2013-05-15

Sernik waniliowo-czekoladowy z karmelem


Przeglądam ułożone przez zimę stosy rzeczy. Otwieram szafy i wynoszę z domu kolejne torby z sukienkami, butami, swetrami, które tak lubię, a których nie miałam na sobie od wieków. 
Jednym sprawia przyjemność kolekcjonowanie, moją przyjemnością jest dziś oddawanie. 
Odkrywam książki, które kupiłam i odłożyłam do przeczytania kiedyś tam. I czytam je teraz. 
Ta wiosna jest oczyszczająca. Po ciężkiej i długiej zimie, znowu cieszą mnie małe-wielkie przyjemności. 
Nocne rowerowe przejażdżki przez miasto, przez tunele z kwitnących krzaków. Krople deszczu na twarzy, dziecko zadające wciąż nowe pytania.
Kupiliśmy kolejne worki ziemi, nowe rośliny i bawimy się w uprawę kawy, orzechów ziemnych, oliwek. Można wszystko, choćby na małym balkonie. Pod czułym okiem, w trosce, wszystko w końcu kiełkuje. 
W tym roku dużo czasu spędzamy na zewnątrz, poza domem. Pieczemy ciasta, robimy kanapki i ruszamy w drogę. Macierzyństwo jest jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie przydarzyły mi się w życiu. Możliwość uczestniczenia w życiu drugiego człowieka, który codziennie się zmienia i kształtuje pod naszym wpływem, jest niezwykła. Tak szybko mija czas, przynosząc wciąż coś nowego.




Ostatnimi czasy często gotuję spontanicznie. Robię ciasta bez miksera, jak ten sernik, który zrobiłam po prostu w misce, mieszając wszystkie składniki trzepaczką. I wyszedł :)
Moja ukochana pora roku, za chwilę będą truskawki. Czekam na nie z niecierpliwością, zdarza mi się ulec pokusie i kupić te trochę plastikowe, z ulicznego straganu. Co tam :)



Sernik waniliowo-czekoladowy z karmelem


spód: 
1 żółtko
20 g masła
40 g mąki pszennej
1 łyżeczka cukru pudru

Masa:

500 g sera trzykrotnie mielonego
4 jajka
80 g cukru pudru
ziarenka z 1 laski wanilii
100 g czekolady 64% (lub 70%)

Karmel
2 łyżki brązowego cukru
1/2 łyżki masła
szczypta soli morskiej
2 łyżki śmietany (użyłam 18%)


Najpierw robimy spód:

z podanych składników zagnieść elastyczne ciasto.
Tortownicę o średnicy 18 cm wyłożyć papierem do pieczenia, następnie wylepić ciastem (tylko dno tortownicy).
Piekarnik nagrzać do 180 st C.
Wstawić tortownicę i podpiekać 12-15 minut.

W misce rozbełtać jajka z cukrem pudrem i wanilią. Cały czas mieszając trzepaczką dodawać stopniowo ser. Kiedy masa będzie gładka, odstawić.
W misce umieszczonej na garnku z gotującą się wodą rozpuścić czekoladę.
1/3 masy serowej przełożyć do miski z czekoladą i dokładnie wymieszać.
Na podpieczony spód wyłożyć połowę masy serowej, następnie masę czekoladową, na wierzch resztę masy serowej. Wstawić do piekarnika, zmniejszyć temperaturę do 160 st C.
Na spód piekarnika postawić miseczkę z wodą.
Piec 60-80 minut (sernik jest upieczony, kiedy boki są ścięte, a w środku masa jest delikatnie płynna).
Ostudzić w uchylonym piekarniku.
Następnie schłodzić, najlepiej całą noc.

Karmel:
Na małej patelni rozpuścić cukier, dodać masło, a kiedy masa będzie jednolita, cały czas mieszając dodać śmietanę.
Delikatnie przestudzić, polać wierzch sernika, odstawić aż ostygnie.

Smacznego!



2013-05-13

La Rotisserie i Paweł Oszczyk. Warszawa.

Potrawka z małży świętego Jakuba z kalafiorem i szparagami, marynowana dymka z wanilią i hibiskusem

Rzadko korzystam z zaproszeń restauracji, ale możliwości poznania Pawła Oszczyka, którego uważam za jednego z najwybitniejszych polskich szefów kuchni, nie mogłam sobie odmówić.
Miałam okazję jeść już wcześniej przygotowane przez niego dania, a szczególnie pamiętam to, które zrobił na spotkaniu z prezydentem, na którym miałam przyjemność gościć.
Wiedziałam, że ma opinię utalentowanego fachowca, a do tego człowieka bez nadętego ego.
Byliśmy umówieni w samo południe. Był piękny, majowy dzień, stoliki wystawiono na zewnątrz restauracji, a na skarpie przy Starym Mieście maturzyści wylegiwali się na trawie.
Restaurację La Rotisserie znałam już wcześniej, wiedziałam więc, czego mogę się spodziewać.
To miejsce słynie z eleganckiej, przytulnej atmosfery i zawodowej obsługi. W czasach mojej pracy dla dużych korporacji, na hasło o to, gdzie umieścić zagranicznego (i ważnego) gościa, żeby czuł się komfortowo, zazwyczaj padała nazwa hotelu La Regina, którego restauracja jest częścią.

Grillowany okoń morski z koprem włoskim, bakłażanem i pomidorami



Paweł Oszczyk zaczął pracę w gastronomii 20 lat temu. Doskonale zatem zna polskie realia, ma też okazję obserwować zmieniające się tendencje.
Lubię pytać szefów kuchni o to, w którą stronę zmierza nasza kuchnia, czy jest szansa na reaktywowanie przedwojennych tradycji, skąd brać produkty i jak przyrządzić kaczkę czy rybę. Możliwość czerpania ze źrodła takiej wiedzy jest dla mnie zawsze cenniejsza niż samo zjedzenie choćby najwykwintniejszego posiłku.
Trzeba wyjątkowego talentu, wiedzy i kunsztu, by nowoczesne techniki połączyć z doskonałymi produktami i przyrządzić danie skomponowane a nie przekombinowane. By nie było się czego wstydzić. 
Kuchnia Pawła Oszczyka bez wątpienia należy do tych, które bez kompleksów mogą konkurować z wybitnymi daniami zagranicznych szefów kuchni. Jadłam i u Gordona Ramsaya i u Michela Roux Jr. oraz jego stryja, więc naprawdę poczułam dumę, kiedy na stole pojawiały się kolejne dania.
Nie lubię czytać recenzji restauracji, opisów poszczególnych dań, zatem i Wam ich oszczędzę. 
Mam nadzieję, że zdjęcia powiedzą wiele.
Jeśli będziecie mieli okazję odwiedzić restaurację, zamieńcie słowo z Pawłem Oszczykiem. Inteligentny, sympatyczny człowiek z klasą, z którym można porozmawiać na każdy temat. Spędziłam w restauracji ładnych parę godzin i z przyjemnością będę do niej wracać.


Comber z jagnięciny, ravioli z zielonym groszkiem, czosnkiem niedźwiedzim, młode warzywa i sos z wawrzynu

Mango, marakuja, sorbet z pomarańczy i mięty na cieście (biszkopt migdałowy, crunch czekoladowy, banany)
Fot. Patrycja Dolecka
Do dań piliśmy podane przez Mistrza Polski Sommelierów 2012, Andrzeja Strzelczyka:


Aperitif - Cava Rose
Pastrami z kaczki – Gewurztraminer Jubilee, AC Alsace, Hugel, 2009
Małże Św. Jakuba – Cheverny 2012, A.C. Cheverny, Pascal Bellier
Jagnięcina – Gran Fuedo Reserva 2005, D.O. Navarra, Hiszpania
Okoń morski – Gruner Vetliner, 2011, Traisental, Markus Huber, Austria
Mango/marakuja – Riesling Auslese 2008, Mosel, Weingut Max Ferd Richter, Niemcy

2013-05-08

Berlin


Czarne ślady rowerowych kół;)
Dwa dni, dwa rowery, mapa i w drogę. Kierunek: Berlin.
Moja rowerowa przygoda dopiero się rozpoczęła, zawsze wiedziałam, że to mi się spodoba, ale nie przypuszczałam, że aż tak.
Nie znoszę taksówek, miasta zwiedzam zwykle pieszo albo metrem. Z samochodem zawsze jest problem, bo a to nie ma gdzie zaparkować, a to trzeba zapłacić za parkowanie, a nigdy nie wiadomo, kiedy będzie się miało ochotę wrócić.
Berlin jest w czołówce miast przyjaznych rowerzystom. I już wiem, dlaczego. Niezwykle przejrzysty system rowerowych dróg, a przede wszystkim kierowcy, którzy respektują prawo i nie wymuszają pierwszeństwa to podstawowe różnice pomiędzy tym, co jest tu, a co tam.
Muszę przyznać, że im więcej jeździłam, tym mniejszą miałam ochotę na to, żeby w ogóle zejść z roweru. Perpetuum mobile :)
Odkryłam Berlin na nowo. Możliwość podjechania pod niemal każde miejsce, wiatr we włosach, peletony podobnych do nas, którzy pędzą przez miasto swoim codziennym środkiem transportu. Piękne.
Zrobiłam niewiele zdjęć, a jedliśmy całkiem zacnie.

Śniadanie w Home Made (Simon-Dach Str. 10 Berlin, 10245): szczególnie przypadły mi do gustu domowe lemoniady i zestawy śniadaniowe:





Obiad w Lemon Leaf (Grünberger Straße 69, 10245 Berlin):




I ciasteczko szczęścia:


Do przeczytania wkrótce!

2013-05-02

Drożdżowe z rabarbarem i kruszonką



Już zapomniałam, ile radości sprawia jazda rowerem. Znowu można mieć osiem lat, pokonywać odległości, których pieszo może by się nie chciało.
Tym razem zwiedzaliśmy poznańskie parki: Cytadela, Wodziczki, Sołacki, objeżdżając przy okazji jezioro Rusałka, potem parki Wilsona, Wieniawskiego i Chopina.
Budząca się do życia wiosna i feeria zapachów: rzeki, kwitnących drzew, jedzenia z mijanych po drodze restauracji. Rześkie powietrze, światło idealne do zdjęć.
Na koniec kawa w malutkiej kawiarence Nastawnia PoC, która, jak nazwa wskazuje, dawniej była kolejową nastawnią. Z pierwszego piętra widok na przejeżdżające pociągi, z drugiej strony na park Wieniawskiego.
Żeby podczas wycieczki nie umrzeć z głodu, raczymy się plackiem drożdżowym z rabarbarem i kruszonką. Nie wiem, dlaczego, jedzenie na ławce w parku smakuje lepiej niż w domu.
Trwaj chwilo.




Drożdżowe z rabarbarem i kruszonką

500 g mąki pszennej
20 g świeżych drożdży
3 żółtka
60 g drobnego cukru
60 g miękkiego masła
zapach (użyłam cukru waniliowego)
200 ml ciepłego mleka
szczypta soli

3 łodygi rabarbaru, obrane i pokrojone na 1-2 cm kawałki (ok. 200 g)
1-2 łyżki cukru


W 1/3 szklanki mleka rozpuścić drożdże z łyżeczką cukru. Odstawić na 15-30 minut.
Dodać pozostałe składniki i wyrabiać tak długo, aż ciasto zacznie odstawać od ręki - polecam użycie miksera.
Ciasto powinno być pulchne.
Przykryć ściereczką i zostawic do wyrośnięcia (zwykle zajmuje to ok 1 godziny)

W tym czasie przygotować rabarbar: umieścić go w garnku, wlać łyżkę wody, i gotować na małym ogniu ok. 10 minut, aż rabarbar zmięknie. Dodać cukier, podgotować jeszcze minutę i odstawić do ostudzenia.
Przełożyć ciasto do wysmarowanej masłem i wysypanej mąką formy - w zależności od tego, jak grube lubimy ciasto, może to być tortownica lub prostokątna blacha. Należy pamietać, że ciasto bardzo rośnie i musi mieć sporo miejsca.

Na wierzch wyrośniętego ciasta położyć ostudzony rabarbar.

Kruszonka:

100 g mąki
50 g cukru
50 g zimnego masła
szczypta soli (na czubek noża)

Składniki kruszonki rozetrzeć w miseczce drewnianą łyżką. Posypać ciasto.

Wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 st C i piec 40-60 minut. Czas pieczenia zależy od wielkości formy - im mniejsza, tym środek ciasta dłużej się piecze. Należy drewnianym patyczkiem sprawdzić, czy nie jest surowe.
Gdyby wierzch się za bardzo rumienił, przykrywamy folią aluminiową.

Smacznego!



2013-05-01

Zupa cebulowa z serowymi grzankami


Przepisów na nią są dziesiątki. Trudno powiedzieć, który jest tym najwłaściwszym.
Ja sama, robiąc ją od lat, co jakiś czas coś zmieniam, dodaję, modyfikuję. Dodaję brandy albo robię na czerwonym winie. Kiedy mam czas, opiekam kromki bagietki, układam na nich ser, wkładam do miseczek z zupą i zapiekam pod gorącym grillem.
Zdarza mi się też delikatnie zagęścić ją zasmażką.
Jedna z moich ulubionych zup.
Warto poświęcić trochę czasu na odpowiednie uduszenie cebuli - miękka i brązowa sprawi, że zupa będzie miała idealny kolor i konsystencję. Trudno tu pójść na skróty.






Zupa cebulowa

6 średniej wielkości cebuli - obranych i pokrojonych w piórka

2 ząbki czosnku (użyłam wędzonego), pokrojonego na plasterki
2 łyżeczki brązowego cukru
5 łyżek masła
3 łyżka oliwy

ok. 150-200 ml wytrawnego wina
1 litr wywaru warzywnego, drobiowego lub wołowego
1/2 łyżeczki suszonego tymianku

2-3 łyżki czerwonego wytrawnego wina
sól i pieprz

grzanki:
2 mini bagietki
kilka plastrów żółtego sera (najlepszy jest Gruyere, ale możemy użyć dowolnego)

Masło i oliwę rozpuszczamy na patelni. Dodajemy cebulę i cukier, dusimy ją początkowo na dużym (przez ok 5 minut), następnie na małym ogniu ok. 40-60 minut, podlewając stopniowo winem. Cebula ma mięknąć powoli. Mieszamy co jakiś czas.
Kiedy cebula zmięknie i stanie się złotobrązowa (od tego zależy ostateczny kolor zupy), dodajemy czosnek, wywar, tymianek, sól i pieprz. Gotujemy 15 minut, a w tym czasie przygotowujemy grzanki:
bagietkę kroimy na kromki, na każdej układamy ser i wstawiamy do nagrzanego piekarnika na ok 10 minut, aż ser zacznie się topić.
Gotową zupę doprawiamy czerwonym winem, chwilę gotujemy, następnie wlewamy do miseczek. Na wierzchu układamy grzankę z serem.

Smacznego!