2007-09-04

Spacer po przedwojennych warszawskich cukierniach, część 1

Każdy z nas ma sentyment do miejsc. Miejsca, zwłaszcza te związane z miłymi wspomnieniami, łączą się z zapachami, smakami, kolorami. Nie wiem, dlaczego, ale od dłuższego czasu w moim sercu zagościła stara, przedwojenna Warszawa. I mimo iż nie pamiętam wielu opowieści moich Dziadków z okresu wojny, moja miłość do tego miasta narodziła się pewnego dnia, kiedy spacerowałam po ulicy Wilczej i na starych bramach widziałam ślady po kulach. Odwiedzałam stare klatki schodowe z pięknie zachowaną przedwojenną podłogą, podziwiałam architekturę, a raczej jej pozostałości.
Nie jestem zwolenniczką odbudowywania starych rzeczy. Tego, co odeszło, nie da się tak po prostu postawić od nowa, bo staje sie wtedy zwykłą atrapą, odrealnioną, niepasującą do czasów współczesnych.
Oglądam dawne fotografie, czytam książki o miejscach, których już nie ma i zastanawiam się, jak wglądałaby Warszawa, gdyby czas był dla niej łaskawszy. Gdyby nasze losy potoczyły się inaczej.

Mniej więcej rok temu przeczytałam bardzo ciekawą książkę Wojciecha Herbaczyńskiego "W dawnych cukierniach i kawiarniach warszawskich". Przyznam, że wczesniej nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bogate tradycje cukiernicze mieliśmy przed wojną. Ilu wspaniałch cukierników, ile fabryk czekolady i kawiarenek, które w nczym nie ustępowały tym wiedeńskim czy włoskim.
Mieliśmy na przykład czekoladziarnie, które wyrabiały kakao, grylaże i czekoladki luksusowe zwane brylantami. Owocarnie zajmowały sie produkcją konfitur, marmolad, konserw owocowych. W cukierniach wyrabiano też cukierki miękkie - pomadki palermo.
Jedną z rodzin cukierników, która miała duże znaczenie już w XIX wieku, była rodzina Semandenich. Bardzo interesujące wydało mi się przygotowanie uczniów do pracy, ponieważ Semandeni sam szkolił przyszłych mistrzów:
"Cztery razy w tygodniu, od piątej do dziewiątej wieczór, uczeń przebywał w szkole. W dni od szkoły wolne - w sklepie. Zajęcia w sklepie polegały na układaniu bombonierek, parzeniu kawy, szykowaniu oranżady, grenadino, mazagranu, kruszonu, orszady, lemoniady itp. Gdy miał jeszcze trochę czasu - ekspediował."/za Herbaczyńskim/
Rodzina Semandenich miała w Warszawie kilka cukierni.
Warto wspomnieć o tym, że już w XIX wieku w Warszawie mieszkało wielu włoskich mistrzow cukiernictwa, takich jak Giovanni Giacomo Lardelli, który w 1902 roku otworzył w Warszawie "Pasticeria di Milano" na ulicy Kruczej. Był to pierwszy w historii tego miasta sklep z wyrobami na wynos, który swoją formą odbiegał od innych cukierenek - wystrój i ubrania pracowników były śnieżnobiałe, ciastka za szklanymi szybami, szczypce do układania ciastek w pudełkach, a wszędzie emblematy firmy przedstawiajace mediolańską katedrę. Pasticeria cieszyła się ogromnm powodzeniem, między innymi dlatego, że sprzedawała nieznane dotychczas mieszkańcom Warszawy słodycze - brioszki, eklery z kremem z żółtkami (warszawskie były z bitą śmietaną), tartaletki z owocami, herbatniki deserowe, ciasta do herbaty.
Lardelli z czasem otwierał nowe cukiernie, które były w podobnym, schludnym stylu. Jako pierwszy otworzył też cukiernię wyłącznie dla kobiet - mężczyźni mogli pojawiać się tam tylko w ich towarzystwie.
A wszystko się zaczęło od miodowników - piekarzy toruńskich - ktorzy zaczęli przybywać do Warszawy już w pierwszej połowie XVI wieku, którzy upodobali sobie ulicę, zwana wówczas Przeczną, a dziś Miodową :-) Tam mieszkali, budując dwory z ogrodami, a także browary i słodownie. W tamtych czasach slodzono wyłącznie miodem, gdyż cukier buraczany pojawił się w Polsce w 1802 roku. Na początku był towarem luksusowym i sprzedawano go w aptekach. Ponieważ był drogi, w domach trzymano go w zamykanych na kluczyk cukiernicach - kto z nas nie miał w ręku starej cukiernicy tego typu?
Zanim pojawiły się w Polsce cukiernie i kawiarnie, do Polski przybył osobisty cukiernik króla Jana Sobieskiego, któremu władze miejskie Wiednia nadały przywilej otworzenia w Warszawie pierwszej kawiarni, która powstała w 1683 roku i nosiła nazwę "Pod niebieską butelką", która cieszyła się ogromnym powodzeniem, a słynęła z bardzo dobrej tureckiej kawy.
C.D.N.

13 komentarzy:

Tatter pisze...

Bede czekala na nastepne czesci Twego spaceru po cukierniach...

Ela pisze...

Lisko piszesz tak, ze poczulam sie jakbym tam byla i widziala wszystko na wlasne oczy...

margot pisze...

Czytałam tego jak zauroczona ,Lisko ciąg dalszy poproszę

Liska pisze...

Ślicznie dziękuję za miłe słowa :-)

nougatine83 pisze...

Lisko, ja również czytałam tę książkę i podzielam Twój zachwyt. Mam w domu mnośtwo pozycji dotyczących obyczajów i zwykłego życia w przedwojennej Polsce, ale nie tylko. Bardzo miło czytało się Twój wpis. Kiedyś i ja zamieszczałam takie perełki. Zaniedbałam się, trzeba będzie to naprawić :)

Liska pisze...

Nougatine - wiem, że zamieszczałaś! Pod Twoim wpływem zamówiłam "Hotel Sacher", ale niestety jeszcze nie dotarł. Skorzystam z okazji i zapytam, jakie książki polecasz?

miszam pisze...

Witaj, Lisko,
a czy znasz Olgierda Budrewicza "Opowieść pachnącą czekoladą"?
Jest to przepięknie ilustrowana historia Wedla.

Liska pisze...

Miszam, znam, oczywiście, że znam :) Bardzo miło się ją czyta i ogląda.

miszam pisze...

Podejrzewałam, że znasz :)
Bardzo smakowity jest Twój blog, piękne zdjęcia i fantastyczne przepisy! Jak zawsze:)

Adrianna pisze...

szukałam opisu słodkosci zwanej Palermo i trafiłam do ciebie:) dziś u mnie jeden z opisów Herbaczyńskiego cukierni Lourse'a.

sam opis wystarczy za deser.

Liska pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Liska pisze...

Adrianno, chętnie zajrzę. Podasz mi adres? I dziękuję za odwiedziny :)

Adrianna pisze...

no tak, nie przedstawiłam się.
to nie blox:)

swiatzielonookiej.blox.pl
:D