2009-03-30

Babka zaparzana



Babka to dla mnie najbardziej polskie z polskich ciast. Uważam, że nikt nie robi babek tak dobrze, jak my. Nasze tradycje ich przygotowania są długie i każda babcia i prababcia ma swoje sposoby i przepisy na babkę idealną.
Moja ulubiona babka drożdżowa to taka, która jest wilgotna, puszysta i bardzo waniliowa.
Wielkanoc jest szczególnym czasem dla tego wypieku, ponieważ nieodłącznie się z nim kojarzy. Wystarczy wspomnieć stare kartki świąteczne, na których widnieje babka, a na jej tle obowiązkowy baranek z cukru. A wszystko to na łowickim obrusie ;)
Lubię czas Wielkanocy. To oczekiwanie i przygotowania. W tym roku, obok paschy, którą robię tylko raz w roku, postawię którąś z babek. Przede mną wiele przepisów do wypróbowania. Ten jest pierwszy na liście.




Babka zaparzana

500 g mąki pszennej
300 ml mleka
30 g świeżych drożdży (lub 10 g drożdży suszonych instant)
5 żółtek
150 g drobnego cukru
50 g rodzynków
40-50 ml rumu
50 g migdałów
cukier z prawdziwą wanilią
100 g masła


1. Piekarnik nagrzać do 100 st C.
2. Do miski wsypać mąkę i wstawić do piekarnika na kilka minut, by mąka była ciepła.
3. Rodzynki zalać rumem i odstawić na czas przygotowania ciasta.
4. Mleko zagotować.
5. 150 g mąki wsypać do miski i powoli wlewać mleko, intensywnie mieszając masę - najlepiej zrobić to mikserem, by masa gładko się ucierała. Odstawić do ostygnięcia.
6. Drożdże zasypać łyżką cukru, rozetrzeć i odstawić.
7. Kiedy mąka z mlekiem osiągnie temperaturę pokojową, wlać drożdże, dokładnie wyrobić i odstawić na ok. 30 minut.
8. Żółtka utrzeć z cukrem na kogel mogel, dodać wanilię. Dodać do rozczynu i dobrze wyrobić. Powoli wlewać roztopione i ostudzone masło i resztę mąki oraz bakalie (rodzynki należy wcześniej odsączyć na sicie).
Ciasto powinno być dosyć luźne i mieć dużo pecherzyków powietrza. Jeśli nie jest - należy dodać nieco więcej ciepłego mleka.
9. Dwie formy babkowe wysmarować masłem i wysypać mąką. Wlać do nich ciasto - powinno sięgać max 1/3 wysokości formy.
10. Przykryć formy wilgotną ściereczką. Odstawić do wyrośnięcia - ciasto musi podwoić objętość. Zajmuje to 1-2 godziny.
11. Piekarnik nagrzać do 180 st C.Piec godzinę, po ok. 45 minutach sprawdzając drewnianym patyczkiem stopień upieczenia ciasta. Jeśli babka zbyt szybko sie rumieni, należy przykryć jej wierzch folią aluminiową.
12. Po upieczeniu, przed wyjęciem z formy dobrze ostudzić.
13. Można polukrować lub polać polewą czekoladową.

Smacznego!

2009-03-29

Włoskie bułeczki z bazylią (i suszonymi pomidorami)



Lubię Weekendową Piekarnię.
W chwilach, kiedy człowiek zastanawia się, co by tu upiec, kartkując książki (albo i nie, bo akurat nie ma na to ochoty, albo głowy), przychodzą z radą kolejne gospodynie cotygodniowych piekarni.
Dla kogoś, kto tak jak ja, piecze nieustannie, testowanie kolejnych przepisów jest prawdziwą przyjemnością, zwłaszcza, jeśli już sam opis składników sprawia, że ślinka cieknie na myśl o tym, co z nich wyjdzie.
Dziś skusiłam się na pyszne włoskie bułeczki, które zaproponowała Agatka, z bloga Twoje&Moje i choć wiem, że dawniej dodatek gotowanych ziemniaków był wbrew sztuce piekarniczej, to przyznaję, że z przyjemnością jem bułki czy chleby ziemniaczane.
Nie gotuję jednak ziemniaków. Jakiś czas temu odkryłam, że pieczenie ich w glinianym garnku sprawia, że są o wiele smaczniejsze niż gotowane, zatem zwykle przygotowuję ich więcej i zużywam do wypieków. Albo na gnocchi czy pierożki nadziewane ziemniakami i kozim serem.

Dziś upiekłam bułeczki zaproponowane przez Agatkę i nie zawiodłam się - są pyszne, miękkie, z lekko chrupiącą skórką. Dodałam do nich kilka suszonych pomidorów.
Dziękuję za wspólne pieczenie :)


Włoskie bułeczki z ziemniakami i bazylią (10-12 szt.)
Italian rolls with basil and potatoes

Wieczorem przygotować bigę.

* 2g świeżych drożdży
* 100g ciepłej wody (ok. 30 stopni)
* 200g mąki pszennej (używam typ 650, 12% białka)

Drożdże rozczynić z wodą. Mąkę wsypać do miski, wlać drożdże, dokładnie połączyć (zagniatać, aż ciasto będzie gładkie - ręcznie ok. 5 minut, lub mikserem ok. 2-3 minuty). Ciasto będzie ścisłe i dość twarde. Przykryć folią, zostawić na 2-3 godziny w temperaturze pokojowej, następnie wstawić do lodówki na noc (max. 20 godzin)
Wyjąć z lodówki na ok. 2 godziny przed przygotowaniem ciasta.


Po 12 do 20 godzin przygotować ciasto właściwe
* 10g świeżych drożdży
* 150g wody
* 280-320g mąki pszennej j.w.
* 140g ugotowanych i przeciśniętych przez praskę ziemniaków
* 2 płaskie łyżeczki soli (ok. 12g) - można dodać trochę więcej, jeśli ziemniaki są mało słone
* 1 łyżka oliwy
* 10g drobno posiekanej bazylii (u mnie ok. 1/4 szklanki)


Bigę podzielić na małe kawałki.
Drożdże rozczynić w wodą. 280g mąki wsypać do miski, wlać drożdże, dodać bigę i przez ok. 5-8 minut zagniatać ciasto (ręcznie lub mikserem na małych obrotach).
Następnie dodawać po trochu ziemniaków, sól, oliwę i bazylię. Jeśli po ok. 5-8 minutach wyrabiania ciasto jest zbyt luźne, dodawać po trochu mąki. Wiele zależy od ziemniaków - jedne są bardziej wodniste, inne bardziej sypkie.
Przykryć ciasto folią o odstawić na ok. 60 minut.

Podzielić ciasto na 10-12 kawałków, każdy po ok. 80g. Uformować okrągłe lub owalne bułeczki.
Ułożyć na przygotowanej blasze, przykryć i odstawić do wyrośnięcia na ok. 60 minut.

Wyrośnięte bułeczki naciąć, wstawić do piekarnika nagrzanego do 225 stopni, zmniejszyć temperaturę do 200 stopni i piec ok. 20 minut.
Studzić na kratce.

Smacznego!

2009-03-28

Tajlandia. Kawiarenki i restauracje.



Ze względu na porę roku w Tajlandii (gorąco i wigotno) i obecność naszej pięcioletniej córeczki, nie mogliśmy podróżować tak spontanicznie, jak zwykle, więc skupiliśmy się na poznaniu choć części lokalnych kawiarenek i restauracji.
Większość z nich znaleźliśmy w Chiang Mai, kierując się wskazówkami z miejscowej gazety Compass, która prezentuje zarówno lokalną kuchnię, jak i miejsca warte odwiedzenia. Obejrzeliśmy wiele z nich, część nie przypadła nam do gustu, jednak inne mnie zauroczyły i o nich chciałabym napisać kilka słów.

Panviman Resort, Chiang Mai
Znajduje się jakieś 40 minut drogi od miasta chiang Mai. Położony w górach, otoczony bujną roślinnością. Na miejscu pusto, byliśmy jednymi z nielicznych gości. Polecam zupę Tom Yam Goong i masaż w miejscowym Spa. Piękne miejsce, ale dla cierpliwych - trudno porozumieć się po angielsku.

197/2 Moo 1 Tambol Pongyeang Aumphur Maerim TH-50180
Chiang Mai , Thailand.
Tel : +66 (0) 53-879 494
Fax : +66 (0) 53-879 495
www


Mai Bakery in Garden, Chiang Mai
Urocze miejsce, które znaleźliśmy trochę przypadkiem, wiezieni do największej w mieście piekarni (nie polecam!). Bardzo sympatyczna właścicielka dba zarówno o rybki w ogrodzie, jak też o witrynę wypełnioną słodkimi ciastami. Jest ich tu naprawdę duży wybór. Polecam zwłaszcza pyszne, wilgotne ciasto czekoladowe z wiśniami. Moja córka zajadała się Butter Cake - cienkimi kromkami maślano-biszkoptowego ciasta. Na miejscu duży wybór smoothies i... dobre ceny.





Love at first bite, Chiang Mai
Jeśli chcecie zobaczyć eleganckie mieszkanki Chiang Mai, koniecznie odwiedźcie Love at first bite. Miejsce może nie urzeka wnętrzem, jest raczej malutkie i pozbawione specjalnego klimatu, ale oferuje dopracowane w najmniejszym szczególe ciasta.

Khun Hurn, Vegetarian Restaurant

Kaczka z tofu? Proszę bardzo! Kiedy zmęczycie się już tradycyjną kuchnią tajską (nie wiem, czy to w ogóle możliwe?), polecam odwiedzenie tej restauracji, gdzie w karcie jest chyba ze sto wegetariańskich dań. Każde z nich opatrzone zdjęciem, co przynajmniej odrobinę ułatwia wybór.


Motto,
kawiarnia, "dizajnerska" ;) powiedziałabym. Jedno z niewielu miejsc, w którym spotkać można wielu młodych ludzi.


Chiang Mai Coffee
Na koniec zostawiłam sobie coś, dla czego warto było odwiedzić Tajlandię i Chiang Mai. Miejsce, za którym z całą pewnością można tęsknić, o którym chce się pamiętać, opowiadać i myśleć.
Kawiarenka trochę w krakowskim (!) stylu, wypełniona starymi meblami, zdjęciami, pamiątkami, drewnianymi figurkami. Można zamówić koktajl i sączyć go przez długie godziny czytając sentencje powieszone na ścianach czy gawędząc z mnichem (o ile będzie mówił po angielsku:) Miejsce, w którym chce się być, bo... jest fajne, klimatyczne i przytulne. Ciasto marchewkowe z suszonymi śliwkami i ziołowe herbaty też niczego sobie.




Phuket:

Baba Restaurant, Phuket

Jeśli Gordon Ramsay coś poleca, a to coś jest na drugim końcu świata, choć akurat w zasięgu mojego spaceru - na pewno tam pójdę, choćby na herbatę.
Najpierw obejrzałam restaurację w internecie i zauroczyły mnie wnętrza, zatem nie mogłam doczekać się kolacji. Jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że jesteśmy jedynymi gośćmi. Ceny...
Restauracja znajduje się w kompleksie Sri Panwa - jest tam i klub i restauracja. Architektonicznie jest to prawdziwa perełka - zresztą, zobaczcie sami, ja nie robiłam wielu zdjęć, gdyż to miejsce zdecydowanie najlepiej wygąda w ciągu dnia.
Jedzenie wspaniałe - zdecydowaliśmy się na zupę z warzywami (Vegetable soup) - dzielnie z nią walczyłam, choć była naprawdę ostra, no i moje totalne zauroczenie - krewetki z pieca opaanego drewnem, podane z sosem z owoców passiflory i cukru trzcinowego. Na deser gorące ciastko czekoladowe - nie zdziwiłabym się, gdyby okazało sie, że Ramsay podzielił się tu przepisem, ponieważ w jednej z jego książek jest receptura na fondant, który wychodzi niemal identycznie. W Baba Restaurant podają nawet doskonałe penne z sosem pomidorowym, zapewne z myślą o europejskich niejadkach.
Charn Issara Residence Co., Ltd.
Sri panwa, Phuket
88 Moo. 8, Sakdidej Road,
Phuket 83000, Thailand
Tel: +66(0) 76 371 000
Fax: +66(0) 76 371 004
www


Ruen Thai, Dusit Hotel, Phuket
Po pierwszej kolacji w tym hotelu, nie chciałam chodzić nigdzie indziej. Typowe tajskie potrawy, a każda kolejna lepsza od poprzedniej. Wspomnę tu przede wszystkim o sałatce z zielonego mango i krewetek, Cotton Fish w liściu bananowca czy niezrównanych sorbetach - z mango, z trawy cytrynowej czy kokosowym. Była to jedna z tych restauracji, gdzie zawsze trzeba było zarezerwować stolik, bo chętnych było zwykle więcej niż krzeseł.
Dusit Thani Laguna Phuket, Thailand
390 Srisoontorn Road,
Cherngtalay, Talang
Phuket 83110
www


2009-03-26

Bułki Małgosie


Kiedy byłam mała, Mama zabierała mnie w sobotę na targ, by zrobić zakupy.
Pamiętam smak wielu rzeczy, które wtedy razem kupowałyśmy, ale niektóre z nich zapadły mi w pamięci na dłużej.
Jedną z nich są bez wątpienia bułki Małgośki - składały się z dwóch połączonych ze sobą bułek i były posypane makiem. To, co zapamiętałam, to ich miąższ - lekko wilgotny, mięsisty, który nie miał nic wspólnego z obecnie sprzedawanymi bułkami, których głównym składnikiem jest chyba przede wszystkim powietrze.
Wielokrotnie próbowałam odtworzyć w domu smak Małgosiek i chyba mi się to udało. Mimo że kształt mają nieco inny i nie są posypane makiem.
Polecam je, są naprawdę pyszne.
W Pracowni Wypieków zamieściłam relację z ich przygotowania. Ja piekę je dziś po raz kolejny.

Bułki Małgosie
Ilość: 9 sztuk

300 g mąki pszennej
20 g świeżych drożdży + 40 ml ciepłej wody
1 łyżeczka cukru
1 łyżeczka soli
1 jajko, lekko roztrzepane
120 g ugotowanych lub upieczonych ziemniaków, przeciśniętych przez praskę
20 g miękkiego masła
80 g wody

Drożdże wymieszać z 40 ml ciepłej (ale nie gorącej) wody.
Przy pomocy miksera wymieszać wszystkie składniki, stopniowo wlewając drożdże. Kiedy ciasto będzie gładkie i powstanie z niego kula, przełożyć ją do miski, przykryć folią i odstawić do wyrastania na 1 godzinę.
Następnie podzielić ciasto na 9 części i z każdej z nich uformować bułkę.
Ułożyć bułki na blasze wyłożonej papierem do pieczenia lub matą silikonową.
Przy pomocy drewnianego patyczka obsypanego mąką, w każdej bułce zrobić przedziałek.
Spryskać delikatnie olejem, przykryć ściereczką i pozwolić wyrastać kolejne 45-60 minut.
Piekarnik nagrzać do 200 st C. Na dnie postawić naczynie z wodą lub wsypać kostki lodu (polecam ten drugi sposób).
Wstawić wyrośnięte bułeczki. Piec ok. 20 minut, do czasu zrumienienia.

Smacznego!

2009-03-24

Tarta Roberta i dom we Francji



Czy zastanawiacie się czasem nad tym, jak to jest siedzieć w pracy przed komputerem, dopijać resztki zimnej kawy, zerkać przez okno i postanawiać zmienić swoje życie? Zmienić je zdecydowanie, wyprowadzić się daleko i zacząć wszystko od nowa?
Lubię czytać książki o ludziach, którzy w obliczu zmian, jakie dokonały się w nich samych, czy też okoliczności, które ich spotkały, postanawiają nagle spakować walizki i przenieść się gdzieś po to, by zmienić wszystko.
Może czasem to ucieczka przed życiem, która nie zmieni wiele, dopóki nie zmienią niczego w sobie, a może jest tak, że pakując walizki, pozbywając się rzeczy, które ustawione na kuchennych szafkach obrosły kurzem i czekały na wyrzucenie, otwieramy kolejne drzwi, żeby poznać życie od innej strony?

Takie zmiany wymagają dużej odwagi, są skokiem do nieznanej wody. Tak zrobiła Frances Mayes i tak zrobił Orlando Murrin. Wydawać by się mogło, że wiódł ciekawe życie jako autor książek kucharskich i jednocześnie redaktor magazynu BBC Good Food. A jednak pewnego dnia poczuł, że nie chce już dłużej chodzić do biura i postanowił spróbować żyć z dala od Londynu i miejskich ścieżek. W tym celu, wraz ze swoim przyjacielem kupuje stare gospodarstwo w południowo-zachodniej części Francji z zamiarem otwarcia hotelu i restauracji.

Książka A Table in the Tarn jest zapisem zarówno przemiany tego gospodarstwa, jak i samych panów. Odsłania kulisy ciężkiej pracy i udowadnia, że w życiu można dokonać wszystkiego, czego się zapragnie. Oprócz tego, a właściwie przede wszystkim, bo to był główny powód, dla którego kupiłam książkę - odkrywa przed nami fantastyczne przepisy kulinarne na dania, które podają w Le Manoir de Raynaudes.
Przy okazji dowiadujemy się, że dzień pracy właściciela (i kucharza w jednej osobie) trwa 18 godzin dziennie przez siedem dni w tygodniu. Autor uchyla rąbka tajemnicy i pokazuje, jak to jest spełniać swoje marzenia i prowadzić hotel w nowo oswojonym miejscu. Bo któż z nas choć raz nie marzył o tym, by zostawić wszystko, kupić stare gospodarstwo we Włoszech czy Francji i otworzyć tam przytulny hotel z dobrym, domowym jedzeniem?

Na dzisiejszy obiad wybrałam z książki przepis na tartę z serem roquefort i szczypiorkiem. Z powodu braku mascarpone przygotowałam ją z ricottą, a podałam z roszponką w sosie vinegret. Polecam :)



Tarta z serem roquefort i szczypiorkiem
Robert's Roquefort and chive tart

150 g mąki pszennej (3 łyżki mąki można zastąpić semoliną lub mąką kukurydzianą, dla bardziej chrupiącego spodu)
sól, pieprz, szczypta cayenne
85 g masła

Nadzienie:
garść szcypiorku i pietruszki, posiekanych
200 g mascarpone (zastąpiłam ricottą)
100 g sera Roquefort
1 łyżka miękkiego masła
3 jajka
300 ml tłustej śmietany (użyłam 22%)

Forma do tarty o średnicy 23 cm i głębokości 3-5 cm


Piekarnik nagrzać do 190 st C.

Przygotować spód:
Wymieszać suche składniki, następnie dodawać miękkie masło i tyle wody (2-3 łyżki), by zagnieść gładkie ciasto, które następnie uformować w kulę. Jeśli masz czas - schłodź ciasto w lodówce przez godzinę.

Nadzienie:
Zioła i ser oraz masło zmiksować w blenderze. Dodać jajka, następnie śmietanę i przyprawy: szczypta cayenne, pieprz, nie dodawać soli.
Następnie rozwałkować ciasto i wylepić nim formę do tarty. Przykryć papierem do pieczenia, wsypać suchą fasolę* i zapiekać 20 minut.
Wyjąć z piekarnika i wlać nadzienie.
Wstawić z powrotem i dopiekać kolejne 25-30 minut.
Podawać w temperaturze pokojowej. Idealnie smakuje z sałatą.

Smacznego!


*Jeśli nie mamy fasoli, należy ciasto ponakłuwać i podpiekać jak w przepisie. Fasola zapobiega podnoszeniu się ciasta podczas pieczenia.

A Table in the Tarn
Orlando Murrin
wyd. Harper Collins

Książka do kupienia m.in. w American Bookstore (ok. 80 PLN) lub na Amazonie (12,99 Ł).

2009-03-23

Śniadania: Pancakes.



To śniadanie, które zawsze, niezależnie od tego, gdzie i kiedy je jem, będzie mi się kojarzyć z ciepłym krajem, wiosną lub wczesnym latem. Z porankiem, kiedy dźwięk sztućców i śpiew ptaków budzą gości hotelowych.
Takie śniadanie jadłam kiedyś w maleńkim hoteliku pod Sieną.
Długo szukałam przepisu dla siebie i chyba udało mi się go znaleźć.
Prezentowane przeze mnie dziś pancakes są lekko słodkie, miękkie i puszyste. Lubię je ze świeżymi owocami w sezonie lub z syropem klonowym. Zimą karmelizuję owoce, np. jabłka, mango czy gruszki. Smakują mi również ze śmietaną lub polewą czekoladową. Albo same :)



Pancakes, moje ulubione placuszki

300 g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
40 g drobnego cukru
1 jajko
300 ml mleka
200 g zsiadłego mleka, kefiru lub jogurtu
75 g masła, stopionego i ostudzonego


Mąkę przesiać i połączyć z proszkiem do pieczenia i cukrem.
W drugiej misce zmiksować jajko, mleko, zsiadłe mleko i masło. Powoli wsypywać suche składniki, miksować do całkowitego połączenia się wszystkich składników.

Patelnię z powlekanym dnem (na stalowej mogą się przypalać) rozgrzać z odrobiną oleju. Łyżką wlewać porcje ciasta i smażyc na złoto z obu stron (ok. 1 minuty na stronę).
Najlepiej smażyć placuszki na prawie suchej patelni, bez tłuszczu.
Ułożyć na talerzu, przykryć folią aluminiową, żeby za szybko nie stygły i dokończyć smażenie.

Podawać z dowolnymi dodatkami. Ja przygotowałam swoje z karmelizowanym mango i jabłkiem.

Smacznego!

2009-03-21

Pierwszy dzień wiosny, pierwiosnek i chleb koperkowy.



Pierwszy obudził się pierwiosnek, potem chochoły spadły z róż,
skowronek śpiewem wołał wiosnę, żeby na pole przyszła już


Ta pieśń odzywa się w mojej głowie za każdym razem, kiedy wyglądam przez okno.
Pamiętam długie zimy i spacerowanie do bramy wielkiego, starego domu, pod którym o tej porze roku rosły niezliczone ilości przebiśniegów.
Ten mały kwiat był moim ulubionym, bo pojawiał się na krótko i zwiastował to, za czym tęskniłam - wiosnę. Wiosną pakowaliśmy do pudeł zimowe czapki i szaliki. Swetry z wełny, które gryzły. Wiatr wpadał przez uchylone okno i budził chomiki.
Dziś pierwszy dzień wiosny. Od zawsze jest dla mnie wielkim świętem, bo wiosna, choć niby taka sama, co roku mnie zadziwia i zachwyca.
I chyba nigdy nie przestanie.

W tym tygodniu piekłam razem z uczestniczkami Weekendowej Piekarni chleb koperkowy. Zielony jak listki, których jeszcze nie ma i na które czekam.
Przepis na dzisiejszy chleb wybrała Aklat. To był naprawdę doskonały wybór. Mój chleb robiłam na bidze, którą nastawiłam 12 godzin przed pieczeniem.



Chleb ze świeżym koperkiem

Sponge:

1 cup (226,7 g) letniej wody,
1/2 łyżeczki drożdży instant,
1 1/4 cup (148,8 g) mąki chlebowej,
1/4 cup (28,3g) mąki *

Ciasto właściwe:

cały sponge,
1 cup (58,6 g) świeżego koperku, posiekanego,
226,7 g jogurtu naturalnego,
1 1/2 łyżeczki soli,
1/2 łyżeczki drożdży instant,
1 1/4 - 1 1/2 cup (148,8 - 177 g) mąki chlebowej,
1 1/4 - 1 1/2 cup (148,8 - 177 g) mąki **

Wymieszać składniki sponge i zostawić pod przykryciem na 3-12 h, w temperaturze pokojowej.

Sponge wymieszać z resztą składników, mąkę najlepiej dodawać partiam i dostosować jej ilość do wilgotności ciasta. Wyrabiać 5 minut (jeśli mikserem to na 2 prędkości). Pozostawić ciasto na 10 minut, żeby odpoczeło i powtórnie zagniatać przez 5 min. Ciasto umieścić w lekko naoliwionej misce i zostawić do wyrośnięcia na 1 h lub do momentu, aż podwoi swoją objętość. Uformować 1 lub 2 bochenki dowolnego kształtu. Bochenki pozostawić do wyrośnięcia na 45-90 minut.

Rozgrzać piekarnik do 250 stopni mniej więcej w połowie czasu wyrastania chleba. 10 minut przed pieczeniem wstawić do piekarnika naczynie z wodą. Temperaturę w piekarniku przykręcić do 220 stopni i wstawić bochenek. Piec 15 minut, po tym czasie wyjąć naczynie z wodą i piec kolejne 10-15 minut. Gotowy bochenek powinien wydawać głuchy odgłos jeśli się go popuka od spodu. Pozostawić chleb na kratce na 2 h, aż zupełnie ostygnie.

Smacznego!


* w oryginale jest to white whole wheat flour, czyli mąka typu 1600, w Polsce raczej niedostępna, ale można użyć mąki razowej typ 2000 i chlebowej w proporcjach 3:1 i powinno się zgadzać

2009-03-20

Tarta Kukułka. Coffee and chocolate tart.



Czasami się zastanawiam, jakich gości zapraszają dziś podstawówki i licea.
Kiedy sięgam pamięcią do swoich wspomnień, mam przed oczami aktorów, którzy byli mi wówczas nieznani, jakichś muzyków, którzy usiłowali grać na kompletnie rozstrojonym pianinie w sali gimnastycznej i jeńców wojennych.
Chodziłam do szkół, których patronami byli bohaterowie II Wojny Światowej, zatem tego typu gości zapraszano naprawdę często. Uwielbiałam ich opowieści, które snuli i snuli. Zadziwiało mnie to, jak ostra była ich pamięć, gotowa tworzyć obrazy nie tylko tragiczne i smutne, ale też wesołe i pouczające.

W tamtym czasie, kiedy moje życie składało się zaledwie z kilku prostych wspomnień i obrazów, słuchanie innych było ciekawsze niż film, a większość otaczających mnie osób wydawała mi się bardzo stara.
Dziś, kiedy obserwuję młodzież, z której tak niedawno sama wyrosłam, widzę, jak szybko mija czas. Zbieramy wspomnienia, wpadają do naszych głów jak nowe rybki do akwarium.

Wspomnienia z dzieciństwa wydają się być egzotyczne i nie z tej Ziemi. Jak stanie w kolejce po daktyle i cukierki Kukułki.
Ostatni raz jadłam je w dzieciństwie i choć ostatnio kupiłam torebkę, leżą niezjedzone, ponieważ w mojej głowie zachował się ich mit - pysznych, aromatycznych i odświętnych.
Nie chciałabym się rozczarować.
Dlatego dziś, kiedy upiekłam tartę, jedną z najlepszych, jakie kiedykolwiek jadłam, przypomniał mi się czas spacerów z bliskimi, kiedy cukierki miały inny smak niż dzisiaj.
Tarta ma miękkie kawowo-czekoladowe nadzienie, lekko ciągnące, podkreślone kawowym likierem.
Do dekoracji użyłam ziarenek kawy obtoczonych w ciemnej czekoladzie - zaskoczyło mnie, jak łatwo można je przygotować samemu.
Polecam gorąco tym, którzy pamiętają Kukułki i tym, dla których kult tego cukierka jest czymś obcym.




Tarta Kukułka
Coffee and chocolate tart
/źródło: Food and Travel, przepis lekko zmodyfikowany/

Ciasto:
90 g miękkiego masła
25 g drobnego cukru
1 żółtko
135 g mąki pszennej, przesianej

Nadzienie:
125 g masła
250 g cukru muscovado (użyłam ciemnego cukru trzcinowego muscovado, dostępnego np. w hipermarketach)
10 g świeżo zmielonej kawy do espresso
90 ml likieru Kahlua*
2 jajka, lekko ubite
50 g mąki z proszkiem do pieczenia (ja użyłam mąki bez proszku)

Do dekoracji:
40 g czekolady (użyłam 70%)
1 garść ziaren kawy

okrągła forma do tarty, najlepiej z wyjmowanym dnem, o średnicy 20 cm


Ciasto:
Wszystkie składniki połączyć, zagnieść gładkie ciasto. Zawinąć w folię i schłodzić w lodówce przez 20 minut.
Piekarnik nagrzać do 180 st C.
W tym czasie zrobić nadzienie:
Masło podgrzać z cukrem w rondelku do czasu roztopienia masła. Dodać kawę i likier. Zdjąć z ognia, ostudzić. Dodać jajka i mąkę, dokładnie wymieszać.
Spód podpiec 10 minut, następnie wlać nadzienie, wstawić do piekarnika i piec 20-25 minut.
Wyłączyć piekarnik, uchylić drzwiczki i studzić tartę w ciepłym piekarniku.

Dekoracja:
czekoladę rozpuścić, wsypać ziarenka kawy, obtoczyć je w czekoladzie, następnie udekorować nimi wierzch tarty.

Smacznego!


*Jeśli nie mamy likieru Kahlua, można użyć innego alkoholu, np. brandy czy rumu, ale należy dać go wówczas zdecydowanie mniej

2009-03-19

Grillowane awokado z krewetkami.



Kilka dni temu, przy okazji przepisu na francuskie tosty, poruszyłam temat śniadań. Tosty czy naleśniki robię zwykle dla rodziny lub wtedy, kiedy mam gości. Sama, jeśli już coś jem, wybieram szybkie dania i przekąski.
Awokado zawsze mam w kuchennej szufladzie, zawinięte w gazetę, w której dojrzewa. Zawsze jadłam je na surowo, pod różnymi postaciami, kiedy pewnego dnia Asia z Kwestii Smaku zaskoczyła mnie zupą z awokado i ogórka. To było jak olśnienie. Przekonałam się, że ten owoc (choć sama najchętniej nazwałabym go warzywem), ma zdecydowanie więcej zastosowań niż mi się dotychczas wydawało, a przede wszystkim jest smaczne również na ciepło.

Dziś proponuję szybką przekąskę, dobrą na śniadanie, ale też wówczas, kiedy mamy ochotę na małe co nieco lub chcemy przygotować coś dla gości, którzy czekają na główne danie.
Awokado nadziewane krewetkami przygotowuje się w 15 minut. Jest miłą alternatywą dla znanego powszechnie awokado z krewetkami koktajlowymi na zimno.
Pomysł zaczerpnęłam z Food & Travel.



Grillowane awokado z krewetkami
/dla 2 osób/

2 dojrzałe awokado
30 g masła
1/4-1/2 łyżki pokrojonego szczypiorku
1/8 łyżeczki pokruszonego różowego pieprzu
1/8 łyżeczki gałki muszkatołowej lub kwiatu muszkatołowca
30-50 g gotowanych krewetek koktajlowych


Masło roztopić w garnuszku. Zdjąć z ognia. Dodać pieprz i gałkę muszkatołową, następnie szczypiorek i krewetki. Odstawić na 20 minut.
W tym czasie rozgrzać grill lub patelnię do grilowania. Spryskać ją lekko oliwą. Awokado przepołowić, wyjąć pestki i ułożyć na grillu. Grillować ok. 1-2 minut.
Wypełnić krewetkami, podawać z octem balsamicznym i limonką.

Smacznego!

2009-03-17

Ciasto Amaretti.



Droga M!

dziś przyniosłam z piwnicy duże pudło, a w nim listy i pamiętniki.
Znalazłam list, w którym obiecujemy sobie dozgonną przyjaźń i umawiamy się na łyżwy podczas ferii zimowych.
Przypomniałam sobie dni przepełnione dziecięcymi zabawami, kiedy trzymając w dłoniach pierwsze wielkanocne kurczaczki pozwalamy im dziobać nasze palce. I spacer nad rzekę, zimną i ciemną o tej porze roku.
W kieszeni zbyt dużego płaszcza - kawałek bułki na drogę, chleba lub ciasta.

Myślę o Tobie.
L




Ciasto Amaretti

20 ciasteczek amaretti* + 3 ciasteczka do pokruszenia na wierzch ciasta
100 g ciemnej czekolady pokrojonej na małe kawałeczki
200 g masła, pokrojonego na kawałki
150 g cukru
75 g mąki pszennej
2 łyżki dowolnego dżemu, lekko podgrzanego i zmiksowanego
5 jajek - osobno białka i żółtka
2 łyżki likieru pomarańczowego (użyłam Cointreau)
1/2 łyżki tartej skórki pomarańczowej

Piekarnik nagrzać do 175 st C.
Okrągłą formę o średnicy 20 cm wysmarować masłem i wysypać tartą bułką.

Ciasteczka amaretti ugnieść wałkiem lub zmiksować w blenderze.
W dużej misce zmiksować masło z cukrem. Dodawać po jednym żółtku, następnie alkohol, pokruszone ciasteczka i mąkę. Na końcu pokrojoną czekoladę i pianę ubitą z białek. Wymieszać łyżką, przełożyć do formy i piec 40-50 minut.

Po upieczeniu jeszcze ciepłe posmarować dżemem i posypać pozostałymi ciasteczkami.

Smacznego!

*Amaretti to kruche włoskie ciasteczka zrobione z białek i migdałów. Dostępne np. w Realu czy niektórych delikatesach.

2009-03-14

Chleb figowy



W tym tygodniu w ramach Weekendowej Piekarni gospodynią jest ZawszePolka, która zaproponowała upieczenie chleba wg przepisu Dana Leparda.
Autor ten cieszy się dużym uznaniem, a jego chleby prawie zawsze są strzałem w dziesiątkę.
Dzisiejszy wypiek jest z niecodziennej receptury, bowiem do jego upieczenia potrzeba wina i fig. Zrezygnowałam z orzeszków piniowych, początkowo miałam zamiar zastąpić je orzechami włoskimi. Ostatecznie jednak mój chleb został upieczony bez nich.
Chleb jest pyszny - po pierwsze ciasto wspaniale się zagniata i formuje. Po drugie ładnie rośnie i tak naprawdę nie sprawia żadnych problemów. Po trzecie, najważniejsze, chleb jest pyszny!
Dziękuję za wspólną zabawę i Weekendową Piekarnię, która mobilizuje i daje okazję wypróbowania czegoś nowego.
Miłej soboty :)



Chleb na czerwonym winie z orzechami piniowymi* i figami

Pasta orzechowo-figowa (waga po namoczeniu i odsączeniu - 350g)

250g czerwonego, wytrawnego wina
100g orzeszków piniowych
200g suszonych fig, pokrojonych w ósemki

Ciasto właściwe

250g pszennej maki chlebowej (50%)
250g pszennej maki chlebowej razowej (50%)
1,5 łyżeczki soli
260g wina i wody (należy zużyć cale wino, które zostanie nam po odsączeniu fig i orzeszków piniowych oraz dodać tyle wody by razem bylo 260g) (52%)
1,25 łyżeczki świeżych, pokruszonych drożdży (1%) (czyli będzie jakieś 0,5 łyżeczki drożdży suszonych i niepełne 0,5 drożdży instant)
150g pszennego zakwasu (30%)**
350g odsączonych fig i orzeszków piniowych

W rondlu umieszczamy pokrojone figi, orzeszki piniowe i wino. Doprowadzamy do wrzenia i gotujemy ok. 1 minutę. Zdejmujemy z palnika, przykrywamy i zostawiamy na noc w temperaturze pokojowej mieszając jeden raz przed pójściem spać. Na drugi dzień odcedzamy i zachowujemy cale wino. Dodajemy do niego tyle wody, by cały płyn dał nam 260g.

W dużej misce mieszamy obie maki i sol. W drugiej misce mieszamy zakwas z woda i winem; dodajemy figi i orzeszki piniowe. Dodajemy make do mokrych składników i całość mieszamy ręką. Gdy składniki połączą się, miskę przykrywamy i odstawiamy na 10 minut, aby ciasto odpoczęło. Po 10 minutach ciasto wyjmujemy na lekko omączony lub naoliwiony blat i krotko zagniatamy (10-15 sekund). Przekładamy do czystej miski, przykrywamy i odstawiamy na 30 minut. Po tym czasie ciasto zagniatamy ponownie (10-15 sekund), po czym ciasto składamy i przekładamy z powrotem do miski na 1,5 godziny. Po tym czasie ciasto wyjmujemy, lekko odgazowujemy (inaczej będziemy mięć wieeeelekie dziury) i dzielimy na dwie równe części- nie dzieliłam . Z każdej części formujemy kule i zostawiamy na 5 minut. Następnie każda kule wałkujemy w owal o grubości mniej więcej 2cm. Moja uwaga jest taka, ze można albo zostawić jeden okrągły bochenek, albo zostawić dwa okrągłe bochenki mniejsze. Ja nie będę raczej ich wałkować bo nie lubię płaskich chlebów :) Jak zechcemy tak zrobimy. Jeśli zdecydowaliśmy zostawić kule (jedna lub dwie), to wkładamy je do koszyków (koszyka) złączeniami do góry, jeśli je rozwałkowaliśmy to zostawiamy nasze dwa 'placki' na omączonej ścierce i przykrywamy druga omączoną ścierką. Zostawiamy do rośnięcia na ok. 1,5 godziny.
Piekarnik nagrzewamy do 210 st.C. Wierzch bochenków lekko smarujemy oliwa (za pomocą pędzelka) i nacinamy na ukos na całej powierzchni (można naciąć jak kto lubi). Przenosimy bochenki na blachę (kamień) i pieczemy przez 45 minut do zloto-zbrazowienia. Upieczony bochenek wyda pusty odgłos jeśli w niego popukamy


Smacznego!

*Pominęłam orzeszki
**Użyłam zakwasu żytniego

2009-03-13

Śniadania: French Toasts.


Co jecie na śniadanie? Kanapki? Owsiankę? Jajecznicę? A może pijecie po prostu kubek kawy, a potem długo, długo nic?
Zdarza mi się zapomnieć o śniadaniu i przypomnieć sobie o nim dopiero w okolicy obiadu. Jednak moim domownikom codziennie przygotowuję coś smacznego.
Myślę, że bogaty repertuar porannych dań, do tego łatwych i w miarę szybkich w przygotowaniu sprawia, że lepiej rozpoczynamy dzień.

Nie pamiętam, kiedy i gdzie zjadłam po raz pierwszy French Toasts, czyli francuskie tosty. Wiem tylko, że były solidnie polane syropem klonowym i świeżo wyciśniętym sokiem z pomarańczy, a ich smak pozostał w mojej pamięci na zawsze. Od pierwszego kęsa pomyślałam o tym, jak proste i genialne to danie, jak bardzo pożywne i ciekawe.
Rodzajów francuskich tostów jest zapewne wiele. Można przygotować je z różnych rodzajów pieczywa, podawać z sosami owocowymi lub samym cukrem.
Moje ulubione tosty są zawsze z chałki, usmażone na maśle, ze świeżym sokiem z pomarańczy i cynamonem. Lubię ich smak, nie za słodki, dzięki czemu są śniadaniem a nie deserem. Choć znam takich, którzy w restauracji potrafią zamowić je zamiast ciasta...

Podstawą tostów jest pieczywo, które moczymy delikatnie w mieszance jajek, śmietany, cynamonu i mleka. Smażymy krótko na maśle, a później podajemy z miodem, syropem klonowym lub świeżymi owocami.
Ważne, by chleb czy chałka nie były zbyt świeże, najlepiej nadaje się tu 2-3 dniowe pieczywo, ponieważ dzięki temu podczas smażenia kromki zachowają swój kształt.
Ja zrobiłam swoje z chałki i podałam z ulubionym czajem.


French toasts czyli francuskie tosty z sokiem pomarańczowym i syropem klonowym
Porcja dla 2 osób

6 kromek pieczywa (najlepiej chałki)
2 jajka
1/3 szklanki śmietany (ok. 70 ml)
1/4 szklanki mleka
1/2 - 1 łyżeczka cynamonu
1/2 łyżeczki skórki startej z pomarańczy
2-3 łyżki masła do smażenia
sok z 1 pomarańczy
syrop klonowy lub płynny miód do polania

W misce mieszamy jajka, śmietanę, mleko, cynamon i skórkę pomarańczową.
Na patelni topimy masło i utrzymujemy je na bardzo małym ogniu.
Kromki pieczywa obtaczamy w mieszance jajecznej - powinny być delikatnie zamoczone, ale nie rozpadające się.
Kromki układamy na rozgrzanym maśle i smażymy 2-3 minuty z każdej strony do czasu, aż się lekko zrumienią. Należy pilnować, by patelnia nie stała na zbyt dużym ogniu, ponieważ wówczas masło zacznie się palić.

Przed zdjęciem z patelni, skrapiamy każdego tosta sokiem z pomarańczy i przekładamy na talerze. Posypujemy cukrem pudrem, polewamy miodem lub syropem klonowym.

Smacznego!

2009-03-12

Rustykalny chleb z pieczonym czosnkiem




Bardzo chciałam wziąć udział w ubiegłotygodniowym wydaniu Weekendowej Piekarni. Jednak powrót z urlopu i mnóstwo spraw do załatwienia "na już" sprawiło, że udało mi się upiec chleb dopiero wczoraj.
Gospodynią 22 edycji była Kasiac, która wybrała dwa przepisy.
Ja zdecydowałam się na upieczenie Rustykalnego chleba z pieczonym czosnkiem. Wprawdzie moje ciasto było zbyt luźne i musiałam dodać więcej mąki, ale ostatecznie wyjęłam z piekarnika pachnący chleb, który bardzo mi smakował.
Dziękuję za wspólną zabawę :-)

Rustykalny chleb z pieczonym czosnkiem
2 bochenki ø około 20 cm

Zaczyn
22 g. zakwasu
31 g wody
30 g mąki*
30 g maki pszennej razowej

Ciasto właściwe
500g mąki
390 g wody
całe zakwaszone ciasto
12 g soli

Nadzienie i przybranie
3 łyżki pasty czosnkowej**
60 g tartego sera (w oryginalnym przepisie był podany ser Dry Jack lub Asiago, a autorka użyła Manchego)
2 nieobrane ząbki czosnku
6-8 gałązek natki pietruszki lub kolendry

Wykonanie
1. W misce wymieszać składniki zaczynu do momentu aż składniki się połączą. Przykryć i odłożyć w ciepłe miejsce na 8 godzin.
2. Składniki ciasta właściwego włożyć do miski zostawiając około 60g wody na później. Miksować aż składniki się połączą.
3. Zwiększyć obroty i miksować aż ciasto będzie gładkie, a gluten średnio rozwinięty (moje ciasto było miękkie).
4. Dodać pozostałą wodę. Ciasto będzie bardzo miękkie, nie da się z niego utworzyć kuli, ale powinno być elastyczne.
5. Przełożyć ciasto do miski lekko naoliwionej. Zostawić na około 4 godz. w temp. pokojowej, składając po 30, 60 i 90 minutach. Po tych 4 godzinach ciasto dalej będzie luźne i średnio będzie chciało trzymać kształt.
6. Przełożyć ciasto na lekko omączony blat i podzielić na dwie części. (Ja tutaj dodałam 2 łyżki mąki, bo było bardzo luźne). Uformować dwie kule , przykryć i zostawić na 20 minut.
7. Przełożyć 1 kulę do góry nogami na omączoną część blatu. Lekko spłaszczyć tworząc gruby placek. Na środku ułożyć 1,5 łyżki nadzienia z pasty czosnkowej i pokryć połową startego sera.
8. Brzegi placka podnieść do góry i złapać razem tworząc sakiewkę. Dobrze zlepić brzegi. Delikatnie przewrócić ciasto na drugą stronę i utworzyć kulę. Nadzienie jest w środku, a łączenie sakiewki na dole.
9. Na środku kuli zrobić mały znaczek „x” i włożyć tam nieobrany ząbek czosnku. Zwilżyć 3-4 gałązki pietruszki lub kolendry i ułożyć je naokoło ząbka czosnku. Z drugą kulą powtórzyć punkty 7-9.
10. Oprószyć natkę mąką i oba chleby ułożyć w koszyczkach do wyrastania (z płótnem porządnie omączonym) pietruszką do dołu.
11. Zostawić w temp. pokojowej 4 godziny.
12. Nastawić piekarnik z kamieniem do pieczenia na 215°C
13. Przełożyć bochenki na papier do pieczenia i naciąć naokoło 2,5 cm od krawędzi. Nie należy strzepywać mąki z natki, żeby przy pieczeniu się nie przypaliła.
14. Przełożyć bochenki na kamień. Piec z parą 10 min i następnie około 25 min bez pary, aż będą złotobrązowe. Zostawić w uchylonym piekarniku 10 min i dopiero wyjąć. Strzepnąć nadmiar mąki.
15. Przed podaniem podgrzać w piekarniku 10 min nastawionym na 175°C.

*autorka nie wspomina jaką mąkę użyć - ja dałam 650, ale chlebowa 720 pewnie byłaby lepsza
** wykonanie pasty czosnkowej: 3 cale główki czosnku, 3 łyżki oliwy z oliwek, sól i pieprz do smaku. Piekarnik nagrzać do 175°C. Każda główkę ściąć 0,5 cm od góry. Zostawić całe główki. Nie rozdzielać ich. Każdą główkę włożyć do formy muffinowej wyłożonej papilotkami do muffinek, polać każdą 1 łyżeczką oliwy i upiec w piekarniku. Piec około 1 godziny aż będą miękkie. Trochę ostudzić i wyjąć ząbki czosnku ze skórek. Ugnieść na papkę z resztą oliwy, solą i pieprzem. Trzymać w lodówce do momentu użycia.

2009-03-11

Chałka



Chałka zawsze kojarzy mi się z dzieciństwem i Tatą.
W sobotnie poranki kroił grube plastry świeżutkiej chałki, smarował je masłem i dżemem, a Mama przygotowywała kakao.
Czasami, kiedy jestem u Rodziców, zdarza mi się trafić na śniadanie i dostać swoją porcję nieśmiertelnego dania, które pewnie już zawsze będzie przywoływać miłe wspomnienia.

W swoim życiu upiekłam już kilka chałek. Z różnych przepisów i z różnym efektem, ponieważ jak już wspominałam, zaplatanie nie należy do moich mocnych stron ;)
Podobnie jak w przypadku bezy, która nie chciała mi wyjść, aż w końcu się udała i udaje, bo od pierwszego udanego razu minęło kilka kolejnych, tak i z chałką nie odpuszczam.
Udało mi się wreszcie znaleźć wyjątkowo łatwą metodę zaplatania, jak i przepis, z którego wychodzi smaczna i aromatyczna bułka, ktorą łatwo pokroić, a wcześniej zaplatać.
Na relację z zaplatania i formowania zapraszam serdecznie do Pracowni Wypieków :)




Chałka
2 sztuki

30 g świeżych drożdży
400 ml ciepłej wody
90 g cukru
1 łyżka soli
850 g + 150 g mąki
3 jajka, lekko roztrzepane
100 g masła roztopionego w garnuszku i ostudzonego
Do posmarowania: 1 jajko + 1 łyżeczka wody

Przygotowanie:

Drożdże umieścić w misce, zalać ciepłą wodą i wymieszać. Kiedy się rozpuszczą, dodać 850 g mąki, cukier, sól. Cały czas mieszając dodawać następnie jajka i masło. Dobrze wyrobić ciasto i powoli dodawać kolejne 150 g mąki - czasem należy jej dać mniej, innym razem więcej. Wszystko zależy od tego, jakiej konsystencji jest ciasto - powinno być dosyć luźne i elastyczne, ale niezbyt klejące. Nie może też być zbite.

Kiedy ciasto zacznie odstawać od ścianek miski, wyjąć je na blat i wyrabiać kolejne 5-10 minut. Uformować kulę, lekko spryskać ją olejem i włożyć do miski na 2 godziny. W tym czasie należy ciasto 2 razy odgazować wbijając w nie pięść.

Po wyrośnięciu ciasto podzielić na 2 części.

Każdą część podzielić na 4 lub 6 części. Z części uformować wałki i zapleść z nich chałki.

Chałki przełożyć do foremek wysmarowanych oliwą. Przykryć folią i odstawić do wyrośnięcia na 30-40 minut.
Kiedy wyrosną, posmarować jajkiem wymieszanym z wodą. Można posypać makiem lub sezamem.

Piekarnik nagrzać do 180 st C.
Wstawić chałki i piec ok. 30 minut.

Smacznego!

2009-03-09

Rodzynkowiec



O drugiej w nocy obudziło mnie stwierdzenie:
- Mamusiu, denerwuje mnie bałagan w moim pokoju. Chyba powinnam wziąć się za sprzątanie.
Chyba tak. Powrót do pourlopowej rzeczywistości, przede wszystkim z powodu różnicy czasu, tym razem jest wyjątkowo uciążliwy.
W takich chwilach jedyne, na co mam ochotę, to szybkie dania. I kawałek ciepłego ciasta posmarowany masłem...



Rodzynkowiec
Loaf cake with raisins and rosemary

250 g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
180 g cukru
1/4 łyżeczki soli
80 g rodzynek

180 ml mleka
60 ml oliwy lub oleju dobrej jakości
1 jajko
2 łyżki soku z cytryny
1 łyżeczka świeżego rozmarynu, drobno posiekanego

W misce wymieszać mąkę, proszek do pieczenia, cukier, sól i rodzynki.
W drugiej misce ubić jajko z mlekiem, oliwą, cytryną i rozmarynem.
Suche składniki połączyć z mokrymi - wymieszać je łyżką, nie miksować.

Podłużną formę o długości 20 cm wysmarować masłem lub oliwą, wysypać bułką tartą. Przelać do niej ciasto.
Piekarnik nagrzać do 180 st C.
Wstawić ciasto i piec je 45-50 minut.
Po upieczeniu wystudzić w formie.

Smacznego!

2009-03-08

Ostry. Kwaśny. Gorzki. Słodki. Słony.



Obudziłam się w środku naszej nocy. W Tajlandii był już poranek, kiedy dwa małe hotelowe słonie na pewno zdążyły już zjeść śniadanie.
Usiadłam przy kuchennym stole nad kubkiem herbaty, za którą tęskniłam. Odsłoniłam okna, prószył śnieg, może jeden z ostatnich.
Najpiękniejszym elementem każdej mojej podróży jest powrót do domu. Rozpakowuję walizki i szukam w nich pamiątek. Przywożę ich zazwyczaj niewiele. Segreguję zdjęcia i wycinki z lokalnych gazet. Będą czekały na nieokreślone później, kiedy postanowię zrobić z nich jakiś użytek. Będą gubiły się w książkach.
Tym razem najpiękniejszą pamiątką, jaką sobie przywiozłam, jest miłość do tajskiej kuchni. Miewam różne fascynacje. Byłam wegetarianką, jadłam zgodnie z różnymi dietami. Lubiłam narzucać sobie jakiś rytm i sprawdzać, w czym czuję się najlepiej.
Życie jednak płynie, a nasze "lubię i nie lubię", "to jem, a tego nie jem", zmienia się ustępując miejsca nowym smakom i doznaniom.

Kuchnia tajska tak bardzo mi się spodobała, że postanowiłam pójść na krótki kurs gotowania. Wybrałam restaurację, w której jedzenie najbardziej mi smakowało i miałam szczęście być jedyną uczennicą, dzięki czemu miałam dużo czasu na to, by dowiedzieć się jak najwięcej.
Dania wszystkich egzotycznych kuchni, jakie próbowałam do tej pory, moim zdaniem były dosyć skomplikowane, a przede wszystkim czasochłonne. I tak o ile bardzo lubię kuchnię indyjską, o tyle w domu rzadko się na nią decyduję. Ta kuchnia po prostu najbardziej smakuje mi w Indiach. Tam, gdzie potrawy są przygotowane jakby od niechcenia, naturalnie, mają moim zdaniem najlepszy smak.
Z kuchnią tajską sprawa wygląda zupełnie inaczej. Wprawdzie wszystko opiera się na lokalnych produktach, świeżych warzywach i owocach morza, jednak odtworzenie w domu tego, co tak bardzo mi smakowało, okazuje się zupełnie proste.
Przede wszystkim CZAS. Byłam zaskoczona, jak szybko robi się zupę czy curry - zajmuje to kilka minut. Po drugie kuchnia po gotowaniu nie przypomina pobojowiska;-) I po trzecie - składniki są w miarę łatwo dostępne i dobrze się przechowują w lodówce.

Sekret kuchni tajskiej polega na użyciu pięciu dopełniających się smaków: słonym, słodkim, kwaśnym, gorzkim i ostrym. Idealna harmonia między nimi sprawia, że dania są wyjątkowe i niespotykane gdzie indziej.

Słone uzyskujemy dzięki użyciu sosu sojowego, sosu rybnego, sosu ostrygowego czy pasty krewetkowej.
Słodkie to mleko kokosowe, cukier palmowy (można z powodzeniem zastąpić go cukrem trzcinowym).
Kwaśne to sok z limonki i ocet ryżowy.
Ostry to oczywiście chilli - czerwone (bardziej ostre) i zielone. Ostrość potrawom nadaje również czosnek, świeży imbir czy cebula.
Gorzki uzyskujemy dzięki zielonym warzywom.

Dania kuchni tajskiej zwykle podaje się razem - czysta zupa z osobno podanym ryżem (steamed rice), sałatka, curry, danie smażone. Dania powinny być o różnej konsystencji i reprezentować różne smaki, dzięki czemu podane razem tworzą harmonijny posiłek.
Na kursie gotowałam: zupę, curry, sałatkę i deser. Zajęło mi to niespełna godzinę. Nie znam żadnej innej kuchni, gdzie tyle jedzenia można przygotować od podstaw w tak krótkim czasie.

Odkryciem dla mnie było jedzenie prawie surowych warzyw, podsmażonych minutę czy dwie w woku. Fasolka szparagowa, którą w Europie gotujemy, tutaj jedzona jest na surowo, np w sałatce.
Podoba mi się również to, że ryby, owoce morza czy drób występujący w przepisach, bez problemu można zastąpić tofu.
Podstawą są na pewno przyprawy. Dla tych, którzy chcieliby rozpocząć przygodę z tą fascynującą kuchnią, podaję spis składników potrzebnych do dań tajskich.
Są coraz łatwiej dostępne. W Warszawie np. w sklepach Asian Food (np. w Galerii Mokotów) bez problemu dostaniemy wszystkie świeże zioła i przyprawy, jak galangal, liście kaffiru czy sosy. Pasty curry bez problemu kupimy w każdym większym supermarkecie, o hipermarketach nie wspominając.
Kiedyś miałam duże problemy z kupieniem sosu rybnego (fish sauce). Dziś bez problemu znajduję go obok sosów sojowych w Asian Foods.
Jedyny problem jest z owocami, ale to już składnik deserów...

Główne składniki kuchni tajskiej:

Podstawowe zioła i przyprawy:
Bazylia
Mięta
Szczypiorek
Kolendra (w Tajlandii używa się wszystkich jej części: korzeni, gałązek, liści i nasion)
Imbir
Galangal
Trawa cytrynowa
Kokos
Czosnek
Kaffir leaves - liście limonki
Chilli
Pieprz
Kurkuma, inaczej: Turmeric (haldi) - sprzedawany w korzeniach lub w postaci żółtego proszku
Kmin
Tamarind
Limonki
Ocet ryżowy

Pasty curry:
Zielona
Czerwona
Żółta
(można je przygotować samemu przy użyciu blendera i przechowywać w lodówce do kilku tygodni lub kupić gotowe w słoiczkach)

Gotowe sosy
Sos rybny (gotowy, który jest wyprodukowany na bazie anchois, wody i soli)
Sos sojowy (używa sie dwóch rodzajów - słonego i słodkiego)
Sosy chilli
Sos ostrygowy
Sos śliwkowy (ma ostry słodko-kwaśny smak i pochodzi z kuchni chińskiej)

Ryż
Jest podstwaowym składnikiem tajskiej kuchni. Używa się tu przede wszystkim dwóch jego rodzajów: jaśminowego ryżu długoziarnistego i ryżu okrągłego.
Mąka ryżowa jest również popularna - robi sie z niej desery czy naleśniki.

Makaron
Przede wszystkim ryżowy, wyprodukowany z mąki ryżowej, którego nie trzeba gotować. Wystarczy zalaż go wrzątkiem na kilka minut.
Makaron pszenny, jajeczny (egg noddles), gotowany zwykle nie dłużej niż 4 minuty

Warzywa
Szalotki
Kapusta chińska
Brokuły
Pak choi
Grzyby
Bakłażany
Pędy bambusa
Rzodkiew japońska daikon
Zielona fasolka szparagowa

Owoce (niektóre z nich, jak dragon fruit, można kupić w niektorych hipermarketach):
Gruszka
Papaya
Rambutan
Dragon Fruit

Orzechy:
fistaszki
nerkowce

Ryby i owoce morza:
Tajlandia, dzięki swojemu położeniu obfituje w ryby i owoce morza. Przede wszystkim w krewetki, kraby, kalmary i wiele rodzajów ryb.

Dla wegetarian:
Tofu



Na zdjęciach:
1. Przed lekcją gotowania
2-3: Dania ugotowane podczas lekcji:
Som Tam ( sałatka z papają i suszonymi krewetkami
To Kha Goong (kokosowa zupa z galangalem i krewetkami)
Gaeng Sahree Pla (Żółte curry z rybą)
Tub Tim Krop Maprao Onn (chrupiące kasztany z tapioką w mleku kokosowym)

2009-03-04

Tajlandia. Północ-Południe.


Moje podróże do Indii czy na Sri Lankę były zawsze poszukiwaniem lokalnych smaków. Mniej niż krajobrazy i widoki interesowały mnie miejscowe kafejki i przydrożne stoiska z jedzeniem. Chciałam zobaczyć i dotknąć do kulinarnego serca tych krajów. Jadłam w przydrożnych budkach, próbowałam napoju z trzciny cukrowej sprzedawanego pod świątynią.
W Tajlandii szukałam tego samego, jednak nie jest to proste. O ile w Indiach można bez problemu zjeść za niewielkie pieniądze czy dojechać miejskimi środkami lokomocji, na Phukecie jest to niemal niemożliwe.
Wysokie ceny i kryzys gospodarczy wygoniły z Tajlandii wielu turystów i wygląda na to, że kraj ten powoli cierpi na ich niedobór. W mieście takim jak Chiang Mai, uważanym za stolicę północnego regionu Tajlandii, białych turystów można policzyć na palcach. I rzadko można zobaczyć młodych ludzi z plecakami, którzy tuż po studiach wybierają się w podróż do Azji. Spotykałam ich zawsze w Indiach, gdzie podróżowali i cieszyli się wolnością tuż u progu prawdziwego, dorosłego życia. Dla niektórych był to po prostu sposób na życie. W Indiach zawsze można być hipisem albo wielbicielem Boba Marleya. Można wtopić się w tłum i żyć z nim latami.
W Tajlandii, którą zobaczyłam, nie jest to takie proste.
Żeby wydostać się z hotelu i dojechać do centrum miasta, musicie wziąć taksówkę, a to wydatek rzędu 60-150 PLN w jedną stronę. Jednym słowem - warto tu przyjechać, ale trzymać się z dala od turystycznych miejsc, jakim bez wątpienia jest Phuket.

Kiedy jadę daleko, porównuję nowe doświadczenia ze starymi i zawsze zadaję sobie pytanie, czy chciałabym kiedyś wrócić. Jeśli tak, to jak i kiedy. I gdzie. Jeśli chciałabym wrócić do Tajlandii, to na Północ, np do prowincji Mae Hong Son, leżącej ok. 370 km od Chiang Mai, gdzie żyje wiele mniejszości etnicznych, jak Karen, Hmong, Lisu czy Lahu, a 75% powierzchni pokrywają lasy i góry. Raczej nie przyjadę już do Phuketu i będę się trzymać z dala od turystycznych ścieżek, gdzie ceny są wyższe niż w Europie.

Piękno Tajlandii to jej przyroda, zapierające dech w piersi lasy równikowe, storczyki rosnące na drzewach i w przydrożnej trawie. Storczyk jest symbolem Tajlandii i dla kogoś, kto tak jak ja, jest miłośnikiem tych kwiatów, Tajlandia jest rajem. Można odwiedzić jedną z wielu storczykowych farm, gdzie ilość rodzajów tych kwiatów jest wręcz niepoliczalna. I obserwując jak rosną na farmie czy w naturalnych warunkach zrozumiałam, dlaczego często tak trudno zachować nam piękno tych kwiatów w naszych domach. Na niektórych farmach wydzielono specjalne pomieszczenia, w których hoduje się motyle.

Ja jednak, jadąc tutaj, miałam nadzieję poznać kuchnię tajską, której tak naprawdę nigdy wcześniej nie miałam okazji doświadczyć.
I nie zawiodłam się - Tajlandia to kuchnia - jedna z najlepszych na świecie, bo wygląda na to, że Tajowie długo przed Europejczykami cieszyli się kuchnią fusion - niezwykłe połączenie słodkiego, kwaśnego i słonego. Mleka kokosowego, trawy cytrynowej, pasty curry i galangalu. Pasta z suszonych krewetek, która nadaje smak potrawom i plaster limonki wrzucony do kubka herbaty.
Ten urlop upłynął mi pod znakiem krewetki - to właśnie krewetek zjadłam tu najwięcej, pod różnymi postaciami.
Nie zapomnę zupy Tom Yam Goong - ostrej i słodkawej, w której rytm nadaje chili, trawa cytrynowa, grzyby i krewetki. Moim drugim ulubionym daniem jest Phad Thai - smażony makaron ryżowy (ten domowej roboty jest niesamowity!) z krewetkami i jajkiem.
Smak, który chciałabym odtworzyć, choć to prawie niemożliwe, to krewetki zapiekane z owocami passiflory i cukrem trzcinowym, podane z ugotowanymi na parze szparagami.
Tajlandia jest bogata w warzywa, zioła i przyprawy. Cieszę się, że miałam okazję spróbować, jak smakuje tu na miejscu. Postaram się przenieść do swojej kuchni choć część smaków, które tu poznałam i które mnie zauroczyły.

Wegetariańska wersja zupy kokosowej:

Wegetariańska wersja Tom Yam Goong:


Na farmie storczyków:

Wszystkie do kupienia!:

Z tego wyklują się motyle...