2012-02-01

Irlandia






Autobus wytacza się z Dublina. Mijam zielone pola pełne płytkich kałuż.
Owce pochlapane niebieską i czerwoną farbą. Osiołki i samotne drzewa.
Jestem tu pierwszy raz. Po kilku pochmurnych dniach wyszło słońce.
Jak dobrze jest móc pogadać do czwartej nad ranem, popijać waniliową herbatę, ze szklanego słoja wyjadać domową granolę.
Do przeczytania wkrótce!

2012-01-25

Nowe



Wspinam się po schodach przedwojennej kamienicy. Ściany klatki schodowej odmalowano wieki temu olejną farbą w kolorze żółtka. Mijam kwiatki w doniczkach - tu moda na retro trwa od zawsze - pokrzywki, paprotki i zielistki. Na parapecie butelka z zielonkawą wodą. Gdyby ktoś miał ochotę w drodze z pracy podlać nędzne rośliny, ma okazję zamienić się na chwilę w miejskiego ogrodnika.
Zdejmuję z karniszy stare zasłony i patrzę na dwie lipy, których gałęzie prawie dotykają moich okien. Liczę na to, że latem są schronieniem dla ptasich sąsiadów i będę mogła cieszyć się trelami o świcie.
Oswajanie nowych miejsc, rozpakowywanie pudeł, szukanie miejsca dla rzeczy. Książki, które nigdy się nie kończą.
Zmęczona zasypiam o trzeciej nad ranem.
Zawsze chciałam mieszkać w starej kamienicy. Miejscu z historią, którego ślady można odnaleźć na starych pocztówkach i w pożółkłych dokumentach.

Minie trochę dni zanim wszystko rozpakuję i będę mogła zacząć gotować i dzielić się z Wami przepisami. Poczekacie na mnie?
Dobrego dnia!
L.


2012-01-20

Piernik owsiany



Przeprowadzka z jednego mieszkania do drugiego to dla mnie nie lada wyzwanie.
Ustawiam na podłodze setki szklanek, szklaneczek, stosy serwetek, koszyków.
To mi się przyda, a to już nie.
Przez lata moich poszukiwań gadżetów do fotografowania, nagromadziłam tyle rzeczy, że mogłabym dziś otworzyć magazyn. I zawsze, kiedy mnie ktoś pyta: Gdzie kupiłaś to czy tamto, mam problem.
Nie pamiętam. Może wyszperałam w małym sklepiku obok magazynu z dywanami, do którego zawiózł nas taksówkarz w Maroko.
A może przewiozłam w bagażu podręcznym, bo walizka była tak ciężka od nadmiaru butelek i francuskiego sera, że musiałabym zapłacić nadbagaż.
Albo zobaczyłam u sąsiadki i powiedziałam: Muszę to mieć. Albo koleżanka przywiozła mi z Brazylii Pomyślałam, że ci się spodoba, barman używał tego do wyciskania limonek...
Obracam w dłoniach każdy przedmiot. Niektóre mają historię, jak stary moździerz, który został mi po dziadkach. Fragment sari z Indii, który był obrusem na niejednej niezapomnianej kolacji.
Rzeczy przeniesione z jednego miejsca do drugiego, tracą część swojej historii, zmieniają swoje przeznaczenie.
Jestem beznadziejnym pakowaczem sentymentalnych historii.
Kiedyś, kiedy musiałam uczyć się do egzaminów, otwierałam szuflady, by zrobić w nich porządek. Dziś, zamiast szuflad, mam piekarnik i trochę miodu. Spakowany mikser, kilka garnków i misek. Zawsze jest czas, żeby zrobić ciasto :)


Piernik owsiany

50 g melasy
200 g miodu
80 g masła
80 g cukru
150 ml mleka
50 g drobnych płatków owsianych (albo otręby owsiane)
200 g mąki pszennej
1.5 łyżeczki imbiru
2 łyżeczki przyprawy do piernika (używam Kotanyi)
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
2 jajka (jeśli są bardzo małe, użyć 3)

Nagrzać piekarnik do 180 stopni C.
Keksówkę o długości 26-30 cm posmarować masłem, oprószyć tartą bułką lub mąką.
W rondelku rozpuscić: melasę, masło, miód, cukier i mleko.
Odstawić i ostudzić.

Przesiać do miski: płatki owsiane, makę, zmielony imbir, mieszankę przypraw do piernika i proszek.
Teraz do wszystkich suchych składników wlać mieszankę mokrych i mieszać.
Ciagle mieszając wbijać pojedynczo jaja i mieszać do czasu uzyskania jednolitej masy.
Przełożyć do blaszki i piec 40-50 minut (do momentu aż drewniany patyczek wbity w ciasto po wyjęciu będzie suchy). Pozostawić ciasto w formie aż wystygnie.

Smacznego!

Ciasto można też upiec w formie babki. Czas pieczenia zależy od głębokości blachy.



cdn.
Miłego dnia!

2012-01-14

Moja Warszawa


Kiedy wiatr urywa głowę, niosąc zapach ostatnich kolacji, spaceruję ulicami mojej Warszawy. Zaglądam do bram, przyglądam się domofonom, czytam lokalne ogłoszenia i zakazy.
W takich chwilach trochę żałuję, że nie mam psa, wiernego towarzysza nocnych wędrówek. Miasto jest opustoszałe, nad popękanym asfaltem ulic wirują plastikowe torebki.
Tyle się zmieniło od kiedy byłam małą dziewczynką ukradkiem przebiegającą przez ulicę.
Nie ma kobiet w czapkach z lisa, futrach z nutrii, które miały chronić przed mrozem.
Nie ma miejskich, ośnieżonych górek, z których zjeżdżaliśmy na ciężkich sankach. Ani lodowiska przy szkole. Tęsknym wzrokiem patrzyłam na łyżwy figurowe, a w myślach robiłam potrójny tulup podpatrzony na jakiejś olimpiadzie.
Zima przynosi wspomnienia z dzieciństwa, ostre i wyraźne, pełne szczegółów, smaków, zapachów i dźwięków. Ciepłych pączków wypełnionych wiśniami, piosenek odtwarzanych w nieskończoność z magnetofonu na kasety.
Pamiętam ciężkie książki opatulone szarym, szorstkim papierem, które przynosiłam z biblioteki.
Miasto się zmieniło.
Zaglądam czasem do bram, w których były budki z bułkami z pieczarkami. Wypatruję sklepów z zabawkami, gdzie na wystawie sprzedawca zawsze układał kartki ze złotymi sentencjami: "Żeby lalka nie marzła zimą, należy kupić jej koc".
Sprawdzam, czy jeszcze działa księgarnia, do której pierwszy raz wybrałam się sama tramwajem. Podróż była długa i ekscytująca, choć trwała tylko trzy przystanki.
Lubię to miasto, choć brzydkie i zranione.
Szukam śladów dawnej świetności na klatkach starych kamienic i ze smutkiem patrzę, jak niektóre z nich popadają w ruinę. Chciałabym, żeby były piękne.
Lubię kontrasty - starych, nietkniętych miejsc i nowych kawiarni, gdzie o tej porze roku mogłabym siedzieć bez końca.
Cieszę się, że powstają kolejne, klimatyczne i moje. Może kiedyś będzie okazja, żeby o nich napisać.
Życzę Wam pięknego weekendu. U mnie dziś pączki z wiśniami. Jak za starych czasów.