2009-09-30

Na drzwiach lodówki




Mogę Was o coś zapytać?
O co?
O drzwi Waszych lodówek. Czy są zabudowane, schowane, gładkie.
A może jest na nich tylko plan lekcji, lista zakupów, pocztówka, magnes. Może jest milion wycinków z gazet. A może nic.
Może ktoś napisał "kocham", a może "proszę kup", albo: "Obiad w lodówce, wrócę później. Mama."
Kiedy ktoś zaprasza mnie do swojej kuchni, pytam, czy mogę zobaczyć te drzwi. Za każdym razem inne, będące jakimś elementem osobowości danego domu.
Na moich drzwiach dziś panuje względny porządek. Miałam w zwyczaju przyczepiać do nich inspiracje, pomysły, strony z gazet, instrukcje obsługi, zdjęcia, pocztówki.
Czasem patrzę na zdjęcie stołu, przy którym jedliśmy kiedyś obiad. Albo zdjęcie kwiatów, na które właśnie mija sezon.
Pocztówki od bliższych i dalszych znajomych, listy książek.
A później można wszystko wyrzucić (i zacząć przyczepiać od nowa. Na pożegnanie lata i powitanie jesieni).

2009-09-29

Czekoladowe tiramisu



Próbuję przypomnieć sobie czasy, w których zaczęliśmy rozpoznawać w Polsce tiramisu.
Pojawiało się w menu restauracji jak obowiązkowa szarlotka czy sernik. Musiało być w karcie.
Mój pierwszy tiramisowy kęs był oczarowaniem. Jakie to dobre. Później wyjadaliśmy je prosto z blachy, kto pierwszy, ten lepszy.
Najlepsze tiramisu robi A.
Dała mi nawet przepis, ale moje nigdy nie wychodzi takie jak Jej. Może właśnie dlatego, że to było właśnie moje pierwsze w życiu, które dziś jest jak niedościgniony wzór.
Jadłam tiramisu z kieliszka. Jadłam twarde jak ciasto. Jadłam z żelatyną. Z jajkami. Bez jajek. Z bitą śmietaną. Z gorącymi owocami. Tiramisu z zieloną herbatą.
Dziś wystarczy mi rzut oka, by wiedzieć, czy będzie mi smakowało.
Tiramisu musi być dla mnie jak krem. Lekki, puszysty, niezbyt słodki. Musi być miękkie, nie może być ciastem. Musi rozpadać się na talerzu, mieć dużo alkoholu, być na świeżo parzonej mocnej kawie. Musi mieć dużo żółtek i prawdziwe mascarpone. Nie ma mascarpone, nie ma tiramisu. Dla mnie.
Właściwie to dochodzę do wniosku, że każdy przepis jest dobry. Wystarczy znać instrukcję obsługi, mieć kilka podstawowych składników i zabrać się do dzieła. Jeśli masz za mało biszkoptów, albo mascarpone, albo tylko jedno jajko w lodówce - i tak Ci wyjdzie.
To, co zaskakuje - jak łatwo je zrobić. Tyle, ile się chce. Bez konieczności płacenia za dodatkową porcję.



Dziś zrobiłam tak:

Czekoladowe tiramisu

4 żółtka
2 białka
100 g cukru pudru
cukier waniliowy
100 g gorzkiej czekolady
500 g sera mascarpone (użyłam Galbani)
300 ml mocnej kawy (1,5 łyżki świeżo mielonej kawy i woda)
1,5 opakowania biszkoptów podłużnych (użyłam marki San)
4 łyżki amaretto

Jajka sparzyć.
Białka ubić na sztywną pianę.
Żółtka utrzeć z cukremi wanilią. Czekoladę rozpuścić w garnuszku, dodać do kogla mogla. Miksując dodawać po 1 łyżce mascarpone, amaretto. Na końcu łyżką rozprowadzić w masie pianę z białek.
Przygotować szklane naczynie lub formę do pieczenia (dowolnej wielkości - wszystko zależy od tego, czy lubicie wysokie czy niskie tiramisu).
Biszkopty maczać w kawie - tylko tyle, by się nie rozpadały i układać w formie. Kiedy pokryją cały spód, posmarować masą i na wierzchu masy znowu biszkopty. Ostatnią, wierzchnią warstwę powinna stanowić masa. Wierzch oproszyć kakao sypanym przez sitko lub tartą czekoladą (albo tym i tym). Naczynie przykryć folią.
Wstawić do lodówki na minimum 3-4 godziny.

Smacznego!

Chleb fitness



- Upiecz mi jakiś chlebek energetyczny - mówi M.
- A jaki to jest energetyczny? - pytam
- Taki razowy, z bakaliami - odpowiada.

Nazwałam go chlebkiem fitness, bo skojarzył mi się z podobnymi chlebami, które sprzedają w sklepach pod tą nazwą.
Po dokładny przepis i zdjęcia, jak wykonać go krok po kroku zapraszam do Pracowni Wypieków.

2009-09-27

Śliwkowe. Z lukrem.




Zimno.
Cały dzień szukam igły w stogu siana.
Okruchów czułości, ciepłego słowa.
Z pudełkiem gorzkich czekoladek oglądam nocą film
i zasypiam jak po dobranocce.
Samotność niekontrolowana.

w domu rodziców postanawiam zrobić porządek z książkami
tona książek psychologicznych (chciałam być psychologiem)
pół tony książek o biologii, chemii, fizyce, jedna o parazytach, dwie o budowie mózgu (chciałam być weterynarzem)
słownik polsko-francuski (miałam odwiedzić koleżankę w Paryżu, wizyta bez słownika - niedopuszczalne!)
wyrzucałam książki i kartki, zapiski, pocztówki, kwiatki
zostawiłam listy zakochane
obolałe
stęsknione
wydumane
od przeszłości do przyszłości dzieli tak niewiele, kilka małych kroków. Zapamiętuję kolor teczki, koperty, pamiętam, gdzie stoi tamta książka do logiki (znienawidzona i przeczytana pięć razy, do znudzenia).
Czy przydadzą mi się jeszcze wiersze Leśmiana? A podręcznik do matematyki, ksero opowiadania Brautigana? A może CV sprzed 10 lat?
Nie, na pewno przyda mi się Karta zdrowia dziecka ze szkoły podstawowej:
Zostaw, mówi Mama. Niech zostanie. Na pamiątkę.



To łatwe ciasto. Ważne jednak, by dokładnie, ale bardzo delikatnie wmieszać pozostałe składniki do kogla-mogla. W przeciwnym razie ciasto nie wyrośnie tak, jak powinno.
Można użyć większej ilości owoców, dla mnie jednak liczy się tu przede wszystkim samo ciasto - biszkoptowe i maślane.


Ciasto ze śliwkami

60 g masła, roztopionego i ostudzonego
120 g mąki, przesianej
100 g cukru pudru
4 jajka (osobno białka i żółtka)

200-300 g śliwek,

Piekarnik nagrzać do 180 st C.
Żółtka utrzeć z połową cukru na kogel mogel.
W drugiej misce ubić białka na sztywną pianę - pod koniec ubijania dodać pozostałe 50 g cukru.
Do żółtek na zmianę dodawać pianę, masło i mąkę - należy mieszać dokładnie, ale niezbyt energicznie. Tak, by zachować strukturę piany, dzięki czemu ciasto będzie puszyste.
Formę o średnicy 20 cm wysmarować masłem, wysypać tartą bułką.
Wlać ciasto. Na wierzchu ułożyć wypestkowane i pokrojone na ćwiartki śliwki.
Wstawić do piekarnika i piec 45-50 minut. Patyczek wbity w środek ciasta powinien być suchy.
Ostudzić w formie.

Smacznego!

2009-09-25

Drożdżowe z gruszką. Takie zwyczajne.




Droga do przedszkola prowadziła przez ulicę otoczoną z obu stron starymi dębami.
Stawiałam stopę za stopą, powoli, powoli, by jak najpóźniej przejść przez przedszkolną bramę.
Codziennie mijałam betonowe klomby wypełnione aksamitkami - kiedy wyrwało się wszystkie płatki, można było zanurzyć nos w zapachu - cierpkim i niepokojącym. Zimne słońce poranka, bezchmurne niebo i obietnica pięknego, letniego dnia.
Kiedy dotarłam na szczyt schodów i przeszłam przez drzwi pomalowane kremową farbą olejną, próbowałam wychwycić zapachy śniadania, co nie było trudne - w tamtych czasach dokładnie można było powiedzieć, co gotują w kuchni.
Czy to będzie kasza manna z grudkami, gęsta i mdła? A może kanapki z kiełbasą krakowską, na której obowiązkowo będzie ketchup ("Nie lubisz ketchupu? To po prostu połóż kiełbasę ketchupem na chlebie" - usłyszałam).
A może to będą trójkąty serka topionego, z którego pani woźna zdarła srebną folię?
Kiedy minie pora śniadania, pójdziemy do szatni, gdzie każdy ze swojej szafki (moja z bocianem, twoja z wiewiórką), wyjmie granatowe juniorki. Będziemy biegać po zielonym podwórku, zrywać owoce śnieguliczki i nadziewać je na gałązki. Aż do obiadu, kiedy podadzą mroczny przedmiot pożądania - jabłkowy kisiel w szklankach, który jako pierwsze dostawały nauczycielki. Te szklanki, jeszcze parujące, stały gęsiego na ich biurkach. Nie wolno było ich tknąć. Można było o nich tylko marzyć, próbując zapomnieć o tym, jak bardzo chce się pić.
Aż do Dzieci, wracamy do przedszkola!
To były frustrujące czasy, ale małe chwile budowały wspomnienia.
Jak to, kiedy wracałam do domu, a tam na stole stało ciasto drożdżowe z kruszonką. Takie zwyczajne. Normalne. Domowe.



Ciasto drożdżowe z gruszką i kruszonką

40 g świeżych drożdży
250 ml letniego mleka
120 g cukru
1 cukier waniliowy
100 g masła, roztopionego
1 jajko
szczypta soli
500 g mąki pszennej

2 gruszki średniej wielkości, obrane i pokrojone w plasterki

Kruszonka:

100 g mąki
50 g cukru
50 g zimnego masła
szczypta soli (na czubek noża)

Ciasto:
Drożdże wymieszać z łyżeczką cukru i 100 ml mleka. Odstawić na 15 minut.
Reszt mleka wymieszać z masłem.
Resztę cukru, mąkę, sól, cukier waniliowy wymieszać w misce. Wlać powoli mleko z masłem i drożdże, dodać jajko. Mikserem lub łyżką wyrobić ciasto (będzie klejące).
Przykryć miskę ściereczką i odstawić do wyrastania na 1-2 h. Ciasto powinno podwoić objętość.
Wyrośnięte ciasto przełożyć do formy (tortownicy o średnicy 26 cm lub kwadratowej blaszki o średnicy 26 cm).
Wierzch delikatnie posmarować oliwą/olejem/topionym masłem. Przykryć folią spożywczą i odstawić do wyrastania na ok. godzinę - ciasto powinno wypełnić formę.
Na wierzchu ułożyć gruszki, posypać kruszonką*.

Piekarnik nagrzać do 200 st C.
Wstawić ciasto. Piec ok. 30-40 minut - należy drewnianym patyczkiem sprawdzić, czy ciasto nie jest surowe w środku.
Ostudzić w formie.
Smacznego!

*Kruszonka:
Składniki kruszonki rozetrzeć w miseczce drewnianą łyżką. Posypać ciasto.

2009-09-24

Na straganie



- Poproszę 5 ogórków małosolnych.
- Trzy czy pięciodniowych?
- Poproszę warkocz czosnku.
- Zimowego czy wiosennego?
- O, ile grzybów w tym roku!
- Pani, już się kończą. Sucho jest. Jeszcze z tydzień i nie będzie.

Do sklepu idę po zakupy. Na bazar idę na zakupy, żeby połazić i nauczyć się czegoś od ludzi.
Po drodzę mijam stragany "Kurtki-Żakiety-Wyprzedaż kolekcji letniej-Wszystko po 5 zł". Obładowana siatami dochodzę do końca bazaru.
A na końcu bazaru stoją faceci z węglem.

Od kiedy nie mam dziadków, szukam dziadków i babć na bazarach, którzy sprzedadzą mi kwiatki ze swojego ogródka, czosnek zimowy, a przy okazji udzielą rady. Jeśli mam czas, będę wypytywać o pomidory, miody, hodowlę kur. Tak naprawdę wtedy widać, czy mam do czynienia z handlarzem, który sprzedaje towar z giełdy czy prawdziwym rolnikiem.
Prości ludzie przekazują mi prostą mądrość, która dla mnie jest wartością samą w sobie.
Podzielą się ze mną wiedzą.
Lubię spotykać na bazarach pasjonatów, których ciekawość, bez względu na ryzyko, pcha do hodowania czegoś nowego, innego, ciekawego.
Wczoraj spotkałam takiego jednego - sprzedawał czarne pomidory, pomidory brazylijskie, papryczki jalapeno, chińskie pory i mieszanki ziół i sałat, które bez przesady można nazwać zachwycającymi - bo weźmy na przykład taką mieszankę z kwiatami nasturcji. Albo pęczek ziół, z których po prostu chce się gotować. Już, natychmiast, zaraz.


Z przepisów w angielskich książkach znałam "squasha" - polski słownik nazywa go dynią, ale tak naprawdę squash to wielka rodzina warzyw, a ten, którego kupiłam, przypomina... a bo ja wiem, gruszkę, cukinię.
Dynia, a także squash, patisony, cukinia i melony należą do tej samej rodziny Cucurbitaceae, co ogórek. To wielka rodzina warzyw rozsianych po całym świecie. Squash jest popularny np. w Stanach Zjednoczonych.
Ma dosyć miękką skórę, którą bez problemu można obrać obierakiem do jarzyn, bez konieczności wzywania na pomoc sąsiada z nożem rzeźniczym (jak mam obrać "normalną" dynię, zaczynam układać w szafach albo robię porządek w szufladach ;)
W tym roku wyjątkowo polubiłam kurki. Nie wiem, chyba dawniej nie umiałam ich przygotować tak, by zachwycił mnie ich smak. Dziś potrafię. Korzystam więc z tego, że jest squash i kurki i robię zupę.



Zupa kurkowo-dyniowa

500 g obranei dyni
1 cebula, drobno pokrojona
2 łyżki oliwy
80 ml białego wina
1 ząbek czosnku, drobno pokrojony
200-300 g świeżych kurek
1 łyżka świeżego tymianku, posiekanego
1 łyżka świeżej szałwi, posiekanej
1 łyżka świeżej bazylii, posiekanej
szczypta gałki muszkatołowej
500 ml wywaru z jarzyn (gotuję wywar na włoszczyźnie bez pora lub używam ekologicznej kostki rosołowej i wody)

W garnku rozgrzać oliwę. Dodać cebulę, poddusić 5 minut na małym ogniu, dodać czosnek. o 2 minutach wlać wino i gotować kolejne 5 minut, by wino nieco odparowało. Dodać zioła, pokrojoną dynię i kurki, chwilę poddusić, następnie wlać wywar z jarzyn, dodać gałkę muszkatołową, 1/2-1 łyżeczki soli i dusić na wolnym ogniu ok. 20 minut do czasu aż dynia będzie miękka.
Przed podaniem można zabielić śmietaną lub zmiksować. Ja wolę niemiksowaną.
Smacznego!

2009-09-22

Czy podać Państwu więcej pieczywa?



Po czym (oczywiście oprócz jedzenia) poznajecie dobrą restaurację?
Ja poznaję po tym, jakie pieczywo podaje na dzień dobry.
Jeśli są to odgrzewane w mikrofalówce twarde bułki albo grissini z torebki, nie mam wielkich oczekiwań co do kolejnych dań. Ot, może będzie dobre, a może i nie.
Są jednak miejsca, gdzie przykłada się dużą wagę do tego, by pierwsze wrażenie było jak najlepsze.
Do restauracji przychodzę po to, by zjeść główne danie, więc nie oczekuję dziesięciu rodzajów bułek i chleba. Wystarczy jeden dobry. Albo wcale.
Lubię chrupiące bułki z masłem czosnkowym albo ziołowym. Lubię tapenadę, jednak tym, co smakuje mi najbardziej, jest focaccia, najlepiej z rozmarynem i solą.
Lubię maczać ciepłe kawałki w oliwie z odrobiną octu balsamicznego.
Czasami piekę focaccię w domu. Idealny dodatek do sałatek czy małych dań.
Przepis, jak krok po kroku wykonać focaccię, umieściłam dziś w Pracowni Wypieków. Zapraszam.

2009-09-21

Konfitura z karmelizowanej cebuli



W moim prywatnym rankingu kulinarnych uzależnień, to zajmuje jedno z pierwszych miejsc.
Bywały miesiące, że od rana do wieczora mogłam kroić chrupiący chleb, smarować go kozim serem i łyżeczką układać na wierzchu konfiturę z karmelizowanej cebuli.
Właściwie nie pamiętam, od czego to się zaczęło. I kiedy. Kolejne słoiki wędrowały do mnie najczęściej z Anglii i pilnowałam, by ich nigdy nie zabrakło.
Każdy, kto słyszy o nich po raz pierwszy, dziwi się Konfitura z cebuli? Na słodko? Może niektórym kojarzy się z syropem z cebuli z dzieciństwa. Dla mnie jednak nie ma z nim nic wspólnego.
W tym roku postanowiłam zrobić swoją własną wersję. Przeglądałam wiele przepisów, ale ostatecznie sugerowałam się listą składników z opakowania mojej ulubionej konfitury firmy Paxton & Whitfield, która swoje produkty miesza już od 1797 roku.
Dobrze zrobiona konfitura rozpływa się w ustach, a smaki słodki, słony i wytrawny dobrze się uzupełniają. To nie mogą być kawałki chrupiącej cebuli, dlatego ważne jest to, by dusić ją na jak najmniejszym ogniu tak długo, aż będzie odpowiednio gładka. W razie potrzeby, można dolać więcej wody lub wina.
Można gorącą wypełnić słoiki i zamknąć je tak, jak dżemy. Ja jednak zjadam je na tyle szybko, że przygotowaną ilość przekładam do słoików i przechowuję w lodówce.

Edit:
KAMPANIA
Ponieważ dostaję wiele pytań w sprawie kampanii billboardowej, w której pojawia się mój blog, postanowiłam napisać kika słów w tej sprawie.
Kampania jest kontynuacją projektu badawczego jednej z firm reklamy zewnętrznej, który ma na celu badanie efektywności kampanii outdoorowych dla różnych branż, w tym internetu.
Zainteresowanych odsyłam tutaj.





Konfitura z karmelizowanej cebuli
Caramelised Onion Chutney

6 łyżek oliwy
5 czerwonych cebul, obranych i drobno posiekanych
3 łyżki brązowego cukru
1 łyżeczka granulowanego czosnku
100 ml wina (czerwonego lub białego, dowolnie)
200 ml wody
3 listki laurowe
sok z 1/2 cytryny
4 łyżki octu balsamicznego
sól i pieprz do smaku

Oliwę rozgrzać w garnku.
Dodać cebulę i dusić na jak najmniejszym ogniu przez 15 minut, aż cebula zmięknie.
Dodać brązowy cukier, dusić 3 minuty.
Dodać czosnek, listki laurowe, wino i wodę. Dusić na małym ogniu aż woda wyparuje a cebula będzie bardzo miękka (mi zajęło to ok. godziny).
Doprawić sokiem z cytryny, octem balsamicznym, solą i pieprzem. Po ok. 3 minutach zdjąć z ognia, wyjąć liście laurowe i przełożyć do słoiczków (z tej ilości zrobiłam 3 małe słoiczki).
Podawać z serami, mięsem, na ciepło lub zimno.
Smacznego!

Zdjęcie słoika z chutneyem P&W pochodzi z tej strony.

Centrum uzależnień kulinarnych :)



cdn

2009-09-19

W wiedeńskich kawiarniach



Wiedeń jest rajem dla każdego miłośnika kawiarnianego życia.
To właśnie tu tradycje picia kawy, jedzenia wykwintnych słodyczy, sięgają setek lat i w niektórych lokalach ma się wrażenie, iż czas się zatrzymał.
W Wiedniu (choć niektórzy mówią, że w Anglii) w latach siedemdziesiątych XVII wieku powstały pierwsze kawiarnie. Mówi się, że początek kawiarnianego życia przypada na czas zwycięstwa Austro-Węgier nad Turkami podczas oblężenia Wiednia w 1683 roku.
Warto wiedzieć, że dla Wiedeńczyka (pewnie podobnie jak i dla Włocha), nie ma czegoś takiego jak: filiżanka zwykłej kawy.
W Wiedniu jest ich co najmniej piętnaście, jedne są klasyczne, inne charakterystyczne dla danego miejsca, sprzedawane pod nazwą kawiarni.



Wiedeń był moim marzeniem, więc zanim wsiadłam do samolotu, dokładnie wiedziałam, gdzie chcę pójść i co zobaczyć. Szkoda było mi czasu na przypadkowe odkrywanie miejsc, zwłaszcza, że nie miałam go zbyt wiele.
Wśród najpiękniejszych na świecie kawiarni można wybrać tę dla siebie, ulubioną. Siedząc wśród starych, odnowionych, utrzymanych w idealnym stanie murów, można poczuć klimat sprzed setek lat, pomyśleć o ludziach, którzy byli tu przed nami i o tych, którzy przyjdą, kiedy nas już nie będzie.
Lubię nowoczesność, ale przebywanie w miejscach z historią zawsze sprawia mi wiele przyjemności. To jak poznawanie dawnego świata, który na zewnątrz nie istnieje.




Kiedy weszłam do Cafe Central wiedziałam, że to jest to. Bo to miejsce, które można potraktować jako dziedzictwo Europejczyków, nie tylko Wiedeńczyków.
Cafe Central jest jedną z najstarszych literackich kawiarni Wiednia. Założona w 1906 roku tuż obok austriackiej giełdy papierów wartościowych w budynku zaprojektowanym przez architekta o nazwisku Heinrich von Ferstel, który zainspirowany długą podróżą, między innymi przez Italię, oparł się na wenecko-florenckim stylu trecento.
Początkowo mieściła się tu biblioteka narodowa, giełda i kawiarnia.
Ponieważ od początku swego istnienia była ulubionym miejscem spotkań intelektualistów i pisarzy, od zawsze nazywano ją kawiarnią literacką. W latach czterdziestych ubiegłego wieku kawiarnię zamknięto i dopiero po ponad trzydziestu latach wyremontowano ją i oddano ponownie do użytku.
Wnętrze Cafe Central jest przestronne, a klimat, jaki w niej panuje, sprzyja zarówno towarzyskim spotkaniom, jak i samotnemu siedzeniu nad gazetą. Można tu spotkać turystę z plecakiem, który przeglądając przewodnik, je jajka na miękko, jak i elegancko ubrane damy, które przyszły, by porozmawiać zaciągając się cienkim papierosem. Można przyjść z psem. Można przyjść przed przedstawieniem w teatrze. Zawsze pociągały mnie tego typu miejsca, w których można być każdym i zostać tak samo dobrze i uprzejmie potraktowanym.
Witryna z ciastami, tortami i deserami jest wprost imponująca - od Tortu Sachera poprzez musy o smaku creme brulee oblane gorzką czekoladą, na ciastkach z owocami kończąc. Czekolada jest bez wątpienia królową wiedeńskich deserów i jej miłośnicy znajdą wśród miejscowych specjałów coś dla siebie.
U mnie nie skończyło się na jednej wizycie w Cafe Central. Najchętniej przychodziłabym tam dwa razy dziennie. Kawą, która najbardziej mi smakowała, była Cafe Melange, w której ilość gorącego mleka jest taka, jak kawy. Firmowa kawa Central, z bitą śmietaną i likierem pomarańczowym wystarcza za deser.
Jeśli będziecie w Wiedniu, polecam wizytę w tej kawiarni. Z mojego punktu widzenia jest niezwykła i wyjątkowa.

adres:
Cafe Central
Palais Ferstel
Corner Herrengasse/Strauchgasse, Herrengasse 14
1010-Vienna
Phone: (+43.1) 533 37 64 - 26
ceny: kawa ok. 4-6 Euro
Ciasta: ok. 4-5 Euro


/Wszystkie zdjęcia zrobiłam w Cafe Central/

2009-09-18

Podsmażane kopytka z kurkami i sosem ze świeżych pomidorów


- Kocham jesień! - powiedziała pani w mojej ulubionej kwiaciarni.
Kiedy weszłam, układała właśnie bukiet z fioletowych i czerwonych astrów i jarzębiny.
Przyzwyczajam się do miejsc. Do kwiaciarni chodzę również po to, by poprawić sobie humor. Pory roku zmieniają się tu podobnie jak za oknem. Latem układała bukieciki dodając do nich kwitnące truskawki. A jeśli jesień jest jej ulubioną porą, zapewne nie raz zaskoczy mnie czymś nowym.
Ja też lubię jesień. Za jej bogactwo, kolory, smaki, możliwości.
Jesienna miłość przetrwa co najmniej do wiosny.




Moja dzisiejsza propozycja to pomysł na obiad dla kogoś, kto się spóźnia. Wszystko można przygotować z wyprzedzeniem, a tuż przed podaniem podgrzać i połączyć.
Kto lubi podsmażane kopytka?
Sos pomidorowy idealnie dopełnia to danie i moim zdaniem jest niezbędny.
Polecam gorąco, miłego wieczoru :)



Podsmażane kopytka z kurkami i sosem pomidorowym
/dla 2 osób/

Kopytka:
500 g osolonych ziemniaków ugotowanych lub upieczonych, przeciśniętych przez praskę*
100 g mąki
1 jajko

Kurki:
200 g świeżych kurek
1 gałązka rozmarynu
2 gałązki tymianku
2 łyżki oliwy z oliwek (plus 2-3 do późniejszego podsmażenia)

Sos do kurek:
50 ml oliwy
1 łyżeczka musztardy
1 łyżka octu balsamicznego
1 łyżka soku z cytryny

Sos pomidorowy:
3 duże pomidory, obrane ze skóry (bardzo lubię malinowe)
2-3 łyżki oliwy z oliwek
1 łyżka octu balsamicznego
1-2 ząbki czosnku, drobno posiekane
sól, pieprz, ew. cukier - do smaku

Do podania: świeżo tarty parmezan

Kopytka:
ziemniaki połączyć z pozostałymi składnikami. Na stolnicę wysypać trochę mąki, zrolować wałek grubości 2-3 cm. Pokroić na kopytka długości 2-3 cm, każdy kawałek delikatnie rozpłaszczyć widelcem.
W dużym garnku zagotować wodę z solą, wrzucić kopytka i gotować ok. 3 minut od momentu wypłynięcia na powierzchnię wody.
Wlać trochę oliwy na duży talerz (2-3 łyżki).
Odcedzić kopytka łyżką, ułożyć na talerzu.

Przygotować sos:
W garnuszku rozgrzać 2-3 łyżki oliwy. Wrzucić czosnek, po minucie pokrojone pomidory i ocet. Dusić na malutkim ogniu ok. 15 minut - sos powinien zgęstnieć. Doprawić solą, pieprzem, cukrem.

Sos do kurek:
wszystkie składniki połączyć.

Kurki:
Grzyby dokładnie umyć i odcedzić.
Na patelni rozgrzać 3 łyżki oliwy, dodać grzyby i swieże zioła. Smażyć 2- minuty. Zdjąć z ognia, doprawić sosem. Odstawić na 10-15 minut.

Podanie:

Kopytka podsmażyć na złoto na patelni (na oleju lub oliwie). Zajmie to ok. 3 minut.
Połączyć z grzybami. Podawać z sosem pomidorowym, oprószone parmezanem.

Smacznego!
*Ja piekę ziemniaki w glinianym garnku i używam ich następnego dnia

Pora na kurki



cdn :)

2009-09-16

Buchty z węgierkami




Właściwie to... brak mi słów, gdy dziś myślę o Wiedniu, który dla mnie od zawsze był królestwem wypieków.
Kiedy spacerowałam jego uliczkami, zastanawiając się, czy mam ochotę na jeszcze jedną kawę, patrzyłam na szyldy z datami powstania kolejnych kawiarenek. Wszystkie są stare. Pomyślałam o naszych warszawskich przedwojennych kafejkach, równie pięknych, ale pogrzebanych i zapomnianych. Zrobiło mi się smutno, kiedy sobie uświadomiłam, że gdybyśmy nawet chcieli, nie można odtworzyć choćby jednej. Dawniej w hotelu Bristol można było poczuć przynajmniej echo dawnej świetności. Dziś pozostały jedynie piękne mury, bo to, co tam podają, nie ma nic wspólnego z tym, co mogliby podawać, gdyby tylko chcieli zachować stare polskie tradycje.
Kiedyś pisałam już o przedwojennych warszawskich kawiarniach. O tym, jakie były piękne i wytworne. Dziś, zanim opowiem Wam o tych, które widziałam w Wiedniu, chciałabym poczęstowwać Was buchtami. Puszystymi, drożdżowymi, wypełnionymi śliwkami. Takie buchty można dziś zjeść w Wiedniu. A kiedyś można było też w Warszawie.
To pierwszy przepis z mojej nowej książki.
W skali 0-10, daję mu 10 punktów :)




Buchty ze śliwkami
/na podst. przepisu Sarah Wiener/

1/8 l mleka
20 g świeżych drożdży
75 g cukru
80 g miękkiego masła
250 g mąki pszennej
2 żółtka

Do obtoczenia:
100 g masła, roztopionego w garnuszku*


1. Podgrzać mleko. Drożdże rozkruszyć do filiżanki i wymieszać z połową podgrzanego mleka i 1 łyżką cukru. Odstawić.
Masło wymieszać z resztą mleka, żeby się rozpuściło.
2. Mąkę z żółtkami umieścić w misce. Dodać resztę cukru. Do tego dodać drożdże z masłem i wyrobić miękkie ciasto.
Miskę nakryć i postawić w ciepłe miejsce na co najmniej godzinę. Ciasto powinno podwoić objętość.
3. Piekarnik rozgrzać do 180 st C.
Masło (100 g) rozpuścić na patelni. Ciasto delikatnie nacisnąć i podzielić na 8 dużych lub 24 małe porcje. Z każdej zrobić kulkę.
Każdą z tych kulek obtoczyć w maśle* i umieścić w formie (piekłam w tortownicy o średnicy 26 cm, przyp. L). Odstawić do wyrastania na 30 minut.
4. Piec 30 minut.

Wersja:
Przed pieczeniem napełnić buchty: 2 śliwki przekrojone na pół plus 1 kostka cukru (do 1 dużej buchty).

*(pominęłam ten etap, zamiast tego roztopiłam 50 g masła i polałam nimi buchty tuż przed pieczeniem - przyp. L)

Proszę, kup mleko wracając z pracy




cdn :)

2009-09-14

Uczta Babette i Books for Cooks


Każdy wędrowiec, turysta czy pielgrzym, w drodze do wybranych przez siebie miejsc, szuka punktów zaczepienia.
To jak zaznaczanie czerwonymi pinezkami fotoradarów na wielkiej mapie miasta.
Moje pinezki zaznaczają punkty związane z moimi zainteresowaniami, miejsca, o których dużo czytałam i wiedziałam, że chcę do nich pójść.
Niektóre z nich pojawiają się na mojej drodze zupełnie przypadkiem. Kiedy nocą spaceruję po ciepłych ulicach i zaglądam do nich przez okna, to zanim wrócę do pokoju już wiem, co obejrzę jutro.



Dotychczas na hasło Books for Cooks widziałam malutką księgarenkę na Notting Hill, w której spędziłam wiele godzin, choć byłam tam zaledwie kilka razy. Pisałam o tym tutaj.
Tym razem Books for Cooks okazało się przestronnym wnętrzem pachnącym przyprawami. Zwykle, kiedy pytałam o wędzoną paprykę, sprzedawcy kręcili głowami, tu zaproponowano mi jej trzy rodzaje.
Jeśli chcesz kupić czekoladę, sprzedawca zaparzy Ci ją najpierw i poda w porcelanowej filiżance. Kiedy zapytasz o wanilię, pokaże Ci burbońską, indyjską, z Tahiti. To, co mnie urzeka nie tylko w tym konkretnym sklepie, ale również w innych wiedeńskich miejscach, w których byłam dotychczas, to niezwykła uprzejmość. To miła odmiana po gburowatych paryskich ekspedientkach.
W Babette's można kupić książki w wielu językach: po niemiecku, angielsku, francusku. Znalazłam również książkę o polskiej kuchni :)
To bezpretensjonalne, przyjazne miejsce, gdzie można zaopatrzyć się w przyprawy, wypić filiżankę kawy, czy po prostu spotkać innych ludzi zainteresowanych kulinariami. Podczas mojej krótkiej wizyty, do sklepu zajrzały kobiety z Budapesztu, Francji i Niemiec.
Po wizytach w wiedeńskich kafejkach, nie ma nic przyjemniejszego niż odpoczynek na kanapie z nową książką i planowanie, co upiekę, jak tylko wrócę do domu...

Babette's Spice & Books for cooks
Am Hof 13
1010 Wien, Austria
Tel: +43 1 533 66 85
Czynne:
Poniedziałek-Piątek 11:00-19:00 Sobota 10:00-17:00
Freihausviertel - Schleifmühlgasse 17, 1040 Wien;
Tel: 01 585 5165

2009-09-11

Ciasto krówkowe z orzeszkami w karmelu




Kiedy rano ukradkiem patrzę spod uchylonych powiek na świat, próbuję zgadnąć, czy jest słońce, czy deszcz pada. Nie do końca obudzona, poruszam lekko głową, by sprawdzić, czy już nie boli.
Odsłaniam okna w kuchni. Po drugiej stronie stoi dom, w którym budzą się przede mną. Powtarzalność porannych czynności: owsianka na ciepłym mleku, szklanka herbaty, kromka chleba znowu usnęłam zapominając zawinąć go w ściereczkę.
A później Mamusiu, przyjdź do mojego łóżeczka i przytul się do mnie.
Kiedyś monotonia dzisiaj harmonia. Lubię wstać wcześnie i mieć czas na wszystko, bo to wszystko zamyka się wtedy w godzinie wypełnionej po brzegi. Bo świat jeszcze śpi, a gazeta szeleści wyjątkowo głośno.
Nim porwą mnie gwar miasta, pytania, na które trzeba odpowiedzieć, listy w skrzynce na listy.
A kiedy ktoś pyta, co lubię robić najbardziej?
Najbardziej lubię pójść w niedzielę rano do Empiku, zapaść się w miękkim fotelu, zamówić rogalika z czekoladą i kubek cytrynowej herbaty. Słuchać muzyki, oglądać książki o układaniu kwiatów, czytać gazety o kompletnie odjechanej, kompletnie zwariowanej, architekturze. Przeczytać o firmach, które upadają i o tych, które, mimo kryzysu, odnoszą spektakularny sukces.
Sprawdzać, co sądzę o najnowszej płycie Colbie Caillat i zastanawiać się, dlaczego wszystkie płyty Erykah Badu są po 19,99. Lubię sprawdzać. Lubię wiedzieć. Lubię być.
To jest mój czas, kiedy ilość wrażeń, zupełnie przypadkowych albo starannie wybranych bodźców nastraja mnie do tego, by wiedzieć, kim chcę być dzisiaj i dokąd pójść jutro.
Kiedyś lubiłam zapaść się w fotelu z książką i słoikiem karmelu. Czytać do chwili, kiedy noc zamienia się w dzień, a ptaki zaczynają swe trele (dosyć wcześnie zaczynają!). Ilość słów, jakie ktoś napisał, byśmy mogli je przeczytać, wciąż rośnie i rośnie...
Każdy ma takie chwile, prawda?



Ciasto karmelowe
/źródło: Tessa Kiros/
To ciasto nazywamy w naszym domu krówkowym. Ma piękny, złocisty kolor, wilgotny i puszysty miąższ, a dodanie do niego orzeszków w chrupiącym karmelu sprawia, że jest jeszcze lepsze. Zamiast orzeszków można pokroić kilka krówek i wmieszać je do ciasta wraz z mąką.

200 g cukru
125 ml śmietany (użyłam 36% śmietany UHT, żeby się nie zwarzyła)
125 ml mleka
200 g miękkiego masła
3 jajka
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
250 g mąki
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
garść orzeszków ziemnych w karmelu (opcjonalnie)

Piekarnik nagrzać do 180 st C.
Tortownicę o średnicy 24 cm wysmarować masłem, wysypać tartą bułką.
Cukier wsypać do rondla i mieszając, podgrzewać na małym ogniu do czasu, aż powstanie karmel. (Moja uwaga: dodałam szczyptę soli gruboziarnistej).
Zdjąć z ognia i ostrożnie (może pryskać!) wmieszać do karmelu mleko i śmietanę.
Mieszać trzepaczką tak długo, aż powstanie jednolita masa.
Jeśli karmel zaczyna twardnieć lub pojawiają się w nim grudki, należy podgrzać go na małym ogniu, mieszając. (Moja uwaga: karmel raczej na pewno nie połączy się od razu z mleiem, więc warto podgrzewać go na malutkim ogniu).
Masło utrzeć w misce. Ucierać wlewając powoli karmel, wbić jajka i wanilię. Masa będzie dosyć rzadka.
Wmieszać mąkę z proszkiem do pieczenia, dodać orzechy.
Wlać do formy. Piec 34-40 minut. Z zewnątrz ciasto powinno być rumiane i chrupiące, w środku - lekko wilgotne.
Wystudzić w formie.
Smacznego!

2009-09-10

Tort czekoladowo-kawowy z kardamonem



Bardzo lubię ciasta ekstremalnie czekoladowe. Od dawna nie przepadam za mleczną czekoladą, która dziś wydaje mi się zbyt słodka, choć kiedyś potrafiłam zjeść sama całą tabliczkę.
Lubię jednak gorzką czekoladę i myślę, że jest to coś, do czego trzeba się przekonać. Jedni będą ją uwielbiać, inni jej unikać. Dla mnie to deser z charakterem i osobowością.
Tymczasem proponuję ekstremalnie czekoladowe ciasto, uzupełnione kardamonem i kawą. Nie wiem, dlaczego, ale zawsze tego typu desery sprawiają, że odczuwam szczęście w najprostszej postaci. Począwszy od topienia czekolady w garnuszku, poprzez zapach pieczonego ciasta, na krojeniu i kosztowaniu kończąc. Czekolada jest na podium mojego kulinarnego szczęścia.



Tort czekoladowo-kawowy z kardamonem
/Źródło: Olive Magazine, przepis lekko zmodyfikowany/

Kardamon wyłuskany z 12 zielonych łupinek
200 ml mocnej kawy
200 g czekolady gorzkiej 70%
200 g masła
3 jajka
80 ml kwaśnej śmietany
300 g cukru pudru (najlepiej trzcinowego)
170 g mąki
1 łyżeczka sody
30 g kakao

Polewa:
200 g gorzkiej czekolady
50 g masła
1 łyżka Golden Syrup (można zastąpić syropem kukurydzianym, dostępnym w sklepach eko lub miodem)

Piekarnik nagrzać do 160 st C.
Okrągłą tortownicę o średnicy 23 cm wysmarować masłem, wysypać tartą bułką.
Czekoladę i masło umieścić w misce i rozpuścić w kąpieli wodnej.
Kawę wlać do garnuszka wraz z lekko utłuczonymi ziarenkami kardamonu i gotować na małym ogniu ok. 10 min do czasu, aż zostanie nam ok. 120 ml esencji. Przelać przez sitko, ziarenka wyrzucić.
Jajka utrzeć ze śmietaną i cukrem pudrem, wlać lekko przestudzoną czekoladę i kawę. Dokładnie wymieszać, następnie dodać mąkę wymieszaną z sodą i kakao. Połączyć łyżką.
Wlać do tortownicy i piec 1 h 15 minut - ciasto jest upieczone, jeśli patyczek w nie wbity jest suchy.
Ostudzić.
Polać polewą:

Czekoladę rozpuścić wraz z masłem i syropem w kąpieli wodnej i ciepłą polewą polać ciasto. Poczekać aż zupełnie zastygnie.

Smacznego!