Olejem wysmaruj keksówkę (użyłam takiej o dł. 24 cm)

W średniej misce, połączyć mąkę, cukier, sodę i przyprawy.
Dodać olej, jaja lekko rozkłócone widelcem, miód i sok jabłkowy. Ubijać drewnianą łyżką lub ręką do momentu, kiedy ciasto jest gładkie i bez grudek.

Ciasto wlać do keksówki, piec 25 minut a następnie obrócić formę o 180 ° i kontynuować pieczenie 15 do 20 minut lub tak długo, by ciasto miało karmelowy kolor.

Uwaga: Jeśli ciasto zrumieni się zbyt szybko, wierzch przykryć kawałkiem folii aluminiowej.
Ostudzić na kuchennej kratce.

Lekach smakuje najlepiej następnego dnia po upieczeniu (a jeszcze bardziej 2-3 dnia). należy go zawinąć w folię spożywczą i przechowywać w chłodnym miejscu.

2009-10-07

Chrupiąca skórka, puszysty miąższ. Pane all'Olive.



Pisałam niedawno o nowej metodzie pieczenia chleba. Jestem uparta i łatwo się nie poddaję, tym bardziej, jeśli coś, co upiekłam w wyniku dużego wysiłku, było nieziemsko dobre.
To tak jak z wymarzoną rzeczą na świecie - jak już uda się ją zdobyć, to albo cieszy niezmiernie i prawdziwie albo też nudzi się od razu i idzie w kąt.
Zazwyczaj nowym książkom kucharskim daję przynajmniej kilka szans i raczej nie zniechęci mnie pierwszy nieudany czy skomplikowany przepis. Podobnie było tym razem.



Przez kolejne dni wypróbowałam kilka receptur. Z każdym nowym pieczeniem wprawa, z jaką podrzucam gorące garnki i efekt wypieków mnie zdumiewa.
Po prostu nagle okazało się, że w domu można upiec włoskie pieczywo - ciabattę, która ma chrupiącą skórę i jest przyjemnie rumiana, chleb serowy z puszystym miąższem i... to chyba mój hit - chleb z oliwkami.
Te rzeczy smakują jak z prawdziwego pieca, a nie piekarnika. I wyglądają...
A najbardziej magiczne w tym wszystkim jest to, że sprawdziła się stara dobra zasada - mniej znaczy lepiej. Mąka, woda i odrobina drożdży. Nie potrzeba zakwasu. Ani koszyka do wyrastania.
Mam tu przepis na chleb z tysiącem składników. Jest ktoś chętny do wypróbowania?
Tak, ja! - słyszę siebie.
Bo kiedyś byłam w stanie piec najdziwniejszą rzecz. Teraz też, ale czasu mam jakby mniej.
Więc trenuję rano z gorącymi garnkami i kamieniem do pizzy, a to, co wyjmuję z piekarnika, naprawdę mnie zachwyca.
Mnie, która nie potrafi(ła) zjeść pół chleba na raz.
Mnie, która nie lubi jesienią wstawać rano, a teraz budzi się i po ciemku maszeruje do kuchni, by upiec sobie chrupiące coś na śniadanie. Z własnej, nieprzymuszonej woli.
W poprzednim życiu byłam chyba córką producenta rzymskich garnków i ich umiłowanie obudziło się również w tym życiu.
Nie piekę (jak radzi autor) w garnku żeliwnym, bo mam za duży. Korzystam z roemertopfa (nie mylić z termomiksem ;) i kamienia do pizzy.
A więc, do dzieła!

P.S. dziękuję tym wszystkim, którzy w komentarzach i mailach zachęcali mnie do dzielnego podejmowania kolejnych prób z tą metodą mówiąc, że jest naprawdę łatwa.



"My Bread: The Revolutionary No-Work, No-Knead Method"
Jim Lahey
Chleb z oliwkami
Chrupiąca skórka, puszysty, dziurkowany miąższ

400 g mąki
8 gram soli (1 i 1/4 łyżeczki) - autor radzi zrezygnować z soli ze względu na sól zawartą w oliwkach, jednak dla mnie chleb pieczony bez niej był za mało słony - przyp. L.
3 gramy suszonych drożdży (użyłam 9 g świeżych)
300 g wody
200 g oliwek drylowanych, pokrojonych (ja wolę niekrojone, L.)

Wszystkie składniki wymieszać w misce przez 30 sekund.
Przykryć i odstawić w temp pokojowej na 12-18 h.
Następnie oprószyć blat solidnie mąką i złożyć ciasto najpierw na kwadrat o dł. 35 cm, następnie złożyć go na pół i jeszcze raz na pół - powinien powstać kwadrat o boku ok. 18 cm.
Przełożyć ciasto do wyrastania, przykryte ściereczką, na ok. 1 h. Powinno podwoić objętość.

W piekarniku rozgrzać kamień do wypieku pizzy i ułożony na nim dnem do góry garnek rzymski do temp 225 st C.
(O garnku pisałam tutaj).
Należy pamiętać, że zarówno kamień jak i garnek wkładamy zawsze do zimnego piekarnika.
Kiedy ciasto będzie wyrośnięte, a kamień nagrzany, podnosimy garnek, kładziemy ciasto na kamieniu i przykrywamy je garnkiem. Pieczemy ok. 20 minut, zdejmujemy garnek i dopiekamy kolejne 10-20 minut.
Skórka powinna być rumiana.
Studzimy na kuchennej kratce.
Smacznego!

2009-10-06

Rety, goście jadą! Czyli szybka tarta.


Lubię zapowiedzianych gości, leniwe piątkowe wieczory, atmosferę nic nie musisz, zawsze możesz zostawić samochód i wrócić po niego na śniadanie.
Jeszcze bardziej lubię przygotowania - planowanie szybkich dań, pisanie listy zakupów (zawsze się okaże, że choć zawsze jest, dziś nie będzie nigdzie absolutnie niezbędnego składnika), chodzenie po sklepach i myślenie o wieczorze.
O ile jestem zła, kiedy ktoś daleki odwiedza mnie nagle i niespodziewanie, o tyle wszystko, co planowane, wprawia mnie w dobry nastrój.
Po prostu lubię być przygotowana. Mieć nakryty stół, kwiatki w wazonie. I dużo jedzenia w lodówce.
To mnie nie męczy. To mnie relaksuje i uszczęśliwia.
Kiedy gotuję, bałagan w kuchni przekracza granice zdrowego rozsądku.
Próbuję więc trzymać gości z dala od kuchni.
Nigdy mi się to nie udaje.
Mam słabość do wytrawnych tart. Myślę, że stanowią idealną przekąskę, poza tym są zazwyczaj bardzo łatwe do przygotowania i dobre zarówno na ciepło, jak i zimno. A jak kawałek zostanie, zawsze można odgrzać sobie rano i zjeść na śniadanie.
Ja mam zawsze w domu opakowanie francuskiego ciasta, więc tarty potrafię zrobić od ręki, niemal ze wszystkiego, co mam w lodówce (no, może za wyjątkiem Panthenolu ;)


Tarta z kozim serem, porami i pomidorami


1 opakowanie francuskiego ciasta (ok. 300 g)
2 łyżki oliwy
2-3 pory (tylko biała część)
2 ząbki czosnku
50 ml białego wytrawnego wina (opcjonalnie)
300 g miękkiego koziego sera (dowolnego, a jeśli ktoś nie lubi, może być np. ricotta)
2 jajka plus 100 ml śmietany 18%
sól i pieprz do smaku
świeżo tarta gałka muszkatołowa (ok. 1/8 łyżeczki)
kilka gałązek świeżego tymianku

6 pomidorków koktajlowych, przepołowionych (użyłam czarnych pomidorków, niestety nie znam nazwy, ale mogą być naprawdę dowolne)

Ciasto rozwinąć i przełożyć wraz z papierem do formy (ja użyłam prostokątnej - można piec je na dowolnej blasze, ciastem należy dokładnie wypełnić formę). Ponakłuwać widelcem. Piekarnik nagrzać do 180 st C. Wstawić ciasto i piec 5-7 minut - chodzi o to, by lekko się podpiekło. Wyjąć z piekarnika.

Oliwę rozgrzać na głębokiej patelni.
Pory pokroić na cienkie krążki, czosnek drobno posiekać i wrzucić na patelnię. Dusić na bardzo małym ogniu ok. 10 minut - pory muszą być miękkie, ale nie brązowe. Dodać wino, dusić 3 min.

Ser, jajka, śmietanę, sól, pieprz, gałkę zmiksować.

Na podpieczony spód przełożyć pory, wlać zmiksowane jajka z serem, ułożyć połówki pomidorów nacięciami do góry i gałązki tymianku.
Wstawić do piekarnika i piec ok. 30 minut - ciasto powinno być zrumienione na złoto, a masa dobrze ścięta.
Ostudzić w formie. Podawać na ciepło lub w temperaturze pokojowej. Smaczne również następnego dnia.

Smacznego!