

Lubię pielęgnować małe rocznice.
Pierwsze wyprawy tramwajem do księgarni oddalonej o dwa przystanki od domu, pierwsza samodzielnie uszyta poduszka na igły, którą w wieku sześciu lat przytargałam z ZPT na Dzień Matki.
Czasem celebruję jakieś głupoty, nic nie znaczące wydarzenia. Zapominam o ważnych sprawach, spotkaniach, a pamiętam o dniu, w którym kupiłam maszynę do pieczenia chleba. Może jest też tak, że te małe, z pozoru nieważne rzeczy, są jak pojedyncza kostka domina, która popycha do działania milion pozostałych, nadając im jakiś sens i wymiar.
Dziś moja pierwsza chlebowa maszyna przeszła na zasłużoną emeryturę (choć z pewnością i rentę by dostała, bo ledwo zipie i dyszy, i stęka;D, a na jej miejsce pojawiła się zupełnie nowa - młoda i ambitna, głodna wyzwań i zadań specjalnych. Nie wie jeszcze, co ją czeka, ale jak każdy młodzieniec rozpoczynający swoją pierwszą pracę, gotowa jest na wszystko. Chętna do pracy po nocach, bez wynagrodzenia za nadgodziny i przepracowane niedziele i dni wolne od pracy.
Kiedy ktoś mnie pyta o to, czy potrzebuje maszyny, by piec chleb, zgodnie z prawdą odpowiadam - nie, nie potrzebujesz. Bo chleb można zrobić przy pomocy rąk. Albo miski i drewnianej łyżki czy miksera.
Jednak w moim przypadku pojawienie się maszyny w domu zmieniło moje życie. Może zabrzmi to kuriozalnie, ale prawie pięć lat temu, piekąc wielkie, gniotowate chleby, albo puszyste i wyrośnięte niemiłosiernie od nadmiaru drożdży, połknęłam bakcyla i odkryłam pasję, która nie przemija, a wciąż mnie cieszy i bawi. Od tamtej pory upiekłam setki chlebów. Bywało, że piekłam kilka dziennie dla wszystkich, którzy choćby mrugnięciem oka wyrażali chęć otrzymania bochenka. Szukałam tylko pretekstu ;)
Pomyśleć, że kiedy pierwszy raz zobaczyłam takie urządzenie w sklepie, zadałam sobie jedno pytanie: Kto to kupi? I po co?
A więc z okazji emerytury mojej starej maszyny i pierwszego dnia nowej, postanowiłam uczcić to wydarzenie jednym z najprostszych i najszybszych wypieków - chlebem mlecznym.
Kiedy wieczorem wróciłam do domu, upiekłam malutki bochenek, który pokroiłam w kromki i w wiklinowym koszyku wyniosłam na ławkę. I nim poszłyśmy z córką na rower, smarowałyśmy kromki masłem i dżemem truskawkowym.
Po przepis zapraszam do Pracowni Wypieków.
13 komentarzy:
Pięknie opisałaś Lisko :)) Twoja pasja jest cudna, chciałabym też kiedyś tak móc powiedziec o sobie i moich chlebkach.Póki co jeszcze się uczę :))
Taki chlebuś z koszyczka jedzony z dzieckiem to wspaniała rzecz:)
Pozdrawiam ciepło :)
świeży chleb z masłem i dżemem uwielbiam i ja
dżem koniecznie domowy
a gdy i chleb taki.. cudnie
Dajesz czadu, Lisko! Jedna maszyna do chleba na pięć lat... Musiałaś ją wymęczyć :)
Tez lubię takie drobne świętowanie. Ostatnio świętowałam rocznicę wycięcia wyrostka ;)
Tak, te pierwsze razy sa wazne w zyciu...dla mnie tez, a maszyne kupilam dopiero niedawno i wlasciwie traktuje ja jako sprzet na sytuacje awaryjne.
Ja zaczelam pieczenie chleba od miski i rąk...czasem miksera, i tak jak Dan Lepard uwazam ze cenny jest ten kontakt rak piekarza i ciasta...
Pozdrawiam.
Lisko czekam na to, kiedy zaczniesz pisać książki. Będą bestsellerami. Poza tym książki mają swój nieodparty urok i mnóstwo ukrytych wartości tak jak wszystko co robisz na tym blogu i czym się z nami dzielisz. Dziękuję.
Jagoda
mnie tez zawsze pytają (gdy mówię, ze piekę chleb lub go ich częstuję):"a masz ta maszynę?"
uśmiecham sie wtedy i mówię, nie nie potrzebuję jej, ona ułatwia życie, wyrabianie ciasta, ale mi wystarczą moje łapki i serducho :)
p.s. gratuluje nowej zabawki ;)
dolączam się do zdania Jagody - zdecydowanie powinnas wydac ksiażkę! nawet zbierając teksty i przepisy z bloga. i mowię to obiektywnie, nie tylko jako wierna i zachwycona ciągle i wciąż czytelniczka.
Ależ miło czytało mi się ten wpis...
Kromeczkę, poproszę :-)
ps. to już 5 lat? niemożliwe!
A ja czekam aż pojawią się tutaj pierwsze truskawki ;)
Pięknie to wszytsko opowiedziałaś i napisałaś:)
Podoba mi się ta twoja pozłacana? łyżeczka;)
I wogóle tak miło się czyta Twojego bloga:)
Dziewczyny, dzięki za miłe słowa.
Bez przesady z tą książką! Myślę, że to wszystko ulotne chwile, które liczą się tu i teraz, jak mgnienia wiosny.
Luna,
tak to już 5 lat. Minęło niewiadomo kiedy...
A maszyna naprawdę jest nieźle wyeksplowatowana, choć cieszę się, bo znalazła azyl, gdzie wciąż będzie pracować (zapewne tylko na część etatu ;)
JG,
truskawki będą i to w najbliżsszym poście :)
Kass,
myślę, że Lepard ma rację, ale też cieszę się, że są maszyny czy też mikser, kiedy muszę zagnieść ciasto na brioche i wtłoczyć do niego pół kg masła. Albo kiedy naprawdę nic mi się nie chce (tylko jeść).
Ja właściwie lubię tak i tak. Myślałam, że jak się stara zużyje, zupełnie zrezygnuję z maszyny, ale używam jej tak często, że odczułabym jej brak.
dziękuję Wam wszystkim za czytanie i ciepłe słowa...
Ale jakże miło wracać do takich ulotnych chwil...choćby na papierze :)
Prześlij komentarz