2009-02-25

Tajlandia. Chiang Mai.



W podróży szukam miejsc, które chciałabym przenieść do Warszawy. Klimatów, kawiarenek, smaków. Miejsc, które łączą dwa światy - europejski i egzotyczny. Na Sri Lance spędzałam długie godziny pijąc herbatę w angielskim stylu, obserwując jak ten zwyczaj wrósł w miejscową kulturę i zwyczaje.
W Chiang Mai, mieście położonym w górzystej części północnej Tajlandii, znalazłam herbaciarnię w kolonialnym stylu, którą, gdybym tylko mogła, chętnie zabrałabym ze sobą do Polski.
Budynek z teaku, w którym się znajduje, został wybudowany w 1915 roku, ale dopiero od kilku lat, po gruntownej renowacji w latach 2002-2003, jest herbaciarnią.
Na miękkich huśtawkach, wygodnych fotelach, wśród promieni słońca rozproszonych przez liście roślin rosnących w atrium, można odpocząć i zjeść coś smacznego lub napić się herbaty z lokalnej plantacji Raming. Herbata, która tu rośnie, to przede wszystkim Assam. Tajowie nie celebrują jej jednak tak, jak Syngalezi, nie jest ona tak wyjątkowa i najczęściej podają po prostu... Lipton w ekspresowych torebkach.
Herbaciarnia jest zatem miejscem, gdzie można poczuć smak prawdziwej tajskiej herbaty oraz zjeść ciastko, np. brownies, które smakuje jednak zdecydowanie inaczej niż to, do którego przywykłam.
Na co dzień wybieram tradycyjne tajskie desery, o których napiszę przy okazji innego postu.
Pozdrawiam ciepło!




Tea House Siam Celadon
Open daily from 9.30 a.m. to 6 p.m.
158 Tha Pae Rd., T. Chang Moi, Muang District, Chiang Mai
Tel. 0-5323-4518

2009-02-23

Trochę słońca



Przepraszam za brak odpowiedzi na Wasze pytania o zakwas i koszyki do wyrastania chleba, ale mam ograniczony dostęp do internetu, ponieważ jestem bardzo daleko.
Przesyłam wszystkim czytelnikom mojego bloga dużo słońca.
Jeśli mi się uda, postaram się wrocić niedługo, by napisać więcej.
Pozdrawiam serdecznie!


2009-02-20

Chleb polski


Jest to chleb, który większość z nas zna jako chleb polski. Codzienny chleb do kanapek, pasujący niemal do wszystkich dodatków.
Ma bardzo chrupiącą skórkę i dosyć zwarty miąższ. Najlepszy pierwszego dnia, choć następnego nie traci wiele ze swej świeżości.
Jego wykonanie jest niezwykle proste, ponieważ wystarczy zagnieść składniki i uformować bochenek. Ciasto jest elastyczne i dobrze się formuje, zatem nie powinniście mieć kłopotów ze zrobieniem bochenka.

Chleb polski
Polish bread

200 ml ciepłej wody*
2 łyżeczki suchych drożdży
500 g gęstego zakwasu żytniego dokarmionego 10-12 godzin wcześniej**
660 g mąki pszennej (najlepiej chlebowej)
1 łyżka soli morskiej


W misce wymieszać drożdże z mąką. Kiedy nieco zmiękną, dodawać pozostałe składniki. Zagnieść ciasto - powinno mieć elastyczną konsystencję. W razie potrzeby dodać odrobinę więcej wody lub mąki.
Z ciasta uformować kulę, posmarować ją delikatnie olejem, włoxyć do miski i zostawić na 1 godzinę, by odpoczęło.
Następnie delikatnie je zagnieść i uformować podłużny lub okrągły bochenek. Bochenek dokładnie obtoczyć w mące, by w trakcie wyrastania nie przywarł do koszyka.
Koszyczek do wyrastania (lub durszlak) wysypać dokładnie mąką, przełożyć do niego chleb i odstawić do wyrośnięcia - bochenek powinien podwoić objętość. Zajmuje to zwykle 2-3 godziny. Jeśli rośnie wolniej, należy dać mu nieco więcej czasu.

Piekarnik nagrzać do 230 st C. (Ja piekę używając kamienia do pieczenia - jeśli go nie mamy, blachę wykładamy papierem do pieczenia). Jednym ruchem przekładamy bochenek na blachę/kamień, ostrym nożem robimy 3-4 poprzeczne nacięcia i wstawiamy do piekarnika.
Na dno piekarnika wsypujemy ok. 1/2 szklanki kostek lodu lub ścianki piekarnika (nie grzałkę i żarówkę!) spryskujemy delikatnie wodą.

Po 10 minutach zmniejszamy temperaturę do 210 st C i pieczemy kolejne 20-30 minut - należy sprawdzic stopień zrumienienia chleba. Jedne piekarniki pieką szybciej, inne wolniej. Jeśli chleb jest upieczony - popukany od spodu wydaje głuchy odgłos.

Po upieczeniu wyjmujemy chleb, kładziemy go na kuchenną kratkę, delikatnie spryskujemy wodą, przykrywamy ściereczką i odstawiamy do całkowitego ostudzenia.
Dopiero wtedy kroimy.

Smacznego!

*ilość wody zależy od gęstości zakwasu, dlatego radzę dolewać ją stopniowo, ewentualnie zwiększając lub zmniejszając jej ilość

** można dokarmić zakwas w następujący sposób:
10-12 h przed planowanym pieczeniem:
2 łyżki zakwasu żytniego
200 g mąki żytniej typ 2000
270 g wody
Mieszamy i zostawiamy w ciepłym miejscu na 10-12 h.

2009-02-19

Pochwała prostoty. Zupa porowo-ziemniaczana.



Czy to nie zachwycające, że możemy wrzucić do garnka kilka składników, zamieszać, przykryć i pójść do innych domowych spraw?
Niektóre warzywa idealnie się dopełniają, nie potrzebują dodatkowego towarzystwa, bo same w sobie stanowią pożywne danie.
Tak jest z tą zupą.
Po raz pierwszy odkryłam duszone w maśle pory dawno temu, kiedy w pracy zorganizowano nam konferencję połączoną z kulinarnym spotkaniem, podczas którego gotowaliśmy kilka prostych dań. Był środek zimy, w garnkach dusiły się potrawy, a my udawaliśmy, że dochodzące z kuchni zapachy nie przeszkadzają nam skupić się na prezentacji.
Na hasło: dziękuję Państwu za uwagę, rzuciliśmy się na jedzenie jak głodne wilki. Ja nie mogłam odejść między innymi od garnka z zupą porowo-ziemniaczaną. Właśnie wtedy po raz pierwszy odkryłam nieśmiertelną tezę, że proste jedzenie nie musi być nudne czy niedoprawione. I że od wykwintnej kolacji z miniaturowymi porcjami, mimo wszystko wolę talerz domowej zupy.


Zupa porowo-ziemniaczana
Leek and potato soup

300 g porów (tylko biała część), pokrojone w plasterki
2-3 ziemniaki, obrane i pokrojone w kostkę
4 łyżki masła
1 łyżeczka suszonego tymianku
dowolne swieże zioła: lubię tu szczególnie tymianek, bazylię, odrobinę świeżej mięty czy majeranek
wywar jarzynowy - może być z kostki eko (polecam marki Naturata czy Rapunzel)
1-2 łyżki gestego jogurtu naturalnego lub śmietany (opcjonalnie)


W garnuszku roztapiam masło, dodaję ziemniaki, podsmażam 5 minut, dodaję pory. Duszę tak długo, aż warzywa nieco zmiękną, ok. 10-12 minut.
Dodaję zioła suszone, wywar. Przykrywam garnek, zmniejszam ogień do minimum i gotuję 40-50 minut.
Po ugotowaniu doprawiam solą, pieprzem i świeżymi ziołami.
Wlewam do miseczek, podaję z jogurtem i świeżym chlebem.

Smacznego!

2009-02-18

Makaron z bakłażanem i oliwkami



"Najstarszy makaron znaleziono w Chinach, miał cztery tysiące lat i 20 cali długości. Znaleziono go w wiosce z okresu neolitu nad brzegami Żółtej Rzeki. To najstarsze odkryte przez archeologów jedzenie. Według legendy do Europy sprowadził go znany wenecki podróżnik, Marco Polo. Jest to jednak tylko legenda, bowiem już tysiąc lat wcześniej, w II wieku naszej ery, rzymski badacz Galen wspomniał o tego typu potrawie, natomiast Arabowie udokumentowali istnienie suszonego makaronu (takiego, jak współczesny) w południowych Włoszech ok. XII wieku, czyli jeszcze przed narodzinami Marco Polo"*.

Czasami lubię się zastanawiać nad tym, w jakich okolicznościach wymyślono to czy tamto. I o ile w przypadku odkryć technologicznych sprawa jest zwykle do sprawdzenia, o tyle z jedzeniem bywa różnie.
Lubię wyobrażać sobie czasy i ludzi, w których powstały moje ulubione produkty. Na przykład makaron.

Oczami wyobraźni widzę kobietę w czepku, która pewnego dnia postanawia połączyć wodę i mąkę, następnie rozwałkować ciasto i pokroić je na jakikolwiek kształt, przypominający późniejszy makaron.
W jej krwi płynie pamięć poprzednich pokoleń - jej matki, babki, prababki, które dokonywały swoich własnych odkryć i poszukiwań. Być może babka była bardziej zachowawcza i nie lubiła, jak cokolwiek się marnuje, gdy tymczasem matka chętnie ulegała pokusom kulinarnych eksperymentów.
Kiedy nikt nie patrzył, wykradała kurom jajka i mieszała je z piaskiem albo mąką albo wodą albo... Każde niepowodzenie uczyło ją czegoś nowego, obserwowała, jak zachowują się składniki dodane jeden do drugiego.
Później jej córka wymyśliła makaron. A może tysiące innych córek zrobiło to mniej więcej w tym samym czasie.
Te, które miały więcej czasu albo wyobraźni, talentu czy zdolności manualnych, drobnymi palcami lepiły makaronowe kokardki, uszka, koła, rurki. Czasami dodawały do ciasta trochę soku z buraków.
Może był środek lata, a może wyjątkowo sroga zima, kiedy za oknami padał śnieg wyglądający dokładnie tak, jak ten dzisiejszy.
Kobieta patrzyła innymi oczami, ale widziała to samo. I smakowała dokładnie to, co my. Kilkaset lat później.


Makaron z bakłażanem i oliwkami

1 mały bakłażan
1 ząbek czosnku
garść zielonych oliwek bez pestki
pół szklanki krewetek (np. koktajlowych, opcjonalnie)
4 łyżki oliwy z oliwek
1/2 łyżeczki suszonego tymianku
1/2 łyżeczki suszonej bazylii
3 łyżki soku z cytryny
2 łyżki świeżych liści bazylii, posiekanych
2 łyżki liści natki, posiekanych
sól i pieprz do smaku

makaron: dowolny, ale polecam wstążki: tagliatelle lub pappardelle

Ugotować makaron i odstawić odcedzony pod przykryciem.

W rondlu rozgrzać oliwę, wrzucić posiekany czosnek i stale mieszając podsmażyć 10 sekund - czosnek nie może zbrązowieć, bo będzie gorzki.
Dodać pokrojonego w bardzo drobną kostkę bakłażana i pokrojone oliwki. Dusić ok. 10 minut, następnie dodać krewetki, gotować kolejne 2-3 minuty. Dodać tymianek i suszoną bazylię. Zdjąć garnek z ognia i doprawić warzywa sokiem z cytryny, solą, pieprzem, świeżą bazylią i natką.

Do garnka włożyć ugotowany makaron i wymieszać z sosem. Jeśli nie używaliśmy krewetek, można dodać tarty parmezan.

Smacznego!


*Źródło: Wikipedia

2009-02-16

Panforte di Siena



Pierwsza podróż do Włoch jak pierwsza miłość.
Wysiadłam z samochodu i postawiłam stopy na mokrym asfalcie. Padał wiosenny deszcz, a noc niosła zapachy jedzenia z pobliskiej trattorii.
Chłonęłam zapachy, widoki, spojrzenia ludzi. Wszystko takie nowe i pierwsze zapadło w serce na zawsze.
Wieczorami spacerowałam uliczkami starych miasteczek, zatrzymując się przed wystawami sklepów. Dźwięki budzącej się do życia piekarni, nad którą wynajęliśmy pokój i harmider targu pod oknami.
Od tamtej pory minęło wiele lat, a ja pamiętam każdy dzień, zupełnie tak, jakbym przeżyła wszystko wczoraj.
Co pewien czas, od niechcenia i niespodziewanie zaczynam czytać książkę Frances Mayes i to jest znak, że niedługo zacznę planować kolejną podróż do Włoch. Wystarczy dzień lub dwa. Chwila na latte macchiato i kanapkę w pierwszej lepszej kafejce.
Widziałam różne miasta i kraje, ale Włochy są jak pierwsza miłość. Ale w przeciwieństwie do pierwszej miłości, do Włoch zawsze można wrócić bez obawy o to, że upływ czasu zmienił je nie do poznania.

Panforte di Siena to ciasto, które można kupić we Włoszech, a potem jeść miesiącami, bo im starsze, tym lepsze. Kroić po cienkim plasterku i jeść z kawą albo winem. Ale to również częsty składnik talerza z serami.
Dla mnie to jeden z najbardziej włoskich deserów. I przenosi mnie tam wtedy, kiedy nie mogę pojechać.
Ale mogę po raz dziesiąty czytać Frances Mayes.



Panforte di Siena

1 szklanka* orzechów laskowych, podpieczonych w piekarniku**
¾ szklanki całych migdałów ze skórką, podpieczonych w piekarniku
2/3 szklanki mąki
2 łyżki kakao
2 ¼ łyżeczki nasion kopru włoskiego, lekko ugniecionych w moździerzu
1/2 łyżeczki cynamonu
1/8 łyżeczki mielonych goździków
¼ łyżeczki mielonego pieprzu
¼ łyżeczki mielonego imbiru
¼ łyżeczki nasion kolendry, utłuczonych drobno w moździerzu
¼ łyżeczki świeżo zmielonej gałki muszkatołowej
skórka starta z 1 pomarańczy
230 g suszonych, ale miękkich fig, pokrojonych w bardzo cienkie plasterki
2/3 szklanki miodu
2/3 szklanki cukru

Piekarnik nagrzać do 150 st C.
Tortownicę o średnicy 20 cm wyłożyć papierem do pieczenia tak, by papier przykrył spód i boki blaszki, następnie spryskać olejem.

W dużej misce wymieszać orzechy laskowe, migdały, mąkę, kakao, przyprawy, skórkę pomarańczową i figi.
W rondelku doprowadzić do wrzenia miód z cukrem, następnie gotować 15 sekund - masa powinna osiągnąć temperaturę 120 st C).

Zdjąć garnek z ognia, dodać suche składniki i bardzo szybko i dokładnie wymieszać, zanim syrop ostygnie. Masa będzie bardzo gęsta.
Przełożyć masę do przygotowanej tortownicy u piec 45 minut.
Wystudzić panforte w formie. Wyjąć z tortownicy, usunąć papier i kiedy ostygnie można posypać cukrem pudrem.
Ja przed wstawieniem do piekarnika udekorowałam wierzch cienkimi plasterkami fig.

Uwaga: Panforte można zawinąć w folię. W temperaturze pokojowej można je przechowywać miesiącami. Najlepiej smakuje pokrojone w cienkie plastry.
Smacznego!

/Przepis pochodzi z książki Alice Medrich/

*Użyłam szklanki o pojemności 200 ml
**Piekarnik nagrzewam do 180 st C, orzechy i migdały wsypuję do suchej formy i podpiekam 10-15 minut.

2009-02-14

Zupa: Krem marchewkowo-pomarańczowy


Kroję marchew, stuk-stuk-stuk,
za oknem na drzewie bije się para jaskółek*.
Ona i on?
W garnku topię masło, wrzucam plastry marchwi.
Tym razem zupa dla wszystkich niejadków. W dodatku pomarańczowa.

Krem marchewkowo-pomarańczowy

500 g marchwi
2 dymki (bez szczypioru, tylko cebule)
2 łyżki masła
1/2 szklanki świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy
500 ml wywaru jarzynowego (lub wody i kostka rosołowa - polecam ekologiczne bez glutaminianu sodu)
1 łyżka świeżego tymianku (lub łyżeczka suszonego)
sól i pieprz do smaku
1/2 kubeczka śmietany (opcjonalnie)

Marchew obieramy i kroimy na plasterki.
Masło topimy w garnuszku, dodajemy marchew, dusimy kilka miniu, dodajemy pokrojoną dymkę i - jeśli używamy suszonego - tymianek. Dusimy ok. 10 minut. Zalewamy wywarem jarzynowym i sokiem. Gotujemy ok. 30 minut, aż marchew zmięknie.
Miksujemy na gładki krem. Doprawiamy solą, pieprzem i tymiankiem (jeśli używamy świeżego).
Podajemy ze śmietaną i chlebem.

Smacznego!

*Wyobraźnia i tęsknota za wiosną sprowadziły je do Polski wcześniej ;-)

2009-02-12

Spaghetti w sosie orzechowym, z imbirem i pieczoną papryką



Mam słabość do pieczonych warzyw.
Z opiekanego bakłażana robię pasty do chleba. Opiekaną paprykę mogę jeść z dodatkiem dowolnego sosu albo z makaronem.
Czasami robię z niej zupę.
To niezwykłe, jak to warzywo, dla mnie niejadalne na surowo, pod wpływem ciepła staje się słodkie i soczyste. Nabiera innego charakteru.
Nie bójcie się spalić papryki. Kucharze opalają skórkę palnikiem, bo dzięki temu jej miąższ staje się słodki i delikatnie wędzony.



Spaghetti w sosie orzechowym, z imbirem i pieczoną papryką
Spaghetti with peanut sauce, fresh ginger and baked pepper

2 papryki (czerwona i żółta)
1 łyżka nasion sezamu

makaron linguine lub spaghetti

Sos:

1/3 szklanki masła orzechowego
1/4 szklanki sosu sojowego
1/4 szklanki ciepłej wody
1 łyżeczka miodu
1 łyżka octu winnego
1 łyżka oliwy z oliwek
1 ząbek czosnku
1 łyżeczka świeżo tartego imbiru

Piekarnik nagrzewamy do temp. 230 st C. Paprykę myjemy, układamy na kratce do pieczenia i pieczemy 50 minut do czasu, aż skórka będzie ciemna, miejscami nawet czarna.
Składniki sosu miksujemy i odstawiamy.
Makaron gotujemy al dente. Odcedzamy, delikatnie spryskujemy oliwą.
Paprykę obieramy ze skórki, kroimy na cienkie paski.
Makaron mieszamy w garnku z sosem, nakładamy na talerze, dekorujemy paskami papryki, posypujemy sezamem.

Smacznego!

2009-02-10

Muffiny z podwójną czekoladą, bananami i espresso


Jest coś magicznego w dzieleniu ciepłego mufina na pół.
Kawałek dla Ciebie, kawałek dla mnie.
Chcesz mleka czy herbaty?
Codzienne rytuały stawiania garnuszka na płycie, gotowania kaszy, pakowania pudełka na drugie śniadanie.
Rytuały, które można wykonywać z zamkniętymi oczami.
Nadają życiu rytm, jak tykanie zegara.



Muffiny z podwójną czekoladą, bananami i espresso
Double chocolate banana espresso muffins
12 muffinów, z książki "Baked"
Źrodło przepisu: Chocolate Shavings

1 1/2 szklanki* dojrzałych bananów (ok. 4 bananów średniej wielkości)
1/2 szkl cukru
1/4 szkl cukru trzcinowego złocistego
1/2 szkl masła, topionego
1/4 szkl pełnego mleka
1 duże jajko
1 1/2 szkl mąki
2 łyżeczki mocnego espresso
1 1/2 łyżeczki sody
1 łyżeczka soli
85 gram czekolady mlecznej, połamanej na małe kawałki
85 g czekolady gorzkiej, połamanej na małe kawałki

Piekarnik nagrzać do 175 st C. Formę do mufinów spryskać olejem.

W średniej misce wymieszać rozgniecione widelcem banany, cukier, masło, espresso, mleko i jajko.
W innej misce wymieszać mąkę, sól i sodę. W środku mieszanki zrobić dołek i wlać do niego masę z bananów, delikatnie mieszając. Dodać czekoladę, wymieszać łyżką.

Wypełnić formę mufinową masą do 3/4 wysokości formy. Piec 20-25 minut, do czasu aż drewniany patyczek wbity w środek mufina, będzie suchy. Kiedy się upieką, wyjąć z formy i studzić na kuchennej kratce.
Mufiny można przechowywać w szczelnie zamkniętym pojemniku do 2 dni.
Smacznego!


E N G L I S H: (This is for you, Bev!!!)

Double chocolate banana espresso muffins
Recipe taken from: Chocolate Shavings
Recipe, for 12 muffins, adapted from the Baked Cookbook

1 1/2 cups of mashed ripe bananas (about 4 medium-sized bananas)
1/2 cup of granulated sugar
1/4 cup firmly packed light brown sugar
1/2 cup (1 stick) of unsalted butter, melted
1/4 cup of whole milk
1 large egg
1 1/2 cup of all-purpose flour
2 teaspoon of strong espresso
1 1/2 teaspoons baking soda
1 teaspoon of salt
3 ounces of milk chocolate, cut in small pieces
3 ounces of bittersweet chocolate, cut in small pieces

Preheat oven to 350F. Spray a muffin tin with cooking spray.

In a medium bowl, stir in the banana, sugars, butter, espresso, milk and egg.
In another medium bowl, whisk together the flour, baking soda and salt. Make a well in the middle of the bowl and gently add in the banana mixture. Stir into just combined. Gently fold in the chocolates.

Fill each muffin tin about three quarters full and bake for about 20-25 minutes or until a toothpick inserted in the center of the cupcake comes out clean. Once cooked, move muffins to a cooking rack. The muffins can be stored in an air tight container for up to two days. Enjoy!


*użyłam szklanki o poj. 200 ml

2009-02-09

Mój ulubiony chleb. Kilka słów o...


Moi znajomi wiedzą już od dawna o mojej miłości do pieczenia chleba. Wielu z nich skutecznie zaraziłam tą pasją i to im chciałabym zadedykować dzisiejszy post.
Przepis na chleb, o którym dziś napiszę, pojawił się już w Pracowni Wypieków w ubiegłym roku, ale ilość komentarzy, jakie zgromadził sprawiła, że postanowiłam wspomnieć o nim raz jeszcze.
Po pierwsze, to nadal mój ulubiony wypiek. Można powiedzieć, że specjalność zakładu ;-) W jego przygotowaniu doszłam już do perfekcji i bez względu na ilość i rodzaje innych chlebów, jakie piekę, do tego zawsze wracam.
W zależności od nastroju, zmieniam proporcje mąki pszennej, część zastępując orkiszową albo pełnoziarnistą. Czasami dodaję do niego kminek, ale najczęściej piekę go w wersji podstawowej.
Na początku piekłam go w keksówkach, dziś najchętniej sięgam po gliniany garnek, o którym dużo pisałam tutaj i nawet jeśli dzielę się z kimś chlebem - kroję go po prostu na pół. Chleb z tego garnka moim zdaniem jest rustykalny i piękny.
Do upieczenia tego chleba niezbędny jest zakwas.
I tu, podobnie jak w przypadku mojego ulubionego chleba, post o zakwasie zebrał kilkadziesiąt komentarzy. Początkowo chciałam zebrać wszystkie pytania, które padły w komentarzach, jednak później uznałam, że lepiej będzie, jeśli jeszcze raz, krok po kroku wszystko pokażę i wyjaśnię.

Przy okazji chciałabym polecić wszystkim, którzy chcą piec w domu, zakup wagi. Bardzo często jestem pytana w mailach i komentarzach o przeliczanie gram na szklanki. Tych pytań jest tak dużo, iż naprawdę nie jestem w stanie za każdym razem na nie odpowiadać, ponieważ do odmierzania składników używam wagi. Jest to najlepsza i najbardziej precyzyjna metoda na to, by uniknąć niespodzianek. Pieczenie to chemia i proporcje są niezwykle ważne, przynajmniej na początku naszej przygody z domowym wypiekiem chleba.
Na rynku mamy bardzo duży wybór wag, które zajmują mało miejsca i nie kosztują zbyt wiele.

Dla tych wszystkich, którzy do mnie piszą w sprawie zakwasu, przygotowałam niespodziankę - zrobiłam nowy zakwas żytni, dokumentując każdy krok, przeliczając wszystko zarówno na gramy, jak i szklanki.
Na koniec na tym nowym zakwasie upiekłam chleb, oczywiście Ulubiony. Tym razem jednak pominęłam drożdże, udowadniając tym samym, że w cztery dni można wyhodować zakwas i zacząć na nim piec najprawdziwszy chleb bez drożdży.
Pilnowałam czasu, ważyłam, mierzyłam, robiłam zdjęcia i pisałam. Fotorelację znajdziecie tutaj.
Mam nadzieję, że dzięki mojej pracy, wielu z Was odważy się na wstawienie zarówno zakwasu, jak i upieczenie chleba. Może uda nam się wskrzesić dawne polskie tradycje pieczenia chleba słynnego na cały świat. Jeśli mi nie wierzycie, zajrzyjcie do amerykańskich książek kucharskich i poczytajcie opinie o tym, gdzie piekło się najprawdziwszy i najlepszy chleb :-)

Chleb pszenno-żytni na zakwasie
Rye and wheat sourdough bread
Źródło: Jeffrey Hamelman

Zaczyn:
360 g mąki żytniej chlebowej (typ 720)
300 g wody
20 g zakwasu żytniego

Ciasto właściwe:
230 g mąki żytniej
300 g mąki pszennej
400 g wody
1 płaska łyżka soli morskiej (jeśli używamy soli zwykłej, należy dać jej mniej)
3 g drożdży suszonych instant (=1 łyżeczka), używam drożdży dr Oetkera lub drożdży Lesafre
Zaczyn

Wieczorem, przed pójściem spać:

Składniki zaczynu mieszamy w misce. Nie miksujemy, chodzi tylko o to, żeby wszystko się połączyło.
Miskę przykrywamy ściereczką i zostawiamy na 12-16 godzin. (Zdj. 1)

Następnie:

dodajemy do zaczynu wszystkie pozostałe składniki. Mieszamy dokładnie - może być mikserem, ale nie za długo, tak ok. 5 minut - by składniki się połączyły.

Zostawiamy pod przykryciem na ok. 30-60 minut (Zdj. 2).

Ciasto przekładamy do formy wysmarowanej olejem słonecznikowym i otrębami żytnimi (dzięki temu moje chleby nigdy nie przywierają. Nie smaruję ani masłem, ani oliwą.) (Zdj. 3)

Zostawiamy do wyrośniecia na 50-60 minut. Ja spryskuję wierzch olejem.
Jeśli jest ciepło, zdarza się, że już po 30 minutach ciasto jest wyrośnięte. Na moim zdjęciu (Zdj. 4) wyglądało tak po ok. 40 minutach.

Piekarnik nagrzewamy do 230 st C.

Wyrośnięte ciasto posypujemy, czym kto lubi. Ja posypuję mąką.
Wstawiamy do piekarnika.
Po 15 minutach zmniejszamy temperaturę do 220 st C. Jesli chleb zbyt szybko się rumieni, przykrwamy go folią aluminiową. Dopiekamy 30-40 minut.
Po upieczeniu wyjmujemy koniecznie z blaszki i dokładnie studzimy. Nie kroimy gorącego chleba (potem jest lepszy, naprawdę :-)

Smacznego!
Krok po kroku wraz z pieczenia tego chleba znajduje się w Pracowni Wypieków. Zapraszam.

2009-02-08

Bułeczki z Nutellą



Jest coś kojącego w jedzeniu ciepłych bułeczek wypełnionych Nutellą. O tej porze roku, wieczorem, otulona kocem, z Córką pod pachą, czytam książkę.
A właściwie oglądam.
Życie i twórczość Annie Leibovitz*.
Annie Leibovitz powiedziała, że jej twórczość i życie prywatne są jednym. Przenikają się nawzajem, kreują rzeczywistość i twórczość. Kończy się jedno, by zaraz zaczęło się drugie.
Tym, którzy nie wiedzą, powiem, że Leibovitz przez wiele lat żyła z Susan Sontag. W wieku 51 lat postanowiła zostać matką i urodziła pierwszą z trzech córek, Sarę.
Zdjęcia w książce ukazują zarówno fotografie znanych osób, np. to przedstawiające ciężarną Demi Moore, jak i bardzo intymne sceny z życia fotografki. Widzimy więc zarówno jej bliskich, jak i ją samą widzianą oczami Susan. Zdjęcia odarte są z obróbki komputerowej. Pokazują smutek, radość, cierpienie. Kolejne stadia choroby Sontag, która zmarła na raka w 2004 roku, ale też nowonarodzone bliźnięta Annie. W książce zestawiono kolejne etapy życia, proste chwile, narodziny, chorobę, śmierć czy zabawę.
Książka jest szokująca.
W swej prawdziwości. Dotknęła mnie i wzruszyła.
I w takich chwilach jeszcze bardziej doceniam to, co mam. Życie.

Poprawiam frędzle na kocu, tulę dziecko, patrzę przez okno i widzę księżyc. Od zawsze i na zawsze ten sam.
W takich chwilach każdy kęs jedzenia smakuje bardziej niż wczoraj.



Bułeczki z Nutellą

Źródło przepisu: Kochtopf

250 g mąki
1 łyżeczka glutenu (opcjonalnie)
1 łyżka cukru
1 łyżeczka cukru waniliowego
1/2 łyżeczki soli
30 g masła, miękkiego
7 g świeżych drożdży
70 g wody, ciepłej
1 jajko

Nadzienie:
100 g Nutelli
50 g sera Philadelphia light

Do posmarowania:
2 łyżeczki śmietany

Drożdże rozpuścić w wodzie. Wymieszać mąkę z drożdżami i pozostałymi składnikami. Wymieszać (można mikserem na małych obrotach przez 3 minuty, następnie na wyższych obrotach przez 7 minut do czasu aż ciasto będzie elastyczne i gładkie). Przełożyć do wysmarowanej oliwą miski, obrócić ciasto tak, by delikatnie pokryło się oliwą. Przykryć i odstawić w ciepłe miejsce do czasu aż podwoi objętość (ok. 1 godziny).

Wymieszać dokładnie Nutellę i ser.

Podzielić ciasto na 8 części. Rozwałkować każdą część na prostokąt, posmarować Nutellą, zwinąć i uformować obwarzanek. Przełożyć do wysmarowanej formy (np na mufinki). Przykryć i pozwolić wyrastać przez ok. 1 godzinę.

Piec na środkowej półce piekarnika rozgrzanego do 200 st C przez 12-15 minut. Wyjąć z piekarnika i posmarować śmietaną. Ostudzić na kuchennej kratce.

Smacznego!


* * * * *


E N G L I S H P L E A S E

Nutella Rolls
Recipe taken from: Kochtopf

250 g flour
1 tsp gluten (optional)
1 tbs sugar
1 tsp vanilla sugar
1/2 tsp salt
30 g butter, softened
7 g fresh yeast
70 g water, lukewarm
1 egg

Filling
100 g Nutella
50 g Philadelphia Cream Cheese light

Glaze
2 tsp cream

Dissolve yeast in some water. Mix flour dissolved yeast and rest of the ingredients mix on low speed 1.5 (Bosch MUM 8) for 3 minutes. Mix another 7 minutes on a higher speed 2 (Bosch MUM 8)until it is smooth and elastic. Place the dough in a greased bowl, turning it once to grease the top. Cover and allow the dough to rise in a warm, draft free place until double in bulk (approximately one hour).

Mix well Nutella and Cream Cheese.

Divide dough in 8 pieces. Roll out dough to thin rectangle and Spread with Nutella mixture. Roll it up and form a ring. Transfer into the greased pan. Cover and let rise for about one hour.

Bake in the middle of the 200 C oven for 12-15 minutes. Remove from pan and brush immediately with cream. Let cool on a wire rack.



*A Photographer's Life
1990-2005
Photographed by Annie Leibovitz

2009-02-05

Tarte tatin na cieście francuskim


Przygotowanie tej tarty zajmie Wam (z zegarkiem w ręku!) 30 minut.
Efekt jest niewspółmierny do ilości włożonej pracy, zapewniam.
Gotowe ciasto francuskie należy do produktów, które zawsze mam w lodówce ponieważ dzięki niemu w pół godziny można zrobić przekąskę lub deser. Lubię korzystać z niego w sytuacjach, kiedy mam niespodziewanych gości lub wtedy, kiedy "zjadłabym coś, a nie chce mi się gotować".
Jeśli jesteście zainteresowani tradycyjną tartą tatin na kruchym spodzie, zapraszam do Pracowni Wypieków, gdzie kiedyś krok po kroku objaśniałam, jak wykonać ten pyszny deser.
Jeśli nie macie stalowej patelni (koniecznie ze stalową rączką), jabłka można przełożyć do formy i w niej piec tartę.
Niezależnie od sposobu pieczenia czy też rodzaju ciasta użytego do tego wypieku, tarte tatin jest zawsze pyszna. W moim domu należy do deserów, których powodzenie nigdy się nie kończy.
Polecam!

Tarte tatin na cieście francuskim
Tarte tatin on puff pastry

3-4 jabłka (np. szara reneta, antonówka)
50 g masła
100 g cukru
1 łyżeczka przyprawy do pierników (opcjonalnie, ale warto)
1 op. ciasta francuskiego o wadze 270-300 g

Piekarnik nagrzewamy do 200 st C.
Jabłka obieramy, kroimy na ćwiartki, wykrawamy gniazda nasienne.
Na stalowej patelni podgrzewamy masło z cukrem. Mieszamy do czasu aż powstanie karmel (zajmuje to ok. 5-7 minut).
Dodajemy ćwiartki jabłek, podsmażamy je z obu stron przez ok. 3-5 minut.
Kiedy pokryją się karmelem i delikatnie zmiękną, rozwałkowujemy ciasto francuskie i układamy je na wierzchu jabłek - musimy to zrobić dosyć szybko, by ciasto nie zdążyło topić się pod wpływem ciepła jabłek. Można też zestawić jabłka z ognia i ostudzić i dopiero wówczas kłaść na nich ciasto.
Brzegi ciasta podwijamy delikatnie pod jabłka, wstawiamy do piekarnika i pieczemy 15-20 minut. Ciasto powinno być rumiane, ale niezbyt spieczone.
Po upieczeniu jednym ruchem odwracamy patelnię do góry nogami i przekładamy ciasto na talerz.
Najlepiej smakuje z lodami waniliowymi, jeszcze ciepłe.
Smacznego!

Inne szybkie przepisy z gotowym ciastem francuskim:
Francuskie trójkąty z prażonymi jabłkami
Kwadraty ze śliwkami
Tartaletki z jabłkami
Tartaletki z serem kozim i łososiem

2009-02-04

Klapsa czy Konferencja?



Mało piszę o polskich książkach kulinarnych. Bo mało jest takich, które szczególnie przypadają mi do gustu.
Dlatego z wielką radością witam te, które są oryginalne, inne, innowacyjne. Te, które są po prostu "jakieś".
"Wyłącz telewizor - włącz piekarnik! Upiecz pierwsze ciasto w życiu i zaskocz swoją drugą połowę! Zostań stałym klientem najbliższego warzywniaka! Zroluj sushi z przyjaciółmi i turlaj się ze śmiechu! Sprawdź, czy trawa cytrynowa jest cytrynowa! I czy tofu jest naprawdę fu? Czy trzeba mieć kokosy, żeby kupić mleko kokosowe?
Sprawdź, jak jeść i nie zostać zjedzonym!"*


No więc sprawdziłam!
Zacznę od tego, że bardzo podoba mi się szata graficzna tej książki. Są dwie wersje okładek - dla niej i dla niego. Jestem chyba nietypową "nią", bo wybieram szary zamiast niebieskiego ;-)
Moje pierwsze skojarzenie, kiedy wzięłam ją do ręki, to książeczki dla dzieci z lat osiemdziesiątych. Dla mnie to miłe skojarzenie, bo do dziecięcej literatury z tamtego okresu mam spory sentyment.
Książka jest wydrukowana na matowym (hura!) papierze, z wieloma obrazkami zamiast zdjęć, które są w mniejszości.
Przepisy podzielono na kilkanaście kategorii (Między innymi: Parapetówka, Rodzice na obiedzie, La dolce vita, Makarony, Zupy, Zdrowa żywność, Jako tako po japońsku, Wspólne śniadania, Majówka oraz: Olej to!)
Czcionka i układ przepisów jest bardzo przejrzysty - spokojnie można czytać składniki podczas pichcenia czy zaznaczyć sobie ulubione receptury wstążeczkami-zakładkami (których, nawiasem mówiąc, nigdy nie mam dość.)

Książkę napisały cztery przyjaciółki. Każda inna, każda z charakterem. I takie są testy wprowadzające przed każdym rozdziałem, które są jak kartki z ich pamiętników:
"Pod koniec kwietnia nad miastem zaczyna unosić się delikatna mgiełka wspólnego snu jej mieszkańców, a z dnia na dzień coraz wyraźniej materializują się magiczne słowa elektryzujące wszystkich mieszczuchów: "Długi weekend". Mój sąsiad już wymył samochód, pani Ania z pierwszego piętra wykupiła wszystkie nasiona rzodkiewki z osiedlowego sklepiku, Jola ostrzygła już swojego sznaucera olbrzyma. Mam nieodparte wrażenie, że cała Polska odlicza już dni do rozpoczęcia wielkiego pikniku: 3, 2, 1, 0 start!"*

Bardzo lubimy takie obserwacje dnia codziennego, napisane dowcipnym językiem. I lubimy przepisy - łatwe, proste, ale z pomysłem. I bez czerwonego mięsa. Zamiast mięsa są ryby. I tofu. I duża różnorodność.

W ciągu kilku dni wypróbowałam cztery przepisy - na ciasto bananowe (radzę dać trochę więcej mąki), zupę soczewicową, tartę ze śliwkami oraz... tartę z gruszką i serem pleśniowym, która wyszła koncertowo.
Jedyne zastrzeżenie, jakie mam, to brak precyzji w niektórych przepisach - jaka forma, temperatura piekarnika czy czas pieczenia. Ktoś, kto ma jakiekolwiek doświadczenie w kuchni, na pewno sobie z tym poradzi, choć osobiście wolałabym mieć bardziej precyzyjne wytyczne.
Szkoda, że ta książka nie jest dostępna we wszystkich sklepach. Zapewne nakład jest niewielki, więc spieszcie się ją kupić. Jutro może być za późno, a warto!


Tarta z gruszką i serem pleśniowym
The tart with pear and blue cheese

Ciasto kruche:
2 szklanki mąki
3/4 kostki masła
1 jajko
sól
kilka łyżek zimnej wody

Składniki ciasta połączyć aż powstanie gladkie ciasto. Ja użyłam do tego celu blendera.

Nadzienie:
3 gruszki
25 dag sera pleśniowego (może być rokpol)
duża garść wyłuskanych orzechów włoskich
250 ml śmietany 12 %
1 jajko
łyżka mąki
sól
pieprz
gałka muszkatołowa

Ciastem wyłożyć formę do tarty i podpiec je. (ja piekłam w temp. 180 st C przez 15 minut).
Gruszki obrać i pokroić, ułożyć je na podpieczonym spodzie. Posypać pokruszonym serem. Śmietanę wymieszać z mąką, jajkiem, doprawić solą, pieprzem i gałką i wylać na gruszki.
Wszystko posypać pokruszonymi orzechami.
Wstawić do nagrzanego piekarnika (ja piekłam w 180 st C.przyp. L) i piec 20-25 minut.

Smacznego!
*Cytaty pochodzą z:
Klapsa czy konferencja? Czyli o tym jak jeść i nie zostać zjedzonym
Joanna Jakubowicz, Magdalena Ponagajbo, Joanna Dziurewicz, Paulina Sieniarska
wydawnictwo: Bonobo, 2008
Książka kosztuje 48 PLN
Znalazłam jednak ją dużo taniej w sklepie Mareno

2009-02-02

Gościnny Post: Suflet czekoladowy i lody bazyliowe

Kiedy po raz pierwszy spotkałam się z Gościnnymi Postami /Guest Posts/na angielskojęzycznych blogach pomyślałam, że to piękna idea. To jak zaproszenie do naszej kuchni kogoś, kto gotuje tak pysznie, że jesteśmy głodni na sam widok tego, co prezentuje na blogu. Patrycja pisze w sposób bliski memu sercu, a jej wrażliwość i dania, które pokazuje zawsze sprawiają, że mam ochotę zostawiać w komentarzach same ochy i achy. To, co Ją wyróżnia spośród innych, to gotowanie zgodne z zasadami Metody Montignac oraz Kuchni Pięciu Przemian, według której i ja kiedyś gotowałam. Stąd wiem, jak trudno w dzisiejszych czasach i o tej porze roku trzymać się wyznaczonego kursu.
Zaprosiłam Ją do White Plate. Zgodziła się :-)
Oddaję Jej zatem głos i polecam gorąco odwiedziny Trufli
.
Patrycjo, jeszcze raz bardzo dziękuję za przyjęcie mojego zaproszenia!

* * * * *

Zaproszenie Liski do gościnnego u niej gotowania sprawiło mi niewysłowioną radość.
Nie tylko dlatego, że jestem tu stałym, codziennym bywalcem, że jej zdjęcia wprawiają mnie w zdumienie, że podziwiam jej dążenie do doskonalenia swojej pasji.
Ale również dlatego, że lubię aurę, którą tworzy - delikatność, ciepło, które biją z tego bloga.
Za celebrowanie tu zapomnianych już wartości - szacunku dla tradycji, wyrozumiałości dla ludzkich słabości, otwartości na drugiego czlowieka, pokory.
Czy wszystko to można wyczytać jednynie między tymi apetycznymi wierszami?
Hmm, wydaje mi się że można:-)

Lisko, dziękuję Ci raz jeszcze za zaproszenie.
I za zmobilizowanie mnie do napisania o moim sposobie odżywiania / gotowania :-)

Często jestem pytana, czemu gotuję tak jak gotuję, nie jem cukru, białej, rafinowanej mąki, przetworzonej żywności z długą listą „bonusów" i w dodatku zawracam sobie głowę jakąś kolejnością w dodawaniu do siebie produktów.
Nie lubię prawić kazań, ani przekonywać, że mój punkt widzenia / sposób postępowania jest jedynym słusznym, więc postaram się, by było krótko.
A potem pysznie:)
Moja kuchnia jest jaka jest z kilku powodów. A źrodło tego zaczyna się w moim dzieciństwie – odkąd pamiętam, moja Mama interesowała się akupunkturą, później refleksologią (co w rezultacie stało się jej zawodem). Odkąd pamiętam, otaczały mnie mapy stóp, dłoni, z oznaczonymi meridianami i punktami akupresurowymi, książki o Medycynie Chińskiej oraz Ayurwedzie.
Gdy dorosłam, na poważnie zainteresowałam się również Metodą Montignac.
Dlatego też wiem, że cukier to nie jest „samo zdrowie".
Nie tylko dlatego, że psuje zęby, powoduje otyłość, czy cukrzycę, ale np. osłabia odporność organizmu na tyle silnie, by powodować „dziury" w systemie immunologicznym, silnie zakwasza i wychładza organizm.
I że można a nawet trzeba bez niego żyć. I nie będzie to życie gorzkie i ubogie.
Dlatego też wiem, że polerowana, wybielona mąka ma się tak do pełnej, z ekologicznych gospodarstw, jak plastik do szlachetnego drewna.
I nie daję sobie wmówić, że cukier, sól, skrobia i inne „bonusy" włożone przez producenta do puszki groszku / kukurydzy / fasoli są mi niezbędne.
Wybieram te nie „polepszane". Gdy chcę dosolę, gdy potrzebuję, posłodzę...
Patrzę na otaczającą mnie naturę i widzę harmonię we wszystkim, co stworzyła. Wszystko ma swój cykl i rytm. Wiosna przemienia się w lato, dzień w noc.
Pięć Przemian to zasada odzwierciedlająca tę harmonię. Smaki następują po sobie i wzajemnie się uzupełniają.
Dlatego dla mnie łączenie pokarmów, to nie wrzucanie ich jak do śmietnika w przypadkowej kolejności.
Jestem konsekwenta w tym co robię, obalając mit, że zdrowe, wartościowe jedzenie jest nijakie, niesmaczne, szare.
Tymczasem, jeśli tylko zechcemy jest ...
Wyrafinowane.
Delikatne.
Pikantne.
Zmysłowe.
Piękne.

Przepyszny suflet czekoladowy bez mąki oraz lody bazyliowe jadłam kiedyś w restauracji Poezja w Warszawie.
Poniższy przepis to moja wariacja na temat tego deseru.
Przepis na suflet powstał z analizy różnych przepisów, aż doszłam do tego, który mi odpowiada.
Lody bazyliowe to mocno modyfikowany przepis na lody kokosowe z "Vatch's thai kitchen" Vatch'a Bhumichitr'a.

Może to zabrzmi dziwnie (jak na deser, który powinien być spożywany jedynie na ciepło), ale ten suflet, nawet zimny, jest pyszny.
Lody bazyliowe natomiast jedzą się same. Może wydawać się, że bazylia i lody to dziwne połączenie, ale z czekoladą smakują po prostu nieziemsko.
Smacznego!
Oba przepisy zgodne z KPP oraz MM.



Suflet czekoladowy

75g najlepszej jakości czekolady, o zawartości 70 - 75% ziarna kakaowego (używam Lindt 70%, ew. Menier Patissier 74%)
40ml śmietanki tortowej lub kremówki (wg. uznania)
1 żółtko
3 białka
40g fruktozy
15g kakao w proszku
1-2 szczypty chili lub cayenne (wszystko zależy o jakiej mocy chili użyjemy)
1 szczypta soli
½ łyżeczki soku z cytryny

3-4 ramekiny (w zależności od wielkości jajek - białek, oraz rodzaju czekolady) wysmarować masłem i oprószyć fruktozą, odstawić.
Czekoladę rozpuścić na parze.
Wlewać śmietanę cienką, jednostajną strużką (ciągle mieszając trzepaczką balonową), do momentu, gdy połączy się z czekoladą.
Wciąż mieszając, dodać fruktozę, dokładnie wymieszać.
Zdjąć z ognia i natychmiast wtrzepać żółtko.
Mieszać do uzyskania jedwabistej konsystencji.
Oprószyć chili i dokładnie wymieszać.
Oprószyć szczyptą soli i ponownie wymieszać.
Dodać sok cytrynowy, wymieszać.
Przesiać kakao i dokładnie wymieszać.
Białka ubić ze szczyptą soli na sztywną pianę.
Do masy czekoladowej dodać połowę piany i dokładnie, acz delikatnie wymieszać (łyżką lub jeszcze lepiej silikonową szpatułką).
Gdy mieszana masa stanie się jednolita, dodać resztę piany i dokładnie, delikatnie wymieszać.
Ramekiny napełniać masą do brzegów.
Piec ok. 20 minut w 180 st.C
Podawać natychmiast.




Lody bazyliowe

300ml mleka pełnotłustego
150ml śmietanki tortowej lub kremówki (wg. uznania)
70g fruktozy
2 szczypty imbiru
1 szczypta soli
sok z 1/4 limonki
2 garście (20g) umytych i osuszonych liści bazylii
2 jajka

Jajka roztrzepać w misce, odstawić.

W stalowym rondlu o grubym dnie, wymieszać mleko z fruktozą oraz śmietanką.
Postawić na średnim ogniu, dodać imbir, wymieszać.
Po chwili dodać sól, wymieszać.
Wlać sok z limonki, ponownie wymieszać.
Dodać liście bazylii, całość zmiksować.
Mleko doprowadzić do wrzenia i natychmiast zdjąć z ognia.
Lekko przestudzić. Gdy letnie, stopniowo wlewać do miski z jajkami, jednocześnie mieszając trzepaczką balonową.
Całość ostudzić i przelać do plastikowego pojemnika na żywność, włożyć do zamrażarki na kilka godzin lub najlepiej na noc.
Po tym czasie, wyjąć z pojemnika, posiekać nożem i zmielić blenderem na gładką masę.
Ponownie przełożyć do pojemnika i mrozić kilka godzin, aż masa stężeje.
Aby osiągnąć bardziej kremową konsystencję należy lody ponownie posiekać, zmiksować i jeszcze raz zamrozić.

Smacznego!