2009-08-31

Wrocław secesyjny


To, co mnie inspiruje, popycha do działania, podróżowania, odkrywania.
Jeśli przeczytam o najlepszych na świecie pomidorach, a ich opis będzie wystarczająco sugestywny - zrobię wszystko, by przekonać się, jak smakują. Jeśli na zdjęciu zobaczę kawiarnię marzeń - będę czekać, czekając marzyć, a marząc planować wyprawę na kawę.

Bardzo lubię podróżowanie pod jakimś pretekstem. Czasem chętnie się włóczę, zaglądając do przypadkowo spotkanych miejsc. Innym razem szukam piekarni.
Tym razem zainspirowała mnie piękna książka naszego przyjaciela, Leszka Szurkowskiego o wrocławskiej Secesji.
W dorosłym życiu spotkałam ludzi, których praca mnie zafascynowała. Niektórzy z nich pozwolili mi zajrzeć do swojego świata, dzielili się ze mną swoją wiedzą, inspirowali. W świecie, gdzie autorytety są tak odległe i niedostępne, spotkanie kogoś, kto autorytetem się staje od pierwszego spotkania, jest przywilejem.
Dziś chciałabym pokazać Wam książkę jednej z takich osób. Miałam to szczęście, że widziałam, jak powstają te obrazy, kartki, próbne wydruki. Ile w tym pracy, serca, nieprzespanych nocy. Obserwowanie tego uczuliło mnie na detal, typografię, harmonię.
Dziś inaczej patrzę na książki, na papier, czcionki, zdjęcia, proporcje i kompozycję.

W polskich miastach szukam śladów dawnej świetności, piękna, które minęło i tego, które wciąż gdzieś jest, ukryte za rusztowaniami, brudem i niedofinansowaniem.
Kiedy zobaczyłam projekty tej książki, pomyślałam, że kiedy się ukaże, potraktuję ją jak przewodnik i skorzystam z okazji, by zobaczyć Wrocław z innej perspektywy. Dotychczas widziałam ogół, tym razem miałam okazję poznać szczegół.
Architektura Wrocławia jest zachwycająca. Stare domy towarowe, kamienice, którym powoli przywraca się dawną świetność.



Secesja pojawiła się we Wrocławiu pod koniec XIX wieku i od początku wzbudzała wiele kontrowersji. Miała swoich zwolenników i zagorzałych przeciwników. Jedni upatrywali w niej piękna, inni wręcz przeciwnie.
Mnie zafascynowała głównie dlatego, iż nawiązuje do inspiracji kulturami Wschodu, przede wszystkim Japonii. Dla ówczesnych artystów świat fauny i flory był niewyczerpanym źródłem pomysłów. Sięgali oni do motywów roślinnych i zwierzęcych, a budynki były projektowane tak, by móc swobodnie kształtować wnętrza. Zaczęły pojawiać się ornamenty roślinne, kobiece maski, baśniowe stwory.
Byłam zaskoczona ilością starych domów towarowych, które jako pierwsze wzniesiono w typowo secesyjnym stylu.
W dzisiejszych czasach, kiedy układ pomieszczeń w nowoczesnych mieszkaniach nawet o dużym metrażu jest, delikatnie mówiąc, bez ładu i składu, projekty dawnych kamienic zachwycały harmonią i logiką projektu. Jeden z najpopularniejszych wzorców miał od frontu trzy pokoje dzienne, w środkowej części, doświetlony świetlikami, znajdował się przedpokój, a także łazienka i gabinet. Z tyłu, kuchnia, dodatkowy pokój i służbówka. Zawsze miałam słabość do starych mieszkań, gdzie wystarczy wstawić kilka mebli bez konieczności przebudowywania i zmieniania pierwotnych funkcji.
Co ciekawe, w secesyjnych dekoracjach wrocławskich kamienic, nie znajdziemy dwóch identycznych. Kwiaty, bluszcze, płazy i gady, a także postaci kobiet są ściśle związane z tektoniką budynków - znajdują się wokół okiennic, portali wejściowych i szczytów.
Patrząc na dzisiejsze szare mury, trudno wyobrazić sobie, że kiedyś zachwycały kolorami, witrażami zamawianymi przez zamożnych właścicieli w pracowniach, dla których tworzyli znani wówczas malarze.
Są gdzieś jeszcze stare piece kaflowe zbudowane przez secesyjnych rzemieślników, ścienne kafle z niebieskimi ważkami oplecionymi roślinnością (ul. Chemiczna 5) czy klamki.

Ta książka pozwoliła mi na odnalezienie ich i zobaczenie na własne oczy. Gdybym jej nie przeczytała, prawdopodobnie nie wpadłabym na pomysł odkrywania secesyjnej twarzy jednego z najpiękniejszych polskich miast.
Jest cenna ze względu na szczegółowo dopracowane mapy, dokładnie opisane ulice i budynki, a także stare ryciny i zdjęcia przedstawiające obiekty, których już nie ma.
Autor przygotowywał zdjęcia do książki przez pięć lat, dzięki czemu nie ma tu przypadkowych, niedopracowanych ujęć 'bo pogoda nie sprzyjała'. Typografia, papier, jakość wydania jest na najwyższym poziomie, bez pójścia na kompromisy.
Polecam wszystkim wielbicielom dawnej architektury i tym, którzy potrafią zachwycić się detalem.

Tym razem zwiedzałam miasto odkrywając jego secesyjną przeszłość. Czytając o starych domach towarowych, mostach. Zabrakło mi czasu, by prześledzić trasy Eberharda Mocka z powieści Marka Krajewskiego, ale ten krótki wyjazd zaostrzył mój apetyt na więcej i z całą pewnością przy najbliższej okazji wrócę do Wrocławia znowu.

Dziękuję za miejsca przez Was polecane (i proszę o więcej) - wszystkie je notuję i mam nadzieję niedługo je odwiedzić.

Tytuł: Secesja wrocławska;
Autorzy: Barbara Banaś, Leszek Szurkowski;
Wydawca: Wydawnictwo CO-LIBROS;
Format: 23×27,5 cm, 288 stron (w tym ponad 240 stron z ilustracjami);
Oprawa: twarda, okładka drukowana w 6 kolorach;
Teksty: polskie, niemieckie i angielskie;
Ilustracje: blisko 1000 fotografii i ilustracji;
Nakład: 5000 egz.;

Więcej na temat książki na tej stronie

2009-08-27

Wszystko, o czym musisz wiedzieć. I ciasto czekoladowe na trzecią po południu.




"Wszystkiego, co naprawdę muszę wiedzieć o tym, jak żyć, co robić i jak się w życiu odnaleźć, nauczyłam się w przedszkolu.
Mądrość nie znajdowała się na szczycie akademickiej góry, ale tam, przy piaskownicy w przedszkolu.
Oto, czego się wtedy dowiedziałam:
Dziel się wszystkim.
Graj uczciwie.
Nie bij innych.
Odkładaj rzeczy tam, skąd je wzięłaś.
Sprzątaj po sobie.
Nie bierz rzeczy, które do ciebie nie należą.
Przeproś, kiedy kogoś zranisz.
Myj ręce przed jedzeniem.
Spuszczaj wodę w toalecie.
Ciepłe ciasteczka i zimne mleko są dla ciebie dobre.
Prowadź życie zrównoważone - codziennie trochę się poucz, trochę porozmyślaj, porysuj, coś namaluj, trochę pośpiewaj i potańcz, pobaw się i trochę popracuj.
Zdrzemnij się po południu.
Wychodząc w świat, uważaj na ruch uliczny: weź kogoś za rękę i trzymajcie się razem.
Bądź świadoma cudów: Przypomnij sobie nasionko fasoli w plastikowym kubku: korzenie idą w dół, roślina rośnie w górę i nikt tak naprawdę nie wie, dlaczego i jak to się dzieje, ale wszyscy właśnie tacy jesteśmy.
Złote rybki, chomiki, białe myszki i nawet tamto małe nasionko fasoli - wszystko umiera. My też.
A potem przypomnij sobie baśnie i pierwsze słowo, które poznałaś - największe słowo ze wszystkich - PATRZ.
Bo wszystko, o czym musisz wiedzieć, tam gdzieś jest. Złota reguła i miłość. I podstawy higieny. Ekologia, polityka, sprawiedliwość i zdrowe życie.

Pomyśl, o ile lepszy byłby świat, gdyby wszyscy - na całym świecie - mieli ciasteczka i mleko o trzeciej każdego popołudnia. A potem poobiednią drzemkę pod kocykiem. Albo gdyby nasz rząd i wszystkie rządy na całym świecie stosowały się do zasad, by odkładać rzeczy tam, skąd je wzięły i sprzątać po sobie.
Bo, niezależnie od tego, ile masz lat, wciąż jest prawdą to, że kiedy idziesz w świat, najlepiej wziąć się za ręce i trzymać się razem."*



Wilgotne ciasto czekoladowo-daktylowe
/Źródło: na podst. AWW "Chocolate"/
A w Pracowni Wypieków Chleb z suszonymi pomidorami.

200 g wydrylowanych daktyli, pokrojonych
430 ml wody
1 łyżeczka sody
80 g masła, posiekanego
150 g brązowego cukru
2 jajka
150 g mąki plus 1 łyżeczka proszku do pieczenia
35 g kakao
70 g orzechów pekanowych, posiekanych (można zastąpić innymi)

Piekarnik nagrzać do 190 st C.
Okrągłą formę o średnicy 22 cm wysmarować masłem, wysypać tartą bułką.
Daktyle połączyć w garnuszku z wodą, zagotować, zdjąć z ognia i zmiksować. Dodać sodę. Odstawić.
Masło zmiksować z cukrem, dodawać po 1 jajku. Na zmianę z masą daktylową dodawać mąkę wymieszaną z proszkiem i kakao, następnie dodać orzechy. Wlać masę do formy (masa będzie dosyć rzadka).
Wstawić do piekarnika, piec 1 godzinę.
Ciasto wystudzić w formie, następnie schłodzić w lodówce.
Najsmaczniejsze jest następnego dnia.
Uwaga: to ciasto wyłącznie dla miłośników ciężkich, mokrych ciast. Dla tych, którzy lubią ciasta w stylu Chocolate Extreme z Coffee Heaven.

*/All I ever really needed to know I learned in Kindergarden - by Robert Fulghum. Tłum: Liska/
Ukazało się również polskie wydanie tej książki.
Na zdjęciu: stópki niedawno narodzonej córeczki bliskiej mi Osoby.

2009-08-26

Kilka słów o przetworach. Dynia, imbir i cynamon.




Nikt nie powiedział mi, jak robić dżemy.
Jakoś tak... same się robiły.
Pojawiały się w środku zimy na stole. Najlepsze były te, z których można było łowić całe owoce. Pierwsze wspomnienie to dżem truskawkowy, nieprawdopodobnie słodki. Drugie wspomnienie to marmoladka śliwkowa, w miniaturowych pojemniczkach, kupowana w spożywczaku. To właśnie ona sprawiła, że powidła śliwkowe stawiam ponad wszystkie inne przetwory.
W zeszłym roku nauczyłam się robić powidła śliwkowe bez cukru, a teraz czekam, aż śliwki będą gotowe.
Dawniej robiłam nieprawdopodobne wręcz ilości dżemów. Robiłam więcej niż byłam w stanie zjeść, więc od kilku sezonów przygotowuję niewiele rodzajów i zawsze tylko kilka słoików. Po to, by czuć niedosyt. By zatęsknić. By usłyszeć: w przyszłym roku trzeba tego zrobić więcej. Ale dobrze wiem, że nie zrobię więcej.
Od zawsze lubiłam dynię. W zupie, w occie, w cieście. Dynię kandyzowaną, dynię na słodko. I na ostro.
W tym roku, kiedy zobaczyłam na bazarze pierwsze dynie, postanowiłam zrobić dżem z kandyzowanym imbirem.
Słodki i gęsty.
Doprawiony cynamonem, goździkami i sokiem z cytryny.
Z podanego przepisu wychodzą zaledwie dwa małe słoiczki...




Dżem z dyni, z kandyzowanym imbirem, doprawiony cynamonem i goździkami


1,2 kg dyni
2 grejpfruty
2 cytryny
600-700 g cukru (tę ilość można zmniejszyć)
3/4 łyżeczki cynamonu
6 goździków
50 g kandyzowanego, drobno pokrojonego imbiru

Dynię obrać, pokroić na małe, 1 cm kawałki. Przełożyć do naczynia, zasypać cukrem. Dodać sok wyciśnięty z grejpfrutów i 1 cytryny. Dokładnie wymieszać. Przykryć folią spożywczą i odstawić na noc.
Na drugi dzień dynię odcedzić na sicie. Sok odlać. Na dnie naczynia, w którym była dynia będzie cukier - należy go zebrać i dodać do dyni, którą należy umieścić w głębokim naczyniu (ja robię to w woku). Dodać goździki. Gotować na małym ogniu 30-40 minut do czasu, aż dżem zgęstnieje i będzie przezroczysty. Jeśli jest zbyt gęsty, można dodać odrobinę wody. Dodać sok z cytryny, cynamon i imbir. Można wyjąć goździki.
Wyparzone słoiki* wypełnić gorącym dżemem i dokładnie zamknąć.


*Pasteryzowanie:

Słoiki myję w wodzie z dodatkiem detergentu. Wycieram do sucha, umieszczam na blasze do pieczenia, wstawiam do zimnego piekarnika, nastawiam temp. 120 st C i kiedy piekarnik ją osiągnie, zostawiam słoiki na 10 minut.
Wyjmuję i do jeszcze ciepłych wkładam gorący dżem.
Zakręcam nakrętki, stawiam do góry dnem i zostawiam na ok. 10 minut. Odwracam i już.
Smacznego!

2009-08-23

Lekko pikantny krem marchewkowy



W moim domu właściwie nie ma dnia bez zupy.
Bardzo lubię je za łatwość przygotowania, niemal nieskończone możliwości łączenia składników i fakt, że są pożywne, co dla mnie ma szczególne znaczenie ze względu na kilkuletniego niejadka.
Oprócz zup, często robię różne dania jednogarnkowe z warzywami lub owocami morza, które w każdej chwili można łatwo podgrzać. Nie lubię jedzenia tego samego przez kilka dni z rzędu, więc robię zwykle tylko tyle, by zjeść wszystko jednego dnia.
Dzisiejsza propozycja - lekko pikantna dzięki imbirowi i aromatyczna za sprawą cynamonu. Pożywna i rozgrzewająca.
Wymaga jedynie pokrojenia warzyw i wrzucenia ich do garnka - reszta sama się zrobi.



Lekko pikantny krem marchewkowy
Dla 2 osób

1/2 kg marchwi
1 cebula
1 ząbek czosnku
kawałek imbiru długości 2 cm, obrany i bardzo drobno pokrojony
3 łyżki oliwy
1 łyżeczka cynamonu
1/2 łyżeczki kurkumy
1/2 łyżeczki mielonego kminu rzymskiego
1 litr wywaru jarzynowego*
2 łyżki cytryny

Do podania: kwaśna śmietana, ew. ostra papryka

W garnku o grubym dnie rozgrzać oliwę. Cebulę drobno pokroić i wrzucić do garnka. Poddusić ok. 3-5 minut na małym ogniu aż cebula się zeszkli. Dodać posiekany czosnek, imbir i przyprawy. Energicznie mieszać i smażyć 3 minuty.
Dodać obraną i pokrojoną na małe kawałki marchew, wlać wywar, doprowadzić do wrzenia, następnie przykryć garnek i gotować zupę ok. 30-40 minut - do czasu aż marchew będzie miękka. Jeśli wywar zbyt szybko paruje, można go uzupełnić wodą.
Lekko przestudzić. Wyjąć 2-3 łyżki marchwi, a resztę zmiksować. Doprawić solą i pieprzem oraz sokiem z cytryny.
Podawać w miseczkach: wlać zupę,dodać ugotowaną marchew, doprawić kwaśną śmietaną. Można posypać ostrą papryką.

Smacznego!

*Jeśli nie macie domowego wywaru z jarzyn, proponuję użyć ekologiczną kostkę bulionową, która nie zawiera glutaminianu sodu.

W Pracowni Wypieków przygotowałam dziś Najłatwiejszy chleb żytni

2009-08-21

Czyli: lekcje rosyjskiego nie poszły na marne ;-)





- Jeszcze tylko ruski i idę do domu, a ty?
- Ja wf.


WF był straszny, 'ruski' był spoko.
W sali ze słuchawkami, jakże nowoczesnej w tamtych czasach (i odlotowej!), siedzieliśmy słuchając śpiewającej po rosyjsku Maryli Rodowicz. Któraś z dziewczynek przez 40 minut pisała kredą na tablicy tekst piosenki, a reszta dzielnie przepisywała do zeszytu. Na koniec próba wspólnego odśpiewania pieśni i do domu!
Zawsze lubiłam kaligrafować, więc możliwość poznania cyrylicy bardzo mnie pociągała.
A kiedy nauczyłam się rosyjskich liter, z ekscytacją, dzierżąc w dłoniach kartkę z adresem tajemniczego nieznajomego z ZSRR, czym prędzej popędziłam do domu, by pisać do niego pierwszy prawdziwy list po rosyjsku.
Ach, te pocztówki z różami, które mi przesyłał! Ach te pocztówki z miastami!
W liceum, z powodu zakochania, miłość do nauki rosyjskiego nieco osłabła, ale i tak z powodu ambicji, by nie zawieść nauczycielki, która we mnie wierzyła, dzielnie pisałam wypracowania pt. "Wizyta u lekarza" czy "Moskwa - Stolica ZSRR".
Rosjan wówczas sobie tylko wyobrażaliśmy, więc nic dziwnego, że przypadkowe spotkanie na ulicy prawdziwej Rosjanki pytającej o drogę, skończyło się "Eeee, yyyy, aaaa, daaaa".
Pewnego razu, kilka lat temu, trafiłam na rosyjskie forum kulinarne, gdzie niektóre z piszących tam dziewczyn robiły tak fantastyczne zdjęcia, że odnalazłam stareńkie słowniki rosyjsko-polskie i zaczęłam tłumaczyć przepisy.
Tak, tak. Wiem, że dzisiaj są internetowe słowniki, które ułatwiają życie. Ale ja należę do osób, które nawet jak mają pod ręką kalkulator, o ile czas na to pozwala, wyciągną kartkę papieru i długopis i policzą na piechotę, na kartce.
Czytanie tych przepisów, szukanie słów w słowniku lub w pamięci, zapisywanie, wiedzie mnie przez zapomniane zakątki moich wspomnień.
Jedyne, czego żałuję to to, że tamte lekcje były tak nudno prowadzone, a język, zupełnie jak martwy, książkowy, nieużyteczny. W dorosłym życiu zachwyciłam się jego brzmieniem, ale zabrakło motywacji i celu, by się go nauczyć niejako od nowa.
Mam kilka ulubionych blogów po rosyjsku i chociaż nie potrafiłabym zamienić słowa z ich właścicielkami ani cokolwiek napisać w ich języku, to zachwyca mnie bardzo charakterystyczny klimat ich zdjęć. Taka rosyjska dusza, właśnie.
Dziś piekę ciasto według przepisu z rosyjskiego bloga z duszą.
Nieco zmieniłam wykonanie: w oryginale ciasto robi się mieszając składniki w misce, mi zależało na bardziej puszystym wypieku, a efekt... No coż, oceńcie sami.
Miłego popołudnia!

Z przyjemnością i radością chciałabym się podzielić z Wami linkiem do artykułu, w którym napisano również o White Plate:
Kulinarna kamasutra



Ciasto makowo-jabłkowe z wiśniami
МАКОВЫЙ ПИРОГ С ВИШНЯМИ
Poppy seed and apple cake with cherries

Oryginalny przepis znajduje się tu
Podaję moją, lekko zmodyfikowaną wersję, w amatorskim tłumaczeniu ;)


370 g wiśni - po wydrylowaniu i odcedzeniu soku*
1 jabłko
1 łyżka soku z cytryny

Ciasto:
350 g mąki pszennej
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia (w orygiale było 1 opakowanie, ale ja nie lubię dodawać tak dużych ilości)
150 g cukru
1 opakowanie cukru waniliowego
4 jaja
175 g stopionego i ostudzonego masła lub margaryny (użyłam masła)
150 ml mleka
30 g maku (użyłam mielonego i taki polecam)

Do posypania upieczonego ciasta:
2 łyżki cukru pudru

Przygotować wiśnie, wydrylować i odsączyć je na sicie.
Jabłko zetrzeć na tarce i skropić sokiem z cytryny (ja użyłam młodego zielonego jabłka, które starłam ze skórką).
Jajka zmiksować z cukrem i wanilią. Mąkę połączyć z proszkiem. Do jajek wlać powoli mleko i masło, następnie dodać mąkę z proszkiem. Delikatnie połączyć tak, by mąkę dokładnie rozprowadzić w cieście.
Ciasto podzielić na 2 części.
Do jednej dodać starte jabłko, do drugiej mak.
Formę o średnicy 24 cm wysmarować masłem i wysypać tartą bułką. Jako pierwszą wlać część ciasta z jabłkiem, rozprowadzić ją równomiernie. Następnie warstwę z makiem. Wygładzić szpatułką. Na wierzch wsypać odsączone (!) wiśnie.
Piekarnik nagrzać do 180 st C.
Wstawić ciasto. Piec ok. 50 minut.
Po upieczeniu i ostudzeniu posypać cukrem pudrem.
Smacznego!

*Ja wydrylowałam 400 g wiśni, przełożyłam je na sitko i zostawiłam na 20 minut. Później lekko odcisnęłam wiśnie i odlałam cały sok.

Uczyliście się w szkole rosyjskiego?



kiedyś się zastanawiałam nad tym, po co w szkole uczę się tego czy tamtego.
Wiele lat później wertuję słownik i wiem, że w życiu przydają się różne umiejętności zdobyte na lekcjach, podczas których siedziało się jak na szpilkach modląc się w duchu, żeby mnie dziś nie zapytała...

C.d.n. :-)

2009-08-19

Kukurydza. Imbir. Zupa.




Czasem się zastanawiam nad tym, dlaczego wielu z nas nie lubi trawy cytrynowej.
Kiedy rozmawiam z ludźmi na temat kuchni tajskiej, często słyszę: lubię ich dania, ale nie znoszę smaku trawy cytrynowej. Wydaje mi się, że wszystkie przyprawy wnoszą do potraw dużo dobrego, ale dla mnie, podstawą sukcesu w ich używaniu, jest przede wszystkim umiar.
Kiedy byłam bardzo młodą osobą, zafascynowaną możliwościami, jakie ma ten, kto stoi nad garami i w nich miesza, lubiłam eksperymentować. Ci, którzy jedli moje ówczesne dania, musieli mnie bardzo kochać;), bo nie skarżyli się, a ja z perspektywy czasu wiem, że moim podstawowym kulinarnym grzechem był brak umiaru w stosowaniu przypraw. Niezliczonych połączeń, mieszania ziół śródziemnomorskich z przyprawami Indii. Było to bardzo nieumiejętne fusion;)
Wychowana na majeranku, czosnku i liściu laurowym, nie wiedziałam, że niektóre z tych połączeń są po prostu fatalne.
Nie jestem miłośnikiem modnego dziś cross-cooking, w którym miesza się tak nieprawdopodobne składniki, że ich degustowanie przyprawia o zawrót głowy. Może dlatego, że lubię wiedzieć, co jem. To cukinia? Ojej, a smakuje zupełnie jak czekolada!
Był czas, kiedy z pewnym zachwytem patrzyłam na Hestona Blumenthala i innych szefów hołdujących kuchni molekularnej, ale dziś to, co podoba mi się najbardziej, to normalne, smaczne dania, które można przygotować bez próbówek, laboratorium i magicznych składników.



Krem z kukurydzy, doprawiony imbirem i chilli
na podst. przepisu Marii Elii

2 kolby kukurydzy
2 łyżki masła
1 mała cebula
750 ml mleka
1 łyżka mąki
1 pałeczka trawy cytrynowej (do kupienia w sklepach z żywnością orientalną)
1 łyżeczka tartego imbiru
1/2 - 1 chilli zielonego lub czerwonego, przekrojonego na pół, wypestkowanego i drobno pokrojonego
2 łyżki świeżej kolendry
1-2 łyżki lekko kwaśnej śmietany
sól i pieprz do smaku

Masło roztopić w garnku. Dodać tarty imbir i drobno pokrojoną cebulę. Dusić, aż cebula zmięknie, ok. 5 minut, na bardzo małym ogniu.
Za pomocą ostrego noża skroić ziarna kukurydzy z kolb. Dodać je do cebuli razem z mąką, chilli, bardzo drobno pokrojoną trawą cytrynową i mlekiem. Doprowadzić do wrzenia, następnie zmniejszyć ogień do minimum i gotować 20 minut.
Połowę zupy zmiksować. Połączyć z niezmiksowaną częścią.
Doprawić solą i pieprzem.
Wlać do talerzy, dodać posiekane listki kolendry i śmietanę.
Smacznego!

2009-08-18

Książka na lato i ciasto kokosowo-porzeczkowe.





Lubię namioty z tanią książką.
Zawsze kojarzą mi się z wakacjami gdzieś w Polsce. Pomiędzy toną lektur zupełnie mi niepotrzebnych, czasem znajduję takie, od których nie sposób się oderwać.
Zawsze z uwagą czytam prawdziwe historie o ludziach, którzy w obliczu tragedii, mieli tyle szczęścia i determinacji, by przeżyć. W ekstremalnych sytuacjach, kiedy liczy się każdy dzień, kropla wody, nadzieja, problemy, które dawniej miały wielkie znaczenie, okazują się być banalne.
Książka "Tragedia na morzu" Tami Ashcraft*, opowiada o wyprawie, w którą w latach osiemdziesiątych wyruszyła dwójka młodych ludzi. Rozkochani w żeglarstwie, z bagażem wielu przepłyniętych mil, najmowali się oni do transportowania jachtów. Podczas jednej z takich podróży, zamierzali przepłynąć luksusową łodzią z Tahiti do Kalifornii.
Zaopatrzeni w prowiant, planowali w 30 dni dobić do celu.
Podczas dwudziestego dnia żeglugi, jacht, którym płynęli, napotyka huragan o niespotykanej sile, z falami dochodzącymi do wysokości piętnastu metrów.
Walcząc z żywiołem, Tami i Richard na zmianę pełnili wachty na pokładzie. I kiedy kobieta schodzi do kajuty, słyszy przeraźliwy krzyk Richarda i chwilę później traci przytomność.
Kiedy ją odzyska dwadzieścia siedem godzin później, okaże się, że świat wygląda zupełnie inaczej, a jej przyjdzie zmierzyć się z potęgą oceanu, własnych ograniczeń i nadziei.
Tym, którzy zechcą sięgnąć po "Tragedię na morzu", nie będę psuć przyjemności i nie zdradzę fabuły (radzę też nie patrzeć na obwolutę książki, gdzie wydawca od razu kładzie kawę na ławę).
Polecam tę książkę. Jest dobrze napisana i przetłumaczona. Dzięki takim lekturom można sobie przypomnieć o tym, jak cenne jest to, co mamy - życie, miłość i wolność.

* * *

Tym wszystkim, którzy czekają na moje kolejne dania, polecam ciasto kokosowe. Właściwie powinno być upieczone z czarnymi porzeczkami, jednak dziś, większość sprzedawców, u których zwykle kupuję na bazarze, pozamykała swoje budki i udała się na wakacje.
Musiałam więc zadowolić się czerwonymi jagodami, ale myślę, że ciasto nie straciło wiele. Na miękkim spodzie pokrytym owocami i dżemem, który swoim słodkim smakiem wspaniale współgra z kwaskowatością porzeczek, jest chrupiąca kokosowa warstwa.
Ciasto nie przysparza kłopotów w przygotowaniu i jest miłą propozycją na koniec lata.
Polecam :)


Kokosowe ciasto z porzeczkami
na podst. Bill's Food, Bill Granger

Spód:
125 g masła
60 g drobnego cukru
1 jajko
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
185 g mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
60 ml mleka

Masa:
175 g dżemu porzeczkowego
250 g porzeczek

Wierzch:
100 g masła
5 łyżek drobnego cukru
2 jajka
225 g wiórków kokosowych
60 g mąki

Piekarnik nagrzać do temp. 180 st C.
Formę o wymiarach 20x30 cm wysmarować masłem, wyłożyć papierem do pieczenia.
Spód:
Masło rozetrzeć z cukrem, następnie dodać pozostałe składniki i wyrobić ciasto (najlepiej mikserem lub w malakserze).
Przełożyć je do formy.
Wierzch ciasta posmarować dżemem, następnie wysypać porzeczki.
Składniki wierzchu zmiksować. Przełożyć na porzeczki.
Wstawić do nagrzanego piekarnika i piec 30-45 minut. Wierzch powinien być złocisty.
Ciasto ostudzić w formie i pokroić na kwadraty.
Smacznego!

Oficjalna strona Tami Ashcraft

*Tragedia na morzu
Tami Ascraft,
tłum. Piotr Budkiewicz
wyd. Muza 1998, 2003

2009-08-17

Witaj szkoło!




moje wakacje dobiegły końca.
wracam chowając nowe kapcie do szkolnego worka
wyjmując z szafy sukienkę na rozpoczęcie roku
przestawiając budzik na trochę wcześniej

Przez ostatni tydzień, wylegując się nad morzem, opatulona swetrami, kocami, ręcznikami w piasku, karmiona daniami mojej Mamy, czułam się jak dziecko na wakacjach w Augustowie.
Kiedy wieczorem siadałam na łóżku, czytając którąś z lektur piętrzących się na nocnym stoliku, ciągle byłam głodna. Chciałam kromki razowego chleba z plastrem białego sera i konfiturami ze śliwek, gotowanego kalafiora z tartą bułką, kapuśniaku, smażonych ziemniaków. Chciałam wszystkiego, co pamiętałam z dzieciństwa. I dostawałam to :)
Pewnego dnia poznałam pana Zigiego, który sprzedawał miody i przez kilka dni z rzędu chodziliśmy do niego, by porozmawiać o pszczołach i ich zwyczajach. Kiedy pan Zigi powiedział nam, że żona jest zazdrosna o pszczoły i mówi, że to jego kochanki, bo spędza z nimi więcej czasu niż z nią - kupiłam cztery duże słoje miodu: cudownego i prawdziwego. Miodu z historią.
Kilka lat temu, podczas innych wakacji z Rodzicami, znaleźliśmy człowieka, który hodował kozy. Tak bardzo go o nie wypytywałam, że pokazał mi swoje stadko, a wśród nich maleńkie kózki. Nie wiedział, że mieszkam w środku miasta i namawiał na kupno jednej po okazyjnej cenie. Choć pokusa była wielka, nie skorzystałam z okazji, ale po latach, znowu go odwiedziliśmy.
Tym razem kozy pasły się daleko, daleko.
Słońce przedzierało się przez chmury, czasem kropił deszcz, a my, po pas w trawie, podziwialiśmy kozią ucztę. Moja Córka, która dotąd twierdziła, że 'kozy za głośno mówią", nie mogła się od nich oderwać.
To było lato pod znakiem żab, kóz, miodu, jedzenia, a wspólnym mianownikiem był niemal bez przerwy padający, deszcz. Tymczasem wracam do mojej codzienności, której brakuje mi zawsze, kiedy jestem daleko od domu.

2009-08-14

Mini pains aux raisins


Jest kilka miejsc, w których czuję się wyjątkowo dobrze i które chętnie odwiedzam. Są blogi, które można oglądać od początku do końca, albo w dowolnym miejscu, bo i tak wiadomo, że na pewno znajdzie się coś dla siebie.
Kiedy zaglądam na bloga Le Petrin, mam ochotę w środku nocy wypróbowywać podawane przez nią przepisy, bo brzmią dla mnie niezwykle kusząco. Połączenia, jakie proponuje, to również moje smaki.
Kiedy zobaczyłam zdjęcia na Mini pains aux raisins, postanowiłam wypróbować przepis od razu.
Te bułeczki, wypełnione kremem budyniowym i rodzynkami, są tylko trochę słodkie. Śniadaniowe, rozpływające się w ustach. Pyszne również następnego dnia.
Z podanego przepisu zrobiłam 18 bułek (zrobiłam dwa razy większe niż zaleca Sandra). To naprawdę duża ilość, więc myślę, że spokojnie można zrobić z połowy składników.
Nie ukrywam - ciasto jest czasochłonne. Wymaga wielu godzin chłodzenia i wyrastania. Efekt jednak wspaniały.
Wkrótce umieszczę dokładną fotorelację z ich przygotowania w Pracowni Wypieków.



Mini pains aux raisins
czyli ślimaki z kremem budyniowym i rodzynkami
Źródło przepisu: Le Petrin

Na ciasto brioche:
420-450g mąki typ 450
15 g świeżych drożdży (2 łyżeczki suchych drożdży instant)
4 łyżki mleka
40 g cukru
1 cukier waniliowy
1 łyżeczka soli
3 jaja
150 g masła, miękkiego

Krem:
500ml mleka
4 żółtka
60 g skrobi kukurydzianej (można zastąpić mąką ziemniaczaną, przyp. L)
100 g cukru drobnego
1 cukier waniliowy lub 1 łyżeczka wanilii w proszku
50 g masła
100g rodzynek

Przygotowanie kremu:

Zagotować mleko z wanilią.
W misce utrzeć żółtka z cukrem na kogel-mogel, następnie dodać skrobię. Połowę mleka powoli wlewać do żółtek, kiedy się połączy, wlać resztę mleka i jeszcze chwilę miksować.
Wlać z powrotem do garnka i cały czas mieszając, gotować na malutkim ogniu uważając, by nie zrobiły się grudki (jeśli się zrobią, krem można zmiksować, przyp. L)

Zdjąć z ognia i na chwilę wstawić garnek do miski wypełnionej zimną wodą (lub kostkami lodu) i kiedy przestygnie, dodać masło. Wymieszać. Przykryć garnek folią spożywczą (dzięki temu nie zrobi się na powierzchni kremu kożuch).

Krem można zrobić do 24 h przed planowanym pieczeniem bułeczek i wówczas należy przechowywać go w lodówce.


Ciasto brioche:

W dużej misce połączyć 400 g przesianej mąki, suche drożdze (a jeśli używamy świeżych, należy wcześniej rozetrzeć je z łyżką mleka), sól i cukier. Dokładnie wymieszać, dodać mleko i jajka. Na początku ciasto będzie suche. W trakcie mieszania stanie się miękkie i lśniące.
Wyjąć na blat oprószony mąką i dodawać kawałki masła. Zagniatać do czasu, aż masło połączy się z ciastem.
Dobrze wyrobione ciasto będzie lśniące i miękkie, nie powinno się kleić do rąk.
Włożyć do miski, przykryć folią i odstawić w temp. pokojowej na 1,5 godziny.
Następnie wstawić do lodówki na kolejne 1,5 h. (lub na całą noc).
Wyjąć ciasto, podzielić na 2 części. Każdą z nich rozwałkować na prostokąt o wymiarach 25 x 35 cm, posmarować połową kremu zostawiając dookoła 1 cm brzeg i wsypać rodzynki uprzednio namoczone w wodzie.
Zwinąć wzdłuż dłuższego boku.
Włożyć ciasto do zamrażarki a 15 minut (dzięki temu będzie się łatwiej kroiło). Pokroić na plastry szerokości 1,5 cm. Ułożyć na blasze, zostawiając duże (5 cm) odstępy między bułkami.
Odstawić do wyrastania na 1 h.
Posmarować żółtkiem wymieszanym z wodą i wstawić do piekarnika nagrzanego do 170 st C. Piec 15-30 minut (zależnie od wielkości).
Smacznego!


2009-08-13

Z dala od brzegu



Z dala od brzegu
żaby zorganizowały żabie wyścigi
Ostatnie dzikie maliny drżą na mokrych krzakach
Dziurawiec gotowy do zebrania
Owoce dzikiej róży, jeszcze niedojrzałe, by zasypać je cukrem i zamknąć w słoikach
Kaczki czekają na codzienną porcję chleba ze stołówki
Klacz, która spodziewa się źrebaka, podchodzi do nas, by sprawdzić, po co przychodzimy
Działki w polu otoczone prowizorycznymi płotami zarastają wysoką trawą
Samochody parkują pod oknami ośrodka z pokojami do wynajęcia
"hessburgery" smażą się na grillu
i tylko przykro mi, kiedy patrzę, jak ludzie bezmyślnie zostawiają po sobie góry śmieci w lesie
w krzakach
na poboczu drogi




2009-08-12

Tort Fedora i akwarium.


Wybaczam im, że trzeba godzinę czekać na kartę (więc najlepiej poprosić o nią wchodząc), że nie podają serwetek, że gubią się w zamówieniach rozpisanych na małych karteczkach.
Wybaczam im, bo kiedy przekraczam próg tego miejsca, mam ochotę zapaść się w jednym z foteli i siedzieć tak godzinami.
Mroczny klimat, stare meble, a dla miłośników przyrody - akwarium z nerwowymi brzankami, które straszą gurami.
Dziesiątki drinków, kaw, herbat i... Tort Fedora. Szkoda, że Warszawa jest tak daleko od Gdańska, dla tego tortu warto przemierzyć pół świata. (Zastanawiam się tylko, co by wykazał alkomat po zjedzeniu jednej porcji, solidnie zakropionej alkoholem).




Kiedy weszłam po raz pierwszy do Pikawy*, to mimo iż chwilę wcześniej zjadłam dwie jagodzianki od Szydłowskiego (jakie dobre!), chciałam spróbować wszystkiego. Pamiętałam o tym, że obowiązek nakazuje skosztowanie tutejszej szarlotki, co uczyniłam. Jest pyszna, choć dla mnie po prostu ogromna.
Tym razem skusiłam się na Tort Fedora. Zjadłam cały.
Polecam herbatę Kubusiową - zieloną z sokiem pomarańczowym, kardamonem, cynamonem i plasterkami pomarańczy. Zaskakujący smak. Podana w dużej szklance, rozgrzewa i gasi pragnienie.
W Pikawie każdy ma 15 lat i wybrał się na pogaduszki z chłopakiem z klasy. Polecam :)



Pikawa,
ul. Piwna 5/6
Gdańsk

*Dziękuję wszystkim, którzy podczas mojej poprzedniej wizyty w Trójmieście polecali mi odwiedzenie Pikawy i Basi, która mnie do niej po raz pierwszy zaprowadziła.

2009-08-11

Leje. I dobrze!



Czy powinnam narzekać na pogodę, bo padało, a ja nie mogłam smażyć się na plaży, szurać po piasku, przyglądać się staruszce w kapeluszu, która skubie ciasteczko i godzinami patrzy w siną dal?
Kiedy leje, wybieram się na wycieczki, zadowolona, że deszcz wygoni przynajmniej połowę z tych, którzy przybyliby na miejsce, gdyby świeciło słońce.
Zawsze chciałam odwiedzić Jarmark Dominikański. Raz mi się nawet udało, ale dawno temu, więc niewiele pamiętam z tamtej wyprawy. Na głowie miałam wówczas inne sprawy i minimalny nastrój na łażenie między straganami.
Dziś z przyjemnością zabrałam ze sobą parasol i Tatę pod drugim parasolem i brodząc w kałużach krążyłam między chińskimi szmatami, magicznymi fotelami, co same masują cudownie uzdrawiając, ziołami na wszystko, budkami z kaszanką.
Bo wśród nich znalazłam stoliki ze starymi rupieciami, widelcami, hełmami, butelkami po złotówce za sztukę, a im dalej szłam, tym więcej widziałam ciekawego: lniane serwetki z haftem, ręcznie wykonane miedzioryty (ach, dlaczego takie drogie, chciałabym mieć je wszystkie!), koszyki z chlebem, gliniane garnki, drewniane łyżki.
Kiedyś polowałam zachłannie. Dziś bardziej się przyglądam, więcej widzę, mniej chcę. Lubię gwar takiego jarmarku, zapach ciepłych lizaków na drewianych patykach, słodki aromat naleśników z powidłami, swojską woń smażonej cebuli czy pieczarkowych zapiekanek.
Lubię Gdańsk. (I wiem, że się powtarzam).
Jutro Wam napiszę, dokąd wiodą moje kroki, kiedy tylko wjeżdżam do miasta :)



2009-08-10

Wakacje, wakacje, wakacje




Lubię czasem wtopić się w tłum na plaży
otoczyć setkami plażowych parawanów wbijanych w piasek gumowymi młotkami
usypać piaskową górę-poduszkę pod głowę,
zjeść 'pączka, świeżego pączka' za 3 złote
patrzeć w niebo, jak chmury płyną
a niebo - tło dla reklam środków przeciwbólowych
lubię wierzyć, że ryba z patelni, którą zjadam, nie jest z mrożonki
a śliwki na straganie z pobliskiego sadu

lubię zapach sosnowego domku z firankami, w które zaplątał się motyl
układanie ubrań w domkowych szafach
miniaturowe lodówki, które pomieszczą tylko tyle, ile potrzeba

(przygotowałam wiele przepisów na czas wakacji
ukrytych w szufladkach bloga
które tylko czekają na to, by je otworzyć)

ale dziś przesyłam wszystkim stęsknionym słońca
garść piasku miękkiego jak mąka
pączka w torebce (jeszcze ciepłego i świeżego 'mamo takie dobre jak twoje')
smażonej flądry z frytkami i surówką mix
zupy pomidorowej mojej Mamy

(Włochy może jesienią)
a dziś nasze polskie morze (zimne jak lód).

2009-08-08

1.2.3. Ciasto w walizce.




Spakowałam walizkę.
Przygotowana na zimne noce z temperaturą poniżej dziesięciu stopni, nie zapomniałam tym razem o ciepłym swetrze i butach, które nie są klapkami. Pamiętałam też o książkach, bez których nigdy się nie ruszam.
Bez nich, w podróży, czuję się samotna i czegoś mi brak.
Wówczas nie mogę się doczekać miasteczek i ich księgarni w starym stylu, gdzie trzeba poprosić o książkę, by móc ją obejrzeć.
Lubię czytać o typografii. O porządkowaniu myśli. O harmonii w przyrodzie. Lubię popularne powieści, których wartość liczy się tak, jak nuda, która jest elementem życia na skróty.
Obiecuję sobie powtórzyć włoskie czasowniki nieregularne. Ale na siódmej stronie spać mi się chce i zaczynam ziewać.

Dziś na niebie jest Księżyc w niepełni.
Na maskach samochodów nocujących na mojej ulicy, wylegują się małe kotki. Jeden, dwa, trzy... pięć albo sześć. Dla nich noc jest porą na początek zabawy. Zazdrościłam kiedyś kotom tego, że bezkarnie łażą po ciemku wdychając zapachy kwiatów budzonych zmierzchem. Że idą spać, kiedy inni się budzą.

Upiekłam chleb. I ciasto, które pakuję do walizki. Obok książek, notesów, długopisów i pluszowych maskotek: Misi i Basi, które jeszcze trzy godziny temu tarzały się w sianie wysypanym na środku dziecięcego pokoju, na potrzeby zabawy.




Ciasto ze śliwkami
ekspresowe, zwyczajne, domowe


100 g miękkiego masła
100 g cukru
2 jajka
230 g mąki
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
ok. 400 g śliwek
do posypania śliwek: 1 łyżka cukru wymieszana z 1 łyżeczką cynamonu


Śliwki wypestkować, pokroić na ćwiartki.
Piekarnik nagrzać do 190 st C.
Formę okrągłą o średnicy 23 cm wysmarować masłem, wysypać tartą bułką.
Masło utrzeć z cukrem. Ubijając dodawać jajka, na końcu mąkę przesianą z proszkiem do pieczenia.
Wlać do przygotowanej formy. Na wierzchu ułożyć śliwki, posypać cukrem cynamonowym.
Wstawić do piekarnika i piec ok. 45 minut.

Smacznego!